Rodzicielsko-belferska wojenka o Jasia

Pamiętacie, co rodzice Wam mówili, kiedy rozpoczynaliście przedszkole lub podstawówkę? Założę się, że wśród wielu porad znajdowały się między innymi te:

- Zjedz wszystkie kanapki/cały obiad etc.;

- Zakładaj kurtkę przed wyjściem na plac zabaw/boisko;

- Bądź grzeczna/y i słuchaj pani.

Wydawałoby się, że są to zalecenia ponadczasowe, które będzie się powtarzać dzieciom tak długo, jak będą istnieć placówki oświatowe. A jednak nie. Coraz częściej można się spotkać z opiniami negującymi zwłaszcza tę trzecią wskazówkę. Według niektórych rodziców dziecko posłuszne to inaczej bierne, wycofane, zastraszone, niesamodzielne. Ostatnio zetknęłam się z mamą pewnego przedszkolaka, która stwierdziła, że jej czterolatek po usłyszeniu polecenia wychowawczyni sam ma zdecydować, czy je wykona, czy nie. Co prawda nigdy nie pracowałam z tak małymi dziećmi, ale dla mnie, jako bądź co bądź przedstawicielki systemu, takie postawy rodziców są alarmujące i to z trzech powodów.

Salomonowe dziecko, czyli kto jest matką Jasia

http://forumeria.pl/attachment.php?aid=6152

Powyższy obrazek pokonuje już osiemnaste okrążenie w Internecie, ale trudno odmówić mu słuszności. Zastanawiam się, jak doszło do tego, że rodzic i nauczyciel stoją dzisiaj po dwóch stronach barykady, na której ich (jak by nie patrzeć) wspólny wychowanek wymachuje białą flagą, bo znalazł się w krzyżowym ogniu niechcący wywołanej przez siebie wojny… choć bardziej pasuje tu chyba odwołanie do fragmentu Starego Testamentu, w którym dwie kobiety walczyły o niemowlę, a mądry król Salomon zasugerował rozdarcie go na pół. Różnica polega na tym, że w Biblii ustąpiła prawdziwa matka, a w dzisiejszej rzeczywistości prędzej podda się nauczyciel.

Moja edukacja przypadła mniej więcej na przełom stuleci. Bardzo dużo opowiadałam rodzicom o szkole i nauczycielach, także tych nielubianych. Oboje wpajali mi, że mam prawo nie lubić swoich pedagogów, ale jestem im winna szacunek. Słuchali mnie uważnie, kiedy na któregoś się skarżyłam. Czasem przyznawali mi rację, a czasem tłumaczyli, że prawdopodobnie to ja postąpiłam źle. W każdym razie wiedziałam, że w razie poważniejszych problemów mogę liczyć na ich interwencję, ale… nigdy nie było takiej potrzeby. Sama radziłam sobie ze szkolnymi przeciwnościami. Niektórych spośród negatywnie odbieranych belfrów doceniłam po czasie, do innych nadal mam zastrzeżenia, nawet (a może zwłaszcza) znając już ten zawód od wewnątrz. Wydaje mi się, że to, co robili moi rodzice, było właściwe. Nie bagatelizowali moich przeżyć, ale też nie szukali na siłę nieprawidłowości. Podobnie postępowano chyba w większości domów, roszczeniowi opiekunowie byli wówczas niechlubnymi wyjątkami.

Mam wrażenie, iż dzisiaj rodzice coraz mniej ufają wychowawcom swoich dzieci. Uważają ich za osoby niekompetentne, leniwe i autorytarne. Nie wierzą, że zależy im na podopiecznych. Nie potrafię wskazać źródła tego zjawiska. Na pewno zdarzają się nauczyciele bez powołania, nienadający się w istocie do pracy z młodym pokoleniem. Sama też na takich trafiałam… no właśnie. Oni istnieli przecież od zawsze, a jednak postrzeganie zawodu nauczyciela było zupełnie inne. Prawda jest taka, że pedagogom, poza wspomnianymi wyjątkami, zależy przede wszystkim na dobru dziecka, na jego bezpieczeństwie i harmonijnym rozwoju. Nauczyciel i rodzic mają więc wspólny cel, a moim zdaniem mur pomiędzy nimi jest po prostu sztuczny. Nie mam niestety pomysłu, jak go zburzyć (indywidualnie, w kontakcie z konkretnymi rodzicami – owszem, staram się to robić i nawet widzę efekty, ale globalnie… nie mam pojęcia, jak można to zmienić).

Grzeczny, czyli jaki?

Nieufność wobec nauczycieli powoduje, że część rodziców, chyba nie do końca świadomie, obarcza dzieci ogromną odpowiedzialnością za ich własny rozwój. Wracam do mamy tego czterolatka, która upiera się, że jej synek może sam decydować, czy posłucha pani w przedszkolu. Dopóki jego wybór będzie dotyczył tego, w co się bawić albo ile zjeść kanapek, to nie ma o czym mówić. Wyobraźmy sobie jednak sytuację, że wychowawczyni zabroni dziecku na przykład podchodzić pod huśtawkę, na której buja się kolega z grupy. Chłopiec nie posłucha, czego efektem będzie w najlepszym wypadku wstrząśnienie mózgu. Jak myślicie, kogo rodzice będą winili za to zdarzenie i kto może z tego powodu stracić pracę? A jeżeli mały wbiegnie na jezdnię prosto pod samochód, bo zignoruje polecenie pani, każącej stać grzecznie w dwuszeregu i trzymać się za rączki? Wspomniana mama trwa w przekonaniu, że jej potomek jest na tyle mądry, iż zawsze będzie umiał wybierać racjonalnie. Powiem tak… wielu gimnazjalistów i licealistów nie potrafi podejmować właściwych decyzji, a co dopiero taki maluch?

Sama nie lubiłam chodzić do przedszkola właśnie dlatego, że nie odpowiadały mi panujące tam zasady: przymusowe leżakowanie, zmuszanie do jedzenia obrzydliwych posiłków czy kary za każde uchybienie. Poniekąd rozumiem frustrację rodziców, którzy mają podobne wspomnienia i przenoszą je na obecny stosunek do tego typu placówek. Nie wiem, jak wiele się zmieniło od początku lat 90., ale zakładam, że sporo. Jestem natomiast pewna, że znaczna większość przedszkolnych czy wczesnoszkolnych reguł wynika z troski o bezpieczeństwo maluchów. Dzieci w grupie i bez obecności mamy czy taty zachowują się zupełnie inaczej niż w domu pod ich opieką. Ten sam Jaś, który potrafi spędzić całe popołudnie w swoim pokoju, grzecznie układając klocki, może następnego ranka zdejmować dziewczynkom majtki i rzucać w kolegów kamieniami. Maluchy niewiele się w tym różnią od dorosłych – w końcu my też przybieramy różne maski w zależności od tego, gdzie jesteśmy i z kim mamy do czynienia.

Dziecko grzeczne (wedle mojej prywatnej definicji) to nie dziecko bez charakteru i zdolności do refleksji, tylko takie, które potrafi odnaleźć się w grupie i dostosować do otaczających je warunków. Nigdzie nie jest powiedziane, że owa grzeczność ma być rezygnacją z własnego zdania i prowadzić do zbytniej uległości.

Aby reforma nie była deformą

Rodzicielskie ataki na system jako całość nie są jednak do końca pozbawione sensu. Polska oświata zdecydowanie wymaga reform, przede wszystkim takich, dzięki którym dostosuje się do potrzeb i trybu życia współczesnej młodzieży i dzieci. O ile nie wyobrażam sobie przyzwolenia na to, aby przedszkolak miał w głębokim poważaniu to, co mówi wychowawczyni, o tyle jak najbardziej jestem za większą dowolnością w kwestii udziału w różnego typu zajęciach (czyli popieram elementy metody Montessori).

Świat się zmienia, a wraz z nim metody i trendy wychowawcze. Myślę, że w dzisiejszej szkole nie ma już miejsca dla nauczycieli, budujących swój autorytet poprzez wzbudzanie strachu albo całkowitą bezkompromisowość. Musimy, mówiąc potocznie, spuścić trochę powietrza, otworzyć się na bliższy kontakt z podopiecznymi i to tym bardziej, że coraz rzadziej mają ku temu warunki w domu. Niekoniecznie wynika to z winy czy złej woli rodziców – funkcjonujemy w takiej rzeczywistości, że dorośli pracują albo całymi dniami, albo daleko od miejsca zamieszkania. Nawet belfrzy, którym złośliwi wypominają „ciągłe wolne”, bardzo często siedzą w pracy od świtu do nocy, więcej czasu poświęcając obcym pociechom, niźli własnym. A dziecko bez względu na to, czy ma lat 5 czy 15, potrzebuje troski i zainteresowania najbliższych…

Reforma oświaty, zamiast na nowo mieszać elementy tej samej układanki, według mnie powinna się skupić na tym, jak stworzyć uczniom przyjazną przestrzeń do szeroko pojętego rozwoju, ale na to chyba póki co nikt „na górze” nie wpadł.

Marzenia, marzenia, marzenia…

Jako nauczycielka i świeżo upieczona mama marzę o szkole, w jakiej sama chciałabym pracować i do jakiej z chęcią za kilka lat posłałabym Księżniczkę. Gdyby było mi dane zrealizować własną wizję, to przede wszystkim zrezygnowałabym z ławek w części sal. Wiadomo, że podczas wielu zajęć są one niezbędne, ale przecież nie zawsze. Bardzo chętnie pozwoliłabym uczniom przyjmować dowolne pozycje podczas nauki: niech siedzą po turecku, leżą na kanapie albo bujają się w hamaku, jeżeli to stymuluje pracę ich młodych mózgów. Zamiast klasycznych lekcji wychowawczych na z góry narzucone tematy wprowadziłabym inny typ zajęć z wychowawcą: raz niech to będzie wspólna Zumba, kiedy indziej wizyta w schronisku dla zwierząt, a kolejnym razem np. granie w planszówki, w zależności od zainteresowań podopiecznych. Oczywiście obecnie system dopuszcza tego typu aktywności, ale pytanie, kto z tego korzysta częściej niż (maksymalnie) kilka razy w roku? Powywalałabym też połowę ministerialno-kuratoryjnych wymysłów dotyczących biurokracji, ograniczając ją do niezbędnego minimum. Nie raz i nie dwa zdarzyło mi się, że jedno wyjście do pobliskiej galerii sztuki, trwające wraz z pokonaniem trasy godzinę zegarową, musiałam raportować na cztery różne sposoby, co zajęło mi trzy razy tyle, ile sama wycieczka. Zdecydowanie wolałabym wykorzystać ten czas np. na wykonanie ciekawej prezentacji na lekcję albo dodatkowe konsultacje dla uczniów, przygotowujących się do konkursów przedmiotowych.

