Co wkurza matkę adopcyjną?

Dwa dni temu odebrałam akt urodzenia Księżniczki. Chyba żadne pismo urzędowe nie wywołało u mnie takiego wzruszenia… Można więc powiedzieć, że zaczynamy nowy rozdział, stąd też nowa kategoria na blogu. Od jutra zaczynam rajd z tym aktem po różnych placówkach – chociażby przychodni i kancelarii parafialnej, bo już od dawna jesteśmy „ścigani” za jego brak.

Nadszedł chyba dobry moment, żeby napisać, co mnie najbardziej denerwuje w naszym krótkim życiu poadopcyjnym.

Wszechobecny nacisk na karmienie piersią

Nie zrozumcie mnie źle… doskonale zdaję sobie sprawę, że mleko matki jest dla noworodka najlepsze. Gdybym urodziła naszą córcię, to zrobiłabym wszystko, aby karmić ją naturalnie. Z wiadomych przyczyn niestety jesteśmy skazane na substytut. Kupujemy dobry, polecany przez naszego lekarza. Jednak za każdym razem, gdy po niego sięgam, uderza mnie napis na opakowaniu, przestrzegający, że zaleca się wyłączne karmienie mlekiem matki przynajmniej do szóstego miesiąca życia dziecka. Z podobnych względów mleko początkowe nigdy nie łapie się w sklepach na żadne promocje, więc nie ma mowy o oszczędzaniu. Nie twierdzę, że sama ta  kampania edukacyjna jest zła, może przekona kogoś, kto ma wybór. Ja nie mam. (I tak, wiem o istnieniu różnej maści doradców oraz o sztucznym wywoływaniu laktacji, ale nie spotkałam nikogo, kto byłby zadowolony z jej efektów…).

Luki w systemie

Konkretnie dwie. Pierwsza dotyczy opieki prawnej. W przypadku preadopcji (czyli zabrania dziecka do domu jeszcze przed oficjalnym orzeczeniem przysposobienia) przyszli rodzice nie są formalnie opiekunami prawnymi swojego maleństwa. O ile pociecha jest zdrowa i nigdzie daleko się z nią nie wyjeżdża, ma to małe znaczenie. A co w momencie, kiedy szkrabowi coś się stanie? Albo, w przypadku dziecka starszego, kiedy zachodzi potrzeba podpisania jakichś dokumentów związanych chociażby z edukacją? Wtedy trzeba szukać rzeczywistego opiekuna prawnego, który przecież niekoniecznie musi być na miejscu. Nie jest to oczywiście sytuacja nie do przejścia, ale na pewno stresująca i uciążliwa.

Druga dziura w prawie dotyczy nadawaniu dziecku nowej tożsamości. Otóż po przysposobieniu, które prawomocnie następuje 21 dni po rozprawie (a na tę z kolei niektórzy czekają miesiącami), oprócz nowego nazwiska (i ewentualnie imion, jeśli taka jest wola rodziców) maluch otrzymuje również świeżutki numer PESEL, bez którego, jak wiadomo, dla państwa człowiek nie istnieje. Księżniczka trafiła do nas w połowie marca, akt urodzenia i PESEL otrzymaliśmy ponad 4 miesiące później… przez ten czas zdążyliśmy już odwiedzić siedmiu lekarzy i za każdym razem był ten sam problem: jak zarejestrować dziecko, które nie ma dokumentów? Z jednej przychodni rejestratorka nas wyrzuciła, na szczęście wstawił się za nami lekarz rodzinny. Teoretycznie można się przez ten czas oczekiwania posługiwać starymi danymi dziecka, ale to jest z kolei ryzykowne i stanowi w pewnym sensie złamanie tajemnicy adopcji. Może rozwiązaniem byłoby umożliwienie rejestrowania takiego dziecka na nr PESEL przyszłego rodzica? Obecnie jest to dopuszczalne przez pierwsze 3 miesiące życia maluszka (biologicznego też), więc dlaczego by nie przedłużyć takiej możliwości dla rodzin adopcyjnych?

Pytania o ciążę

Nie jestem naiwna. Adoptując noworodka, byłam świadoma, że takie pytania będą padać. Nie przewidziałam jednak ich natężenia. O ile nie robię tajemnicy z samego faktu przysposobienia, o tyle niekoniecznie chcę dawać powód do plotek osobom z dalszego otoczenia. Ostatnio jakaś obca babka u fryzjera wypytywała mnie o przebieg porodu! Ucięłam grzecznie dyskusję, bo nienawidzę kłamać, a nie miałam jakoś chęci się jej zwierzać… Niektórzy znajomi zresztą także bywają wybitnie nietaktowni. Przykład z zeszłego tygodnia:

Wracamy z P. z zakupów w centrum handlowym. W pewnym momencie dopada nas daleka koleżanka, wołając z dystansu przez tłum klientów:

- O, macie dziecko! Lady Makbet, to ja nawet nie wiedziałam, kiedy ty w ciąży byłaś!

(A dlaczego miałaś wiedzieć, skoro nie utrzymujemy kontaktów? – myślę, ale odpowiadam dyplomatycznie:)

- Księżniczka ma cztery miesiące.

- No widzicie? Doczekaliście się! A my (czyli ona z mężem i szwagrem) już się zastanawialiśmy, co jest z wami nie tak, hehe, że tyle lat, no wiecie… hehe. Już myśleliśmy, że wy jacyś bezpłodni jesteście, czy coś.

P: Zdecydowanie jesteśmy „czy coś”. A to jest nasza córeczka. Podobna do mnie, prawda?

(rzekomo wszystkie koleżanki w pracy męża tak twierdzą… uhm, z której niby strony? Przecież to jest Księżniczka mamusi, a kto nie dostrzega podobieństwa, to się nie zna  :lol: )

Na szczęście wspomniana koleżanka jest takim typem, który mówi niemal wyłącznie o sobie, więc bardzo szybko porzuciła temat naszego rodzicielstwa i zaczęła opowiadać o własnym. Nie zawsze się jednak udaje tak sprawnie zmienić przedmiot dyskusji… I wtedy trzeba kombinować – albo czynić ze swojej prywatności temat do żarcików na rodzinnych imprezach dalekich znajomych (Cynglu drogi, dlatego Cię właśnie prosiliśmy, żebyś w razie czego nie wtajemniczał D. w pochodzenie swojej chrześniaczki).

Sformułowanie „prawdziwi rodzice” w odniesieniu do biologicznych

Nie mam oporów, żeby w przyszłości powiedzieć Księżniczce prawdę o jej korzeniach. Ba! Oboje z P. liczymy się z tym, że córka będzie kiedyś chciała poznać swoich krewnych i zamierzamy jej w tym pomóc, choć na pewno trochę to nas zaboli. Irytują mnie jednak pytania o to, kim była PRAWDZIWA mama naszej małej. Mówię wtedy, że prawdziwą mamę pytający ma przed sobą. Bo jeżeli „prawdziwą” jest matka biologiczna, to znaczy, że ja jestem jaka? Fałszywa? Zdecydowanie nie czuję się żadną uzurpatorką. Nasze szczęście poznaliśmy w piątej dobie życia, zaś ono nie zna innych rodziców.

Wiadomo, że za każdą adopcją kryje się inna historia. Jeżeli przysposobienie następuje w późniejszym wieku, a dziecko doskonale pamięta mamę biologiczną, która np. zmarła, to pewnie w jego świadomości ona pozostanie tą prawdziwą albo będzie miało dwie prawdziwe… Chociaż też niekoniecznie, bo znam wiele osób, które, mówiąc o rodzicach, mają na myśli właśnie macochę lub ojczyma, a nie rodziców biologicznych, mimo iż doskonale ich pamiętają. Za to nazwanie „prawdziwym ojcem” faceta, który (za przeproszeniem) zrobił przypadkiem dzieciaka, nawet nie przedstawiając się przygodnej partnerce z imienia i nie utrzymując z nią później żadnych kontaktów (o owocu tej upojnej nocy nie mówiąc), wydaje mi się grubą pomyłką. Podobnie jak określenie „prawdziwą matką” kobiety, która była tak zajęta imprezowaniem, iż przez 9 miesięcy nie miała czasu zauważyć, że jest w ciąży, a po porodzie nawet dziecka nie przytuliła… I takie przypadki przecież się zdarzają.

A co Was, drodzy Rodzice (nie tylko adopcyjni) najbardziej denerwuje?

J. jak „łooo”*, czyli charakterystyka pewnej ciotki

- Zobaczyłam, że coś leci, więc złapałam. A to welon! – relacjonowała J. moje oczepiny, podczas których została „drugą panną młodą”. Ten welon zresztą sama pomagała mi wybierać… Powyższa scenka jest kwintesencją całej J.: zawsze znajduje się tam, gdzie jest potrzebna… i od razu działa.

Poznałyśmy się trzy lata wcześniej, na samym początku studiów. Byliśmy licznym rocznikiem, podzielonym chyba na 6 albo 7 grup. Pewnie każdy w swojej intuicyjnie szukał osób podobnych do siebie. Ja znalazłam J., a potem jeszcze pięć innych koleżanek, z którymi przez ponad połowę pobytu na uczelni tworzyłyśmy zgraną grupę, zwaną przez złośliwych „kółkiem różańcowym”. Z radością przejęłyśmy tę nazwę i uczyniłyśmy ją niemal oficjalną, a twórczyni tego przezwiska doczekała się od nas własnego. Nazywałyśmy ją Reklamacją, bowiem każdy dzień na uczelni zaczynała od opowieści o tym, jaki bubel kupiła za jakąś niebotyczną kwotę i musiała oddać go – do reklamacji właśnie. Reklamacja była zresztą niezmordowana i arcykonsekwentna, bowiem już podczas pierwszego roku studiów reklamowała cztery torebki, piętnaście par butów, pięćdziesiąt dwie inne części garderoby, trzech wykładowców, jamnika sąsiadki, wodę w kranie i Pałac Kultury (nie zauważyła, bidna, że okres gwarancji skończył się wraz z ustrojem politycznym). Szkoda tylko, że nie wpadła na pomysł zareklamowania sygnalizacji świetlnej przed naszym wydziałem, bowiem na zielone czekało się tyle, że można było zjeść dwudaniowy obiad, przeczytać całą Encyklopedię Powszechną i wydziergać na drutach szalik o długości kwalifikującej się do Księgi Rekordów Guinessa. Ciekawa postać z tej Reklamacji, ale to nie o niej miało być. Zresztą zostawiła nas po dwóch latach, widocznie studia też nie spełniły jej oczekiwań konsumenckich.

