Słowo wylatuje z ust wróblem, a wraca wołem

… mówi stare przysłowie. Dzisiejszy post jest bardzo osobisty i niestety dosyć gorzki. Do jego napisania, oprócz przedstawionej niżej sytuacji, skłoniły mnie również przemyślenia jednej z zaprzyjaźnionych mam adopcyjnych, która w podobnym czasie znalazła się w niemal identycznym położeniu. Bezpośrednimi adresatkami niniejszego tekstu są znajome P. i moje, cierpiące najwidoczniej na brak własnego życia.

Drogie „Koleżanki”, które rozpowiadacie wszem i wobec, że:

- Księżniczka urodziła się chora i zdeformowana, dlatego nie publikujemy jej zdjęć na Facebooku;

- adopcja była wyłącznie moim pomysłem, w związku z czym mąż się ode mnie odsunął, zamyka się tylko w pokoju i gra na komputerze, a ja biedna zostałam sama z tym nieszczęsnym dzieckiem;

Chciałabym Wam oznajmić, co następuje:

  1. Bardzo dziękuję za Waszą troskę o nasze małżeństwo i rodzicielstwo oraz o stan zdrowia córki. Jestem doprawdy wzruszona! Jednocześnie ogromnie ubolewam, że żadna z Was ani razu nie odwiedziła nas po przysposobieniu (przed zresztą też nie…) ani nawet nie widziała Księżniczki na żywo, zatem nie mogłyście ujrzeć na własne oczy, jak się nią zajmujemy.
  2. W związku z powyższym serdecznie zapraszam Was na dobrą kawę i ciasto u nas w domu, w dogodnym dla Was terminie. Będziecie miały możliwość skonfrontowania Waszych obaw z rzeczywistością. Mam nadzieję, że to ukoi Wasz niepokój. Zapewne też (uprzedzam, to może być szok!) przekonacie się, że jedynym pokojem, w którym P. może się ewentualnie zamknąć, aby „grać na komputerze”, jest… pokój córeczki.
  3. Kompletnie nie rozumiem, dlaczego zakładacie, że matki „chorych i zdeformowanych” dzieci mają jakieś powody do wstydu, przez co nie publikują milionów fotek na portalach społecznościowych. Wśród ulubionych stron na Facebooku mam fundację pomagającą upośledzonym maluchom, która często umieszcza tam zdjęcia z różnych wydarzeń. Uwierzcie mi, każdy z tych urwisów jest piękny, a sztuki szczerego uśmiechu mogłybyście się od nich uczyć. To raz. A dwa, że (uwaga, kolejny szok) szanujemy z mężem prywatność naszej córki, w związku z czym nie upubliczniamy jej wizerunku. Sama kiedyś zadecyduje, komu pokazywać swoje zdjęcia. My póki co chwalimy się nimi tylko wąskiemu gronu przyjaciół (czytajcie: ludziom, których uważamy za swoją rodzinę i którym ufamy). Jeżeli tak bardzo zżera Was ciekawość, jak wygląda Księżniczka – patrzcie punkt 2.
  4. Zamiast fotek naszej latorośli, na Facebooku powinien znaleźć się niniejszy post, włącznie z oznaczeniem Waszych nazwisk. Nie wkleiłam go tam tylko z jednego powodu: na prośbę mojego męża (tak, tak! Tego samego podłego samca, który rzekomo zostawił mnie samą z chorym dzieckiem). Jedną z Was do niedawna traktował jak przyjaciółkę i z niewiadomych przyczyn mimo wszystko postanowił dochować lojalności. Niech mu będzie, ale uprzedzam – do czasu.
  5. Mam nadzieję, że podczas bezpośredniego spotkania, na które naprawdę szczerze liczę, zdradzicie mi Wasze sposoby na znajdowanie dostatecznej ilości wolnego czasu, aby interesować się prywatnym życiem takich zwyczajnych ludzi jak P. i ja, tworząc przy okazji i puszczając w świat tak fantastycznie historie, że przebijają po tysiąckroć baśnie Andersena i braci Grimm razem wziętych, o moich bajkach adopcyjnych nie mówiąc! Wszak macie własnych mężów, dzieci, pracę i – jak mniemam – grono przyjaciół, w którym obracacie się na co dzień. Tak na marginesie – mam wrażenie, że ci Wasi przyjaciele jednak nie spełniają swojej roli, skoro musicie się dowartościowywać kosztem innych. Nasi są tak wspaniali i absorbujący, że będąc z nimi nie zastanawiamy się nad relacjami rodzinnymi ludzi, z którymi na co dzień nic nas nie łączy.

 

Z poważaniem

Lady Makbet,
Wasza nieszczęśliwa koleżanka, opuszczona przez męża matka zdeformowanego dziecka, które adoptowała pod wpływem fanaberii

Kochani Czytelnicy, przepraszam tych z Was, którym powyższy wpis wydał się żenujący. Chyba jest taki w istocie, czyli stanowi odpowiedź na poziomie rewelacji, o których traktuje.

Wiem, że ludzie zawsze będą gadać. Zresztą – kto nigdy nie plotkował, niech pierwszy rzuci kamieniem. Sama nie jestem oczywiście bez winy. Rozumiem też, że adopcja jest w Polsce jeszcze na tyle nieoswojonym tematem, iż może powodować niezdrowe zainteresowanie osób postronnych. Kwestią, której nie potrafię pojąć i do której się tutaj odnoszę, jest całkowite zmyślanie. Każde kolejne słowo puszczane w świat przez wspomniane „Koleżanki” jest większą bzdurą od poprzedniego, po prostu ma się nijak do rzeczywistości.  Dopóki takie pomówienia dotyczą wyłącznie mnie, puszczam je mimo uszu – niech się martwią ci, którzy w nie wierzą. Nie potrafię jednak przejść obojętnie obok krzywdzenia (choćby tylko słownego) moich najbliższych, a zwłaszcza dziecka, stąd ten post.

Nie umiem kochać za nic, czyli co myślę o moim mężu

„Kocha się nie za cokolwiek, ale pomimo wszystko. Kocha się za nic.”

To akurat cytat z ks. Twardowskiego, ale podobne myśli wychodziły spod piór bardzo wielu pisarzy, włącznie z cieszącym się ostatnio nie najlepszą opinią Paulem Coelho. Bez wątpienia są to piękne słowa, ale ja się z nimi nie zgadzam. Miłość bezwarunkowa może według mnie dotyczyć relacji dzieci z rodzicami i vice versa, ale nie związku partnerskiego ani przyjaźni.

Gdybym kochała mojego męża za nic, to równie dobrze mogłabym kochać każdego napotkanego mężczyznę (zdaje się, że istnieją określenia dla takich kobiet, w większości nieparlamentarne). Gdybym kochała go pomimo wszystko, to znaczy, że byłabym z nim również gdyby na przykład znęcał się nade mną i dzieckiem lub odwrotnie – w ogóle się nami nie interesował. Ani jedno, ani drugie mnie nie przekonuje.

Niedawno świętowaliśmy z P. dziesiątą rocznicę naszego ślubu. Spędziliśmy ten dzień z przyjaciółmi, więc bardziej rodzinnie, niż romantycznie. Nie przeszkadzało to jednak w uświadomieniu sobie 10 powodów, dla których kocham mojego męża.

1. Potrafi mówić o uczuciach

Robi to często i szczerze, bez skrępowania ani nadmiernej egzaltacji. Nigdy nie uważał, że powiedzenie kobiecie „kocham cię” jest jakąś ujmą dla męskiej dumy. Po raz pierwszy wyznał mi miłość… po angielsku, w jednym z listów wysłanych do mnie chyba w wieku 10 lat. Nie potrafię policzyć, ile razy to do dzisiaj powtórzył w naszym ojczystym języku. Na pewno tysiące.

2. Odgaduje moje potrzeby jeszcze zanim je sobie uświadomię

Serio. Nie wiem, jak on to robi. Skąd wie, jakiej części garderoby mi brakuje, jak chciałabym spędzić wieczór albo dokąd pójść na spacer. Nigdy nie zabrał mnie w miejsce, które mi się nie podobało, podobnie jak nigdy nie kupił mi nietrafionego prezentu. Szósty zmysł, czy coś.

 3. Wspiera wszystkie moje przedsięwzięcia

… bez względu na to, czy chodzi o podjęcie dodatkowych studiów, pisanie bloga, przemeblowanie pokoju czy eksperymenty kulinarne. Zawsze mi kibicuje i nieustannie we mnie wierzy.

 4. Dogaduje się z moimi przyjaciółmi

Ja jestem dosyć trudna w bezpośrednich relacjach. M. napisał kiedyś, że zachowuję się jak typowa nauczycielka (wiem, co miał na myśli, ale samej sobie oszczędzę wdawania się w szczegóły). Mam wrażenie, że trudno mnie lubić, chociaż bardzo się staram. Przez to nie zawsze udaje mi się nawiązać przyjacielskie stosunki ze znajomymi męża, choć oczywiście nie jest to regułą. W drugą stronę działa to jednak niemal bez zarzutu. P. potrafi godzinami rozmawiać z J. o filmach, z kolei gdy zaprzyjaźniłam się z A., to mój mąż zakumplował się z jej ślubnym i teraz spotykamy się we czworo. Kiedy Siostra odwiedza mnie z synkami, stara się być dla nich jak najlepszym wujkiem. Nawet z M. się porozumiał, chociaż ich początki były dosyć skomplikowane. Dzięki temu mamy wielu wspólnych przyjaciół, z którymi oboje dobrze się czujemy.