Warte przemyślenia są też relacje rodziców z nauczycielami. Większość szkół korzysta dzisiaj z dzienników elektronicznych, opiekunowie nie mają już potrzeby kontaktować się z wychowawcą, żeby poznać postępy pociechy w nauce. Część placówek próbuje podnosić atrakcyjność wywiadówek, zapraszając na nie wszelkiej maści ekspertów od wychowania w celu wygłoszenia prelekcji. Skutki są różne – niektórzy rodzice chętnie w takich wydarzeniach uczestniczą, innych frustruje niepotrzebne zabieranie czasu, którego przecież nam wszystkim brakuje. Nie mam tutaj jakiegoś konkretnego, przemyślanego pomysłu, do głowy przychodzą mi różne koncepcje. Może na przykład zamiast klasycznych zebrań organizować wspólne zajęcia dla całych rodzin, 1-2 razy w semestrze? Byłaby to szansa na wzajemne poznanie się, a dla rodziców dodatkowo okazja do spędzenia czasu z dziećmi i rozejrzenie się w ich środowisku. Być może mówię tak, ponieważ jako wychowawczyni w większości miałam szczęście do rodziców moich podopiecznych. Owszem, zdarzali się opiekunowie przewrażliwieni i roszczeniowi, ale na szczęście udawało się z nimi porozumieć, a w najgorszym wypadku ginęli w tłumie tych sympatycznych i zdroworozsądkowych.

A o jakiej szkole Wy marzycie dla swoich dzieci?

O psożegnaniu i psięsknocie

- Przywiozłem pani tego pieska. Czekam pod Teskiem! – głos w słuchawce sprawił, że serca zaczęły nam bić znacznie mocniej.

Było niedzielne, upalne sierpniowe popołudnie. Zerwaliśmy się z poweselnych poprawin u bliskich znajomych i wprost z parkietu, w imprezowych kreacjach, pobiegliśmy na parking pobliskiego supermarketu, gdzie z otwartego bagażnika auta wystawał śmieszny, kudłaty łeb. Para ciekawskich oczu dokonała błyskawicznej lustracji dwojga nowych „człowieków”, której wynikiem było energiczne merdanie ogonem. Jeszcze tylko rozliczenie, książeczka zdrowia, kilka pytań o pielęgnację – i włochata kulka wylądowała na rękach P. A raczej na ręku, bo Reksio mieścił się wtedy prawie cały na jednej męskiej dłoni. Ilekroć ktoś pytał, skąd mamy psa, zawsze odpowiadaliśmy, że z Tesco. P. dodawał zwykle, że z promocji – demolkę mieszkania otrzymaliśmy gratis.

Zaraz po wejściu do domu maluch z prędkością błyskawicy obiegł wszystkie kąty, po czym wzgardził przygotowanym legowiskiem, moszcząc się na dolnej półce starej etażerki, zrzuciwszy z niej uprzednio jakieś moje szpargały. Zdobył nasze serca całkowicie i natychmiast. Z jego pierwszych chwil w naszym domu nie mamy żadnego przyzwoitego zdjęcia, bo nie dało się uchwycić go w bezruchu. Od początku reprezentował wszystkie typowe cechy swojej rasy, z niespożytą energią i psotnym usposobieniem na czele.

Szybko okazało się, że niestety psiaka kupiliśmy z pseudohodowli. Szczerze mówiąc, nie mieliśmy wcześniej pojęcia, że takie istnieją, zwłaszcza w naszej okolicy… tym bardziej, że Reksio nie należał do żadnej z modnych odmian psów. Trafił do nas jednak zapchlony, zarobaczony i chory. Podczas pierwszej wizyty w lecznicy zabrakło skali na termometrze, tak wysoką miał gorączkę. Weterynarz popatrzył mi w oczy i zasugerował, że najlepszym wyjściem będzie uśpienie zwierzaka. Nie pozwoliłam na to. Przez kolejne tygodnie na zmianę, dwa razy dziennie jeździliśmy z P. do kliniki, gdzie Reksio dostawał zastrzyki i tony lekarstw. Na szczęście moja ówczesna praca pozwalała na tego typu kombinacje.  Kosztowało nas to wiele poświęcenia – i, co tu ukrywać, pieniędzy – ale piesio dochodził do siebie.

Wkrótce wyzdrowiał zupełnie – i tak zaczęła się ośmioletnia, nieustająca przygoda. Reksio jako szczeniak był uroczym urwisem, choć momentami nieznośnym. Pogryzł nam mnóstwo butów (jednego klapka do tej pory nie znalazłam i to bynajmniej nie przez bałagan… nasz pies najwyraźniej miał w paszczy Trójkąt Bermudzki). Chyba wydawało mu się, że jest kornikiem albo innym bobrem, bo kiedyś przyłapałam go na podżeraniu drewnianego filaru, który podtrzymywał strop. Łóżko smarowaliśmy chrzanem, żeby rano przypadkiem nie obudzić się na podłodze. Jeden z licealistów otrzymał piątkę za darmo, bo Reksio tak przeżuł jego pracę domową, że nie dało się jej odczytać. Pozbawił mnie jedynego w domu kwiatka doniczkowego, próbując podczas naszej nieobecności przesadzić go do swojej miski. Pewnego dnia nauczył się otwierać szuflady w sypialni i po powrocie z pracy zastałam go oplątanego moją biżuterią do tego stopnia, że biedny nie mógł się ruszać.

Wiek szczenięcy jednak wreszcie minął i nasz mały terrorysta zaczął się uspokajać. Towarzyszył nam niemal wszędzie: mieszkaliśmy razem w dwóch miastach i łącznie trzech mieszkaniach. Pokochał z wzajemnością naszych rodziców i najbliższych przyjaciół. W międzyczasie rozpoczęliśmy starania o dziecko – wiecie już, że bezskuteczne. I jak to zwykle bywa, choć nie powinno – niespełnione rodzicielskie uczucia przelewaliśmy na psa. Zależało nam, żeby był dobrze zsocjalizowany. Chętnie zapraszaliśmy gości, pozwalaliśmy na kontakty Reksia z innymi psami, a także z dziećmi.

Nic nie wskazywało na to, że tuż po pojawieniu się Księżniczki dojdzie do apokalipsy. Nasz pies lubił maluchy. Na czas letnich urlopów odwoziliśmy go do krewnych, mających kilkuletnią córkę. Dokazywał wraz z nią i jej kolegami, a jedyną zbrodnią, której się dopuścił, była kradzież pluszowego misia – którego to misia zresztą używał jako przynęty, bo wiedział, że skłoni tym jego właścicielkę do zabawy w ganianego. Zaledwie rok przed adopcją małej oddaliśmy Reksia na dwa tygodnie do hotelu dla zwierząt, którego kierowniczka miała malutkiego synka. Bawili się razem w aportowanie, chłopiec cierpliwie, choć jeszcze niezgrabnie rzucał mu piłkę, a futrzak równie niezmordowanie ją przynosił.

Niestety, ostatnie pół roku było równią pochyłą. Pomimo naszej pracy nad psem jego zachowanie wciąż się pogarszało. Cierpieli na tym wszyscy, a najbardziej chyba on sam, bowiem konieczność izolowania go od córeczki była dla niego niemal równoznaczna z samotnością. Agresję z Księżniczki zaczął przenosić na nas, ale tylko wtedy, kiedy ona była w pobliżu. Wystarczyło, że poszła spać – pies z powrotem zmieniał się w kudłatego aniołka, do rany przyłóż, nic tylko głaskać i karmić „mięskami”. Jednak kiedy tylko słyszał jej głos albo dostrzegał ruchy w sąsiednim pokoju, wstępował w niego diabeł… Stanęliśmy przed bardzo trudnym wyborem: albo nowy dom, albo… sami sobie dopowiedzcie.

Wiem, że ani P., ani ja nie wybaczylibyśmy sobie, gdybyśmy… jak wyżej. Na szczęście – o ile tu o jakimkolwiek szczęściu można mówić – znaleźli się państwo gotowi przygarnąć naszego łobuza. Bez dzieci, za to z dużym terenem do biegania. Widać, że nowy właściciel zna się na psach, kudłacz go polubił. Odjeżdżał na przednim siedzeniu samochodu, z pycholem uśmiechniętym od ucha do ucha. Takiego go widzę przez łzy, kiedy piszę ten post… i takiego go zapamiętam.

………………………………………………………………………………………………….

Reksio, Ty Kochana, Łaciata Paskudo…

Niech Ci się tam wiedzie. Miej zawsze pełną miskę, mnóstwo piszczących zabawek i zielonej trawy do tarzania się. Niech nowi państwo kochają Cię tak mocno, jak my, ale rozsądniej. Niech wyznaczą Ci granice, dzięki którym będziesz czuł się bezpieczny. Niech drapią Cię za uchem i pozwalają na zabawy z innymi psami. Niech nikt nigdy nie waży się Ciebie uderzyć, bo go znajdę i mu oddam, słowo! Nie myśl o nas za dużo i bądź szczęśliwy.

Do zobaczenia na tym lub tamtym świecie…
Kocham Cię, Wstręciuchu!
Wiesz kto…

Dziecko Idealne, Bąbel Statystyczny czy Zwykłe Bobo? Kto wygra Wielką Gonitwę Niemowlaków?

Znajoma z pracy, mama niespełna półtorarocznej dziewczynki, zapytała ostatnio, czy nie chciałabym ubranek po jej córeczce. Zgodziłam się ochoczo, zaznaczając przy okazji, jaki rozmiar nosi obecnie moja pociecha. Niestety, okazało się, że ten sam, co latorośl owej znajomej, a dzieli je prawie rok!

Niedługo minie sześć miesięcy, odkąd Księżniczka jest z nami. Domowy bilans tego wspólnego półrocza wypada zacząć właśnie od wzrostu, który jest – jak zgrabnie zauważyła Ahaja – iście królewski. Przedwczoraj przesiadłyśmy się do spacerówki (z Księżniczką, nie z Ahają), bowiem wożenie młodej w naszym kombajnie 2w1 zaczęło mijać się z celem. Nawet po rozłożeniu siedziska na płasko urocze stópki naszej gwiazdy dyndały radośnie poza linią podnóżka… W związku z powyższym jak bumerang powraca pytanie o jej rodziców biologicznych. Zastanawiamy się, czy byli wysocy, postawni? Oboje z P. jesteśmy raczej przeciętnego wzrostu (ja to nawet niskiego), będzie śmiesznie, jeśli za kilkanaście lat stanie obok nas Marcin Gortat albo inny Michael Jordan w spódnicy  :lol: . Szczerze mówiąc, po cichu liczę, że to gwałtowne rozciąganie się Księżniczki we wszystkie strony niedługo się zatrzyma na jakiś czas albo przynajmniej wytraci prędkość nadświetlną, bo córa zwyczajnie nie mieści się w sprzęty przeznaczone dla swojego etapu rozwoju. I żeby nie było, nie podajemy Księżniczce miksowanych Big Maców ani nie karmimy jej na siłę „za mamusię”, „za tatusia”, „za wujka Cyngla” ani za inne potwory. Odżywia się właściwie całkiem normalnie, zgodnie z Mądrymi Tabelkami i wskazaniami pediatry.