 Z J. połączyło nas podobne poczucie humoru i zbieżny charakter relacji z naszymi tatusiami. Po pewnym czasie dorobiłyśmy się jeszcze wraz z A. i M. wspólnych rytuałów, wśród których znajdowały się dziwactwa pokroju picia moczopędnej herbatki z fafołami, zakańczanego wyścigiem do toalety w centrum handlowym, a także kupowanie ciastek w Netto, układanie satyrycznych wierszyków i piosenek oraz oczywiście kolektywna nauka do wszelkiej maści zaliczeń i egzaminów, rozkładana zawsze na dwie raty, bo pierwsza upływała nam na plotach i piciu rzeczonej herbatki… (A., skąd Ty ją brałaś???)

J. do pewnego czasu twierdziła, że nie lubi dzieci. Między innymi dlatego w przeciwieństwie do reszty „kółka różańcowego” uciekła przed specjalnością nauczycielską, a w efekcie zmieniła kierunek studiów. Któregoś dnia robiłyśmy razem zakupy w H&M (zakupy, taaa… znając nasz ówczesny budżet, pewnie kupowałyśmy gumkę do włosów i parę majtek – tyle dobrego, że nie na spółkę) i w dziale dziecięcym dostrzegłyśmy coś a’la przebranie (wróżki? motylka? uczestnika parady równości albo innego Tap Madl?), którego elementem były paskudne, świecące z daleka różowe skrzydełka. Na ich widok dopadła nas głupawka, zakończona niespodziewanym odnalezieniem związku tychże skrzydełek z popularnym wówczas programem „Superniania”. Nie wiem, czy pamiętacie – prowadząca odsyłała niegrzeczne dzieci na tzw. „karnego jeżyka”, na którym miały spędzić określony czas, aby się uspokoić. J. uznała, że moja córka (skąd ona wiedziała, że będę miała córkę?) zamiast jeżyka będzie miała właśnie „karne skrzydełka” – czyli jak nabroi, to będzie musiała popylać w tym czymś po domu aż do skutku. Pozytywnym efektem ubocznym tego zabiegu miało być zniechęcenie malutkiej do wszechobecnego różu, ku uciesze męża i mojej, a rozpaczy twórców Barbie oraz Hello Kitty. Zabawne, że jedną z pierwszych myśli podczas powiadamiania świata, iż zostaliśmy rodzicami, była właśnie ta o różowych skrzydełkach od cioci J. Ona sama odwiedziła nas kilka tygodni po adopcyjnym porodzie, zamiast rzeczonego narzędzia tortur przywożąc mleko (i jak tu jej nie kochać?) oraz inne cuda.

Jechała do nas zresztą już ze świadomością, że zostanie matką chrzestną Księżniczki. Nie potrafię powiedzieć, kiedy i dlaczego zmienił się jej stosunek do dzieci, ale od dawna była dla nas jedną z niewielu oczywistych kandydatek do tej roli. Podczas jej zeszłotygodniowej wizyty córcia wyraźnie dała znać, iż akceptuje nasz wybór, bo szczerzyła się do J. całym swoim bezzębnym uśmiechem aż do końca jej pobytu. Dobrze mieć taką przyjaciółkę… i taką ciotkę J.

*Tytuł wpisu pochodzi od refrenu pewnej piosenki zasłyszanej na wydziale, której dzieje są jeszcze bardziej skomplikowane niż historia swetra Gruchy.

Okołochrzcielne rozważania o rodzicach chrzestnych i nie tylko

Większość sakramentów świętych ma w naszej kulturze podwójny, a nawet potrójny wymiar: oprócz aspektu religijnego są elementem tradycji scalającej rodzinę (czyli prawie świeckiej), a także niestety okazją do wręczania coraz droższych prezentów.

O pierwszym z tych aspektów trudno mi się wypowiadać, ponieważ uważam, że wiara zawsze jest kwestią indywidualną. Każdy człowiek relacje z Bogiem (bądź ich brak) przeżywa inaczej. Jestem wierząca, swoją drużynę harcerską prowadziłam przy jednej z lokalnych parafii. Mój mąż przez wiele lat był ministrantem. Dla nas, jako osób związanych z Kościołem, chrzest dziecka jest ważnym przeżyciem duchowym, prawdziwym włączeniem córki do wspólnoty Dzieci Bożych. Czujemy też, że nadanie maleństwu imienia podczas chrztu ma większą moc, jest jakieś takie „pełniejsze”, niż zrobienie tego w urzędzie lub – jak w przypadku Księżniczki – sądownie. Nie zamierzam jednak nikogo w tym miejscu do niczego przekonywać ani nawracać, a już tym bardziej nie na blogu.

Wiele osób niewierzących także chrzci swoje dzieci. I tutaj na plan pierwszy wysuwa się ten drugi aspekt sakramentu – rodzinny. Przyjęcie po uroczystości jest dobrą okazją do spotkania dawno niewidzianych krewnych, odnowienia więzi z tymi, którzy mieszkają daleko, a przede wszystkim razem z samym chrztem pełni funkcję inicjacyjną, jest momentem oficjalnego wprowadzenia dziecka do rodziny. Zanim to jednak nastąpi, młodzi rodzice muszą się nieźle nagłowić (choć pewnie nie we wszystkich przypadkach) nad wyborem rodziców chrzestnych. Próbuję sobie przypomnieć, kim byli chrzestni mojej mamy i mojego taty. Przychodzi mi to z trudem, stąd wnioskuję, że nie byli z nimi bardzo związani. Wiem, że i dla niektórych moich znajomych ich chrzestni (zna ktoś synonim tego słowa? Denerwuje mnie to powtarzanie, a nie umiem go zastąpić…) to tylko figury, nic nieznaczące nazwiska w akcie chrztu. Mnie się jednak udało. Można powiedzieć, że moi rodzice dokonali dosyć typowego wyboru: na matkę chrzestną wybrali siostrę taty, na ojca brata mamy. Do dziś mam z obojgiem świetny kontakt. Nie mają własnych dzieci, ale zapewne nie tylko dlatego zawsze o mnie pamiętają, choć dzieli nas naprawdę wiele kilometrów. Zresztą z wzajemnością. U mojego męża sytuacja jest nieco bardziej złożona. Byliśmy jednak zgodni, że rodzicami chrzestnymi Księżniczki powinny zostać osoby, które zechcą być ważną częścią jej życia jeszcze przez długie lata, nie tylko w dniu sakramentu.

Wybór od początku był trudny, ponieważ nie mamy ani rodzeństwa, ani kuzynostwa. Posiadamy za to wielu sprawdzonych przyjaciół. Od początku było wiadomo, że to spośród nich będziemy wyłaniać „drugą parę rodziców” dla naszego potomstwa. Na jakiej podstawie jednak zdecydować, że X będzie lepszym kandydatem od Y? Czy tak się w ogóle da? Braliśmy pod uwagę kilka kryteriów, oczywiście w formie dyskusji, a nie castingu  8-) . Oto one:

  1. Osobowość. Jeżeli ktoś nie lubi dzieci, nie chce ich mieć i nie znosi spotkań rodzinnych, to obarczanie go taką funkcją po prostu mija się z celem. Uszczęśliwianie kogoś na siłę zwykle nie kończy się dobrze.
  2. Status związku. Kandydaci na rodziców chrzestnych muszą dostarczyć zaświadczenie z parafii o braku przeciwwskazań do podjęcia tej roli. Nie dostaną go np. osoby rozwiedzione i/lub żyjące w związkach niesakramentalnych (przyznaję, że nie do końca się zgadzam z tą polityką, ale cóż). Mogą co prawda zostać tzw. świadkami chrztu, ale to jednak nie to samo… a szkoda.
  3. Sytuacja rodzinna i materialna. Nie, nie, nie jesteśmy cyniczni ani wyrachowani. Nie patrzymy na to, że X zarabia więcej od Y, dlatego będzie ją czy go stać na droższe prezenty. Moja wyobraźnia nie sięga nawet w tej chwili tak daleko, żeby się zastanawiać, co i kiedy mała od kogo dostanie.  Działa to natomiast w drugą stronę: jeżeli X (przykład czysto teoretyczny, zmyślony na poczekaniu) ma troje swoich dzieci, dwoje chrześniaków i w dodatku zarabia najniższą krajową, to obarczanie jej dodatkowym (choć przecież dobrowolnym) zobowiązaniem wydaje nam się nie w porządku. Czy się to komuś podoba, czy nie, bycie chrzestnym wiąże się przecież z wydatkami – nawet jeśli niewielkimi i w istocie przyjemnymi, to jednak regularnymi. Patrzyliśmy też na to, czy ktoś nie ma już dziecka lub chrześniaka w wieku bardzo zbliżonym do naszej córy, żeby nie zbiegły się np. dwie komunie w jednym roku albo, co gorsza, w tym samym dniu.
  4. Nasze wzajemne relacje. Ten punkt właściwie powinien być na początku. Nie chcieliśmy dla Księżniczki chrzestnego (chrzestnej), który(a) jest naszym przyjacielem tylko z nazwy, a wspólne kontakty ograniczają się do smsów na święta. Mój tata dał się kiedyś namówić jednemu z kolegów z pracy na bycie ojcem chrzestnym jego syna. Od początku czuł, że to kiepski pomysł, ale chyba głupio mu było odmówić; bądź co bądź, jest to w pewnym sensie zaszczyt. Jako taki kontakt z rodzicami chrześniaka mieli przez pierwszy rok. Potem tamci przestali odbierać telefony albo odwoływali umówione spotkania. Nigdy nie mieli czasu. Tata w końcu dał za wygraną – nie wiem, może niesłusznie. Kilka lat później otrzymał zaproszenie na komunię z żądaniem (tak to brzmiało!) kupna roweru górskiego. Pamiętam, że zamiast niego kupił zegarek i zaproponował, że do roweru się dorzuci. Nie mam pojęcia, jak to się skończyło, sama na tę uroczystość nie pojechałam. Oczywiście od tamtej pory znowu nie mają kontaktu. Nie chcę takich chrzestnych dla mojego dziecka, jak również nie chcę być rodzicem, który będzie ich traktował jak bankomat.