5. Ma silne ramiona i głębokie spojrzenie

Czuję się bezpieczna, kiedy mnie przytula. Czuję się wyjątkowa, kiedy patrzy mi w oczy. Lubię jego bliskość w jak najbardziej dosłownym znaczeniu tego wyrazu.

6. Zachowuje zimną krew w najtrudniejszych sytuacjach

Gdy ja mam wrażenie, że właśnie nadchodzi apokalipsa i lada chwila cały mój świat legnie w gruzach, P. przychodzi z odsieczą. Mogę na niego liczyć w najbardziej dramatycznych chwilach. Jest tak od zawsze. Na przykład kiedy byłam w drugiej czy trzeciej klasie liceum i oboje z tatą złapaliśmy ostrą anginę, a mama wyjechała do rodziny, P. przychodził codziennie, żeby zrobić nam zakupy i wyprowadzić psa. Albo kiedy zemdlałam w szkole, zaniósł mnie na rękach do domu (fakt, że mieszkałam blisko, niczego tu nie zmienia), przebrał i zorganizował mi lekarstwa. Potem, już w życiu dorosłym, zdarzały się o wiele trudniejsze czy bardziej niebezpiecznie sytuacje, ale nigdy nie zostałam z nimi sama.

7. Nie boi się partnerstwa w małżeństwie

Pisałam o tym trochę w niedawnym poście o ojcach. Wielu mężczyznom odpowiada bardzo konserwatywny podział ról  w związku (czyli, upraszczając, kobieta do garów i do pieluch, facet do pracy i na piwo). P. jest jednak inny. Większością obowiązków dzielimy się po równo. Zdarza mi się wymienić uszczelkę, wywiercić dziurę albo wbić gwóźdź, ale mój mąż także nie boi się patelni ani żelazka.

 8. Pozwala mi mieć własne życie

Może niektórych Czytelników to zaszokuje, bo pewnie są wśród Was i takie pary, które dosłownie wszystko robią razem. Oczywiście nie ma w tym nic złego, o ile odpowiada to obu stronom. My natomiast powstaliśmy z innej gliny. Każde z nas potrzebuje kawałka prywatnej przestrzeni, do której druga połówka nie ma potrzeby zaglądać. Mamy osobne hobby, co nie oznacza, że nie spędzamy razem wolnego czasu. Po prostu sprawiedliwie go dzielimy. Być może dlatego mimo upływu lat żadne z nas się w tym małżeństwie nie dusi – a przynajmniej mam taką nadzieję ;)

 9. Zna mnie jak nikt inny

… nie tylko dlatego, że jest obecny w moim życiu od 23 lat. Nie muszę przed nim nikogo udawać, akceptuje mnie taką, jaką jestem. W wieku „nastu” lat byłam zakochana w chłopaku, który wówczas wydawał mi się ideałem i dlatego sama starałam się w jego oczach uchodzić za ideał (głupie, co nie?). Potem się okazało, że udawaliśmy oboje. Koszmarnie długo leczyłam się z tego zauroczenia, a jeszcze dłużej goiłam zranione ego. Z P. jest inaczej. Nie muszę niczego ukrywać i niczego się wstydzić, bo wiem, że mnie nie osądza.

 10. Jest dobrym ojcem

Takim, który bez oporów zostaje  z dzieckiem sam w domu; karmi, przewija, organizuje zabawę. Wynajduje w sklepach (bądź też u znajomych albo w Internecie) gadżety wspierające rozwój malucha, studiuje ich recenzje, planuje zakupy dla Księżniczki. Ostatnio pewnego deszczowego popołudnia wyszedł do supermarketu po pieczywo, a wrócił przemoczony do suchej nitki z dwoma ogromnymi kartonami pieluch na rękach – bo akurat zauważył, że małej się kończą pampersy, więc kupił na zapas. Oprócz tego powtarza, że na wiele rzeczy może nam zabraknąć, ale na lekarza dla Księżniczki zawsze znajdzie pieniądze (nie mówię tu tylko o wizytach niezbędnych, ale także o kontrolnych i profilaktycznych). Na każdym kroku pokazuje, że jest dumny z córki.

To już koniec listy, ale tylko tymczasowo. Jestem przekonana, że w kolejnych latach będę umiała dopisywać do niej kolejne powody… :)

Matka z wózkiem w przestrzeni publicznej

Mam taką złotą zasadę, że nie angażuję się w żadne internetowe kupoburze czy inne obrzucanie błotem ludzi o odmiennych poglądach. Są ku temu trzy powody:

  1. Poziom tych dyskusji jest najczęściej tak żenujący, że zwyczajnie wstydzę się zabierać w nich głos. Zostawienie po sobie śladu w takiej wymianie zdań wydaje mi się gorsze niż przyznanie się do nieznajomości tabliczki mnożenia, niezmieniania bielizny albo sikania do basenu.
  2. Nigdzie nie jest powiedziane, że to ja mam rację, w końcu nie pozjadałam wszystkich rozumów. Nikt mi nie dał prawa do krytykowania, osądzania czy pouczania innych, zwłaszcza ad personam.
  3. W tych nielicznych wyjątkach, kiedy wiem na 100%, że słuszność jest po mojej stronie, dyskusja najczęściej nie ma sensu, jest jak ta przysłowiowa gra w szachy z gołębiem. Niektórzy ludzie wierzą w takie rzeczy, że strach się bać. Tak jest np. z postami o zarobkach nauczycieli. Najwięcej mają o nich do powiedzenia ci, którzy nigdy nie pracowali w szkole, ale ponieważ znajoma kuzynki sąsiada brata pani z warzywniaka była nauczycielką, to wiedzą na pewno, że przeciętny belfer zarabia 5000 na rękę za etat. Zawsze po przeczytaniu takich rewelacji z błyskiem nadziei w oczach sprawdzam konto, ale niestety jakoś te liczby nie chcą się pozamieniać miejscami. I jak było 40% tej kwoty, tak jest. Na macierzyńskim nawet mniej. Podobno kasjer w Lidlu zarabia więcej (przy całym szacunku dla kasjerów z Lidla,  wcale im pracy nie zazdroszczę)…

Przyznaję, że przedwczoraj korciło mnie, aby wbrew postanowieniom w jednym miejscu zabrać głos. Powstrzymałam się jednak i postanowiłam zrobić to tutaj, bo wiem, że nawet jeśli się ze mną nie zgodzicie, to poziom dyskusji będzie o wiele wyższy, niż pod przypadkowym profilem na Facebooku.

Na pewno część z Was zetknęła się z krążącym po sieci już od miesięcy artykułem o matce z wózkiem, która została wyproszona z tzw. ciucholandu i nasłuchała się od sprzedawczyni wielu przykrych rzeczy. Sprawa trafiła do sądu, obsługę sklepu ukarano mandatem w wysokości… 20 złotych. W komentarzach (facebookowych i nie tylko) większość osób nie tylko nie broni tej mamy, ale wręcz wyzywa ją od „świętych krów”, „madek” i „efektów 500+” (nie do końca popieram ten program, ale nie widzę jego związku z powyższą sytuacją). Przyznam Wam szczerze, że przeraża mnie taki brak empatii… Swoje przemyślenia na ten temat pozwoliłam sobie zawrzeć w punktach poniżej. Jestem bardzo ciekawa Waszych spostrzeżeń.

  1. Zgadzam się, że są przestrzenie handlowe nieprzeznaczone dla wózków dziecięcych: ciasne sklepiki, w których nawet samemu trudno się obrócić albo np. lokalne sklepy ze szkłem i porcelaną, gdzie łatwo coś zahaczyć i stłuc. Pchanie się do takich miejsc z wózkiem, o ile nie zachodzi jakaś paląca konieczność, uważam za wysoce nierozsądne. (Co ciekawe, w moim ulubionym centrum handlowym dwa najciaśniejsze sklepy to akurat te z zabawkami; nawet do jubilera można by było spokojnie wejść z wózkiem, a do Smyka nie ma jak.)
  2. Sama nie zabieram córci na zakupy typowo „ubraniowe” ani tym podobne. Trudno byłoby mi się skupić, dziecko marudziłoby znudzone, a (jak pokazała wspomniana dyskusja) mogłybyśmy się jeszcze nasłuchać od osób postronnych. Nigdy nie przyszłoby mi jednak do głowy, aby kogoś za takie zakupy krytykować. Jeżeli z jakichś powodów musiałabym wejść do sklepu odzieżowego lub obuwniczego z wózkiem, to bym weszła, o ile tylko przestrzeń by na to pozwalała.
  3. Nie mam problemu z tym, że niektóre restauracje zakazują wstępu z dziećmi. Ludzie spotykają się w takich miejscach służbowo, towarzysko i/lub dla relaksu, toteż nie muszą wysłuchiwać wrzasków obcych maluchów. Ważne, żeby powstawały również lokale przyjazne rodzinie, bo jednak w podróży czy na wakacjach też trzeba jeść, a dziecko warto uczyć zachowania w tego typu przestrzeni. Jedzenie w domu to jednak nie to samo, choćby ze względu na liczbę bodźców dookoła.
  4. Nie potrafię natomiast pojąć, dlaczego młodemu, zdrowemu człowiekowi przeszkadza matka (ciekawe, że chyba nikt nie wspomniał o ojcach… oni nie wychodzą z dziećmi z domu czy co?) z wózkiem w sklepie? Naprawdę wielkim problemem jest ominięcie wózka, w ostateczności przejście sąsiednią alejką? Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek jakiś pojazd dziecięcy znacznie utrudnił mi zakupy. Zawsze można też powiedzieć „przepraszam” i poprosić rodzica o przestawienie pociechy. To nie boli.
  5. Argument, że „z dziećmi chodzi się do parku, a nie na zakupy” uważam za chybiony i niesprawiedliwy. Jedno przecież drugiego nie wyklucza. Owszem, pracowałam kiedyś w centrum handlowym i widziałam całe rodziny wędrujące po nim od otwarcia do zamknięcia, ale to były (mam nadzieję) wyjątki. Sama wstępuję do sklepów właśnie podczas spaceru, najczęściej w drodze powrotnej… pamiętając o punkcie 1.
  6. Nagonka na kobiety z wózkami najbardziej uderza w samotne matki albo takie, których partnerzy pracują daleko od domu. Naprawdę nie wszyscy mają z kim zostawić dziecko i nie każdego też stać na nianię – a jeść trzeba, posprzątać i ubrać się również, podobnie jak np. wykupić lekarstwa.
  7. Wzywanie do noszenia dzieci w chustach lub nosidełkach jest logiczne, ale nie można nikogo do tego zmuszać. Co mają powiedzieć matki w kolejnej ciąży, z chorym kręgosłupem albo takie, których dzieci zwyczajnie nie cierpią być noszone? Drące się wniebogłosy niemowlę będzie większym utrudnieniem dla innych niż stojący z boku wózek ze śpiącym maluchem… Nie wszyscy mieszkają tuż obok sklepów, czasem trzeba przebyć do nich długą drogę. Ja na przykład nie wyobrażam sobie pokonania – powiedzmy 4 kilometrów – w 34-stopniowym upale z Księżniczką w nosidle. Przede wszystkim ze względu na jej zdrowie, ale na swoje również.
  8. Nie wyobrażam sobie również zostawienia wózka przed sklepem. Ani pustego, ani tym bardziej z dzieckiem. Mam obawy, że po wyjściu już bym go nie zastała.
  9. Matka z wózkiem nie jest świętą krową, dlatego wchodząc do sklepu powinna przynajmniej starać się nie tarasować całego przejścia i uważać na to, żeby kołami nie poniszczyć towaru. To nie jest takie trudne, wystarczy chcieć.
  10. Nie wiem, czy wywieszenie karteczki „Proszę nie wchodzić z wózkami dziecięcymi” jest w naszym kraju legalne, ale jeśli tak, to chyba ułatwiłoby sprawę. Nie wiem jak Wy, ja nie lubię pchać się tam, gdzie nie jestem mile widziana.