O, i właśnie o tych Mądrych Tabelkach chciałam napisać. Żyjemy w zaiste cudownych czasach, kiedy wszystko da się zmierzyć, zważyć, policzyć i dopasować do norm unijnych. Nawet dziecko. Nie wiem jeszcze, co należy zrobić, kiedy maluch nijak nie chce się w tych widełkach zmieścić… macie jakiś pomysł? Może trzeba zapłacić podatek? Żyrafowe od za wysokich, mrówkowe od za niskich, pączkowe od zbyt okrągłych, a szczypiorkowe od tych z niedowagą?

Nie żebym miała coś przeciwko istnieniu norm rozwojowych. Świetnie, że one są – rodzic, zwłaszcza niedoświadczony, ma przynajmniej wskazówki, kiedy reagować i czy już rwać włosy z głowy, czy jeszcze troszkę poczekać (a jeżeli dodatkowo szuka podpowiedzi w internecie, to na pewno znajdzie powody do paniki). Mądre Tabelki generują jednak wśród młodych matek (ojców chyba w mniejszym stopniu, chociaż kto wie?) potrzebę posiadania Dziecka Idealnego. Ideały, jak wiadomo, nie istnieją – i w tym cały ambaras. Istnieje natomiast niewyidealizowany, za to uśredniony Bąbel Statystyczny, czyli przyczyna nieszczęść wszelakich.

Kim jest Bąbel Statystyczny? Maluchem, który od szóstego miesiąca życia ząbkuje, w siódmym siada, w ósmym pełza, a przed ukończeniem dziesiątego raczkuje. Je regularnie, przesypia 14 godzin na dobę, a w dniu, gdy stuka mu pół roku, mierzy pomiędzy 65 a 70 cm i waży 6,5 – 8,5 kilograma, jeżeli jest Statystyczną Dziewczynką i ewentualnie ciut więcej, jeżeli Chłopcem.

Młode mamy, nauczywszy się Mądrych Tabelek na pamięć, lubią porównywać swoje dziecko z opisanym wyżej Bąblem. Oczywiście chodzi o to, aby ich pociecha Bąbla wyprzedziła, ewentualnie rozwijała się równo z nim, ale broń Panie wolniej choć o dzień! Wtedy zaczynają się podejrzenia, że trafił im się egzemplarz wadliwy bądź popsuł się w międzyczasie. Niestety karty gwarancyjnej brak, a instrukcja obsługi okazuje się mało precyzyjna (do tego zawiera napisaną małym druczkiem informację, że każdy bobas rozwija się we własnym tempie!). Co wówczas robić? Najlepiej przenieść porównania z Bąbla Statystycznego na dziecko siostry, sąsiadki, koleżanki z pracy albo tej zielonowłosej fryzjerki, co zawsze krzywo przycina grzywkę. Jeżeli którekolwiek z powyższych doświadczało skoków rozwojowych później, to uff, można odetchnąć z ulgą. Gorzej, jeśli żadne! Wówczas pozostaje tylko dzwonić po egzorcystę czy innego odczyniacza uroków.

Żarty żartami, ale czasem ta potrzeba porównywania rozwoju maleństw przybiera formę koszmarnie irytującą i po prostu niezdrową. Dla przykładu dwie sytuacje. Opis pierwszej kopiuję żywcem z lipcowego maila do Izzy (Nasz Mały Światek) – mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone przez Nią i przez Was.

Sytuacja pierwsza
„Rzecz miała miejsce na terenie otwartej siłowni w pobliskim parku.
Młoda spała smacznie, toteż ustawiłam wózek w cieniu, wcisnęłam hamulce, założyłam moskitierę i dawaj na pierwsze wolne urządzenie. Chwilę później pojawili się młodzi dziadkowie z wnusią, na oko 1,5 roczną. Takim słodkim, ledwo chodzącym, ryżym bobo. Nigdy nie mogłam pojąć, po co ludzie chodzą z takimi szkrabami na tę siłownię, skoro w pobliżu jest mnóstwo placów zabaw, ale niech tam. Dziewczynka siadała na urządzeniach i udawała, że ćwiczy, przy głośnych zachwytach babci. Aż tu nagle babcia wpadła na „genialny” pomysł: „Kornelka, chodź, OBEJRZYMY DZIDZIĘ!”. Moją dzidzię, znaczy się. Może jestem jakaś dziwna, ale nie zaglądam obcym ludziom do wózków, a znajomych zawsze pytam, czy mogę. No ale ok, nic nie mówię, obserwuję. A babcia podchodzi do wózka Księżniczki, ściąga moskitierę, wkłada głowę pod budkę i zaczyna gadać do małej! I to teksty w stylu „No chodź tutaj do mnie!” (eeee… że co?). Po czym odwraca się w moją stronę i oburzonym tonem oznajmia: „Ona już nie śpi!” No raczej, skoro obcy ludzie naruszają jej przestrzeń. Złażę więc z urządzenia (mojego ulubionego, psia kość) i podchodzę do wózka. A kobieta do mnie: „Dlaczego ona jeszcze nie siada?” Grzecznie informuję, że ma dopiero 4 miesiące, na co słyszę: „A to dlaczego taka duża?”„No nie wiem, bo rośnie?” – burczę ironicznie, bo już mnie sytuacja wkurza. I wtedy następuje punkt kulminacyjny: Kornelka tymi łapkami brudnymi od miliona urządzeń na siłowni smyra moją córę po twarzy, a babcia ją jeszcze zachęca! „Zobacz, jakie dzidzia ma oczka, a jakie włoski, a jaki nosek…” No kurczę! Nie mam fioła na punkcie sterylności, w domu Księżniczka się tarza po podłodze (na której przed chwilą pies lizał sobie… nie tylko łapy) i nie latam za nią z odkażaczem, ale serio? Przecież tam na tej siłowni w nocy siedzą bezdomni albo inne żule! Proszę więc małą, żeby zabrała rączkę (i przy okazji nogi, bo chcę odjechać z wózkiem). Babcia stęka coś pod nosem, że zabieram Kornelce dzidzię (a co to, lalka jakaś?). Potem każe wnuczce zrobić „papa” i się dziwi, że moja jej nie odmachałaZapewne Kornelka w wieku 4 miesięcy już siedziała, machała i czytała eposy Homera w oryginale, a potem przekładała je na łacinę. Trudno, Księżniczka póki co mówi „leee”, „li” oraz „aaa!” i potrafi uroczo przekręcać się na brzuszek podczas przewijania. Każdy ma jakieś talenty jak widać.”

Sytuacja druga

W przeciwieństwie do pierwszej niestety rozciągnięta w czasie. Otóż koleżanka została mamą kilka tygodni przede mną. Wcześniej nie byłyśmy blisko, jednak odkąd dowiedziała się o Księżniczce, zasypuje mnie zdjęciami i szczegółowymi opisami postępów swojej córeczki. Ogólnie rzecz ujmując, nie mam nic przeciwko, urocza ta jej mała, a i fajnie mieć wśród znajomych kolejną młodą mamę, zawsze można się wymieniać doświadczeniami. Problem dotyczy formy, jaką ta wymiana doświadczeń przybiera. Wiadomości od rzeczonej znajomej brzmią mniej więcej tak: „Ile razy wstajesz w nocy? Bo Lucynka to już od miesiąca śpi do rana” – i zdjęcie śpiącej Lucynki jako dowód, gdybym miała wątpliwości. Zanim zdążę odpisać, przychodzi następny MMS: „Lucynka ma już 2 ząbki, po jednym na górze i na dole! A Wasza ile ma?”. „Żadnego” – odpowiadam zgodnie z prawdą. Następuje niewróżąca niczego dobrego cisza, a po niej elaborat: „A byliście z tym problemem u dentysty? Neurologa? Albo chociaż pediatry? Bo to chyba nienormalne, żeby pięciomiesięczne dziecko nie miało zębów! No wiesz, ja nie chcę nic sugerować [taaa, jasne, tak samo jak ja nie chcę jeść słodyczy do filmu, same się jedzą], ale żeby Księżniczka potem nie miała problemów ortodontycznych albo żeby się nie okazało, że jest opóźniona w rozwoju! No bo Lucynka to już ma dwa ząbki, po jednym na górze i na dole! [nie, to nie jest błąd Matrixa, naprawdę napisała to dwa razy]”. Próbowałam, a jakże, poprosić koleżankę, żeby nieco przystopowała. Trochę żartem, jak to ja, że nie mamy o co się ścigać, bo obie nasze córy zasługują na podium… i takie tam. Niestety, ona ma chyba potrzebę… chciałam napisać „bycia lepszą”, ale byłabym niesprawiedliwa. Raczej „bycia równą”. Myślę, że ta potrzeba wynika z wszechpanującego poczucia, że nasze dzieci muszą dzisiaj spełniać oczekiwania świata. Tego, który wszystko, z uczuciami włącznie, próbuje upchnąć w sztywne ramy. I to obsesyjne porównywanie ma po prostu upewnić nas, rodziców, że z naszymi dziećmi jest wszystko ok. Że – jakkolwiek to nie zabrzmi – pasują do systemu.

Patrzę teraz na śpiącą w bujaku Księżniczkę, która pomimo skończonych sześciu miesięcy nie siedzi i nie ma zębów, za to ubranka nosi na 9m+, a siłę w rękach ma taką, że jak cisnęła dzisiaj smoczkiem, to szukałyśmy go z Siostrą przez kilka godzin. I wiecie co? Dla mnie tę chorą w istocie Wielką Gonitwę Niemowlaków wygrywa Zwykłe Bobo. Moje Bobo.

——————————————————————————————————————————–

EDIT: Bardzo przepraszam osoby, które mogły poczuć się urażone przytoczoną powyżej historią. Gwarantuję, że nie dotyczyła żadnej ze znanych mi Czytelniczek bloga. Poza tym starałam się ją przedstawić tak, aby trudno było zidentyfikować jej bohaterkę. Moim celem było przedstawienie pewnego zjawiska, a nie dokuczenie komukolwiek personalnie. Dziękuję za wszystkie spostrzeżenia i komentarze, także te poza blogiem. Wasze zdanie jest dla mnie bardzo ważne.

BESTIARIUSZ, czyli kto jest kim na Stożkach – aktualizacja

Nowy wpis się tworzy, a dzisiaj odświeżam Spis Ludzi Ważnych, bo trzeba go było troszkę zaktualizować.


POZNANI W REALU (P. każe mi usunąć ostanie słowo, bo on całym sercem za Barcą, a ja mu tu nielojalnie z jakimś Realem wyjeżdżam). Zatem jeszcze raz:


POZNANI W RZECZYWISTOŚCI


Lady Makbet
– ja, znaczy się. Urodzona w połowie lat 80. Szczęśliwa żona niejakiego P. Jeszcze przez czas jakiś właścicielka zwierzęcia marki pies, który niestety w obecności Księżniczki przemienia się w smoka. Na co dzień pracująca z młodzieżą i kochająca to zajęcie (to o mnie, nie o psie). Lubiąca gotować, gadać i pisać, co też tutaj uskutecznia. Po latach starań o dziecko została adopcyjną mamą wspomnianej wyżej Księżniczki.