I wreszcie aspekt materialny. Wiecie co? Wkurza mnie ten przerost formy nad treścią, zwłaszcza jeśli chodzi o przyjęcia i prezenty komunijne. O ile lubię same imprezy związane z sakramentami lub np. czyimiś okrągłymi urodzinami, to uważam, że ich organizacja leży wyłącznie w gestii rodziców lub w przypadku dorosłych – samych zainteresowanych. Nigdy nie miewam za złe, jeśli ktoś mnie nie zaprosił – to jego sprawa. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie rozliczać moich gości z tego, jakie prezenty wręczyli. Nawet głupio mi cokolwiek im sugerować, kiedy pytają (choć to akurat robię, bo jeśli już mają wydać pieniądze, to faktycznie czasem lepiej coś podpowiedzieć, żeby wszyscy mieli z tego satysfakcję). Ostatnio wyczytałam w Internecie, że np. gość weselny powinien włożyć w kopertę przynajmniej tyle, żeby się zwróciło „za talerzyk”. My braliśmy ślub 10 lat temu, wtedy chyba się o tym nie mówiło, a przynajmniej nie tak głośno. Naszymi gośćmi w połowie byli rówieśnicy w wieku studenckim, dla których już sam przyjazd z różnych krańców kraju stanowił nie lada wydatek. Nie wyobrażałam sobie żądać od nich jakiejkolwiek kwoty, a już tym bardziej wyliczonej. Brr… Do tej pory uważam, że jeśli kogoś zapraszam (na chrzest, urodziny, ślub albo niedzielną kawkę u mnie w domu), to po prostu chcę, żebyśmy razem miło spędzili czas; pragnę pokazać, że ta osoba jest kimś ważnym w życiu naszej rodziny. Nigdy nie zastanawiam się, czy ktoś w ogóle coś przyniesie, a tym bardziej co to będzie. (Chyba że ciotka J. przyjeżdża z paczką większą od niej samej, wtedy ciekawość bierze górę ;) ). Kiedy sami z P. gościmy na cudzych imprezach, dajemy tyle, ile możemy. Nie skąpimy, ale też nie przekraczamy znacznie domowego budżetu, bo zwyczajnie nas na to nie stać. Nie potrafilibyśmy się zadłużyć tylko po to, żeby pokazać niewidzianej od dekady gałęzi rodziny, że ciotka z wujkiem mają gest. Na dłuższą metę nie płyną z tego żadne korzyści…

Jeżeli ktoś z Was wybiera się na chrzciny Księżniczki, to mam prośbę: kupcie ładną pamiątkę. Albo zróbcie sami. Napiszcie od siebie kilka słów. Myślę, że w przyszłości będzie to dla niej ważniejsze od setek gadżetów. Jeśli chcecie włożyć coś w kopertę – pewnie, przyjmiemy. I na pewno wydamy na dziecko. Nie jest to jednak dla nas najważniejsze i nikogo z niczego nie będziemy rozliczać… no, może poza Waszą obecnością, na którą szczerze liczymy :) .

Siedem grzechów głównych blogerów parentingowych

Zakładając moje „Stożki”, nie sądziłam, że w ogóle ktoś poza mną będzie to czytał. Liczba wyświetleń jednak nie kłamie – naprawdę mam Czytelników! Sama również zaglądam do wielu z Was, posiadam swoje ulubione blogi – takie do porannej kawy, do głębszej refleksji albo obu jednocześnie. Pisałam o większości z nich w poprzednim poście. Ponieważ podobne witryny mnożą się jak grzyby po deszczu, trafiam czasem i na takie teksty, które wybitnie mnie irytują – najczęściej z tych samych powodów. Co więcej, sama nie jestem tu bez winy. Również czasami popełniam grzechy główne rodzicielskiego blogowania…

1. Udawanie eksperta od wszystkiego

Nie oszukujmy się – nasza blogerska wiedza o wychowaniu dzieci bierze się głównie z własnego (i to często pojedynczego!) doświadczenia, zaprzyjaźnionych blogów oraz innych czeluści Internetu, o wiele rzadziej z publikacji naukowych czy szerszej perspektywy, jaką daje np. praca w przedszkolu albo domu dziecka. Mimo tego czasem jesteśmy święcie przekonani, że znamy się na wszystkich aspektach rodzicielstwa – od jakości pieluch poszczególnych marek aż po najskuteczniejsze metody dyscyplinujące.

2. Generalizowanie

Punkt pierwszy bierze się stąd, że (często nieświadomie) rozszerzamy jednostkowe doświadczenia na ogół rodziców; ergo, jeżeli nasze dziecko nie toleruje mleka marki X, to zakładamy, że mleko X jest złe i szczerze odradzamy jego zakup. I odwrotnie – skoro nasza pociecha uwielbia zasypiać przy dźwiękach (załóżmy) Disco Polo, to polecamy Zenka Martyniuka jako panaceum na wszystkie problemy ze snem, dziecięcym i nie tylko. Wynika to oczywiście z dobrej woli: chcemy doradzić i ustrzec innych przed błędami, ale stąd już tylko krok do grzechu numer 3.

3. Pouczanie innych rodziców (i reszty świata)

Do napisania dzisiejszego tekstu skłoniło mnie przede wszystkim kilka linków do popularnych blogów, atakujących moją tablicę na Facebooku nagłówkami w stylu: „Nie rób tego swojemu dziecku!”, „Sprawdź, czy nie rujnujesz córce dzieciństwa!” etc. Pół biedy, kiedy po kliknięciu w taki tytuł trafia się na naprawdę wartościowy i/lub odkrywczy tekst (na przykład na temat tego, jak dziecko tonie – ostatnio poruszany przez wielu autorów, moim zdaniem słusznie). Gorzej, że często rzekomą krzywdą dla malucha okazuje się każda metoda wychowawcza, która nie pasuje autorce lub autorowi podlinkowanego wpisu. Niedawno zirytował mnie pewien post o tym, że dobre matki śpią ze swoimi dziećmi, a pozostałe są złe, bowiem zmuszają dziecko do przebywania samotnie w ciemnościach. Przyznaję, odebrałam to w pewien sposób personalnie. Księżniczka od pierwszej doby u nas usypia w swoim łóżeczku i nie widzę powodu, żeby to na siłę zmieniać. Do tej pory dwa razy obudziła się w nocy niespokojna i nie chciała zasnąć – wtedy oczywiście wzięliśmy ją do siebie bez żadnego „ale”. I będziemy to robić za każdym razem, kiedy zajdzie potrzeba. Nie uważam jednak, żebym robiła córce krzywdę, pozwalając jej spać samodzielnie, skoro ona nie ma nic przeciwko temu. Oczywiście jednak są blogerzy, którzy wiedzą lepiej, co jest dobre dla mojego dziecka. I żeby nie było: ja też pewnie mam na koncie takie teksty, chociaż staram się tego grzechu nie popełniać.

 4. Pochopne ocenianie

O, w tym to ja niestety jestem mistrzynią. Bardzo często wpisy na blogach (nie tylko moim) powstają pod wpływem impulsu, wywołanego jakąś jednostkową sytuacją. Ot, widzieliśmy gdzieś matkę krzyczącą na dziecko, więc napiszmy o tym, jak to dorośli wykorzystują swoją przewagę fizyczną i symboliczną, wrzeszcząc, zamiast rozmawiać i tłumaczyć. I oczywiście obsmarujmy tę matkę, a co tam. Nieważne, że kontekst spostrzeżonej sytuacji może być zupełnie inny, niż sobie wyobrażamy. Ocenianie efektu przychodzi nam świetnie, kto by się tam przejmował przyczyną. My przecież jesteśmy idealni, nie popełniamy błędów wychowawczych, więc niech to inni się martwią.

 5. Lokowanie produktu w każdym zdaniu

Nie mam nic przeciwko artykułom sponsorowanym, zawierającym np. recenzje jakichś gadżetów dla dzieci. Chętnie korzystam z doświadczeń innych blogerów, planując zakupy dla Księżniczki. Wiele z tych tekstów jest napisanych ciekawie, z humorem, dobrze się je czyta. Nawet trochę zazdroszczę autorom, bo też bym coś chętnie zrecenzowała, a nie wiem, jak się do tego zabrać. Problem zaczyna się wówczas, kiedy nazwa produktu (opatrzona milionem hashtagów i hiperlinków) pojawia się w każdym wersie. Mam na myśli wpisy w takim stylu:

Obudziłam się w puszystej i hipoalergicznej pościeli firmy Stary Baran #StaryBaran, #Pościel, #Kołdra, #Poduszka, #ZdrowySen, #BioEkoNatural, #WcaleNieŚmierdziZagrodą. Wstałam, wsunęłam stopy w ekstrasupermegahiperdupermiękkie kapcie z najnowszej kolekcji SeSeSe #SeSeSe, #Kapcie, #Miękko, #Wygodnie, #WymarzoneObuwie, #NieMamGrzybicyHurra. Podeszłam do synka, śpiącego w niebieskiej piżamce z Ą&Ę #Ą&Ę, #Piżama, #KidsCollection, #Instakid (koniecznie!), #BawełnaZPólElizejskichAlboZSamegoRaju i stwierdziłam, że czas sprawdzić stan jego super chłonnej ekstra miękkiej i niezastąpionej pieluszki, oczywiście tylko firmy Bamber #BamberSensitive, #Pieluszka, #Instababy, #Instakid (drugi raz nie zaszkodzi dla pewności), #Instaboy, #Siku, #Kupa, #Hashtag na wszelki wypadek.