Drodzy Rodzice, a Wy jak rozwiązujecie problem zakupów z dzieckiem?

O co chodzi z tymi ojcami?

Kilka lat temu, tuż przed wprowadzeniem tzw. urlopu tacierzyńskiego, przeczytałam w prasie katolickiej artykuł o tym, iż jest to chory pomysł, prowadzący do nadużyć i wynaturzeń, bowiem to tylko matka posiada naturalne predyspozycje do opieki nad niemowlęciem. Poszłam z tym tekstem do zaprzyjaźnionego księdza, który próbował bronić zawartych w nim tez, chociaż chyba sam nie wydawał się przekonany. Już wspominałam na blogu, że byłam dzieckiem w dużej mierze wychowywanym przez tatę i być może dlatego treść artykułu kompletnie do mnie nie przemówiła. Nie uważam też, żeby sam podział funkcji rodzicielskich był moim domu jakoś szczególnie zaburzony: mama była mamą, tata tatą, ale to nie wykluczało tulenia mnie przez ojca, przewijania, kąpania czy czytania mi bajek na dobranoc.

Gdy byłam starsza, mieliśmy z tatą swoje wspólne rytuały, jak wieczorne spacery z psem,  oglądanie „Nocy zbrodni” na Discovery albo przygotowywanie niedzielnego śniadania. Wiele moich wspomnień z dzieciństwa wiąże się właśnie z tatą, bo chociaż dużo pracował, to zawsze znajdował dla mnie czas.

Ten pozytywny obraz ojca utrwala także M. (który potrafił jednocześnie jedną ręką przewijać córkę, drugą trzymać telefon, przez który gadał, trzecią zmieniać kanały w telewizorze,  czwartą przygotowywać małej mleko, a piątą włączać jej grającą zabawkę, ale to inna para kaloszy ;) ). Powiedziałam mu zresztą już lata temu, że będzie dobrym tatą, bo widziałam, jak opiekował się swoją gromadą zuchową. Chyba nie było granicy śmieszności albo bezpieczeństwa, której by dla podopiecznych nie przekroczył. No i miałam rację.

Jeżeli czytaliście mój tegoroczny wpis z okazji Dnia Ojca, to wiecie, że byłam również świadkiem (choć nie zawsze naocznym) zachowań zupełnie przeciwnych – ojców, którzy znęcali się nad dziećmi lub nie żywili do nich żadnych uczuć. I gdzieś w tym wszystkim chyba zgubiłam środek, co dobitnie mi niektórzy uświadamiają.

Zaczęło się krótko po adopcji. Pani kierownik OA podczas wizytacji pytała P. o to, czy są rzeczy, których przy córce nie zrobi (co znamienne  – w moją stronę takie pytanie nie padło). Ze strony samego ośrodka słyszałam podobne dociekania jeszcze kilka razy.

Moja kochana klasa wychowawcza zaprosiła mnie na bal z okazji zakończenia szkoły. Gdy się na nim pojawiłam, pierwsze pytania koleżanek z pracy dotyczyły właśnie tego, z kim zostawiłam dziecko. I wcale nierzadką reakcją było: „Ale jak to z ojcem? Samym?”. Jedna z dziewczyn, także matka maluchów, powiedziała współczująco: „Oj, to pewnie wracasz na 19.00, żeby wykąpać i położyć spać?”. No nie, nie wróciłam ani na 19.00, ani nawet na 20.00. Co prawda po powrocie zastałam Księżniczkę wbrew oczekiwaniom nie w łóżku, a w leżaczku i to bawiącą się w najlepsze z tatusiem, ale w końcu zasady są od tego, żeby je czasem łamać, prawda? ;)

Kilka moich znajomych – bliższych i dalszych – dzieliło się ze mną historiami o tym, jak to ich mężowie brzydzili się niemowlęcej kupy albo bali się wziąć noworodka na ręce, twierdząc, że na pewno zrobiliby mu krzywdę.

I tak się zastanawiam, czy w takim razie naprawdę nadal pokutuje mit o tym, że to wyłącznie matka jest od opieki nad dzieckiem, a ojciec od okazyjnego zapewniania rozrywki? Być może to ze względu na moje relacje z tatą od początku było dla mnie oczywistym, iż oboje małżonkowie powinni się angażować w pielęgnację i wychowanie. Może niekoniecznie  w równych proporcjach, zwłaszcza kiedy jedno z rodziców pracuje na pełen etat, a drugie zostaje w domu, ale na pewno z takim samym poświęceniem.

A jak jest u Was? Kto kąpie, przewija i wstaje w nocy?

Otworzyć się na dziecko…? Odc. 3 i ostatni

ROZDZIAŁ V – Rewolucja

      Chłopiec przyjął ich pierwszą wizytę zupełnie obojętnie. Obejrzał pluszowy samochodzik, który kupili mu zaraz po wyjściu z kawiarni i wrócił do zabawy blaszanymi pudełkami, wkładając jedno w drugie. Na próby nawiązania kontaktu reagował zwróceniem głowy w stronę osoby mówiącej i czasem uśmiechem, niezdradzającym jednak głębszych emocji. Kindze było przykro, choć sama ganiła się w duchu za to uczucie. Przecież nie spodziewała się, że Krzyś na jej widok – obcej w istocie kobiety -  od razu wtuli się w nią z okrzykiem „Mamo!” na ustach… Patrząc na malucha, z łatwością jednak mogła sobie wyobrazić go na kolorowym dywanie u nich w domu, układającego te swoje pudełka i przekonującego się do nich każdego dnia odrobinkę bardziej… Już po wyjściu z pogotowia rodzinnego dowiedziała się, że Konrad myślał podobnie.

      Wizyta w szpitalu u malutkiej wydawała się tylko formalnością. Kiedy jednak położna przyniosła im zaspaną i kompletnie zdezorientowaną kruszynkę, nie mogli powstrzymać łez. Była taka bezbronna, a przy tym naprawdę urocza. Wydawała im się najpiękniejszym noworodkiem na świecie.  Nie pozostawało więc małżonkom nic innego, jak poinformować najpierw ośrodek adopcyjny, a potem rodzinę i przyjaciół, że oto zostali rodzicami.

       Karolinkę wzięli do domu w ramach preadopcji już po kilku dniach. Jej biologiczna matka rzeczywiście dobrowolnie zrzekła się praw do córki. Krzysia oswajali ze sobą stopniowo, aby zrozumiał, że są i będą stałym punktem w jego życiu. Nieocenieni okazali się „ciocia” i „wujek” z pogotowia, którzy pomagali chłopcu w oswajaniu się z nową sytuacją i cierpliwie odpowiadali na wszystkie pytania przyszłych rodziców. Kindze szczególnie imponowało to, że właściwie rezygnują ze swojej prywatności, otwierając swój dom dla niej i Konrada niemal o każdej porze. Krzyś przeprowadził się do nowej rodziny po ponad dwóch miesiącach od pierwszego spotkania. Kompletnie nie rozumiał relacji międzyludzkich ani hierarchii rodzinnej, nie pojmował znaczenia wielu prozaicznych czynności. Brak głównego opiekuna oraz należytej troski odcisnął na nim widoczne piętno. Świeżo upieczeni rodzice wiedzieli, że czekają ich lata niełatwej pracy, ale po poznaniu Krzysia nie wyobrażali sobie, że mogliby się wycofać.