P. – miłość mojego życia, zaślubiona mi przed Bogiem, Teściową i Bankiem dającym kredyt hipoteczny, a więc forever. Pierwszy i jedyny normalny facet, który ze mną wytrzymał, co też wykorzystałam, przywiązując go do kanapy świętym węzłem małżeńskim i uniemożliwiając ewentualną ucieczkę. Introwertyk, dzielący swój czas pomiędzy pracę, dziecko, żonę, psa, Mamusię, PS4 i Cyngla – dokładnie w tej kolejności.

Reksio - Koniec Świata na czterech łapach. Łaciaty pies o całkiem praktycznych gabarytach. Nie trzeba go składać w kostkę, żeby zmieścić do auta, ale też trudno go przypadkiem nadepnąć. Kocha człowieki, ale ostatnio tylko te wyższe od niego przynajmniej o głowę. Jako szczeniak zjadł nam pół mieszkania, obecnie jedynie okazjonalnie obgryza gościom buty, najwyraźniej jako wyraz hołdu dla ich właścicieli. Prowadzi wojnę podjazdową z kotem sąsiadów i otwartą walkę na śmierć i życie z odkurzaczem. Próbujemy znaleźć mu nowy dom – bez dzieci, za to z dobrymi dorosłymi, ale kiepsko nam idzie.

J. – przyjaciółka z okresu studiów, która mogłaby być krewną pewnej filmowej gwiazdy i zapewne dlatego pracuje w tej właśnie branży. Miłośniczka „Gwiezdnych wojen”, potrafiąca podobno wytresować smoka. Kontaminacja Meridy Walecznej z Lois Lane i przy okazji pomysłodawczyni eksperymentalnych metod wychowawczych, które zamierza testować na moim dziecku. Podróżniczka z uporem maniaka zamagnesowująca naszą lodówkę. Od niedawna matka chrzestna Księżniczki.

M. – przyjaciel, człowiek-zagadka, bratnia dusza. Mistrz w sprowadzaniu mnie na ziemię, choć sam równie często buja w obłokach. Facet, u którego droga od słów do czynów jest krótsza, niż walka Popka z Pudzianem. Jego najwierniejszym towarzyszem pozostaje samochód, którym wyprawia się nawet całe 150 metrów do sklepu za rogiem, łamiąc przy tym wszystkie możliwe przepisy ruchu drogowego. Pozornie cynik, jak sam o sobie mówi „cham i prostak”, ale kiedy już niechcący da się komuś poznać od wewnątrz… to staje się jego przyjacielem. Prywatnie odpowiedzialny partner Bardzo Fajnej Dziewczyny (w skrócie K.) i kochający ojciec.

K.kalos kagathos, jak mawiali starożytni Grecy. Piękna i mądra. Serio. Życiowa partnerka M. i matka chrześniaczki mojego męża (czyli że M. jest owej chrześniaczki ojcem, gdyby ktoś się pogubił). Sympatyczna dziewczyna o bardzo racjonalnym podejściu do życia – taka, w której towarzystwie po prostu lubi się przebywać.

Siostra – towarzyszka harcerskich przygód, z którą dzieliłam większość nocnych wart, miejsca w szałasie i uczuciowych sekretów. Wielbicielka zielonego koloru, wafelków „Familijnych” i miętowej czekolady. Moją Siostrą została przez przypadek za sprawą pewnego sprzedawcy noży… no cóż, człowiekowi z nożem się nie odmawia, więc tak jest do dziś. Obecnie Matka Polka x2, która żadnej pracy się nie boi.

Cyngiel – sam sobie kiedyś wybrał ten pseudonim, więc niech mu będzie. Gdyby P. miał się jeszcze raz ożenić, poślubiłby Cyngla. Podczas jego częstych wizyt u nas mam wrażenie, że ktoś sklonował mi męża. Identycznie się wysławiają, piją to samo piwo, jedzą tę samą pizzę i noszą podobne koszulki. A poza tym Cyngiel to taki brat-łata, człowiek od wszystkiego. Zaufany kierowca, DJ i „złota rączka”, a jak trzeba to i fotograf. Właściwie można powiedzieć, że należy do rodziny – teraz to już nawet formalnie, bowiem został ojcem chrzestnym Księżniczki.

Żuczek – mądry i poukładany życiowo facet, który naszym przyjacielem został trochę przy okazji, a różne poplątane okoliczności sprawiły, że zagościł w życiu P. i moim na stałe. Człowiek inteligentny, błyskotliwy, o ciętym dowcipie i zdrowej dawce życiowego realizmu. To taki typ, na którym można polegać, bo prędzej wbije ci ostrą szpilę w cztery litery, niż okłamie albo zawiedzie.

Mamusia – jak nie wiadomo, o kogo chodzi, to chodzi o Teściową. Moja to jest równa babka, całkowicie przecząca stereotypom. No dobra, może nie wszystkim, bo ma chruścianą miotłę i podobno na niej lata, jak nikt nie widzi. Uwielbia ironiczne żarty i sport ekstremalny w postaci wielogodzinnych zakupów. W wolnych chwilach łazi po górach i robi zdjęcia. Poza górami też. Kochana babcia Księżniczki i w ogóle kobieta do rany przyłóż.

A.  - przyjaciółka z pracy, a przy okazji rówieśniczka. Mamy sporo wspólnych doświadczeń i zbliżonych poglądów na wiele spraw. A. jest piękną kobietą o wrażliwej duszy i dobrym sercu. Szczerze mówiąc, za dobrym. Zawsze można na nią liczyć, a cudze szczęście potrafi bez problemu przedłożyć nad własne. Mam wobec niej dług wdzięczności, który mam nadzieję dane mi będzie kiedyś spłacić, a póki co bardzo jej kibicuję w spełnianiu pewnego skrywanego marzenia… :)

POZNANI W WIRTUALU zostali już opisani o, TUTAJ. :)

Rozgrzeszam rodziców Kevina, czyli Kopciuszek dla średnio zaawansowanych

Chrzciny Księżniczki uważamy za udane… nawet bardzo, zważywszy, że od początku ciążyło nad nimi jakieś fatum.

Zaczęło się od sukienki. Blisko cztery miesiące temu moja babcia wręczyła mi torbę z prezentem dla swojej prawnusi. Wyznam Wam, że z początku ucieszyłam się na pokaz. Nestorka rodu słynie niestety z nietrafionych upominków i nie mam tu na myśli kwestii gustu… Otóż potrafi obdarować kogoś na przykład niedomytym, wyszczerbionym talerzem, znalezionym gdzieś w czeluściach kredensu… albo torebką, co prawda jeszcze z metkami, ale za to nabytą na bazarze w czasach babcinej młodości, a więc dawno wyblakłą i zeżartą przez mole. Jakie było więc moje zdziwienie, gdy odkryłam wewnątrz paczuszki śliczną, skromną, białą sukienusię, takież buciki, rajstopki i przepaskę, w dodatku wszystko zakupione w jednym z „lepsiejszych” sklepów dla dzieci. Babcia żyje tylko z emerytury, zatem taki podarunek musiał ją naprawdę wiele kosztować. Postanowiłam więc, że zrobię wszystko, aby Księżniczka została w tych rzeczach ochrzczona. Diabeł tkwi jednak w szczegółach, a konkretnie w rozmiarze. Nasze dziecko przybiera na masie jak mięśnie Hardkorowego Koksa, więc napis na ubranku „3-6 miesięcy” należy raczej traktować jak pobożne życzenie niż rzeczywistą wskazówkę. W ciągu czasu dzielącego otrzymanie prezentu od chrztu mierzyłam córci tę kieckę kilkakrotnie, za każdym razem z równym zdumieniem odkrywając, że jednak nie rośnie razem z dzieckiem. Dzień przed uroczystością nastąpiła próba generalna, podczas której okazało się, że owszem, sukienka jeszcze jako tako pasuje, za to buciki już jakby nieco mniej. I tu tragedii nie było, bowiem dysponowaliśmy zapasowymi, ale prezentującymi się niestety gorzej niż te od babci. Koniec końców ustaliliśmy, że na sesję zdjęciową założymy te mniejsze, a już na sam chrzest i przyjęcie parę luźniejszych.

No właśnie, sesja fotograficzna. Moja dobra znajoma zajmuje się zawodowo fotografowaniem dzieci. Umówiliśmy się z nią na zdjęcia tuż po sakramencie. Przyjęcie mieliśmy w bardzo malowniczym budynku, położonym na terenie parku. I tam też planowaliśmy plener, tym bardziej, że goście mogliby nam towarzyszyć. Problem w tym, że podczas nawałnic ów park poważnie ucierpiał, dlatego został zamknięty. Akurat na nasze chrzciny, kocia jego mać. Ustaliliśmy więc z naszą panią fotograf, że spotkamy się z samego rana w innym, równie nęcącym zielenią miejscu. I wszystko byłoby pięknie, gdyby o świcie nie obudziła nas burza z gradem. Czekaliśmy do ostatniej chwili, w końcu przenieśliśmy sesję na wczesny wieczór. Pół godziny potem przestało padać… zaczęło ponownie późnym popołudniem, tuż przed tym, jak mieliśmy wyjeżdżać na zdjęcia. Sesja się więc nie odbyła, a raczej została przeniesiona na bliżej nieokreślony termin. Tyle tylko, że za tydzień lub dwa Księżniczka już naprawdę przestanie się mieścić w tę kieckę…

Chyba nigdy wcześniej nie pisałam, że jestem chorobliwie punktualna. Jeżeli się dokądś spóźniam, to znaczy, że naprawdę nastąpił atak kosmitów albo inne nieszczęście, które nie pozwoliło mi dotrzeć na czas. Dla innych to pewnie zaleta, dla mnie niekoniecznie. Spóźniona nie potrafię się zorganizować, zżera mnie stres. Sprawdza się tutaj powiedzenie, że pośpiech jest złym doradcą. Rano w dniu chrztu przygotowałam sobie wszystkie rzeczy, które mieliśmy zabrać do kościoła (biały kocyk do wózka, przebranie dla małej, aparat fotograficzny i mnóstwo innych pierdół). Księżniczkę udało się nakarmić (a nawet przewinąć z „dwójki”) o idealnej porze, więc teoretycznie powinniśmy ze wszystkim zdążyć. TE-O-RE-TYCZ-NIE, podkreślam. Bo w praktyce nie przewidziałam, że kiedy w naszym mieszkaniu będzie siedem osób, z których każda zacznie się przebierać, korzystać z toalety i pakować, to łatwo w tym chaosie coś przeoczyć. Przestałam się dziwić McCallisterom, że zapomnieli zabrać ze sobą Kevina na święta. Serio. Rozgrzeszam ich w pełni. Cud, iż sami nie zapomnieli pojechać. My na szczęście o dziecku pamiętaliśmy, ale o kocyku i tetrze już nie. Zresztą, pal sześć tę tetrę. Wyjechaliśmy z domu za późno. Pod kościół podjechaliśmy co prawda na czas, ale już przy samochodzie dopadła nas rodzinka – przyjezdna i miejscowa, z obu stron. I nie dało się wytłumaczyć, że chrzest za 10 minut, a my od pięciu powinniśmy być w zakrystii i podpisywać księgę sakramentu. W końcu załapali, że te kwiatki to jednak można dać później. Uff. No to biegiem. Dziecko z bagażnika, wózek z fotelika  czy tam odwrotnie – i w te pędy na tyły świątyni. No dobra, zdążyliśmy. Siedzimy w pierwszej ławce, zaczyna się msza. Słyszę szept chrzestnego: „Ej, a macie przypadkiem ten okapnik do świecy? Żebym sobie palców nie poparzył?” No pewnie, kurde, że mamy. „W samochodzie, na półce z tyłu, w tej szarej torbie, tam jest taki woreczek, a w nim pudełeczko…” Po minie Cyngla widziałam, że jednak nie ma sensu dawać mu kluczyków. Poradził sobie bez okapnika, dzielnie walcząc ze świecą, która przy okazji dwa razy zgasła.