Przecież przez to się nie da przebrnąć!!!

6. Brak dbałości o język

Wiadomo, że nie każdy musi być Mickiewiczem ani pisać pentametrem jambicznym. Nie mówię też o sporadycznych literówkach, nielicznych powtórzeniach czy drobnych potknięciach interpunkcyjnych, bo te zdarzają się każdemu, pewnie z szanow(a)nym prof. Miodkiem włącznie. Sporo jest jednak blogów, straszących ortografią porównywalną z dyktandem niezbyt pracowitego pierwszoklasisty i składnią na poziomie początkującego cudzoziemca, dopiero zgłębiającego tajniki polszczyzny. Mamy dzisiaj tyle pomocnych i łatwo dostępnych narzędzi (choćby zwykła autokorekta w Wordzie, o tradycyjnym słowniku nie mówiąc!), że językowe niechlujstwo świadczy moim zdaniem o braku szacunku do Czytelnika. Jego zresztą dotyczy także siódmy, ostatni grzech główny.

7. Nieliczenie się z Czytelnikiem

Zdradzę coś tym z Was, którzy nie prowadzą swoich blogów. O wiele łatwiej (co nie znaczy, że przyjemniej!) pisało mi się na początku, kiedy zaglądało tu tylko kilka osób poza mną. Pisałam, co chcę, w mniejszym stopniu myśląc o tym, co ktoś po drugiej stronie ekranu chce przeczytać. Teraz przed każdym postem zastanawiam się, co właściwie mam zamiar przekazać, w jakim celu i czy to w ogóle jest potrzebne. Pozwalam sobie również na osobiste historie lub dłuższe dygresje, zresztą bardzo lubię je czytać także u innych. Trudno jednak zachować równowagę pomiędzy byciem sobą, a byciem autorem. Niektórym blogerom ta sztuka kompletnie się nie udaje. Są tak bardzo przekonani o swoim geniuszu i własnej nieomylności, że piszą chaotycznie, nie na temat, stosują niezrozumiałe dla odbiorcy skróty myślowe albo nie biorą pod uwagę, że mogą kogoś nieświadomie urazić. Być może mój dzisiejszy tekst też jest tego przykładem, choć mam na myśli kwestię nieco odmienną. Ostatnio wyczytałam na jednym z blogów, że (wybaczcie, pominę kontekst, aby nie przedłużać – okoliczności tej wypowiedzi są nieistotne dla zrozumienia sedna sprawy) żony mogłyby wytykać mężom, iż zarabiają tylko „cztery tysie” na rękę i od roku nie dostali podwyżki. Wiecie… mieszkam w niewielkim mieście, w którym te „cztery tysie” na rękę to niedoścignione marzenie większości mieszkańców, bez względu na zawód, wykształcenie i doświadczenie. Po lekturze takiego tekstu mam wrażenie, że ktoś właśnie przyłożył mi w twarz.

Co o tym myślicie? Jestem otwarta na krytykę! :oops:

Co mi dało blogowanie?

Zaczęłam pisać post o grzechach głównych blogerów parentingowych (tak, tak, o swoich też). Właściwie już jest prawie gotowy, ale nie mam odwagi go opublikować; raz, że nikt nie lubi przyznawać się do błędów, dwa, że boję się, iż co niektórzy przestaną mnie czytać po jego lekturze. Odwlekam więc dokańczanie go, znajdując coraz to nowe tematy.

Okazją do zamieszczenia dzisiejszego tekstu jest fakt, że za dwa dni minie półtora roku istnienia tego bloga. Kiedy zaczynałam, nie przypuszczałam, że ktoś poza mną i garstką znajomych w ogóle będzie tu zaglądał, a już tym bardziej nie marzyłam, że zostanie na dłużej. Okazało się jednak, że dzięki moim Stożkom nie tylko ugruntowałam istniejące już znajomości, ale także zawarłam nowe, choć głównie wirtualne.

W związku z powyższym macie przed sobą post zawierający wielokrotne lokowanie produktu, ale niebędący w żaden sposób artykułem sponsorowanym :lol: . Chciałabym Wam przedstawić autorów innych blogów o podobnej tematyce, które okazały się dla mnie ważne i pomocne w drodze do adopcji, a także w początkach rodzicielstwa. Kolejność prawie przypadkowa ;-) .

1. PIKUŚ INCOGNITO – POGOTOWIE RODZINNE – CO TO TAKIEGO?

Blog Pikusia był pierwszym, na który trafiłam po rozpoczęciu przygody z adopcją. Jego autor wraz z żoną prowadzą pogotowie rodzinne, więc mają zawsze pełną chatę w dosłownym znaczeniu tego sformułowania. Pikuś szczegółowo opisuje perypetie kolejnych dzieci, którymi się opiekują – i czyni to z bardzo szerokiej perspektywy: nie tylko własnej, ale również rodziców biologicznych i adopcyjnych. Polecam tę witrynę wszystkim, którzy myślą o przysposobieniu lub o zostaniu rodziną zastępczą. Naprawdę otwiera oczy! A przy tym teksty pisane są z humorem, polotem i nierzadko… ułańską fantazją!

2. KAROLINA – NASZE BĄBELKOWO

Pozycja obowiązkowa (znaczy się blog, nie Karolina…) dla rodziców, moim zdaniem nie tylko adopcyjnych. Mama Bąbla jest osobą o artystycznej duszy, niesamowicie wrażliwą (nie mylić z przewrażliwioną), kreatywną i… rozpoznawalną w blogosferze. Opisuje blaski i cienie (chociaż głównie blaski) życia rodzinnego z adoptowanym synkiem. Recenzuje również różne produkty dla dzieci, dzięki czemu świeżo upieczeni rodzice mogą poznać wady i zalety rozmaitych gadżetów, przydatnych bądź nie w codziennych zmaganiach z pociechami.

3. IZZY – NASZ MAŁY ŚWIATEK

Piszę tu o niej, bo mi kazała. Nie no, żartuję oczywiście. Po prostu wczoraj rozmawiałyśmy na temat promowania naszych blogów i tak jakoś wyszło  8-) . A tak już całkiem poważnie – Izzy jest mamą dwóch adoptowanych córeczek o anielskiej urodzie i małych diabełkach za skórą, czyli dzieci niemal idealnych. Poza tym jest też osobą, z którą aż chce się zaprzyjaźnić: kontaktową i mającą bardzo racjonalne (jeśli wolno mi ocenić) podejście do rodzicielstwa. Zaglądam na jej blog, bo… jeju, od czego by tu zacząć? O, wiem. Bo w przejrzysty i zrozumiały sposób opisuje swoje matczyne doświadczenia, oszczędzając dzięki temu choć trochę stresu tym, którzy dopiero podążają jej śladem. I jeszcze dlatego, że w wielu kwestiach się z nią zgadzam, dzięki czemu łatwo mi się utożsamić z jej podejściem. I w ogóle fajnie pisze.

4. MAMA i TATA TYGRYSA – TYGRYS i MY

Tygrys jest adoptowanym szczęściem swoich rodziców, mającym obecnie niecałe cztery latka. Mama i Tata razem prowadzą blog (choć niekoniecznie w równych proporcjach), na którym oprócz tygrysich przygód recenzują książki dla dzieci i dzielą się doświadczeniami z budowy domu. Zamieszczane przez nich teksty są pełne takiego ciepła i serdeczności, że aż chce się do nich przytulić (do rodziców, nie tekstów… chociaż…?).

5. LITERMATKA – OD ŚRODKA

Autorka tego bloga przez dłuższy czas milczała, ale zachęcam do pogrzebania w archiwum. Na stałe mieszka w Wielkiej Brytanii i tam też zostali z mężem adopcyjnymi rodzicami. Warto poczytać, jak wygląda przysposobienie na Wyspach i jak się żyje polskiej rodzinie za granicą. Poprzednie zdanie brzmi może banalnie, ale pełen niesamowitego humoru język bloga Litermatki sprawia, że każdy wpis czyta się jak rozdział pasjonującej powieści!

6. BEATA – CZARODZIEJ NASZ

Beata została mamą adopcyjną… trzy razy. I to powinno wystarczyć za najlepszą rekomendację. Polecam jej blog każdemu, kto myśli o przysposobieniu drugiego dziecka, bo bardzo szczegółowo opisuje przezwyciężanie przeróżnych trudności – zarówno tych formalnych, jak i emocjonalnych.

7. HEPHALUMP – PRZYSPOSOBIENIE DO ŻYCIA

Hephalumpa pokochałam bezkrytycznie za sam nick – ale o tym, że jestem fanką Kubusia Puchatka, to już pewnie wiecie. Jako blogujący tata jest w mniejszości wśród całej rzeszy matek-blogerek, co czyni jego stronę jeszcze bardziej wartościową. Wraz z żoną przysposobili dwie starsze dziewczynki. „Przysposobienie do życia” to wciąż rosnący zbiór wartościowych tekstów o budowaniu więzi, ale także o samym procesie adopcji, który nie zawsze w naszym kraju wygląda różowo. Hephalump jest też wnikliwym i krytycznym komentatorem, za co bardzo go cenię.