       Zdarzały się jednak momenty, gdy małżonkowie byli bliscy pożałowania swojej decyzji o podwójnej adopcji. Kiedy Karolinka płakała przez kolki, rozbudzony z drzemki brat zaczynał jej wtórować, błyskawicznie przechodząc do histerii, trwającej godzinami i niemal niemożliwej do opanowania. Gdy Konrad był w pracy, a Kinga zajmowała się małą, chłopiec robił wszystko, żeby skupić jej uwagę na sobie. Młoda mama adopcyjna bała się, że kiedyś go nie upilnuje i dojdzie do jakiejś tragedii.

      Nic takiego się na szczęście nie wydarzyło, zresztą Kinga pocieszała się, że w rodzinach biologicznych rodzice napotykają na podobne trudności. Krzyś powoli robił postępy. U jego siostrzyczki zdiagnozowano niewielkie problemy neurologiczne, ale rozwijała się prawidłowo. Kiedy podczas rozprawy sędzia zapytał, czy podtrzymują chęć przysposobienia, żadne z nich nie miało wątpliwości. W końcu byli rodziną!

EPILOG

      Krzysztof właśnie skończył czwartą klasę szkoły podstawowej. Przyniósł świadectwo z czerwonym paskiem, choć do ostatniej chwili nie było wiadomo, czy wychowawczyni nie obniży mu oceny z zachowania ze względu na niesubordynację. Ostatecznie uznała jednak, że należy nagrodzić jego widoczną pracę nad sobą. Chłopiec mówi, że chce w przyszłości zostać architektem i zaprojektować rodzicom oraz siostrze piękny dom.

      Karolinka idzie do trzeciej klasy. Ma trudności w uczeniu się, wolno przyswaja nowe informacje. Jest to najprawdopodobniej skutek FAE, czyli picia przez matkę biologiczną alkoholu w czasie ciąży. Dzięki staraniom rodziców i samozaparciu stara się jednak nadrabiać braki, dlatego jest szansa, że razem z rówieśnikami ukończy zwyczajną szkołę. Lubi prace plastyczne i manualne. Kinga i Konrad marzą o tym, że ich córeczka zdobędzie kiedyś ciekawy zawód. Może zostanie kucharką albo florystką?

       W salonie na honorowym miejscu wisi wspólne zdjęcie całej czwórki. Uśmiechnięte miny i blask w oczach każdego z członków rodziny nie pozostawia odwiedzającym wątpliwości co do natury ich wzajemnych relacji…

POSŁOWIE AUTORKI

       Dziękuję tym, którzy dobrnęli do końca, a w szczególności mojej kochanej pani krytyk ;) . Celem powyższego opowiadania nie było przekonywanie kogokolwiek na siłę ani do podjęcia decyzji o adopcji, ani tym bardziej do przyjęcia wbrew sobie konkretnego dziecka. Doskonale wiem, że ze strony ośrodków padają również takie propozycje, których po prostu nie da się przyjąć (pisałam już o tym nie raz). Tworzyłam tę historię z myślą o tych, których blokują ich własne lęki; którzy słysząc słowa „alkohol” i „zaniedbanie” od razu myślą „FAS” i „RAD”. Zdradzę Wam coś: karta Księżniczki naprawdę pozostawiała wiele do życzenia. Nie podam szczegółów ze względu na szacunek do prywatności mojego dziecka, ale powiem tyle, że gdybyśmy z P. chcieli znaleźć w jej dokumentach argumenty przeciwko adopcji, to byśmy znaleźli. Nasza córka jest zdrowa, pięknie się rozwija, lecz wcale nie musiało tak być. Nadal nie wiemy, co przyniesie przyszłość… jednak wiemy, że spędzimy ją razem. Nie wyobrażamy sobie dalszego życia bez naszej pociechy!

Otworzyć się na dziecko…? Odc. 2

ROZDZIAŁ TRZECI – Próba sił

- Czy my naprawdę tak wiele chcemy od życia? – wybuchł wreszcie późnym popołudniem Konrad, obracając w dłoni pilot od telewizora.

Kinga oderwała się od własnych myśli. Była przekonana, że jej wybranek po prostu ogląda mecz, zwłaszcza że grał jego ulubiony Arsenal. Tymczasem wewnątrz przeżywał dokładnie to samo, co ona.

- Nie wiem, Kochanie… – westchnęła zrezygnowana – Może ta pani kierowniczka chciała nas tylko nastraszyć? Sprawdzić, czy się zbyt łatwo nie poddamy?

- Od siedmiu lat się nie poddajemy – stwierdził z przekąsem – ale sorry, ja nie jestem Matką Teresą… nie chcę do końca swojego życia opiekować się obcym człowiekiem, który nie będzie w stanie nawet zapamiętać, jak się nazywa…

- Konrad, a gdybym urodziła chore…?

- To nie mielibyśmy wyboru. Teraz mamy.

Kinga westchnęła. Te rozmowy zawsze były trudne. Głównie dlatego, że oboje mieli rację, a właściwie racje – równorzędne i często nie do pogodzenia. Tej nocy znowu prawie nie spali.  Nazajutrz wychodzili do pracy ledwo przytomni, ale decyzja została podjęta: spróbują. Dadzą szansę ośrodkowi, sobie i dziecku. Może nie będzie tak źle…?

      Sprawnie zgromadzili potrzebne dokumenty i przy kolejnej wizycie w OA, podczas zakładania teczki wstępnie zadeklarowali przyjęcie dziecka z tzw. „rodziny alkoholowej”, a także od rodziców chorych psychicznie, uzależnionych od narkotyków lub upośledzonych w stopniu lekkim. Cały czas jednak mieli nadzieję, że żadne z tych obciążeń nie dotknie ICH dziecka – tego, na które czekają. Pod lekkim naciskiem pracownicy ośrodka podnieśli też granicę wieku oczekiwanej pociechy do trzeciego roku życia. Kilka miesięcy później, po serii testów i badań oraz wizycie pani psycholog w ich domu, otrzymali pismo z zaproszeniem na szkolenie dla przyszłych rodziców adopcyjnych.

      Gdyby ktoś zapytał naszych bohaterów, co najbardziej zapamiętali z warsztatów, odpowiedzieliby, że „otwarcie się na dziecko” odmieniane przez wszystkie przypadki. Uczyli się o genezie traum, obciążeniach genetycznych i innych trudnościach, z którymi dzieci adopcyjne muszą borykać się często już od pierwszych chwil życia, nierzadko także płodowego. Kindze utkwiła w pamięci karta informacyjna trzyletniego chłopca, którego mama z dnia na dzień wystawiła za drzwi mieszkania, bo nie spodobał się jej nowemu konkubentowi. Historia może brzmiałaby jak z kiczowatego filmu o „biednych sierotkach”, gdyby nie to, że ów malec przez wcześniejsze zaniedbania matki był znacznie opóźniony w rozwoju. Trafił do domu dziecka, gdzie przez kolejne trzy lata oczekiwał na rodziców adopcyjnych, gotowych podjąć wyzwanie wychowania go. Pani prowadząca spotkanie powiedziała na koniec, że chłopczyk znalazł rodzinę i robi ogromne postępy, choć nadal jeszcze sporo mu brakuje do rówieśników. Natomiast Konradowi zapadło w serce spotkanie z adopcyjnymi rodzicami czteroletniej Agusi, która zresztą przyszła wraz z nimi i brykała radośnie po całej sali. Jej biologiczna matka w dniu rozwiązania była tak pijana, że nawet nie zdawała sobie sprawy z rozpoczynającej się akcji porodowej. Ojciec odsiadywał w więzieniu wyrok za pobicia i rozboje. Karetkę do rodzącej wezwał sąsiad, który wszedł do mieszkania kobiety zaniepokojony krzykami… Dziewczynka przyszła na świat przed terminem, ważąc zaledwie dwa kilogramy i mając ponad dwa promile alkoholu we krwi. Lekarze byli zdziwieni, że w ogóle przeżyła. Rodzice adopcyjni zabrali ją niemal prosto ze szpitala, ale procedura pozbawiania matki praw rodzicielskich ciągnęła się bardzo długo. Do formalnego przysposobienia doszło dopiero przed kilkunastoma miesiącami. Konrad słuchał, jak mama i tata Agusi wyliczali wszystkie niepokojące informacje o dziecku, które wyczytali z jego karty – a jednocześnie patrzył na małą i nie mógł uwierzyć, że wyrosła na takie ufne, energiczne i radosne dziecko. Zaczął marzyć, aby i jego z Kingą spotkała podobna historia…

 

ROZDZIAŁ IV – Decyzje

       Nieco ponad rok po pierwszej wizycie w ośrodku adopcyjnym Kinga i Konrad uzyskali pozytywną opinię, która kwalifikowała ich jako przyszłych rodziców. Rozpoczął się więc dla nich okres oczekiwania. Najgorsze, że nie było wiadomo, jak długo potrwa: kilka tygodni, miesięcy, może nawet lat… Zewsząd dochodziły ich słuchy, że dzieci do adopcji jest coraz mniej, a niemowląt nie ma właściwie wcale. Po początkowej euforii i odmalowaniu pokoiku dziecięcego ich życie wróciło na poprzednie, dobrze znane tory. Starali się tylko więcej oszczędzać, aby mieć pieniądze na wyprawkę dla pociechy. Czas upływał, dookoła rodziły się kolejne maluchy, a oni wciąż byli we dwoje… W chwilach zwątpienia zastanawiali się, czy tak naprawdę adopcja jest im potrzebna do szczęścia. Tak bardzo przyzwyczaili się już do współdzielonej samotności… Wystarczały jednak sporadyczne wizyty siostry Konrada z jego chrześniaczką, aby marzenia o potomstwie odżywały na nowo.