Jeśli myślicie, że nie wzięłam z auta tylko tej jednej rzeczy, to jesteście optymistami. Kiedy P. wyciągał Księżniczkę z wózka już do samego chrztu, zorientowałam się, że mała nie ma… bucika! Lewego konkretnie. Było już za późno, żeby dla niepoznaki ściągnąć jej prawy. Nasz Kopciuszek został ochrzczony w jednym bucie. Drugi, a jakże, odnalazł się później na tylnym siedzeniu samochodu.

Na szczęście potem poszło już z górki. Sakramentu udzielał bardzo sympatyczny ksiądz z dużym poczuciem humoru, a sama msza była na tyle krótka, że maluchy nie zdążyły się za bardzo zniecierpliwić. Przyjęcie się udało, goście dopisali, jedzenie było pyszne. Jest nam niesamowicie miło, że prawie wszyscy odpowiedzieli na nasze zaproszenie. Niektórzy pokonali naprawdę długą drogę, aby uczestniczyć w chrzcie Księżniczki i zjeść z nami obiad. To ogromnie cieszy! Jedyne, czego żałujemy, to tego, że nie porozstawialiśmy winietek z imionami gości. Na naszym weselu ten sposób się świetnie sprawdził, ale teraz uznaliśmy, że przy tak małej uroczystości nie ma sensu tego robić. I to był jednak błąd, bo niektórzy usiedli tak, iż nie za bardzo mieli z kim rozmawiać. No i szkoda, że ten park był zamknięty – dzieciaki nawet nie mogły wyjść na plac zabaw, dlatego z nudów biegały po lokalu, gdzie nie było dla nich zbyt wielu atrakcji.

I to właśnie dzięki ludziom: chrzestnym, gościom, księdzu oraz obsłudze w lokalu, dzień chrztu córeczki uważamy za udany. Już planujemy powtórkę przy okazji roczku ;)

Typy gości na imprezach rodzinnych

Jeżeli organizowaliście kiedykolwiek wesele, chrzciny, komunię, stypę albo chociażby bardziej huczne urodziny w większym gronie krewnych i znajomych, to być może złapaliście się na tym, że konkretnym zaproszonym gościom z góry przypisuje się jakieś role lub określone zachowania. Na przykład: „Stefana to trzeba posadzić gdzieś z brzegu, bo on co chwilę wychodzi gadać przez telefon” albo „Marta będzie, to zajmie się dziećmi, przecież uwielbia maluchy” czy też „Elką się nie przejmujmy, pewnie jak zwykle się spóźni”. Wynika to zapewne ze znajomości nawyków naszych bliskich oraz po prostu z chęci dopięcia wszystkiego na ostatni guzik, aby impreza się udała. Nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale mam wrażenie, że na większości tego rodzaju przyjęć typy gości się powtarzają. I dzisiaj zamierzam im się przyjrzeć – a właściwie ich odbiciom w krzywym zwierciadle.

  1. BIZNESMEN – ma własną firmę albo prowadzi podejrzane interesy, często jedno i drugie. Potrafi w środku weekendowej nocy podczas wesela wisieć na telefonie i negocjować z kontrahentami. W przerwach pomiędzy kolejnymi rozmowami próbuje zdobywać klientów, a nierzadko także wspólników, wśród innych gości. Nawet staremu wujkowi Zbyszkowi proponuje wejście do spółki, przekonując go, że zarobi pięciokrotność swojej emerytury na przykład importując zardzewiałe śrubki z Azerbejdżanu lub inwestując wszystkie zaskórniaki w plantację różowych bananów na Śląsku.
  2. GWIAZDA WIECZORU – jak sama nazwa wskazuje, musi błyszczeć. Spóźnia się minimum pół godziny nawet na komunię własnej córki albo ślub najlepszej przyjaciółki. Przychodzi wystrojona niczym Mickiewiczowska Telimena na ucztę w zamku, od razu skupia na sobie uwagę wszystkich zebranych – i tak już zostaje do końca. Kokietuje, zagaduje, rozdaje uśmiechy i z egzaltacją opowiada o swoich przygodach, choćby najbardziej błahych… Kradnie show pannie młodej na weselu i kuzynce na osiemnastce, nie mówiąc już o tym, że i na poczęstunku po pogrzebie potrafi przyćmić pamięć o zmarłym.
  3. MARUDA – choćby uczestniczył w przyjęciu w prawdziwym pałacu, podczas pięknej pogody i w rewelacyjnej atmosferze, to i tak znajdzie powody do narzekania. A to, że w sałatce jest łosoś, a on nie lubi (i nie ma znaczenia, że to tylko jedna z piętnastu różnych sałatek). A to, że w toalecie męskiej jest waniliowe mydło, no bo kto to widział damski zapach w takim miejscu; a w ogóle to drzwi kabin otwierają się w lewo, a lepiej by było w prawo… A to, że musi siedzieć koło ciotki Kryśki, której nie lubi (chociaż sam to miejsce zajął)… W zależności od okazji głośno wyraża przekonanie, że nowożeńcy wkrótce się rozwiodą, świeżo ochrzczone dziecko okaże się mordercą i gwałcicielem, a dziadkom po złotych godach to już z imprez zostaje tylko stypa. Kiedy kończą mu się powody do krytykowania przyjęcia, jego gospodarzy i gości, przechodzi do polityki. I to jest ostatni dzwonek, aby rozmówca Marudy znalazł gdzieś bezpieczne schronienie, zanim nie daj Boże niechcący przyzna się, że głosował na PiS/PO/Kukiza/Nowoczesną/Partię Ufoludków, bo wtedy już się od typa nie uwolni…
  4. PRAWA RĘKA – każde przyjęcie rodzinne traktuje jak misję, odbierając chleb organizatorom oraz wszelkiej maści drużbom lub chrzestnym. Jako pierwsza/y orientuje się, gdzie w lokalu znajdują się toalety, plac zabaw i palarnia, nawet jeśli sam/a z nich nie korzysta. Nigdy nie pije alkoholu, deklarując, że MUSI być dyżurnym kierowcą, chociaż nikt jej/go o to nie prosił. Robi zdjęcia wszystkim i wszystkiemu (na wszelki wypadek, gdyby wynajęty fotograf w drodze powrotnej utopił aparat w fontannie albo został napadnięty przez Cyganów). Po kwadransie zna każdego z gości, włącznie z ich miejscem zamieszkania, sytuacją rodzinną i alergiami pokarmowymi. Podchodzi więc do gospodarzy, pytając teatralnym szeptem, czy pamiętali o wegańskich przystawkach dla ciotki Helenki i bezglutenowych grzankach dla Kubusia (przy czym zarówno ciotkę Helenkę, jak i Kubusia po raz pierwszy widzi na oczy). Prawa Ręka jest więc nieocenioną pomocą dla organizatorów, a po imprezie opowiada wszystkim znajomym, że bez niej/go to ta komunia/wesele/imieniny byłyby jedną wielką katastrofą.
  5. GOŚĆ WIDMO – zwykle należy do rodziny i jest jedną z tych osób, których nie wypada nie zaprosić. Doskonale o tym wie, dlatego czeka do ostatniej chwili z potwierdzeniem swojej obecności na imprezie lub czyni to dopiero po delikatnym ponagleniu ze strony zainteresowanych. Kompletnie nie liczy się z tym, że organizatorzy chcieliby odpowiednio wcześniej zamknąć listę gości i poinformować o niej lokal. Później możliwe są dwa scenariusze: Gość Widmo albo rozmyśla się na dzień przed uroczystością i z łaską informuje, że jednak nie przybędzie, albo nie informuje wcale i zwyczajnie nie przychodzi. Nie odbiera też telefonów od zaniepokojonych najbliższych, wysyłając ostatecznie sms o treści „coś mi wypadło”. Tak, jasne. W niedzielę o 14… to chyba jedynie dysk albo sztuczna szczęka, bo o tej porze to nawet szóstka w totka nie wypada.
  6. DYŻURNY KSIĘGOWY – chodzący arkusz kalkulacyjny. Interesują go wyłącznie liczby. Prędko zlicza wszystkich gości, a następnie wypytuje gospodarzy, ile musieli zapłacić za osobę. Mnoży tę sumę przez liczbę obecnych, dodaje do tego sobie tylko znane kwoty i na tej podstawie błyskawicznie szacuje koszt całej imprezy. Oprócz pytań o pieniądze, Księgowego można także poznać po uwagach typu: „Takiego kurczaka to w hurtowni można kupić już po 12 złotych za kilogram”, „Gdyby wynajęli taksówki dla gości, to wyszłoby taniej niż ten cały autokar” albo „Nie zwróci im się ta impreza. Kowalscy pewnie nic nie dadzą, Kwiatkowscy może ze stówkę od łebka. No nie ma bata, uzbierają najwyżej połowę tego, co wydali.” 
  7. RUBASZNY WUJASZEK – od razu rzuca się w oczy za sprawą nonszalanckiego stosunku do modowego savoir-vivre’u. Jeżeli impreza ma miejsce latem, Wujaszek potrafi przyjść na nią w sandałach ze skarpetkami, krótkich spodniach typu „bomber” i pamiątkowym T-Shircie z wakacji w Kołobrzegu. Na wyjątkowe okazje (ślub córki, ewentualnie chrzciny wnuka) zakłada co prawda garnitur, ale pamiętający przynajmniej czasy Gomułki. Zanim wszyscy goście na przyjęciu zjedzą rosół, Wujaszek pozbywa się marynarki i krawata, a po drugim daniu siedzi już z rozpiętą i wyciągniętą ze spodni koszulą, częstując otoczenie widokiem gęstych włosów na klacie, ozdobionych łańcuszkiem z Matką Boską Częstochowską. Medalik nie przeszkadza mu jednak w opowiadaniu dowcipów z podtekstem – najczęściej jednocześnie seksualnym i szowinistycznym.
  8. MIMOZA – przez całą imprezę siedzi prosto, jakby połknęła kij. Niechętnie nawiązuje nowe znajomości, właściwie rozmawia tylko ze swoim partnerem lub najbliższą rodziną. Najczęściej wymyka się po angielsku, a kilka tygodni po przyjęciu gospodarze nie umieją sobie przypomnieć, czy w ogóle na nim była.