8. T.VIK – PRAGNIENIE DZIECKA

Podtytuł bloga brzmi: „Historia blisko dwudziestoletnich starań o dziecko” i to w zasadzie mogłoby zastąpić dalszy opis. Autor – człowiek doświadczony i mądry życiowo – porusza tematy trudne i bolesne, ale dzieli się również radościami związanymi z rodzicielstwem. Wpisów jest bardzo dużo, ale polecam przeczytać od deski do deski. Naprawdę warto.

9. UCZUCIOWA – UCZUCIA NIECHCIANE

Teraz to już w większości chciane, prawda, Uczuciowa? Blog jest wzruszającym pamiętnikiem kobiety pragnącej zostać matką, opisującej wzloty i upadki w nierównej – ale w końcu wygranej – walce z niepłodnością. Jeżeli czytają to osoby starające się o dziecko biologiczne, to bloga uczuciowej nie wypada pominąć. Podtrzymuje na duchu, daje nadzieję, ale i uprzedza, że nie zawsze będzie łatwo.

10. AHAJA – TATAMARA

Blog Ahai jest moim najnowszym odkryciem, chociaż chyba nie powinnam się do tego przyznawać, gdyż ona zagląda do mnie już od dłuższego czasu. Zaczęłam czytać niedawno i wsiąkłam, bo chociaż pochodzimy z innych bajek (m.in. dlatego, że ona jest potrójną mamą biologiczną), to uwielbiam takie lekkie, sarkastyczne poczucie humoru, jakim przesiąknięte są jej wpisy. Wszystko jedno, czy pisze o szkolnej wywiadówce, czy o awarii odkurzacza (tu akurat mamy taką wspólnotę doświadczeń, że ho ho!), robi to w taki sposób, że można boki zrywać.

11. PAULINA - DOKĄD TUPTA NOCĄ JEŻ?

Mea culpa! Nie napisałam wczoraj o blogu Pauliny, a przecież także na niego zaglądam! Autorka jest krok za mną w adopcyjnej procedurze – od kilku miesięcy czeka na ten najważniejszy w życiu telefon. Z wdziękiem i optymizmem opisuje życie rodzinne i przygotowania do przyjęcia nowego członka rodziny. A jak ślicznie urządzili z mężem pokoik dziecięcy! Zresztą… sami zobaczcie :)

Zaglądam również na inne blogi, także te niezwiązane z rodzicielstwem, ale o nich innym razem… Będzie mi miło, jeżeli podzielicie się w komentarzach informacją, dokąd Wy najczęściej zaglądacie :oops: . I wiecie co? Dziękuję, że jesteście!

Talula Tańczy Hawajskie Hula, czyli okołochrzcielne rozważania o imionach

Aby opowiedzieć Wam, jak wpadliśmy na imię naszej Księżniczki, muszę cofnąć się pamięcią o kilkanaście lat. Byliśmy wtedy z P. parą od roku, może dwóch. Na pewno chodziliśmy jeszcze do liceum. Mieliśmy taki swój cotygodniowy niedzielny rytuał: szliśmy razem do kościoła, a potem na spacer. Któregoś razu przechodziliśmy obok sklepu z akcesoriami dla dzieci. Na wystawie wisiała brązowa polarowa bluza z kapturem, do którego doszyto „niedźwiadkowe” uszka. P. zauważył ją pierwszy. Pociągnął mnie w stronę witryny, wskazał ubranko i powiedział, że będziemy musieli takie kupić naszemu dziecku. Mój jeszcze-nie-mąż był wtedy na takim etapie, kiedy twierdził, że małżeństwo to tylko zbędny papierek, a rodzina jest mu do niczego niepotrzebna, więc podobne stwierdzenie w jego ustach było dla mnie szokiem. Może to śmieszne, ale ta misiowa bluza stała się symbolem pewnego przełomu. Właściwie od tamtej niedzieli zaczęliśmy na dobre planować wspólną przyszłość. Widzieliśmy w niej oczywiście dzieci. Początkowo mówiliśmy o trojgu, w tym przynajmniej dwojgu biologicznych, ale życie – jak wiecie choćby z bloga – zweryfikowało te marzenia…

Bawiło nas też wymyślanie imion dla naszych maluchów. O dziwo łatwiej było z męskimi: od razu ustaliliśmy, że chłopiec będzie Tomkiem albo Bartkiem i trzymamy się tego do dzisiaj. Oboje mamy drugie imiona i chcieliśmy je nadać także pociechom. Tu też nie było problemu: córka miała otrzymać drugie imię po mamie P., syn po moim tacie. Spieraliśmy się za to, jak nazwać dziewczynkę. P. proponował Agnieszkę – po koleżance, o którą byłam (niesłusznie) zazdrosna, więc odpadło. Podobnie było z Magdaleną (akurat tej baby to do tej pory nie dzierżę; jeżeli to czytasz, franco jedna, to wiedz, że nie zapomnę Twoich telefonów do mojego męża w środku nocy ani Twojej postawy na naszym ślubie, na który nieproszona przylazłaś). Z kolei imiona proponowane przeze mnie nie odpowiadały mojej drugiej połówce. Kiedy wreszcie udało nam się ustalić jedną wersję, to okazało się, że musimy ją zmienić… Nasi bliscy znajomi stracili córeczkę o wybranym przez nas imieniu i byłoby niezręcznie, gdybyśmy swoją nazwali tak samo. Na obecne imię Księżniczki wpadliśmy już po rozpoczęciu drogi adopcyjnej. Obojgu dobrze się ono kojarzy – mnie z dawną przyjaciółką z harcerstwa, mężowi z dobrą znajomą z pracy.

Tak naprawdę zawsze chcieliśmy, żeby nasze dzieci miały normalne imiona. Niekoniecznie najbardziej popularne, ale na pewno nie wydziwione. Moja mama mawiała, że jeśli dziewczynka jest ładna i bystra, to choćby miała na imię Gryzelda, poradzi sobie w życiu; ale jeśli ta Gryzelda będzie zezowata, pulchna i niezbyt lotna, to imię dodatkowo ją pogrąży. Dlatego za nic w świecie nie nazwałabym maleństwa Dżesiką ani Brajanem, skoro z tych imion śmieje się pół Internetu. W rodzicielstwie jak za kółkiem – obowiązuje zasada ograniczonego zaufania do pozostałych użytkowników świata; trzeba myśleć nie tylko za siebie, ale i za innych. Byłam kiedyś świadkiem, jak nauczycielka podstawówki ustawiała klasę w parach i upominała jednego z niesfornych uczniów: Denis do przodu, Denis stój. A dzieci, jak to dzieci, przedrzeźniały: Penis do przodu, Penis stój… Nie znałam ani tego chłopca, ani jego rodziców, więc nie oceniam. Ta sytuacja jednak dała mi do myślenia w kontekście imienia dla mojego dziecka. I chociaż w liceum wygłupiałyśmy się z E., tworząc listę najdziwniejszych możliwych imion i upierając się, że tak będą się nazywały nasze dzieci, to żadna z nas nie brała tego na serio. Oczywiście nie wolno wyśmiewać nikogo ze względu na jego imię, wygląd, pochodzenie czy cokolwiek innego, ale wychowanie sobie, a presja grupy sobie. Nie chciałabym świadomie dawać otoczeniu powodu do naigrywania się z mojego dziecka. To tak jak z zostawianiem portfela na środku ręcznika plażowego, kiedy idzie się popływać. Niby prawo jest po mojej stronie, bo nikt nie ma prawa kraść… ale po co ułatwiać złodziejowi życie?

Nie wiem, czy skojarzyliście tytuł dzisiejszego wpisu. Talula Tańczy Hawajskie Hula (oryg. Talula Does The Hula From Hawaii) to prawdziwe imię dziewczynki z Nowej Zelandii. Na szczęście jakiś mądry sędzia nakazał rodzicom jego zmianę jeszcze zanim mała weszła w wiek dojrzewania. Niby z jednej strony fajnie, że w niektórych krajach można nazywać dzieci, jak się chce, ale  z drugiej… chyba nie wszyscy powinni mieć taką możliwość.

Wracając jednak do głównego wątku… imię naszej córki – nadane już urzędowo, a niedługo także w trakcie chrztu – zostało więc ustalone niemal dwa lata temu. Potem porzuciliśmy ten temat razem z marzeniami o niemowlęciu; spodziewaliśmy się dziecka starszego i uznaliśmy, że jeżeli tylko będzie się nazywać jakoś zwyczajnie, to zostawimy mu jego imię. Adopcja noworodka pozwoliła jednak na samodzielny wybór imienia. Najlepsze, że pomiędzy TYM telefonem a poznaniem małej nawet o tym nie rozmawialiśmy… było za dużo innych spraw do przedyskutowania. I dopiero po drodze do szpitala, kiedy pani A. zapytała o imię dziecka, potwierdziliśmy, że będzie właśnie takie, jak planowaliśmy. Zresztą świetnie pasuje do naszej Księżniczki i mamy nadzieję, że będzie się jej podobało (chociaż to chyba rzadkość; ja na przykład nie cierpię swojego imienia, a zwłaszcza jednego z popularnych zdrobnień – a przecież moi rodzice wybrali dla mnie takie, które według nich było najpiękniejsze).

A jak jest z imionami Waszych pociech? Kto wymyślał i kiedy?

Do czego przygotował nas ośrodek adopcyjny?

Zgodnie z zapowiedzią wracam do tematu OA. Dzisiejszy post także stanowi pewne podsumowanie, dlatego dla stałych czytelników bloga raczej nie będzie niczym nowym. Liczę jednak, że zaglądają tu również osoby rozpoczynające proces adopcyjny i mam cichą nadzieję, że takie resume im się przyda.