       Telefon z ośrodka zadzwonił po ośmiu miesiącach, kiedy na poboczu szosy czekali w zepsutym samochodzie na przybycie pomocy drogowej. Od domu dzieliło ich prawie 30 km, byli głodni, w dodatku strasznie lało. Mimo deszczu Konrad podniósł maskę auta, jakby spodziewał się od razu znaleźć pod nią odpowiedź na pytanie, dlaczego komputer pokładowy zwariował i wyświetla na ekranie informację o awarii filtra, którego w ich modelu w ogóle nie powinno być. Znudzona i zmęczona Kinga wypatrywała z daleka lawety – i właśnie tę czynność zakłócił sygnał komórki. Serce zabiło jej mocniej, gdy zobaczyła na wyświetlaczu numer OAO.

- Halo?

- Dzień dobry, pani Kingo! Tutaj Ewa Nowicka z ośrodka adopcyjnego. Mamy dla państwa pilną propozycję, zapraszam do mojego biura. Najlepiej zaraz.

- No szlag! – zaklęła Kinga – Przepraszam, pani Ewo, to nie do pani. Samochód nam się zepsuł za miastem, czekamy od godziny na pomoc drogową, trudno mi powiedzieć, kiedy ona się zjawi. Że też akurat teraz…

- Spokojnie, pani Kingo, nerwy tu nic nie pomogą. W takim razie będę państwa oczekiwać jutro od rana.

- Zdradzi pani jakieś szczegóły? Chociaż wiek i płeć? Proszę…

- Mamy taką zasadę, że nie ujawniamy żadnych danych przez telefon. Jutro się państwo wszystkiego dowiedzą. Proszę dzisiaj przedyskutować z mężem, czy byliby państwo gotowi na adopcję rodzeństwa.

- RODZEŃSTWA?

- Tak, tak, ale tylko dwojga. Dobrze, nie zabieram pani czasu, do zobaczenia!

- Ale… ech, nic. Do widzenia… – Kinga w ostatniej chwili zrezygnowała z dalszych pytań, bowiem na horyzoncie zamajaczyła wyczekiwana laweta.

      Zamieszanie związane z transportem auta i powrotem do domu sprawiło, że  dopiero godzinę po telefonie małżonkowie mogli spokojnie porozmawiać.

- Czy one zwariowały? – zapytał retorycznie Konrad – Zgodziliśmy się już na dziecko w wieku niemal przedszkolnym, obciążone ryzykiem wielu chorób. Nie było mowy o rodzeństwie!

- Mnie też to przerasta – przyznała jego żona – nigdy nawet nie myślałam o przysposobieniu dwojga, tym bardziej na raz.

- Dobrze, pojedźmy tam jutro, zobaczmy, o co chodzi, ale jakoś nie czuję się przekonany…
- A ja się czuję przerażona.

       Oboje byli tak przejęci, że nazajutrz dotarli do ośrodka jeszcze przed jego otwarciem. Pani psycholog, która przyszła jako pierwsza, roześmiała się na ich widok i zaprosiła ich do środka. Po chwili dotarła również kierowniczka. Kiedy wszyscy czworo zasiedli przy stole, szefowa OA zaczęła rozmowę:

- Krzyś ma 26 miesięcy, przebywa obecnie w pogotowiu opiekuńczym. Fizycznie nic mu nie dolega. Intelektualnie mieści się w normie rozwojowej, jednak jest pewne „ale”. Matka biologiczna się nim nie zajmowała, trafiał na zmianę do różnych ciotek i sąsiadek, ewentualnie nowych „chłopaków” mamy. Zapewne będzie to miało wpływ na nawiązywanie przez niego więzi. Już teraz widać, że nie rozróżnia osób bliskich i obcych, wszystkich traktuje tak samo.

- Matka miała ograniczone prawa rodzicielskie – wtrąciła druga z pracownic – sąd kilka razy dawał jej szanse na poprawę – do czasu, kiedy policyjny patrol nie znalazł Krzysia błąkającego się w nocy po ulicy w samej piżamce… a był koniec marca, temperatura bliska zera. Przy okazji odbierania chłopca matce okazało się, że jest ona w zaawansowanej ciąży. Pomimo widocznego brzucha nie chciała się do tego przyznać nie tylko pracownikom socjalnym, ale nawet swojemu obecnemu partnerowi, szła w zaparte. Ani razu nie była u lekarza. Wiemy, że paliła papierosy i piła alkohol.

- Cztery dni temu urodziła córeczkę i sama zadeklarowała zrzeczenie się praw rodzicielskich, ale wiedzą państwo, jak to jest… nie wiadomo, czy to zrobi. Być może będzie musiała zostać ich pozbawiona przez sąd. Dziewczynka otrzymała 8/10 w skali Apgar, waży 3100 gramów i mierzy 50 cm. Miała promil alkoholu we krwi, matka dwa razy tyle. Lekarze cały czas badają małą, nie wiemy do końca, jak się będzie rozwijać… – uzupełniła kierowniczka.

- No cóż… jeżeli się państwo zdecydują, to możemy od razu jechać do Krzysia, a potem do jego siostrzyczki. Zadzwonię tylko do pogotowia opiekuńczego, żeby się przygotowali… – psycholog wydawała się gotowa do drogi.

- Moment! – powstrzymała ją Kinga – Chyba powinniśmy to z mężem przedyskutować, prawda? Nie rozmawialiśmy o rodzeństwie, a już na pewno nie z zaburzeniami więzi.

- Rzuciły nas panie na głęboką wodę… – westchnął Konrad.

- Adopcja zawsze jest rzuceniem się na głęboką wodę, tu się nie da inaczej – skwitowała pani Ewa. Dobrze, niech państwo wyjdą sobie gdzieś na kawę i porozmawiają. Tylko proszę pamiętać, że czas nagli…

            Chwilę później siedzieli w pobliskiej kawiarni. Kinga zawzięcie skubała skraj tekturowego kubka z logiem lokalu.  Jej mąż małymi łyczkami popijał earl greya, jakby chciał opóźnić moment rozpoczęcia rozmowy. Patrzył na żonę i chyba po raz pierwszy w życiu nie był w stanie odgadnąć jej myśli. W końcu jednak zagaił, siląc się na swobodny ton:

- Ten chłopiec ma na imię Krzysztof… na „K”, tak jak miało być. A dziewczynka… panie nie mówiły nic o jej imieniu, to może mogłaby zostać Karolinką…

- Konrad, czy ty się dobrze czujesz? Za co my kupimy wyprawkę dla dwojga dzieci? Już nie mówiąc o tym, z czego będziemy tych brzdąców utrzymywać. A jeśli ten starszy ma RAD? Jeżeli nigdy nas nie pokocha, nigdy nie będzie nas słuchał… chcesz tak żyć? I jeszcze dziewczynka z możliwym FAS do kompletu.

- A jeśli – przedrzeźniał ją – to jest po prostu dwoje skrzywdzonych przez los maluchów, dla których właśnie otworzyły się drzwi do normalności? Chciałabyś im te drzwi zamknąć?

- Przestań mi tu wjeżdżać na sumienie. Jeśli nie my, to na pewno inni ich adoptują…

- … pomyślało piętnaście par – dokończył sarkastycznie.

- Przecież ja nie mówię, że nie chcę tych dzieci. Po prostu się boję.

- Ja też! Ale myślę, że one bardziej.

- To co proponujesz?

- Poznajmy je, co nam szkodzi. Porozmawiajmy z lekarzami, z opiekunami z pogotowia rodzinnego. Może wiedzą o nich więcej niż ośrodek. Dowiemy się, czy to nasze dzieci.

- I co, będziemy je oglądać? Jak towar jakiś?

- Nie przesadzaj, to przecież nie konkurs piękności. Tak czy inaczej będziemy musieli poznać nasze dziecko przed adopcją, prawda?

- Ok, wygrałeś. Jedziemy – potwierdziła, choć w jej głosie nie było słychać przekonania.

Otworzyć się na dziecko…? Odc.1

WSTĘP

      Bardzo długo myślałam nad formą tego tekstu. Pierwotnie miał być pisany – jak większość – w pierwszej osobie, jednak uznałam, że nie chcę ograniczać się w nim do własnego doświadczenia. Pomyślałam więc o liście do przyszłych rodziców adopcyjnych, ale tu z kolei łatwo by mi było niechcący przyjąć ton mentorski, czego za wszelką cenę pragnę uniknąć, ponieważ nie czuję się żadnym autorytetem, aby kogokolwiek pouczać w zakresie przysposobienia. Wybrałam więc trzecie wyjście i stworzyłam opowiadanie (uprzedzam, że tendencyjne). Jego bohaterowie są fikcyjni, ale zależało mi, aby Czytelnicy – zwłaszcza ci, których adopcja w jakiś sposób dotyczy – odnaleźli w nich cząstkę siebie. Fabułę oparłam na prawdziwej historii, a raczej wielu historiach, posiadających pewien wspólny mianownik…

Tekst jest długi, dlatego opublikuję go w trzech częściach – codziennie po jednej.

ROZDZIAŁ PIERWSZY – Ona i On

           Kinga i Konrad poznali się na osiemnastce u wspólnego znajomego. Od razu przypadli sobie do gustu, a po kilku spotkaniach we dwoje zostali parą. Połączyły ich identyczne inicjały (K.K.), miłość do kuchni włoskiej oraz pragnienie zobaczenia Nowego Jorku, a wkrótce także wynajęta razem kawalerka i kupiony pod wpływem impulsu królik Klapek. Zaraz po studiach wzięli ślub i przeprowadzili się do własnego mieszkania. Oboje już wtedy pracowali, zresztą za całkiem przyzwoite pensje. Uznali więc, że nie ma co zwlekać z powiększeniem rodziny. Imiona dla dzieci mieli powybierane jeszcze w liceum: Karolina i Kacper, ewentualnie Kamila albo Klemens – ważne, żeby na „K”, tak jak rodzice. Niestety – czas mijał, a Kinga nie zachodziła w ciążę. Małżonkowie zdążyli zobaczyć nie tylko Nowy Jork, ale także Waszyngton, Los Angeles oraz kilkanaście europejskich stolic, miejsce Klapka zajął czarny kot Kawior, ale największe pragnienie pozostawało niezaspokojone.