A z jakimi typami gości Wy macie do czynienia?

Zabójcza profilaktyka, czyli polowanie na czarownice po wichurze

Parę lat temu zostałam wychowawczynią bardzo trudnej klasy. Lubiłam swoich podopiecznych, jednak praca z nimi kosztowała mnie wiele wysiłku i stresu. Byłam wówczas jeszcze bardzo młoda, co na samym początku dodatkowo utrudniało budowanie autorytetu. Podczas pierwszego biwaku klasowego uczniowie wpadli na pomysł zorganizowania ogniska w wyznaczonym do tego miejscu na kempingu. Przez kilka poprzednich dni padał deszcz, zatem przyniesione przez nich drewno było śliskie i wilgotne. Dwaj chłopcy – nazwijmy ich Maćkiem i Piotrkiem – przechwalali się znajomością zasad survivalu (jak się potem okazało, zaczerpniętą wyłącznie z Youtube’a), w związku z czym obwołali się kierownikami imprezy i dowodzili układaniem ogniska. Moich porad i podpowiedzi nie za bardzo chcieli słuchać, a ja z kolei nie zamierzałam wyjść na zrzędę, więc pilnowałam tylko, żeby nikt nie zrobił sobie krzywdy. Kiedy stos był już gotowy, Maciek przystąpił do rozpalania. Specjalnie w tym celu przywiózł ze sobą krzesiwo i na wszelki wypadek zapalniczkę. Ani jedno, ani drugie nie poskutkowało. Mokre gałęzie nie chciały nawet zacząć się tlić, w dodatku po którejś próbie cała konstrukcja po prostu się rozsypała. Część klasy poczęła się niecierpliwić, niektórzy proponowali powrót do domków.

- To co, chłopaki? Pozwolicie podziałać doświadczonej harcerce? – zapytałam z uśmiechem.

- Nie da pani rady! – skwitował zaczepnie Piotrek.

- Zobaczymy.

Wspólnie z klasą rozebraliśmy resztki ogniskowego stosu i ułożyliśmy go na nowo, tym razem według sprawdzonych obozowych zasad. Opowiedziałam młodzieży o harcerskiej tradycji, mówiącej, że jeśli ogień nie rozpali się od maksymalnie trzeciej zapałki, to znaczy, że pomiędzy członkami kręgu jest coś nie tak i ognisko się nie odbywa. Widziałam w ich oczach napięcie, kiedy wyciągałam z pudełka pierwszą zapałkę, którą zresztą chwilę później niechcący złamałam o draskę. Na szczęście druga zapłonęła od razu, a od niej powoli zajął się cały stożek (najbardziej popularny typ ogniska).

- Proszę pani, a co się robi na takich harcerskich ogniskach? – zapytała Marysia, kiedy siedzieliśmy już w kręgu, piekąc chleb i kiełbachy.

- Na obrzędowych niczego się nie je. Poszczególne zastępy prezentują różne zabawy, scenki tematyczne, opowiadają o przygodach z minionego dnia – wyjaśniałam cierpliwie – śpiewa się piosenki, uczestniczy w skeczach i pląsach, a ognisko kończy gawęda, czyli historia z morałem, opowiadana najczęściej przez kogoś z kadry.

- Opowie nam pani wieczorem taką gawędę? – poprosiła Kamila.

A chcielibyście?

- Tak! – odezwała się chóralnie większość grupy.

Nie wierzyłam własnym uszom. Moja klasa, którą roznosiła energia, którą trudno było czymkolwiek zainteresować, która notorycznie przyprawiała dyrektora o stan przedzawałowy, a innych nauczycieli o nerwicę, chciała tak po prostu siedzieć grzecznie i słuchać mojego gadania? Ano chciała. I słuchała. Po gawędzie musiałam jeszcze opowiadać o przebiegu zbiórek, o zajęciach podczas obozów, o moich najlepszych wspomnieniach… Ten wieczór był takim przełomowym momentem, kiedy wiele zyskałam w oczach moich wychowanków. Przede wszystkim jednak pokazał mi, jak bardzo współczesna młodzież potrzebuje tego typu aktywności. To nie musi być harcerstwo, może być np. klub żeglarski, bractwo rowerowe albo nawet wspólnota przykościelna… ważne, żeby dawało pole do samorealizacji i, mówiąc kolokwialnie, wyżycia się.

Mama i tata Maćka, tego od krzesiwa, byli zajęci rozwodem i nowymi partnerami, rekompensując synowi swój brak zainteresowania milionem elektronicznych gadżetów. Maciek spędzał więc dnie sam na sam z nowym iPadem, oglądając filmiki na Youtube. Marysię rodzice starali się wychowywać po partnersku, nie stawiając jej kompletnie żadnych granic i wymagań. Pewnie mieli dobre intencje, ale dziewczyna odbierała to tak, że im na niej w ogóle nie zależy. Kamila z kolei była chowana pod kloszem – aż do wspomnianego biwaku nigdy nie jechała pociągiem i nigdy nawet nie była w lesie (!!!) z obawy przed kleszczami, żmijami i innymi mieszkańcami zarośli. Opowieść o harcerstwie pokazała im inny świat – taki, w którym młodzi ludzie mogą pokonywać własne słabości i czuć się potrzebni innym.

Dzisiejszy wpis miał być głosem w obronie instruktorów z obozu w Suszku, na którym podczas nawałnicy zginęły dwie harcerki. Jestem bowiem przekonana, że gdyby kadra miała dostęp do pewnych, potwierdzonych informacji o sile tej burzy, to uczestnicy zostaliby ewakuowani. Sama przejeżdżałam tuż obok tego obozowiska zaledwie kilkanaście godzin po tragedii i NIGDY nie widziałam czegoś takiego. Las został zmieciony z powierzchni ziemi, podobnie jak znaki drogowe, część ogrodzeń posesji, linii energetycznych i innej infrastruktury. Tego nie można było przewidzieć. Co prawda wcześniej czytałam w internecie o nadchodzącej wichurze i oczami wyobraźni widziałam połamane gałęzie i naderwane dachy, ale w najgorszych koszmarach nie śniło mi się urzeczywistnienie apokalipsy…

Chciałam więc opowiedzieć o warunkach, jakie panują na obozach harcerskich. O tym, czym zajmują się wychowawcy i dlaczego postuluje się niekorzystanie z telefonów komórkowych. O sposobach radzenia sobie z przyrodą i zachowaniach w czasie burzy. Nie robię tego jednak z kilku względów. Po pierwsze – w mediach chyba wszystko zostało już powiedziane. Po drugie – głęboko wierzę, że prokuratura pracująca na miejscu ustali, czy ktoś rzeczywiście zawinił i w jakim stopniu. Po trzecie – mocno przeżywam tę tragedię i myślę chyba bardziej sercem, niż rozumem, bo łatwo mi się utożsamić z instruktorami. Jeszcze kilka lat temu sama mogłam być na ich miejscu. Ba! Jako nauczycielka nadal mogę, bo każdy wyjazd z młodzieżą niesie ze sobą jakieś ryzyko.

Postanowiłam jednak napisać przede wszystkim o czymś innym: o zabójczej profilaktyce. Już pojawiają się głosy, żeby zabronić harcerzom rozbijania obozów w lasach, bo to zbyt niebezpieczne. Ciekawy postulat, zwłaszcza że harcerstwo w Polsce istnieje i obozuje już od 100 lat… Co nie znaczy, że w zakresie bezpieczeństwa nie dokonały się żadne zmiany. Podczas mojego pierwszego obozu – równe 20 lat temu – nikogo nie dziwiło, że jedenasto-trzynastoletnie druhenki podróżują tylko w towarzystwie szesnastoletniej zastępowej i że pod jej opieką budują w głębokim lesie szałas, w którym przez dobę lub dwie same śpią i same sobie gotują. Tymczasem na kilku moich ostatnich wyjazdach tego typu, zaledwie przed kilkoma laty, jako komendantka teoretycznie nie mogłam wypuścić harcerek samych nawet do obozowej kuchni, jeżeli nie było jej widać z podobozu; o samodzielnym wyjściu zastępu w teren w ogóle nie mogło już być mowy. Ja wiem, że czasy się zmieniają, że na młodzież czyha coraz więcej zagrożeń. Wiem, że opiekunowie – jak sama nazwa wskazuje – są od opieki, ich obowiązkiem jest więc ruszyć cztery litery i być tam, gdzie wychowankowie. Ale wiem też, że nie da się nauczyć dziecka samodzielności, jeśli będzie się je przez całe życie nosiło na rękach. I wiem, że wszystkiego się nie przewidzi, nawet jeśli jest się doświadczonym, mądrym i odpowiedzialnym człowiekiem, a za takich wbrew medialnej nagonce uważam większość instruktorów harcerskich.

Podam Wam pewien przykład – co prawda nie z harcerstwa, ale za to mój osobisty i to w miarę świeży, bo zaledwie z zeszłego roku. Byłam z klasą – tym razem kochaną i świetnie współpracującą od samego początku – na wycieczce. Młodzież została wyraźnie poinformowana, że bez wychowawcy nie wolno opuszczać terenu ośrodka nawet na krok. I wszystko było ok, póki jeden z chłopaków – załóżmy Łukasz – nie zorientował się, że zgubił gdzieś bardzo drogi obiektyw do aparatu. Był to moment, kiedy poszłam do swojego lokum zmienić spodnie na dłuższe, bo zerwał się zimny wiatr. Druga z opiekunek robiła w tym czasie obchód po pokojach – czyli to, co powinna. Łukasz wykorzystał tę chwilę i samowolnie wyszedł (przez okno!) w stronę oddalonej o prawie kilometr plaży, żeby szukać zguby. Bardzo szybko zorientowałam się, że go nie ma. Koledzy natychmiast pospieszyli z wyjaśnieniem, co się stało. Oczywiście od razu miałam milion myśli, głównie tych najgorszych, bo oczami wyobraźni widziałam już Łukasza w roli topielca, pociętego na organy lub przynajmniej pobitego do nieprzytomności. Na szczęście nic takiego się nie stało. Wyszedłszy go szukać, trafiliśmy na niego całego i zdrowego, a obiektyw odnalazł się… pod łóżkiem w pokoju. Jako wytłumaczenie nastolatek podał argument, że „nie chciał nikomu robić problemów, myślał, że tylko wyskoczy, znajdzie zgubę i niepostrzeżenie wróci”. Grzecznie przyjął konsekwencje, ale chyba nie za bardzo je rozumiał. Obiektywnie rzecz ujmując nie zrobił w końcu niczego niebezpiecznego – na wakacjach z rodzicami pewnie postąpiłby identycznie, choć może za ich zgodą. Właściwie odbył jedynie zwykły, krótki spacer promenadą… Tyle tylko, że gdyby coś mu się stało, to żaden adwokat by mnie nie wybronił. A przecież wychowawca też musi kiedyś spać, myć się, ubierać i korzystać z WC…

Boję się, że ta paniczna obawa o bezpieczeństwo zacznie prowadzić do absurdów; że doczekamy się obozów harcerskich w hotelach, pływackich z zajęciami w brodzikach i żeglarskich, gdzie sterowania łódką będzie się uczyć wyłącznie na sucho albo najdalej dwa metry od brzegu. Wcale nie jestem pewna, czy w tej chwili coś wyolbrzymiam. Spotkałam już w swoim życiu trzynastolatka, który bał się pokroić ciasto, bo nigdy wcześniej nie trzymał w ręku dużego noża. Mama w domu nie pozwalała, żeby nie zrobił sobie krzywdy. Poznałam też ucznia drugiej klasy liceum, bojącego się dotknąć żelazka w obawie przed poparzeniem – nie dlatego, że miał jakiś uraz, tylko po prostu nigdy niczego nie prasował. Mało tego, jestem przekonana, że nawet pomimo nie wiem jak rygorystycznych przepisów wypadki będą się zdarzać. Synek koleżanki mojej mamy utopił się w kałuży we własnym ogródku… Te drzewa, które przygniotły dziewczynki w Suszku, mogły równie dobrze spaść na autobus podczas ewakuacji obozu i spowodować jeszcze więcej ofiar. Wichura nie przeszła nad kawałkiem lasu, tylko nad tysiącami metrów kwadratowych powierzchni… a trwała zaledwie pół godziny!