Co nam dała procedura w ośrodku adopcyjnym?

POZNANIE INNYCH OSÓB W PODOBNEJ SYTUACJI

Nieprzypadkowo zaczynam nie od kwestii merytorycznych, tylko od czynnika ludzkiego. Słyszałam o przypadkach szkoleń indywidualnych i powiem Wam, że chociaż na pewno są one wygodne dla kandydatów ze względów organizacyjnych, to według mnie nie dają tyle, ile konfrontacja z kilkoma innymi małżeństwami także czekającymi na adopcyjne rodzicielstwo. W naszej grupie kursowej było 7 par. Dzięki spotkaniu z nimi wreszcie poczuliśmy, że nie jesteśmy sami ani dziwni; że wokół nas są osoby takie jak my, o podobnych pragnieniach, obawach i oczekiwaniach. Trafiła nam się też po prostu sympatyczna grupa. Do tej pory mamy ze sobą kontakt, co jest nieocenionym darem przede wszystkim już po adopcji, kiedy można wzajemnie dzielić się doświadczeniami wczesnego rodzicielstwa. Na pewno na początku szkolenia nie wszystkim łatwo przychodzi otwarcie się przed obcymi ludźmi, ale ten stres mija, kiedy inni kursanci przestają być obcy 8-) .

 ZROZUMIENIE POCZUCIA STRATY

Chwała Bogu, że nasz ośrodek nie kazał nam na siłę przeżywać żałoby po nieistniejącym dziecku biologicznym, bo i takie historie krążą po sieci. Pozwolił natomiast na uświadomienie sobie, co tracimy, nie będąc rodzicami naturalnymi (nienawidzę tego określenia), ale też przede wszystkim, z czym musi zmierzyć się dziecko oderwane od korzeni. Problemu straty dotyczyły jedne z początkowych zajęć na kursie i chyba w ich trakcie po raz pierwszy poważnie pomyślałam, że może dałabym radę adoptować dziecko starsze, pamiętające swój rodzinny dom.

OSWOJENIE POTENCJALNEGO ZAGROŻENIA

Jeżeli właśnie myślicie o przysposobieniu dziecka i tak jak my kiedyś chcecie się do tego przygotować, to zapewne dużo czytacie. Odwiedzacie fora internetowe, zaglądacie do publikacji naukowych i nie tylko, studiujecie artykuły w sieci. Prezentowany w nich obraz adopcji jest często tak cukierkowy, że aż mdli (wiem, wiem, tak jak u mnie na blogu; ale co ja poradzę, że Księżniczka jest idealna? Kiedy pojawią się problemy, to też na pewno o nich napiszę) albo odwrotnie – przypomina scenariusz horroru. Panie z OA kazały nam przeczytać „Zranione dzieci, uzdrawiające domy” i „Wychowanie zranionego dziecka”. Opisane tam historie naprawdę mrożą krew w żyłach… Po lekturze tych lub podobnych pozycji człowiek czuje się zbombardowany FASem, RADem, ADHD, autyzmem i szeregiem innych obciążeń. Zaczyna sobie wyobrażać, że każde dziecko kierowane do adopcji ma wszystkie te schorzenia, a samo przysposobienie przypomina raczej heroiczną walkę niż normalne rodzicielstwo. Dzięki dobrze przygotowanym zajęciom na kursie kandydaci mają szansę, mówiąc potocznie, oswoić temat. Słyszałam, że niektóre ośrodki w ogóle pomijają podczas szkoleń kwestie zaburzeń więzi lub powikłań poalkoholowych, jakby udając, że one nie istnieją. My otrzymaliśmy jednak rzeczowe informacje i porady, głównie dzięki prowadzącej posiadającej doświadczenie w pracy z dzieckiem z tymi przypadłościami.

SAMOPOZNANIE

Brzmi idiotycznie, prawda? Zwłaszcza że na adopcję decydują się przeważnie ludzie dojrzali (w naszej grupie szkoleniowej średnia wieku wynosiła około 30 lat), z przynajmniej kilkuletnim stażem małżeńskim. Pamiętam, że kiedy szliśmy na pierwsze testy psychologiczne, mąż stwierdził, że jest ciekawy, czego dowie się sam o sobie. W naszym przypadku żadnej rewolucji nie było, ale na pewno te wszystkie badania pozwoliły na zweryfikowanie swojej koncepcji rodzicielstwa poprzez uświadomienie sobie wzorców wyniesionych z domu i porównanie ich z oczekiwaniami wobec siebie jako rodzica. Nasz ośrodek szczegółowo omawiał wyniki dopiero podczas końcowej kwalifikacji i przyznam Wam, że zgadzam się z każdym słowem, które padło na temat męża i mój. Ba! Obszar, który w moim przypadku wypadł najsłabiej (choć wciąż w granicach normy) daje o sobie znać również w mojej pracy zawodowej. Owszem, te testy bywają uciążliwe, są tam setki pytań, które w dodatku się powtarzają (nie wiem, jak było lub będzie u Was, ale mnie to strasznie irytowało… zwłaszcza zadawane za KAŻDYM razem pytanie o to, dlaczego chcemy adoptować dziecko; bałam się, że jeśli któreś badanie pokryje się z moim PMS, to wykrzyczę po prostu: „BO TAK!!!”  :twisted: ), ale zdecydowanie pomagają w lepszym zrozumieniu siebie jako ludzi i nawzajem jako małżonków.

SPRAWY ORGANIZACYJNE

Podczas jednej z pierwszych rozmów z pedagogiem zostałam zapytana, czego się boję w kontekście adopcji. Wśród oczywistych rzeczy wymieniłam także biurokrację, której szczerze nie cierpię. Jeśli ktoś z Was pracował w szkole, to wie, że na 45 minut przy tablicy przypada przynajmniej drugie tyle papierologii. A jeśli wykonujecie inny zawód, to też pewnie macie do czynienia z raportami, których nikt nie czyta albo z milionem tabelek, które na dłuższą metę niczego nie wnoszą. W każdym razie podzieliłam się swoimi obawami z panią z OA, która wzruszyła tylko ramionami i powiedziała, że nie ma pojęcia, o czym ja mówię, bo całą dokumentacją zajmuje się ośrodek. I tak było w istocie. Zostaliśmy bardzo gładko przeprowadzeni przez wszystkie formalności. Ośrodek pomógł nam w napisaniu wniosku o przysposobienie, a o terminie rozprawy dowiedzieliśmy się telefonicznie od pani kierowniczki jeszcze zanim sąd zdążył wysłać wezwanie.

Myślę, że część osób na samym początku drogi adopcyjnej zadaje sobie pytanie, na cholerę im ten cały kurs; przecież zdrowi ludzie rodzą dzieci bez żadnego teoretycznego przygotowania i większość jest świetnymi rodzicami. My chyba aż takich wątpliwości nie mieliśmy, ale momentami nie czuliśmy się komfortowo, tłumacząc się pracownicom OA z prywatnego życia. Jednak teraz, będąc już „po wszystkim”, mawiamy czasem, że podobne przeszkolenie przydałoby się również co niektórym rodzicom biologicznym. Może wtedy mniej byłoby takich „matek Madzi”…

Kim powinien być ojciec w życiu córki?

Ojciec Agaty pewnego dnia przyłożył jej nóż do policzka i oznajmił, że jeżeli mu się sprzeciwi, to w każdej chwili może ją oszpecić na resztę życia. Kiedy już jako dorosła kobieta umówiła się ze znajomym, usłyszała w domu, że najwidoczniej swędzi ją krocze. Rodzina miała założoną niebieską kartę, ale przed pracownikami MOPSu czy policji tatuś udawał idealnego, dumnego ze swojej córki. Ponieważ nie bił, trudno było mu cokolwiek udowodnić.

Milena pochodzi z małej wioski. Ojciec nigdy nie zaakceptował jej decyzji o pójściu na studia. Oczekiwał od niej poślubienia chłopaka z sąsiedztwa i podjęcia pracy w lokalnym spożywczaku. Przez pięć lat studiów nie dostała od niego ani grosza; był przekonany, że bez jego pieniędzy szybko porzuci marzenia i wróci do domu. Tak się jednak nie stało. Milena zdobyła wyższe wykształcenie, pracuje w zawodzie, a z ojcem nie utrzymuje żadnych kontaktów, podobnie zresztą jak jej młodsza siostra.

Podczas wesela Pauliny ojciec wziął ją na stronę i zakomunikował, że teraz, kiedy się w pełni usamodzielniła i założyła własną rodzinę, może w końcu odejść od jej matki i zacząć nowe życie u boku o połowę młodszej kochanki. Następnego dnia się wyprowadził. Rodzice Pauliny byli małżeństwem od 30 lat; przez cały czas wierzyła, że udanym. Świeżo upieczona żona, zamiast cieszyć się miesiącem miodowym, musiała wyciągać mamę z depresji.

Wszystkie powyższe historie są autentyczne, zmieniłam tylko imiona bohaterek. Znam te dziewczyny, widziałam, co przeżywały. I kiedy myślę dzisiaj o swoim tacie, tylko upewniam się w przekonaniu, że urodziłam się we właściwej rodzinie. Mój ojciec był (i jest) dla mnie tym, kim powinien, a nawet więcej:

- opiekunem,

- towarzyszem zabaw,

- przyjacielem i powiernikiem sekretów,

- nauczycielem (matematyki, fizyki, literatury, muzyki, gotowania, pływania, jazdy na rowerze, obsługi komputera i miliona innych rzeczy!)

