O krasnoludkach i małej dziewczynce

Pierwszy rok studiów. Wykład jednego z tych profesorów, z którymi dla własnego bezpieczeństwa lepiej nie zadzierać. W sali zupełna cisza. Prowadzący (jak zwykle poważny) staje za pulpitem i zaczyna od pytania: Kto z państwa widział krasnoludki? Audytorium w szoku, nikt albo prawie nikt się nie odzywa. Tak myślałem – wzdycha wykładowca i kontynuuje zajęcia. Półtorej godziny później, po ich zakończeniu, niespodziewanie dopowiada: Bo krasnoludki mogą zobaczyć tylko dobrzy ludzie.

Dzisiejsza bajka adopcyjna jest zatem przeznaczona dla dobrych ludzi, bo traktuje właśnie o krasnoludkach.

Krasnoludki żyją wśród ludzi od tak dawna, że świetnie znają ich zwyczaje. Rzadko mieszkają w ludzkich domach, ale chętnie zadomawiają się w przedszkolach, szkołach, urzędach, szpitalach, sklepach, teatrach i innych miejscach, gdzie wiele się dzieje. Nauczyły się więc dzielić nasze społeczeństwo na trzy kategorie:

- Nieskazitelnych – czyli osoby o idealnie czystych sercach; im jako jedynym krasnale mają odwagę się pokazać. Nie istnieje ich zbyt wielu i zwykle nikomu nie mówią o takich spotkaniach, żeby nie zostać uznanymi za szalonych.

- Zwyczajnych – to znaczy przeciętnych, mających sporo wad, ale i mnóstwo zalet. Do tej grupy należy większość ludzi. Nie mogą co prawda zobaczyć krasnoludków, jednak bardzo często doświadczają ich działania.

- Zagubionych – tych, którzy pobłądzili w życiu, przez co zatracili zdolność odróżniania dobra i zła; krzywdzą innych i samych siebie, nie chcąc otworzyć się na piękno świata. Krasnoludki trzymają się od nich z daleka.

Historia, którą tu opowiadam, zdarzyła się u progu wiosny. Po mroźnej zimie świat ponownie odżywał, dlatego skrzaty miały pełne ręce roboty: budziły ze snu cebulki kwiatów i pąki na drzewach, odkurzały skrzydła pszczół i woskowały pióra ptaków. Jedną z najbardziej zajętych społeczności krasnoludków była ta zamieszkująca pewien regionalny szpital. Oprócz zwyczajnego dbania o ogródek krasnale musiały też często malować na niebie naprzeciwko okien tęczę, która dawała pacjentom nadzieję na szybkie wyzdrowienie, zjadać okruszki niedobrego szpitalnego jedzenia, żeby wokół łóżek było czysto, podnosić z podłogi upuszczone tabletki i wreszcie – naciskać na dzwonek wzywający pielęgniarki, kiedy któryś z chorych nagle poczuł się źle.

Krasnoludki jednak słyną z pracowitości i zwykle bardzo lubią swoje obowiązki. Tak było i w tym przypadku. Skrzaty dobrze znały cały personel i szybko przyzwyczajały się do nowych pacjentów, od razu wiedząc, do której kategorii ludzi należą. Miały więc swoją codzienną rutynę, z którą było im bardzo dobrze. Aż nagle pewnego dnia stało się coś niezwykłego. Witek Korleonek, szef wszystkich szpitalnych krasnali, przyjmował właśnie raport o liczbie pacjentów na oddziale położniczym.

- Mamy siedemnaścioro noworodków! – zameldował Rozsądiusz, stukając małym ołóweczkiem w notesik.

- Musiałeś się pomylić! – zaprotestował Skrupulatek, przejeżdżając palcem po równiutko wypełnionej tabelce – Doliczyłem się tylko szesnastu mam, a żadna nie urodziła bliźniaków.

- Sam się pomyliłeś! – odpowiedział niezbyt grzecznie Rozsądiusz.

I pewnie doszłoby do kłótni,  gdyby nie Witek Korleonek, który uspokoił obu podwładnych. Postanowił, że osobiście zweryfikuje liczbę mam i dzieci. Tak też zrobił. Okazało się, że jego pomocnicy mieli rację: na oddziale leżało siedemnaścioro maluszków, a wraz z nimi tylko szesnaście mamuś. Wniosek był prosty w sformułowaniu, ale bardzo trudny do przyjęcia: jeden noworodek nie miał swojej mamy! Błyskawiczne śledztwo przeprowadzone przez Watsonka pozwoliło odkryć, że była to śliczna malutka dziewczynka. Watsonkowi aż ściskało się serduszko, kiedy na nią patrzył. Od razu postanowił więc, że trzeba koniecznie znaleźć jej mamę, a najlepiej oboje rodziców. Gdzieś przecież muszą być!