      Diagnozy lekarzy nie dawały wielkich nadziei, tym bardziej, że okazało się, iż oboje mają problem z płodnością. Próby leczenia różnymi metodami nie przyniosły żadnych efektów. Kiedy młodsza siostra Konrada urodziła już drugie dziecko, kolejne koleżanki z pracy Kingi zaczęły odchodzić na urlopy macierzyńskie, a oni sami zdążyli przekroczyć trzydziestkę, powiedzieli „dość!”. Po kilku długich dyskusjach i nieprzespanych nocach podjęli decyzję o adopcji. Rozważali taką opcję już zresztą wcześniej, myśleli o przysposobieniu maluszka po odchowaniu pociech biologicznych. Los bywa jednak przewrotny i w pewnym sensie przyspieszył ten moment za nich…

ROZDZIAŁ DRUGI – Zimny prysznic

      Żadne z nich chyba nigdy nie zapomni pierwszej wizyty w ośrodku adopcyjnym. Kiedy przekraczali próg, wydawało im się, że wiedzą, czego chcą, jednak z każdym zdaniem pani kierowniczki czuli się coraz mniej pewnie. Gdy już przedstawili całą swoją historię, z drugiej strony ogromnego biurka padło pytanie o to, jakie dziecko chcieliby przysposobić.

- Malutkie! – wypaliła od razu Kinga – Takiego niemowlaczka, który jeszcze niczego nie pamięta. Chcielibyśmy przejść przez wszystkie etapy rodzicielstwa, od pieluszek aż po wnuki…

- Płeć obojętna, ale żeby było zdrowe – dodał z przekonaniem Konrad.

- Co to znaczy zdrowe pana zdaniem? – dociekała pani kierownik, jak im się wydawało, znudzonym głosem. Nie pomyśleli wtedy, że takie pytanie stawia niemal wszystkim kandydatom.

- Nooo… zdrowe… – mężczyzna wyraźnie tracił rezon – żeby nie było… upośledzone.

Ostatni wyraz wymówił półszeptem.

- A jeśli rodzice biologiczni byliby upośledzeni? Albo przynajmniej jedno z nich?

Małżonkowie spojrzeli po sobie. Nie wiedzieli, co odpowiedzieć. Nie myśleli o tym wcześniej. Pragnęli zostać rodzicami, tak po prostu. Owszem, czytali w książkach i w sieci, że do adopcji trafiają dzieci chore, obciążone traumą… ale literatura literaturą, a życie życiem. Nie dopuszczali do siebie myśli, że ich to dotknie, a już tym bardziej na pierwszym spotkaniu. Tymczasem ich rozmówczyni (nazwijmy ją panią Ewą) dopytywała dalej:

- Czy słyszeli państwo o FAS?

Pokiwali głowami.

- Czy w takim razie zdecydowaliby się państwo przyjąć dziecko z rodziny dotkniętej alkoholizmem? Albo takiej, gdzie matka dodatkowo paliła papierosy i brała narkotyki, będąc w ciąży?

Kinga pobladła. Czuła, że robi jej się słabo… nie była pewna, czy bardziej z powodu lipcowego upału, czy natłoku myśli i gęstniejącej atmosfery.

- To chyba zależy, jakie dziecko… – odparł nieśmiało Konrad.

- Skąd według państwa biorą się dzieci do adopcji? – drążyła dalej pani Ewa.

- Są porzucane przez matki biologiczne, które ich nie chcą lub nie mają pieniędzy na utrzymanie…? – odpowiedziała Kinga, choć brzmiało to bardziej jak pytanie. Sama już nie wiedziała, w jakim kierunku zmierza ta rozmowa.

- Nie, proszę pani. To, o czym pani mówi, to nieliczne wyjątki. Nasze dzieci przeważnie są odbierane dysfunkcyjnym rodzicom. Niezaradnym życiowo, niedostosowanym społecznie, uzależnionym od substancji psychoaktywnych. Takim, którzy nie rokują żadnej poprawy. I nie ma w tym kraju jasnowidza, który dałby komukolwiek gwarancję, że te dzieci będą – jak to pan przed chwilą określił – zdrowe. Ze wspomnianego powodu również właściwie nie ma noworodków, co najwyżej dzieci kilkunastomiesięczne, częściej – kilkuletnie. Takie są obecnie adopcyjne realia, drodzy państwo.

      Pół godziny później, po kolejnej serii trudnych pytań, opuszczali ośrodek. W czasie drogi powrotnej do domu żadne z nich nie odezwało się ani słowem. Kindze szkliły się oczy. Jej mąż czuł taką suchość w gardle, że co chwilę przełykał ślinę. Drażnił ją ten odgłos, podobnie jak szarawy zaciek na bocznej szybie samochodu i burzowe chmury na horyzoncie. Czuła, że ma wszystkiego dosyć.

CDN

Co wkurza matkę adopcyjną?

Dwa dni temu odebrałam akt urodzenia Księżniczki. Chyba żadne pismo urzędowe nie wywołało u mnie takiego wzruszenia… Można więc powiedzieć, że zaczynamy nowy rozdział, stąd też nowa kategoria na blogu. Od jutra zaczynam rajd z tym aktem po różnych placówkach – chociażby przychodni i kancelarii parafialnej, bo już od dawna jesteśmy „ścigani” za jego brak.

Nadszedł chyba dobry moment, żeby napisać, co mnie najbardziej denerwuje w naszym krótkim życiu poadopcyjnym.

Wszechobecny nacisk na karmienie piersią

Nie zrozumcie mnie źle… doskonale zdaję sobie sprawę, że mleko matki jest dla noworodka najlepsze. Gdybym urodziła naszą córcię, to zrobiłabym wszystko, aby karmić ją naturalnie. Z wiadomych przyczyn niestety jesteśmy skazane na substytut. Kupujemy dobry, polecany przez naszego lekarza. Jednak za każdym razem, gdy po niego sięgam, uderza mnie napis na opakowaniu, przestrzegający, że zaleca się wyłączne karmienie mlekiem matki przynajmniej do szóstego miesiąca życia dziecka. Z podobnych względów mleko początkowe nigdy nie łapie się w sklepach na żadne promocje, więc nie ma mowy o oszczędzaniu. Nie twierdzę, że sama ta  kampania edukacyjna jest zła, może przekona kogoś, kto ma wybór. Ja nie mam. (I tak, wiem o istnieniu różnej maści doradców oraz o sztucznym wywoływaniu laktacji, ale nie spotkałam nikogo, kto byłby zadowolony z jej efektów…).

Luki w systemie

Konkretnie dwie. Pierwsza dotyczy opieki prawnej. W przypadku preadopcji (czyli zabrania dziecka do domu jeszcze przed oficjalnym orzeczeniem przysposobienia) przyszli rodzice nie są formalnie opiekunami prawnymi swojego maleństwa. O ile pociecha jest zdrowa i nigdzie daleko się z nią nie wyjeżdża, ma to małe znaczenie. A co w momencie, kiedy szkrabowi coś się stanie? Albo, w przypadku dziecka starszego, kiedy zachodzi potrzeba podpisania jakichś dokumentów związanych chociażby z edukacją? Wtedy trzeba szukać rzeczywistego opiekuna prawnego, który przecież niekoniecznie musi być na miejscu. Nie jest to oczywiście sytuacja nie do przejścia, ale na pewno stresująca i uciążliwa.

Druga dziura w prawie dotyczy nadawaniu dziecku nowej tożsamości. Otóż po przysposobieniu, które prawomocnie następuje 21 dni po rozprawie (a na tę z kolei niektórzy czekają miesiącami), oprócz nowego nazwiska (i ewentualnie imion, jeśli taka jest wola rodziców) maluch otrzymuje również świeżutki numer PESEL, bez którego, jak wiadomo, dla państwa człowiek nie istnieje. Księżniczka trafiła do nas w połowie marca, akt urodzenia i PESEL otrzymaliśmy ponad 4 miesiące później… przez ten czas zdążyliśmy już odwiedzić siedmiu lekarzy i za każdym razem był ten sam problem: jak zarejestrować dziecko, które nie ma dokumentów? Z jednej przychodni rejestratorka nas wyrzuciła, na szczęście wstawił się za nami lekarz rodzinny. Teoretycznie można się przez ten czas oczekiwania posługiwać starymi danymi dziecka, ale to jest z kolei ryzykowne i stanowi w pewnym sensie złamanie tajemnicy adopcji. Może rozwiązaniem byłoby umożliwienie rejestrowania takiego dziecka na nr PESEL przyszłego rodzica? Obecnie jest to dopuszczalne przez pierwsze 3 miesiące życia maluszka (biologicznego też), więc dlaczego by nie przedłużyć takiej możliwości dla rodzin adopcyjnych?