- lekarzem (jako dziecko wierzyłam, że potrafi wyleczyć wszystkie choroby świata, nie tylko stłuczone kolano),

- osobistym szoferem (mieliśmy kupione za grosze zabytkowe volvo; uwielbiałam nim jeździć!),

- sponsorem (do tej pory zachodzę w głowę, skąd brał pieniądze na moje zachcianki…),

- adwokatem,

- głosem rozsądku, co tym trudniejsze, że sam jest roztrzepany.

Od urodzenia prowadził mnie za rękę i czasem mam wrażenie, że wciąż to robi. Pisałam o tym zresztą rok temu przy okazji tego samego święta. Owszem, bywa, że mnie strasznie wkurza. Nie denerwuje, tylko właśnie wkurza. Podejmuje pochopne decyzje. Kiedy coś sobie wymyśli, to nie ma siły, która odwiedzie go od realizacji tej koncepcji bez względu na to, czy ona w ogóle jest logiczna. Idę o zakład, że gdyby postanowił na przykład za kilka miesięcy polecieć w kosmos, to by to zrobił. W zeszłym roku udał się w podróż na drugi koniec Europy, będąc w takim stanie zdrowia, że normalny człowiek leżałby w domu i czekał na śmierć, więc wiem, co mówię. Bywa, iż nie liczy się z moimi planami, oczekując, że rzucę dla niego wszystko tu i teraz. Ma do tego pełne prawo, w końcu przez ponad 30 lat on robił to samo dla mnie; po prostu z trzymiesięcznym dzieckiem w domu nie jest to takie łatwe, jak mu się wydaje. Mimo tego wiem, że nie mogłabym mieć lepszego ojca. Zawdzięczam mu to, kim dzisiaj jestem. Wszystko.

Mój mąż nie miał tyle szczęścia. Przez wiele lat brakowało mu wzorca, dlatego bał się, czy sam będzie dobrym tatą. Sądzę, że Księżniczka nie ma co do tego wątpliwości. Robi przy niej wszystko, zauważa każdy krok rozwojowy, bez przerwy ją fotografuje lub filmuje. Stał się specjalistą od dziecięcych gadżetów i metod wychowawczych. Kiedy wczoraj wróciłam z zakończenia roku szkolnego i beczałam jak bóbr, czytając liściki od mojej – pożegnanej właśnie na zawsze – ukochanej klasy, ochrzanił mnie, że płaczę za cudzymi dziećmi, zamiast zająć się własnym :).

Znajomi czasem pytają, czy nie boję się zostawiać małej z ojcem, kiedy wychodzę np. do pracy. Koleżanki opowiadają, jak ich mężowie brzydzili się zmieniania pieluch albo bali się przebrać malucha. Nawet pani z ośrodka podczas ostatniej wizytacji nazwała P. nowoczesnym tatą, gdy usłyszała, jak zajmuje się Księżniczką. „Nie nowoczesny, tylko normalny” – skomentował później sam zainteresowany. Taka normalność zdecydowanie nam obu z córcią odpowiada. Malutka śmieje się do swojego ojca, szarpie go za brodę i zasypia w jego ramionach. Cudowny obrazek…

Obu Tatusiom – mojemu i Księżniczkowemu – życzę miłego Dnia Ojca. Wam, drodzy Czytelnicy bloga, również. Obyście zawsze mogli być dumni z Waszych dzieci: biologicznych, adopcyjnych i zastępczych, a nawet tych na czterech łapach, jeśli takowe posiadacie.

Czego nie powie Wam ośrodek adopcyjny?

Jesteśmy już po rozprawie. Czekamy na uprawomocnienie postanowienia sądu i nowy akt urodzenia Księżniczki. Można więc powiedzieć, że nasza oficjalna współpraca z OAO dobiega końca. O tym, jak ona przebiegała, pisałam od samego początku istnienia tego bloga. Dzisiaj zajmę się kwestiami, których… nie było.

Od razu zaznaczam, że treścią ani celem tego wpisu nie jest oczernianie naszego ośrodka, bo też nie mamy ku temu żadnych powodów. Przeszliśmy ciekawy, wartościowy merytorycznie kurs, krótko czekaliśmy na dziecko i otrzymaliśmy propozycję nie tylko zgodną z oczekiwaniami, ale można powiedzieć, że je przewyższającą. Od początku mieliśmy też dostęp do wszystkich informacji o córeczce, którymi ośrodek dysponował. W trakcie całej, łącznie prawie dwuletniej procedury, pojawiły się może ze dwie sytuacje, które pozostawiły niewielki niesmak; pisałam o nich na bieżąco, nie ma sensu powtarzać. Dzisiejszy tekst zamieszczam jako pewne uzupełnienie, głównie z myślą o tych z Was, którzy dopiero rozważają adopcję lub są na początku drogi. Jest oparty o doświadczenia nasze oraz znajomych z innych OA.

Czego zatem nie powie Wam ośrodek adopcyjny?

PO OTRZYMANIU PROPOZYCJI DZIECKA MACIE PRAWO DO SKRAJNYCH EMOCJI

Podczas jednego ze spotkań kursowych prowadząca opowiadała o parze, której zaproponowano zdrowe, śliczne maleństwo. Para podobno zareagowała szeregiem wątpliwości i poprosiła o czas do namysłu. Do dziś pamiętam, że pani, która o tym mówiła, wydawała się zdziwiona taką postawą. Uchylę Wam teraz rąbka tajemnicy: u nas było niemal identycznie. Nieważne, ile się czeka na telefon. Nieważne, czy ma się już gotowy pokoik i odłożone pieniądze na wyprawkę, czy też nie. TEN telefon zawsze jest szokiem, a natłok wiadomości o dziecku przyprawia o zawrót głowy. I nie ma w tym nic dziwnego, że pomimo 100 pozytywnych informacji o maleństwie uczepicie się akurat tej jedynej negatywnej i zaczniecie ją wyolbrzymiać. Ani w tym, że zaczniecie sobie zadawać pytania, na które wydawało Wam się, że dawno już znacie odpowiedzi (na przykład o to, co z Waszym życiem zawodowym albo kto w razie potrzeby pomoże Wam w opiece nad pociechą). To normalne, że macie wątpliwości i że radość przeplata się z paniką. Dajcie sobie czas na ochłonięcie i przemyślenie wszystkiego, zanim podejmiecie najważniejszą decyzję w Waszym (i być może dziecka!) życiu.

PROPOZYCJA MOŻE NIE ODPOWIADAĆ WASZYM OCZEKIWANIOM

Ta kwestia jest niełatwa do opisania, tym bardziej, że my akurat nie przeżyliśmy takiej sytuacji. Nie znaczy to niestety, że należą one do rzadkości. Dlaczego tak się dzieje? Ośrodek adopcyjny jest zobowiązany do szukania rodziców dzieciom z podległego sobie rejonu. To ich dobro stanowi priorytet, dlatego do każdego malucha próbuje się dopasować rodzinę. Jest to trudne dla obu stron, chociaż zdecydowanie bardziej traumatyczne dla kandydatów, którzy nierzadko długo i boleśnie przeżywają odmowę przyjęcia konkretnego dziecka (albo, co gorsza, godzą się na propozycję wbrew sobie, co może być katastrofalne w skutkach). Czasami zdarza się, że chociaż profil dziecka nieznacznie odbiega od oczekiwań potencjalnych rodziców, to po zapoznaniu się z nim odrzucają wcześniejsze wątpliwości i świadomie, z pełnym przekonaniem decydują się na adopcję. Słyszałam też – i to z pierwszej ręki – o takich przypadkach, kiedy np. parze czekającej na jedno zdrowe dziecko do 3. roku życia zaproponowano niepełnosprawne rodzeństwo w wieku szkolnym, a odmowę potraktowano jako obrazę majestatu i wykluczono owo małżeństwo z kolejki na długi czas – czyli ludzi po podwójnej traumie pozostawiono bez wsparcia, za to z wyrzutami sumienia. Mam nadzieję, że takich ośrodków w Polsce nie ma wielu. Wspomniana sytuacja dotyczy akurat koleżanki z innego województwa, szczegółów nie podam, żeby nikogo nie uprzedzać. Wiem jednak, że i w naszym OA zdarzają się dzieci – wybaczcie określenie – „trudno adoptowalne” i ośrodek już podczas podejmowania próby znalezienia im rodziny w pewnym sensie spodziewa się porażki. Myślę, że najistotniejsza jest tutaj empatia pracowników i zrozumienie tego, co przeżywają ludzie po drugiej stronie biurka.

MACIE PRAWO ODMÓWIĆ PRZYJĘCIA DZIECKA

O tym oczywiście ośrodki (chyba wszystkie) informują już na wstępie, ale niektóre straszą konsekwencjami: znacznym wydłużeniem czasu oczekiwania, koniecznością podjęcia terapii lub przejścia dodatkowych szkoleń etc. W naszym przypadku jedna z pań już na początku procedury powiedziała, że po ewentualnej odmowie trzeba dać sobie czas na uporanie się z własnymi emocjami – i z tym się jak najbardziej zgadzam. Pewnie istotny jest też powód odmowy; co innego, gdy ktoś nie decyduje się na adopcję np. dziecka chorego i w dodatku o wiele starszego, niż deklarowano przy kwalifikacji, a co innego, gdy para nagle okazuje się niegotowa na przyjęcie choćby takiej naszej Księżniczki. Kiedyś wyczytałam na Bocianie (to taka dygresja, bo w końcu użytkownicy forum to nie OA), że jeśli ktoś w ogóle bierze pod uwagę, że odmówi po otrzymaniu propozycji, to nie nadaje się na rodzica. Absolutnie tak nie uważam. Wiadomo, że dziecko to nie przedmiot i chyba nikt, kto uzyskał kwalifikację, nie odmawia z błahego powodu typu niezgodny z marzeniami kolor oczu szkraba. Ja na przykład wiem, że nie dałabym sobie rady z maluchem o znacznym stopniu niepełnosprawności, wymagającym kosztownego i bardzo systematycznego leczenia. Myślę natomiast, że takiemu dziecku o wiele lepiej byłoby chociażby w większym mieście, gdzie jest lepszy dostęp do lekarzy i może w zamożniejszej rodzinie, która pełniej zaspokoiłaby jego potrzeby. I nie ma to nic wspólnego z tym, że gardzę chorym smykiem albo się nim brzydzę, bo to nieprawda. Jedna z pań na szkoleniu porównała  adopcję do małżeństwa: mało kto w dzisiejszych czasach decyduje się na ślub z partnerem, co do którego nie jest przekonany. Oczywiście nie wiadomo, co przyniesie przyszłość; partner może odejść, dziecko zachorować. Jednak do budowania trwałej więzi od samego początku potrzebna jest choć minimalna dawka chemii i zaufania. Jeżeli jej nie ma, to moim zdaniem lepiej nie zaczynać.