Nie pragnę umniejszać tragedii rodzin tych młodych ofiar. Nie wiem, co myślą i czują ich rodzice.  Nie umiem się nawet domyślać. Nie dziwię się, jeśli szukają winnych i chcą ich ukarania. Nie potrafię sobie wyobrazić, co by było, gdyby żywioł odebrał mi Księżniczkę… Być może oskarżałabym wszystkich wokół bez względu na ich rzeczywisty udział w zdarzeniu. Nie jest mi natomiast trudno wczuć się w sytuację instruktorów. Wierzę, że byli gotowi oddać życie za tę młodzież, bo w takim duchu wychowywani są harcerze.

Pytania, czy tej tragedii można było uniknąć, to jedno. Drugie – jaką młodzież wychowamy, jeżeli zabronimy jej wszystkiego? I dalej – gdzie i jak młodzi ludzie będą pożytkować swoją energię, jeśli zabierze im się kontrolowane ryzyko?

Lato pierwszych razów

Wakacje dobiegają końca, a wraz z nimi bardzo intensywny etap w życiu Księżniczki. Staraliśmy się wykorzystać niedawny urlop męża maksymalnie, jak się dało (czytaj: szanując rezerwy w portfelu, żeby gościom na chrzcinach podać coś więcej niż suchy chleb). Pierwszy tydzień spędziliśmy u rodziców jego chrześniaczki nad morzem, drugi co prawda na miejscu, ale też spotykając się z rodziną i przyjaciółmi. Jako tata i mama jesteśmy bogatsi o wiele doświadczeń, będących jednak niczym wobec przeżyć córeczki.

Przede wszystkim Księżniczka pierwszy raz spała poza domem. Sami nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać, braliśmy więc pod uwagę najrozmaitsze możliwości, włącznie z nocnym wrzaskiem na pół osiedla i naszymi walizkami wystawionymi rano za drzwi przez gospodarzy. Na szczęście poza jedną wieczorną awanturą mała nie zgłaszała sprzeciwu wobec warunków pobytu, na które zresztą i my nie mogliśmy narzekać. Zaprzyjaźniła się nie tylko z kuzynką i jej bliskimi, ale nawet z ciekawskim rudym kocurem, który asystował nam przy każdym karmieniu i usypianiu. Na pamiątkę wyrwała mu chyba kilka wąsów, ale ciii…. ;)

Po raz pierwszy także jechała pociągiem i po raz pierwszy widziała morze. W obu tych miejscach największe wrażenie zrobili na niej ludzie. Koleją podróżowaliśmy króciutko, zaś Bałtyk podczas naszej wizyty był wyjątkowo spokojny. Księżniczka ani na jedno, ani na drugie nie zwróciła uwagi. Za to współpasażerowie w wagonie, a potem tłumy turystów – o, to było coś! Córa przez cały dzień nie spała, przyglądając się z zainteresowaniem twarzom mijanych osób. Dla nas było to o tyle wygodne, że mogliśmy spokojnie przycupnąć sobie na kawę czy obiad w ogródku którejś nadmorskiej knajpki bez obawy, że nasz bobas będzie swoim zachowaniem przeszkadzał innym gościom. Dzięki uprzejmości M. i K. tymczasowo wymieniliśmy nasz ciężki wózek na lekką spacerówkę, w której Księżniczka podróżowała co prawda na leżąco, ale przodem do świata – i to był strzał w dziesiątkę! Podziwianie otoczenia zdecydowanie przypadło jej do gustu.

Oprócz tego zaliczyliśmy też pierwsze przewijanie dziecka na tylnej kanapie samochodu. Zważywszy, że mamy zwykłą osobówkę (na tyle wysłużoną, że pewnie niedługo na trasie zaczną nas wyprzedzać traktory, walce drogowe i babcie na składakach typu Wigry 3), było to zadanie karkołomne – w  najbardziej dosłownym znaczeniu tego wyrazu. Trudno bowiem uważać na swój czerep, kiedy trzeba jednocześnie trzymać wszystkie cztery kończyny fikającego bobasa, wymieniać pieluchę i wyciągać chusteczki, mając do dyspozycji 2/3 trzyosobowego siedzenia. Ku naszemu zdziwieniu (wynikającemu może z braku doświadczenia) na żadnej z dwóch kolejnych stacji benzynowych (znanych sieci, żeby nie było) nie zastaliśmy ani przewijaka, ani nawet kawałka miejsca do położenia dziecka… przy czym na drugiej z nich nie działała żadna z toalet, wszystkie więc zamknięto na cztery spusty. I radźcie sobie, kierowcy. No to sobie poradziliśmy. Przynajmniej już wiemy, że się da i to nawet bez ofiar w ludziach tapicerce.

Księżniczka uczestniczyła także w dwóch pierwszych w swoim życiu spotkaniach przy grillu. Pomimo zapału chłopaków do wrzucania na ruszt wszystkiego, co żyje, udało się nie upiec ani malutkiej, ani żadnego z piętnastu kotów Cyngla, więc grillowanie można chyba uznać za udane. Rybki z oczka wodnego drugiego z gospodarzy też ocalały. Może dlatego, że tam akurat nie było kotów Cyngla….

Mężowski urlop zakończyliśmy wizytą u jego dziadków. Co prawda córa widziała ich już wcześniej, ale na swoim terenie. U nich była pierwszy raz. Chyba niewiele jest na świecie bardziej rozczulających widoków niż sędziwy pradziadek tarzający się po dywanie z pięciomiesięcznym klopsem na rękach. Nie mogłam oderwać od nich wzroku. P. natomiast robił zdjęcia na przemian trzema telefonami, tosterem, słuchawką prysznicową i dekoderem Polsatu (żałując pewnie, że sztuczna szczęka nestora rodu nie ma zainstalowanego aparatu). Jestem przekonana, że w razie braku zajęcia też by się wzruszył – a tak mógł przynajmniej udawać, że nie ma na to czasu.

Do letnich „pierwszych razów” Księżniczki można zaliczyć ponadto rozszerzanie diety, które praktykujemy od czerwca. Póki co mała uwielbia nowe smaki – od marchewki i dyni, poprzez jabłuszka i morele aż do łososia. Na czarnej liście jak na razie znalazły się jedynie brokuły i banany (te ostatnie to akurat ze słoiczka pewnej rozpoznawalnej firmy z niemowlakiem w logo, ale nawet jak dla mnie smakowały dziwnie). Dzisiaj startujemy z czerwonymi owocami i tak sobie myślę, żeby na wszelki wypadek karmić ją na tle czerwonej ściany, bo szczęśliwym trafem jedną taką posiadamy. Niunia uwielbia kichać przy jedzeniu, także tego…

A jak Wy wspominacie pierwsze doświadczenia z Waszymi pociechami?

Słowo wylatuje z ust wróblem, a wraca wołem

… mówi stare przysłowie. Dzisiejszy post jest bardzo osobisty i niestety dosyć gorzki. Do jego napisania, oprócz przedstawionej niżej sytuacji, skłoniły mnie również przemyślenia jednej z zaprzyjaźnionych mam adopcyjnych, która w podobnym czasie znalazła się w niemal identycznym położeniu. Bezpośrednimi adresatkami niniejszego tekstu są znajome P. i moje, cierpiące najwidoczniej na brak własnego życia.

Drogie „Koleżanki”, które rozpowiadacie wszem i wobec, że:

- Księżniczka urodziła się chora i zdeformowana, dlatego nie publikujemy jej zdjęć na Facebooku;

- adopcja była wyłącznie moim pomysłem, w związku z czym mąż się ode mnie odsunął, zamyka się tylko w pokoju i gra na komputerze, a ja biedna zostałam sama z tym nieszczęsnym dzieckiem;

Chciałabym Wam oznajmić, co następuje:

  1. Bardzo dziękuję za Waszą troskę o nasze małżeństwo i rodzicielstwo oraz o stan zdrowia córki. Jestem doprawdy wzruszona! Jednocześnie ogromnie ubolewam, że żadna z Was ani razu nie odwiedziła nas po przysposobieniu (przed zresztą też nie…) ani nawet nie widziała Księżniczki na żywo, zatem nie mogłyście ujrzeć na własne oczy, jak się nią zajmujemy.
  2. W związku z powyższym serdecznie zapraszam Was na dobrą kawę i ciasto u nas w domu, w dogodnym dla Was terminie. Będziecie miały możliwość skonfrontowania Waszych obaw z rzeczywistością. Mam nadzieję, że to ukoi Wasz niepokój. Zapewne też (uprzedzam, to może być szok!) przekonacie się, że jedynym pokojem, w którym P. może się ewentualnie zamknąć, aby „grać na komputerze”, jest… pokój córeczki.
  3. Kompletnie nie rozumiem, dlaczego zakładacie, że matki „chorych i zdeformowanych” dzieci mają jakieś powody do wstydu, przez co nie publikują milionów fotek na portalach społecznościowych. Wśród ulubionych stron na Facebooku mam fundację pomagającą upośledzonym maluchom, która często umieszcza tam zdjęcia z różnych wydarzeń. Uwierzcie mi, każdy z tych urwisów jest piękny, a sztuki szczerego uśmiechu mogłybyście się od nich uczyć. To raz. A dwa, że (uwaga, kolejny szok) szanujemy z mężem prywatność naszej córki, w związku z czym nie upubliczniamy jej wizerunku. Sama kiedyś zadecyduje, komu pokazywać swoje zdjęcia. My póki co chwalimy się nimi tylko wąskiemu gronu przyjaciół (czytajcie: ludziom, których uważamy za swoją rodzinę i którym ufamy). Jeżeli tak bardzo zżera Was ciekawość, jak wygląda Księżniczka – patrzcie punkt 2.
  4. Zamiast fotek naszej latorośli, na Facebooku powinien znaleźć się niniejszy post, włącznie z oznaczeniem Waszych nazwisk. Nie wkleiłam go tam tylko z jednego powodu: na prośbę mojego męża (tak, tak! Tego samego podłego samca, który rzekomo zostawił mnie samą z chorym dzieckiem). Jedną z Was do niedawna traktował jak przyjaciółkę i z niewiadomych przyczyn mimo wszystko postanowił dochować lojalności. Niech mu będzie, ale uprzedzam – do czasu.
  5. Mam nadzieję, że podczas bezpośredniego spotkania, na które naprawdę szczerze liczę, zdradzicie mi Wasze sposoby na znajdowanie dostatecznej ilości wolnego czasu, aby interesować się prywatnym życiem takich zwyczajnych ludzi jak P. i ja, tworząc przy okazji i puszczając w świat tak fantastycznie historie, że przebijają po tysiąckroć baśnie Andersena i braci Grimm razem wziętych, o moich bajkach adopcyjnych nie mówiąc! Wszak macie własnych mężów, dzieci, pracę i – jak mniemam – grono przyjaciół, w którym obracacie się na co dzień. Tak na marginesie – mam wrażenie, że ci Wasi przyjaciele jednak nie spełniają swojej roli, skoro musicie się dowartościowywać kosztem innych. Nasi są tak wspaniali i absorbujący, że będąc z nimi nie zastanawiamy się nad relacjami rodzinnymi ludzi, z którymi na co dzień nic nas nie łączy.

 

Z poważaniem

Lady Makbet,
Wasza nieszczęśliwa koleżanka, opuszczona przez męża matka zdeformowanego dziecka, które adoptowała pod wpływem fanaberii

Kochani Czytelnicy, przepraszam tych z Was, którym powyższy wpis wydał się żenujący. Chyba jest taki w istocie, czyli stanowi odpowiedź na poziomie rewelacji, o których traktuje.

Wiem, że ludzie zawsze będą gadać. Zresztą – kto nigdy nie plotkował, niech pierwszy rzuci kamieniem. Sama nie jestem oczywiście bez winy. Rozumiem też, że adopcja jest w Polsce jeszcze na tyle nieoswojonym tematem, iż może powodować niezdrowe zainteresowanie osób postronnych. Kwestią, której nie potrafię pojąć i do której się tutaj odnoszę, jest całkowite zmyślanie. Każde kolejne słowo puszczane w świat przez wspomniane „Koleżanki” jest większą bzdurą od poprzedniego, po prostu ma się nijak do rzeczywistości.  Dopóki takie pomówienia dotyczą wyłącznie mnie, puszczam je mimo uszu – niech się martwią ci, którzy w nie wierzą. Nie potrafię jednak przejść obojętnie obok krzywdzenia (choćby tylko słownego) moich najbliższych, a zwłaszcza dziecka, stąd ten post.

Nie umiem kochać za nic, czyli co myślę o moim mężu

„Kocha się nie za cokolwiek, ale pomimo wszystko. Kocha się za nic.”

To akurat cytat z ks. Twardowskiego, ale podobne myśli wychodziły spod piór bardzo wielu pisarzy, włącznie z cieszącym się ostatnio nie najlepszą opinią Paulem Coelho. Bez wątpienia są to piękne słowa, ale ja się z nimi nie zgadzam. Miłość bezwarunkowa może według mnie dotyczyć relacji dzieci z rodzicami i vice versa, ale nie związku partnerskiego ani przyjaźni.

Gdybym kochała mojego męża za nic, to równie dobrze mogłabym kochać każdego napotkanego mężczyznę (zdaje się, że istnieją określenia dla takich kobiet, w większości nieparlamentarne). Gdybym kochała go pomimo wszystko, to znaczy, że byłabym z nim również gdyby na przykład znęcał się nade mną i dzieckiem lub odwrotnie – w ogóle się nami nie interesował. Ani jedno, ani drugie mnie nie przekonuje.

Niedawno świętowaliśmy z P. dziesiątą rocznicę naszego ślubu. Spędziliśmy ten dzień z przyjaciółmi, więc bardziej rodzinnie, niż romantycznie. Nie przeszkadzało to jednak w uświadomieniu sobie 10 powodów, dla których kocham mojego męża.

1. Potrafi mówić o uczuciach

Robi to często i szczerze, bez skrępowania ani nadmiernej egzaltacji. Nigdy nie uważał, że powiedzenie kobiecie „kocham cię” jest jakąś ujmą dla męskiej dumy. Po raz pierwszy wyznał mi miłość… po angielsku, w jednym z listów wysłanych do mnie chyba w wieku 10 lat. Nie potrafię policzyć, ile razy to do dzisiaj powtórzył w naszym ojczystym języku. Na pewno tysiące.

2. Odgaduje moje potrzeby jeszcze zanim je sobie uświadomię

Serio. Nie wiem, jak on to robi. Skąd wie, jakiej części garderoby mi brakuje, jak chciałabym spędzić wieczór albo dokąd pójść na spacer. Nigdy nie zabrał mnie w miejsce, które mi się nie podobało, podobnie jak nigdy nie kupił mi nietrafionego prezentu. Szósty zmysł, czy coś.

 3. Wspiera wszystkie moje przedsięwzięcia

… bez względu na to, czy chodzi o podjęcie dodatkowych studiów, pisanie bloga, przemeblowanie pokoju czy eksperymenty kulinarne. Zawsze mi kibicuje i nieustannie we mnie wierzy.

 4. Dogaduje się z moimi przyjaciółmi

Ja jestem dosyć trudna w bezpośrednich relacjach. M. napisał kiedyś, że zachowuję się jak typowa nauczycielka (wiem, co miał na myśli, ale samej sobie oszczędzę wdawania się w szczegóły). Mam wrażenie, że trudno mnie lubić, chociaż bardzo się staram. Przez to nie zawsze udaje mi się nawiązać przyjacielskie stosunki ze znajomymi męża, choć oczywiście nie jest to regułą. W drugą stronę działa to jednak niemal bez zarzutu. P. potrafi godzinami rozmawiać z J. o filmach, z kolei gdy zaprzyjaźniłam się z A., to mój mąż zakumplował się z jej ślubnym i teraz spotykamy się we czworo. Kiedy Siostra odwiedza mnie z synkami, stara się być dla nich jak najlepszym wujkiem. Nawet z M. się porozumiał, chociaż ich początki były dosyć skomplikowane. Dzięki temu mamy wielu wspólnych przyjaciół, z którymi oboje dobrze się czujemy.

5. Ma silne ramiona i głębokie spojrzenie

Czuję się bezpieczna, kiedy mnie przytula. Czuję się wyjątkowa, kiedy patrzy mi w oczy. Lubię jego bliskość w jak najbardziej dosłownym znaczeniu tego wyrazu.

6. Zachowuje zimną krew w najtrudniejszych sytuacjach

Gdy ja mam wrażenie, że właśnie nadchodzi apokalipsa i lada chwila cały mój świat legnie w gruzach, P. przychodzi z odsieczą. Mogę na niego liczyć w najbardziej dramatycznych chwilach. Jest tak od zawsze. Na przykład kiedy byłam w drugiej czy trzeciej klasie liceum i oboje z tatą złapaliśmy ostrą anginę, a mama wyjechała do rodziny, P. przychodził codziennie, żeby zrobić nam zakupy i wyprowadzić psa. Albo kiedy zemdlałam w szkole, zaniósł mnie na rękach do domu (fakt, że mieszkałam blisko, niczego tu nie zmienia), przebrał i zorganizował mi lekarstwa. Potem, już w życiu dorosłym, zdarzały się o wiele trudniejsze czy bardziej niebezpiecznie sytuacje, ale nigdy nie zostałam z nimi sama.

7. Nie boi się partnerstwa w małżeństwie

Pisałam o tym trochę w niedawnym poście o ojcach. Wielu mężczyznom odpowiada bardzo konserwatywny podział ról  w związku (czyli, upraszczając, kobieta do garów i do pieluch, facet do pracy i na piwo). P. jest jednak inny. Większością obowiązków dzielimy się po równo. Zdarza mi się wymienić uszczelkę, wywiercić dziurę albo wbić gwóźdź, ale mój mąż także nie boi się patelni ani żelazka.

 8. Pozwala mi mieć własne życie

Może niektórych Czytelników to zaszokuje, bo pewnie są wśród Was i takie pary, które dosłownie wszystko robią razem. Oczywiście nie ma w tym nic złego, o ile odpowiada to obu stronom. My natomiast powstaliśmy z innej gliny. Każde z nas potrzebuje kawałka prywatnej przestrzeni, do której druga połówka nie ma potrzeby zaglądać. Mamy osobne hobby, co nie oznacza, że nie spędzamy razem wolnego czasu. Po prostu sprawiedliwie go dzielimy. Być może dlatego mimo upływu lat żadne z nas się w tym małżeństwie nie dusi – a przynajmniej mam taką nadzieję ;)

 9. Zna mnie jak nikt inny

… nie tylko dlatego, że jest obecny w moim życiu od 23 lat. Nie muszę przed nim nikogo udawać, akceptuje mnie taką, jaką jestem. W wieku „nastu” lat byłam zakochana w chłopaku, który wówczas wydawał mi się ideałem i dlatego sama starałam się w jego oczach uchodzić za ideał (głupie, co nie?). Potem się okazało, że udawaliśmy oboje. Koszmarnie długo leczyłam się z tego zauroczenia, a jeszcze dłużej goiłam zranione ego. Z P. jest inaczej. Nie muszę niczego ukrywać i niczego się wstydzić, bo wiem, że mnie nie osądza.

 10. Jest dobrym ojcem

Takim, który bez oporów zostaje  z dzieckiem sam w domu; karmi, przewija, organizuje zabawę. Wynajduje w sklepach (bądź też u znajomych albo w Internecie) gadżety wspierające rozwój malucha, studiuje ich recenzje, planuje zakupy dla Księżniczki. Ostatnio pewnego deszczowego popołudnia wyszedł do supermarketu po pieczywo, a wrócił przemoczony do suchej nitki z dwoma ogromnymi kartonami pieluch na rękach – bo akurat zauważył, że małej się kończą pampersy, więc kupił na zapas. Oprócz tego powtarza, że na wiele rzeczy może nam zabraknąć, ale na lekarza dla Księżniczki zawsze znajdzie pieniądze (nie mówię tu tylko o wizytach niezbędnych, ale także o kontrolnych i profilaktycznych). Na każdym kroku pokazuje, że jest dumny z córki.

To już koniec listy, ale tylko tymczasowo. Jestem przekonana, że w kolejnych latach będę umiała dopisywać do niej kolejne powody… :)