Pytania o ciążę

Nie jestem naiwna. Adoptując noworodka, byłam świadoma, że takie pytania będą padać. Nie przewidziałam jednak ich natężenia. O ile nie robię tajemnicy z samego faktu przysposobienia, o tyle niekoniecznie chcę dawać powód do plotek osobom z dalszego otoczenia. Ostatnio jakaś obca babka u fryzjera wypytywała mnie o przebieg porodu! Ucięłam grzecznie dyskusję, bo nienawidzę kłamać, a nie miałam jakoś chęci się jej zwierzać… Niektórzy znajomi zresztą także bywają wybitnie nietaktowni. Przykład z zeszłego tygodnia:

Wracamy z P. z zakupów w centrum handlowym. W pewnym momencie dopada nas daleka koleżanka, wołając z dystansu przez tłum klientów:

- O, macie dziecko! Lady Makbet, to ja nawet nie wiedziałam, kiedy ty w ciąży byłaś!

(A dlaczego miałaś wiedzieć, skoro nie utrzymujemy kontaktów? – myślę, ale odpowiadam dyplomatycznie:)

- Księżniczka ma cztery miesiące.

- No widzicie? Doczekaliście się! A my (czyli ona z mężem i szwagrem) już się zastanawialiśmy, co jest z wami nie tak, hehe, że tyle lat, no wiecie… hehe. Już myśleliśmy, że wy jacyś bezpłodni jesteście, czy coś.

P: Zdecydowanie jesteśmy „czy coś”. A to jest nasza córeczka. Podobna do mnie, prawda?

(rzekomo wszystkie koleżanki w pracy męża tak twierdzą… uhm, z której niby strony? Przecież to jest Księżniczka mamusi, a kto nie dostrzega podobieństwa, to się nie zna  :lol: )

Na szczęście wspomniana koleżanka jest takim typem, który mówi niemal wyłącznie o sobie, więc bardzo szybko porzuciła temat naszego rodzicielstwa i zaczęła opowiadać o własnym. Nie zawsze się jednak udaje tak sprawnie zmienić przedmiot dyskusji… I wtedy trzeba kombinować – albo czynić ze swojej prywatności temat do żarcików na rodzinnych imprezach dalekich znajomych (Cynglu drogi, dlatego Cię właśnie prosiliśmy, żebyś w razie czego nie wtajemniczał D. w pochodzenie swojej chrześniaczki).

Sformułowanie „prawdziwi rodzice” w odniesieniu do biologicznych

Nie mam oporów, żeby w przyszłości powiedzieć Księżniczce prawdę o jej korzeniach. Ba! Oboje z P. liczymy się z tym, że córka będzie kiedyś chciała poznać swoich krewnych i zamierzamy jej w tym pomóc, choć na pewno trochę to nas zaboli. Irytują mnie jednak pytania o to, kim była PRAWDZIWA mama naszej małej. Mówię wtedy, że prawdziwą mamę pytający ma przed sobą. Bo jeżeli „prawdziwą” jest matka biologiczna, to znaczy, że ja jestem jaka? Fałszywa? Zdecydowanie nie czuję się żadną uzurpatorką. Nasze szczęście poznaliśmy w piątej dobie życia, zaś ono nie zna innych rodziców.

Wiadomo, że za każdą adopcją kryje się inna historia. Jeżeli przysposobienie następuje w późniejszym wieku, a dziecko doskonale pamięta mamę biologiczną, która np. zmarła, to pewnie w jego świadomości ona pozostanie tą prawdziwą albo będzie miało dwie prawdziwe… Chociaż też niekoniecznie, bo znam wiele osób, które, mówiąc o rodzicach, mają na myśli właśnie macochę lub ojczyma, a nie rodziców biologicznych, mimo iż doskonale ich pamiętają. Za to nazwanie „prawdziwym ojcem” faceta, który (za przeproszeniem) zrobił przypadkiem dzieciaka, nawet nie przedstawiając się przygodnej partnerce z imienia i nie utrzymując z nią później żadnych kontaktów (o owocu tej upojnej nocy nie mówiąc), wydaje mi się grubą pomyłką. Podobnie jak określenie „prawdziwą matką” kobiety, która była tak zajęta imprezowaniem, iż przez 9 miesięcy nie miała czasu zauważyć, że jest w ciąży, a po porodzie nawet dziecka nie przytuliła… I takie przypadki przecież się zdarzają.

A co Was, drodzy Rodzice (nie tylko adopcyjni) najbardziej denerwuje?

J. jak „łooo”*, czyli charakterystyka pewnej ciotki

- Zobaczyłam, że coś leci, więc złapałam. A to welon! – relacjonowała J. moje oczepiny, podczas których została „drugą panną młodą”. Ten welon zresztą sama pomagała mi wybierać… Powyższa scenka jest kwintesencją całej J.: zawsze znajduje się tam, gdzie jest potrzebna… i od razu działa.

Poznałyśmy się trzy lata wcześniej, na samym początku studiów. Byliśmy licznym rocznikiem, podzielonym chyba na 6 albo 7 grup. Pewnie każdy w swojej intuicyjnie szukał osób podobnych do siebie. Ja znalazłam J., a potem jeszcze pięć innych koleżanek, z którymi przez ponad połowę pobytu na uczelni tworzyłyśmy zgraną grupę, zwaną przez złośliwych „kółkiem różańcowym”. Z radością przejęłyśmy tę nazwę i uczyniłyśmy ją niemal oficjalną, a twórczyni tego przezwiska doczekała się od nas własnego. Nazywałyśmy ją Reklamacją, bowiem każdy dzień na uczelni zaczynała od opowieści o tym, jaki bubel kupiła za jakąś niebotyczną kwotę i musiała oddać go – do reklamacji właśnie. Reklamacja była zresztą niezmordowana i arcykonsekwentna, bowiem już podczas pierwszego roku studiów reklamowała cztery torebki, piętnaście par butów, pięćdziesiąt dwie inne części garderoby, trzech wykładowców, jamnika sąsiadki, wodę w kranie i Pałac Kultury (nie zauważyła, bidna, że okres gwarancji skończył się wraz z ustrojem politycznym). Szkoda tylko, że nie wpadła na pomysł zareklamowania sygnalizacji świetlnej przed naszym wydziałem, bowiem na zielone czekało się tyle, że można było zjeść dwudaniowy obiad, przeczytać całą Encyklopedię Powszechną i wydziergać na drutach szalik o długości kwalifikującej się do Księgi Rekordów Guinessa. Ciekawa postać z tej Reklamacji, ale to nie o niej miało być. Zresztą zostawiła nas po dwóch latach, widocznie studia też nie spełniły jej oczekiwań konsumenckich.

 Z J. połączyło nas podobne poczucie humoru i zbieżny charakter relacji z naszymi tatusiami. Po pewnym czasie dorobiłyśmy się jeszcze wraz z A. i M. wspólnych rytuałów, wśród których znajdowały się dziwactwa pokroju picia moczopędnej herbatki z fafołami, zakańczanego wyścigiem do toalety w centrum handlowym, a także kupowanie ciastek w Netto, układanie satyrycznych wierszyków i piosenek oraz oczywiście kolektywna nauka do wszelkiej maści zaliczeń i egzaminów, rozkładana zawsze na dwie raty, bo pierwsza upływała nam na plotach i piciu rzeczonej herbatki… (A., skąd Ty ją brałaś???)

J. do pewnego czasu twierdziła, że nie lubi dzieci. Między innymi dlatego w przeciwieństwie do reszty „kółka różańcowego” uciekła przed specjalnością nauczycielską, a w efekcie zmieniła kierunek studiów. Któregoś dnia robiłyśmy razem zakupy w H&M (zakupy, taaa… znając nasz ówczesny budżet, pewnie kupowałyśmy gumkę do włosów i parę majtek – tyle dobrego, że nie na spółkę) i w dziale dziecięcym dostrzegłyśmy coś a’la przebranie (wróżki? motylka? uczestnika parady równości albo innego Tap Madl?), którego elementem były paskudne, świecące z daleka różowe skrzydełka. Na ich widok dopadła nas głupawka, zakończona niespodziewanym odnalezieniem związku tychże skrzydełek z popularnym wówczas programem „Superniania”. Nie wiem, czy pamiętacie – prowadząca odsyłała niegrzeczne dzieci na tzw. „karnego jeżyka”, na którym miały spędzić określony czas, aby się uspokoić. J. uznała, że moja córka (skąd ona wiedziała, że będę miała córkę?) zamiast jeżyka będzie miała właśnie „karne skrzydełka” – czyli jak nabroi, to będzie musiała popylać w tym czymś po domu aż do skutku. Pozytywnym efektem ubocznym tego zabiegu miało być zniechęcenie malutkiej do wszechobecnego różu, ku uciesze męża i mojej, a rozpaczy twórców Barbie oraz Hello Kitty. Zabawne, że jedną z pierwszych myśli podczas powiadamiania świata, iż zostaliśmy rodzicami, była właśnie ta o różowych skrzydełkach od cioci J. Ona sama odwiedziła nas kilka tygodni po adopcyjnym porodzie, zamiast rzeczonego narzędzia tortur przywożąc mleko (i jak tu jej nie kochać?) oraz inne cuda.

Jechała do nas zresztą już ze świadomością, że zostanie matką chrzestną Księżniczki. Nie potrafię powiedzieć, kiedy i dlaczego zmienił się jej stosunek do dzieci, ale od dawna była dla nas jedną z niewielu oczywistych kandydatek do tej roli. Podczas jej zeszłotygodniowej wizyty córcia wyraźnie dała znać, iż akceptuje nasz wybór, bo szczerzyła się do J. całym swoim bezzębnym uśmiechem aż do końca jej pobytu. Dobrze mieć taką przyjaciółkę… i taką ciotkę J.

*Tytuł wpisu pochodzi od refrenu pewnej piosenki zasłyszanej na wydziale, której dzieje są jeszcze bardziej skomplikowane niż historia swetra Gruchy.