WSZYSTKO, CO POWIECIE W OŚRODKU, MOŻE BYĆ UŻYTE PRZECIWKO WAM

No dobra, trochę straszę. Przecież ośrodkom nie chodzi o to, żeby Was łapać za słówka i za wszelką cenę wyszukiwać w Was wady. Wręcz przeciwnie! Na podstawie własnego doświadczenia wiem jednak, że pracownicy OA rozmawiają o kandydatach również za ich plecami – i nie zawsze są to komentarze życzliwe. Tego właśnie dotyczył jeden z tych nielicznych zgrzytów we współpracy z ośrodkiem, o których wspomniałam we wstępie. Przyznaję, jest to taka gorzka piguła, która do tej pory stoi mi w gardle – bo okazuje się, że kiedy człowiek wychodzi z roli interesanta w instytucji, a staje się sobą, to czasem nieświadomie odkrywa jakieś słabości, które potem mogą zostać wytknięte i to całkiem oficjalnie. Uczciwie muszę jednak przyznać, że sami jesteśmy sobie winni, może od kilku wypowiedzi należało się zwyczajnie powstrzymać. Jeżeli poczuliście się nieswojo, to na uspokojenie dodam, że mimo wszystko lubimy kontakt z paniami z OAO i większość spotkań z nimi przebiegła w naprawdę przyjaznej atmosferze – choćby ostatnia wizytacja w domu, która miała charakter miłej rozmowy o funkcjonowaniu ośrodka, a nie np. tropienia ewentualnych błędów w opiece nad Księżniczką.

BIUROKRACJA, WSZĘDZIE BIUROKRACJA!

Na zakończenie wspomnę jeszcze o kwestii, którą znam również z własnego podwórka. Pracą ośrodka, jak wielu innych instytucji czy firm, rządzą statystyki, przez nas w szkole nazywane po prostu słupkami. Wam pewnie też nie są one obce bez względu na uprawiany zawód: wykonanie planu sprzedaży, wyniki egzaminów zewnętrznych, liczba przeprowadzonych transakcji itd. Czasem potrafią skutecznie odebrać radość z wymarzonej pracy. Pracownicy siedzą zagrzebani po uszy w dokumentach (pomnóżcie zawartość Waszej teczki przez liczbę osób na kursie, a to przecież tylko wierzchołek góry lodowej), a  z wyników swojej pracy są rozliczani przez wojewodę (jeśli się mylę, to niech mnie ktoś poprawi). Dzisiaj często się słyszy o rozwiązywaniu ośrodków adopcyjnych, dlatego tym ważniejsza jest skuteczność ich działania. Myślę, że trudno tutaj zachować balans pomiędzy indywidualnym i zwyczajnie ludzkim podejściem do kandydatów, a bezdusznymi zawodowymi formalnościami. A tego przecież my, kandydaci, oczekujemy przez całą naszą drogę do adopcji…

Rozpisałam się dzisiaj koszmarnie, ale jak widzicie, samych kwestii przemilczanych przez ośrodki nie ma wiele. Może następnym razem dla równowagi opiszę to, do czego nas ośrodek przygotował?

O przemocy wobec najmłodszych

Znałam ją. Tę matkę, na której internauci – lokalni i nie tylko – od kilku miesięcy wieszają psy za to, że nie pojechała od razu  na pogotowie z córeczką rzuconą o ścianę przez męża. Nie byłyśmy koleżankami, ale mówiłyśmy sobie „cześć”. Zawsze była specyficzna, inna, trzymała się na uboczu – choć to oczywiście nie zbrodnia. Miała i nadal ma bardzo sympatyczną, nieco dziecinną buzię, która znacznie odejmuje jej lat. Kiedyś chciałam zwerbować ją do harcerstwa, jednak bez powodzenia. Zdziwiłam się, gdy zobaczyłam ją w pierwszej ciąży, bo nie wiedziałam, że ma jakiegoś chłopaka. Na zdziwieniu się jednak skończyło; w końcu co mnie to obchodzi, kto z kim i z jakim skutkiem. Nie wiem, może to był błąd. Może powinnam zapytać, czy czegoś nie potrzebuje. Może… Zresztą kto mógł przypuszczać, że po paru latach dojdzie do takiej tragedii? Dwuletnia dziewczynka, której pomoc medyczna została udzielona o kilka dni za późno, nie przeżyła… Na usta i pod palce cisną się różne komentarze pod adresem matki – niektóre sztampowe i podchodzące pod hejt. Tylko co to da? Nie wiem na pewno, co działo się w tej rodzinie, że postąpiła tak, a nie inaczej. Strach przed partnerem? Obojętność wobec cierpienia dziecka? Nieświadomość konsekwencji zdrowotnych dla malutkiej albo prawnych wobec siebie? Każda z tych wersji jest jednakowo przerażająca.

Ta historia, oczywiście rozdmuchana przez media, poruszyła mnie głębiej niż inne. Po pierwsze właśnie dlatego, że jej „bohaterka” nie była mi obca. Po drugie, ponieważ miała miejsce mniej więcej w czasie, gdy zabieraliśmy do domu Księżniczkę. Patrzę właśnie na jej małe stópki fikające na macie w pistacjowych skarpetkach; na delikatne rączki, przyciągające do siebie pluszową owcę, zwisającą z pałąka maty. I nie umiem sobie wyobrazić, jakim trzeba być człowiekiem, żeby uderzyć niemowlę. Owszem, nasza córcia jest jeszcze malutka i bardzo spokojna. Wiem, że w miarę dorastania coraz bardziej będzie testować cierpliwość otoczenia. Nie potrafię sobie przysiąc, że nigdy na nią nie nawrzeszczę ani nie dam jej klapsa. Nie jestem idealna… ale na Boga, rzucić dwulatką o drzwi? Albo tłuc trzymiesięczne niemowlę po głowie, bo płacze? Według mnie takim opiekunom powinno się dożywotnio odbierać prawa rodzicielskie – a przynajmniej do czasu, kiedy skończą długą i skuteczną terapię, o ile taka istnieje. Kiedy Księżniczka ma gorsze chwile i płacze pomimo nakarmienia, przewinięcia, tulenia i innych zabiegów, to owszem, rośnie we mnie frustracja. Rzecz w tym, że jej ostrze wymierzone jest we mnie, nie w dziecko. Wściekam się na siebie, że nie potrafię pomóc córce. I raczej prowadzi to do poczucia rezygnacji niż wybuchu agresji. Czasem dla rozładowania napięcia obracam sytuację w żart, komentując jej zachowanie z przymrużeniem oka i łagodnym tonem – na przykład mówiąc, że jeśli zaraz się nie uspokoi i nie pozwoli mamie się napić kawy, to za chwilę będziemy tu obie leżeć i wrzeszczeć. ;) Małej to raczej nie pomaga, ale mi owszem. I o to w tym chodzi.

Kiedyś napisałam na Bocianie, że my, czyli społeczeństwo, zainteresowanie krzywdą najmłodszych traktujemy wybiórczo. Koleżanka, której zdarzyło się klepnąć synka w pupę na ulicy, została wulgarnie(!) zbesztana przez obcego faceta, który kompletnie nie znał kontekstu sytuacji. Groził jej wezwaniem policji, opieki społecznej, odebraniem dziecka etc. Tylko dziwne, że kiedy za ścianą sąsiad leje żonę i potomstwo do nieprzytomności, to nagle nie jesteśmy już tacy odważni. W końcu anonimowa samotna matka na ulicy jest bezbronna, łatwo przy niej zostać strażnikiem moralności. Nie porysuje auta, nie podpali mieszkania, nie pobije. Co innego dwumetrowy damski bokser z piętra niżej…

I jeszcze jedno. Kiedy już chce się coś z tym zrobić, zareagować właściwie – to niejednokrotnie trafia się na mur nie do przebicia. Jakiś czas temu miałam ucznia maltretowanego przez ojca. Ze względu na jego dobro daruję sobie szczegóły. Ważne, że próbowałam mu pomóc. Niestety wszędzie żądano ode mnie namacalnych dowodów. Nie wystarczyły nawet zeznania świadków, do których sama dotarłam. Matka tego chłopaka kategorycznie zaprzeczyła słowom syna, ale była przy tym tak przerażona i roztrzęsiona, że od razu było widać, iż mowa ciała nie współgra z przedstawianą przez nią wersją. Tylko co z tego? Sprawa została zamieciona pod dywan, a ja dostałam reprymendę, że się wtrącam w nie swoje życie. Dzisiaj ten uczeń jest już dorosły. Mam nadzieję, że nie będzie powielał zachowań ojca w założonej przez siebie rodzinie…

Oby nasi prawodawcy – mniejsza z tym, z której opcji politycznej – wzięli się poważnie za wyciąganie konsekwencji ze znęcania się nad dziećmi. Niech maluchy nie cierpią przez emocjonalne niedorozwinięcie rodziców…