Okołochrzcielne rozważania o rodzicach chrzestnych i nie tylko

Większość sakramentów świętych ma w naszej kulturze podwójny, a nawet potrójny wymiar: oprócz aspektu religijnego są elementem tradycji scalającej rodzinę (czyli prawie świeckiej), a także niestety okazją do wręczania coraz droższych prezentów.

O pierwszym z tych aspektów trudno mi się wypowiadać, ponieważ uważam, że wiara zawsze jest kwestią indywidualną. Każdy człowiek relacje z Bogiem (bądź ich brak) przeżywa inaczej. Jestem wierząca, swoją drużynę harcerską prowadziłam przy jednej z lokalnych parafii. Mój mąż przez wiele lat był ministrantem. Dla nas, jako osób związanych z Kościołem, chrzest dziecka jest ważnym przeżyciem duchowym, prawdziwym włączeniem córki do wspólnoty Dzieci Bożych. Czujemy też, że nadanie maleństwu imienia podczas chrztu ma większą moc, jest jakieś takie „pełniejsze”, niż zrobienie tego w urzędzie lub – jak w przypadku Księżniczki – sądownie. Nie zamierzam jednak nikogo w tym miejscu do niczego przekonywać ani nawracać, a już tym bardziej nie na blogu.

Wiele osób niewierzących także chrzci swoje dzieci. I tutaj na plan pierwszy wysuwa się ten drugi aspekt sakramentu – rodzinny. Przyjęcie po uroczystości jest dobrą okazją do spotkania dawno niewidzianych krewnych, odnowienia więzi z tymi, którzy mieszkają daleko, a przede wszystkim razem z samym chrztem pełni funkcję inicjacyjną, jest momentem oficjalnego wprowadzenia dziecka do rodziny. Zanim to jednak nastąpi, młodzi rodzice muszą się nieźle nagłowić (choć pewnie nie we wszystkich przypadkach) nad wyborem rodziców chrzestnych. Próbuję sobie przypomnieć, kim byli chrzestni mojej mamy i mojego taty. Przychodzi mi to z trudem, stąd wnioskuję, że nie byli z nimi bardzo związani. Wiem, że i dla niektórych moich znajomych ich chrzestni (zna ktoś synonim tego słowa? Denerwuje mnie to powtarzanie, a nie umiem go zastąpić…) to tylko figury, nic nieznaczące nazwiska w akcie chrztu. Mnie się jednak udało. Można powiedzieć, że moi rodzice dokonali dosyć typowego wyboru: na matkę chrzestną wybrali siostrę taty, na ojca brata mamy. Do dziś mam z obojgiem świetny kontakt. Nie mają własnych dzieci, ale zapewne nie tylko dlatego zawsze o mnie pamiętają, choć dzieli nas naprawdę wiele kilometrów. Zresztą z wzajemnością. U mojego męża sytuacja jest nieco bardziej złożona. Byliśmy jednak zgodni, że rodzicami chrzestnymi Księżniczki powinny zostać osoby, które zechcą być ważną częścią jej życia jeszcze przez długie lata, nie tylko w dniu sakramentu.

Wybór od początku był trudny, ponieważ nie mamy ani rodzeństwa, ani kuzynostwa. Posiadamy za to wielu sprawdzonych przyjaciół. Od początku było wiadomo, że to spośród nich będziemy wyłaniać „drugą parę rodziców” dla naszego potomstwa. Na jakiej podstawie jednak zdecydować, że X będzie lepszym kandydatem od Y? Czy tak się w ogóle da? Braliśmy pod uwagę kilka kryteriów, oczywiście w formie dyskusji, a nie castingu  8-) . Oto one:

  1. Osobowość. Jeżeli ktoś nie lubi dzieci, nie chce ich mieć i nie znosi spotkań rodzinnych, to obarczanie go taką funkcją po prostu mija się z celem. Uszczęśliwianie kogoś na siłę zwykle nie kończy się dobrze.
  2. Status związku. Kandydaci na rodziców chrzestnych muszą dostarczyć zaświadczenie z parafii o braku przeciwwskazań do podjęcia tej roli. Nie dostaną go np. osoby rozwiedzione i/lub żyjące w związkach niesakramentalnych (przyznaję, że nie do końca się zgadzam z tą polityką, ale cóż). Mogą co prawda zostać tzw. świadkami chrztu, ale to jednak nie to samo… a szkoda.
  3. Sytuacja rodzinna i materialna. Nie, nie, nie jesteśmy cyniczni ani wyrachowani. Nie patrzymy na to, że X zarabia więcej od Y, dlatego będzie ją czy go stać na droższe prezenty. Moja wyobraźnia nie sięga nawet w tej chwili tak daleko, żeby się zastanawiać, co i kiedy mała od kogo dostanie.  Działa to natomiast w drugą stronę: jeżeli X (przykład czysto teoretyczny, zmyślony na poczekaniu) ma troje swoich dzieci, dwoje chrześniaków i w dodatku zarabia najniższą krajową, to obarczanie jej dodatkowym (choć przecież dobrowolnym) zobowiązaniem wydaje nam się nie w porządku. Czy się to komuś podoba, czy nie, bycie chrzestnym wiąże się przecież z wydatkami – nawet jeśli niewielkimi i w istocie przyjemnymi, to jednak regularnymi. Patrzyliśmy też na to, czy ktoś nie ma już dziecka lub chrześniaka w wieku bardzo zbliżonym do naszej córy, żeby nie zbiegły się np. dwie komunie w jednym roku albo, co gorsza, w tym samym dniu.
  4. Nasze wzajemne relacje. Ten punkt właściwie powinien być na początku. Nie chcieliśmy dla Księżniczki chrzestnego (chrzestnej), który(a) jest naszym przyjacielem tylko z nazwy, a wspólne kontakty ograniczają się do smsów na święta. Mój tata dał się kiedyś namówić jednemu z kolegów z pracy na bycie ojcem chrzestnym jego syna. Od początku czuł, że to kiepski pomysł, ale chyba głupio mu było odmówić; bądź co bądź, jest to w pewnym sensie zaszczyt. Jako taki kontakt z rodzicami chrześniaka mieli przez pierwszy rok. Potem tamci przestali odbierać telefony albo odwoływali umówione spotkania. Nigdy nie mieli czasu. Tata w końcu dał za wygraną – nie wiem, może niesłusznie. Kilka lat później otrzymał zaproszenie na komunię z żądaniem (tak to brzmiało!) kupna roweru górskiego. Pamiętam, że zamiast niego kupił zegarek i zaproponował, że do roweru się dorzuci. Nie mam pojęcia, jak to się skończyło, sama na tę uroczystość nie pojechałam. Oczywiście od tamtej pory znowu nie mają kontaktu. Nie chcę takich chrzestnych dla mojego dziecka, jak również nie chcę być rodzicem, który będzie ich traktował jak bankomat.

I wreszcie aspekt materialny. Wiecie co? Wkurza mnie ten przerost formy nad treścią, zwłaszcza jeśli chodzi o przyjęcia i prezenty komunijne. O ile lubię same imprezy związane z sakramentami lub np. czyimiś okrągłymi urodzinami, to uważam, że ich organizacja leży wyłącznie w gestii rodziców lub w przypadku dorosłych – samych zainteresowanych. Nigdy nie miewam za złe, jeśli ktoś mnie nie zaprosił – to jego sprawa. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie rozliczać moich gości z tego, jakie prezenty wręczyli. Nawet głupio mi cokolwiek im sugerować, kiedy pytają (choć to akurat robię, bo jeśli już mają wydać pieniądze, to faktycznie czasem lepiej coś podpowiedzieć, żeby wszyscy mieli z tego satysfakcję). Ostatnio wyczytałam w Internecie, że np. gość weselny powinien włożyć w kopertę przynajmniej tyle, żeby się zwróciło „za talerzyk”. My braliśmy ślub 10 lat temu, wtedy chyba się o tym nie mówiło, a przynajmniej nie tak głośno. Naszymi gośćmi w połowie byli rówieśnicy w wieku studenckim, dla których już sam przyjazd z różnych krańców kraju stanowił nie lada wydatek. Nie wyobrażałam sobie żądać od nich jakiejkolwiek kwoty, a już tym bardziej wyliczonej. Brr… Do tej pory uważam, że jeśli kogoś zapraszam (na chrzest, urodziny, ślub albo niedzielną kawkę u mnie w domu), to po prostu chcę, żebyśmy razem miło spędzili czas; pragnę pokazać, że ta osoba jest kimś ważnym w życiu naszej rodziny. Nigdy nie zastanawiam się, czy ktoś w ogóle coś przyniesie, a tym bardziej co to będzie. (Chyba że ciotka J. przyjeżdża z paczką większą od niej samej, wtedy ciekawość bierze górę ;) ). Kiedy sami z P. gościmy na cudzych imprezach, dajemy tyle, ile możemy. Nie skąpimy, ale też nie przekraczamy znacznie domowego budżetu, bo zwyczajnie nas na to nie stać. Nie potrafilibyśmy się zadłużyć tylko po to, żeby pokazać niewidzianej od dekady gałęzi rodziny, że ciotka z wujkiem mają gest. Na dłuższą metę nie płyną z tego żadne korzyści…

Jeżeli ktoś z Was wybiera się na chrzciny Księżniczki, to mam prośbę: kupcie ładną pamiątkę. Albo zróbcie sami. Napiszcie od siebie kilka słów. Myślę, że w przyszłości będzie to dla niej ważniejsze od setek gadżetów. Jeśli chcecie włożyć coś w kopertę – pewnie, przyjmiemy. I na pewno wydamy na dziecko. Nie jest to jednak dla nas najważniejsze i nikogo z niczego nie będziemy rozliczać… no, może poza Waszą obecnością, na którą szczerze liczymy :) .