Krasnoludki oprócz pracowitości słyną też ze świetnej organizacji i doskonałej współpracy, czego dały dowód i tym razem. Zwołały wszystkie ptaki siedzące na szpitalnym dachu, wszystkie motylki obudzone tchnieniem wiosny, wszystkie pszczółki zbierające nektar w pobliskich ogródkach – słowem, wszystko, co żyje i lata. Opowiedziały o swoim odkryciu i poprosiły o pomoc. Ptaki i owady krążyły więc po okolicy, machając ze wszystkich sił skrzydełkami i szukały zagubionych rodziców. Pierwszy dzień wytężonej pracy nie przyniósł rezultatów, dlatego drugiego dnia obudziły się jeszcze przed świtem i postanowiły rozszerzyć obszar poszukiwań. Długo, długo nie przynosiły krasnoludkom żadnych wieści…

Wśród skrzydlatych pomocników krasnali była także pewna młodziutka jaskółka. Bardzo wzruszyła ją historia tej małej dziewczynki. Latała więc niestrudzenie nad pobliskimi miastami, przyglądając się wszystkim napotkanym ludziom. Nagle, zagapiwszy się na jakąś kobietę idącą chodnikiem, nie zauważyła budynku i wleciała wprost w otwarte okno jednego z mieszkań. Co gorsza, zaplątała się w firankę i nie umiała wylecieć. Była przerażona! Okazało się jednak, że niepotrzebnie. Trafiła do domu bardzo życzliwych ludzi, którzy wyplątali ją z firanki, posadzili na parapecie, napoili wodą, nakarmili ziarenkami i dali czas na dojście do siebie, pokazując także drogę, którą będzie mogła swobodnie opuścić ich mieszkanie, nie robiąc sobie przy tym krzywdy. Uspokajając skołatane nerwy, jaskółka usłyszała, jak pani domu mówi do pana: Ciekawe, kiedy odnajdzie się nasze dziecko. Tak długo już czekamy i tęsknimy… Pan przytulił ją i powiedział: Nie martw się. Tyle czasu szukamy, że w końcu znajdziemy nasze małe szczęście. Zobaczysz, będziemy wspaniałą rodziną! Usłyszawszy to, jaskółka zrozumiała, że niechcący wpadła we właściwe okno! Nie dokończyła nawet jedzenia ziarenek. Otrzepała tylko skrzydełka i natychmiast udała się w drogę powrotną do szpitala.

Ależ się wszyscy cieszyli, kiedy usłyszeli jej historię! Krasnoludki zadziałały ekspresowo: Arnoldek, największy twardziel wśród nich, poszedł osobiście do Pani Położnej. Była to kobieta Nieskazitelna, której krasnale mogły się ujawniać, ale zawsze towarzyszył temu pewien stres; w końcu rzadko rozmawiały z ludźmi. Arnoldek jednak zdobył się na odwagę i opowiedział Pani Położnej wszystko od początku: o liczeniu dzieci, poszukiwaniach i odkryciu dokonanym przez jaskółkę. Jego rozmówczyni była zachwycona, bowiem sama też chciała szukać rodziców dla tej małej dziewczynki. Zadzwoniła więc w kilka ważnych miejsc i już niebawem do szpitala zawitali Mama i Tata. Najbardziej cieszyła się jaskółka, która poznała w nich swoich niedawnych wybawicieli: panią i pana z przypadkowo odwiedzonego mieszkania.

Oboje byli bardzo wzruszeni i przejęci, że odnalazła się ich córeczka. Dziewczynka za to czuła się szczęśliwa i bezpieczna, czego dowodzi fakt, że słodko spała, kiedy Mama i Tata zabierali ją do swojego samochodu. Otworzyła tylko na chwilę oczka i szeroko się uśmiechnęła, bowiem zobaczyła cały sztab krasnoludków, który przyszedł ją pożegnać. Emocje były tak wielkie, że nawet Arnoldek i Witek Korleonek ukradkiem ocierali łzy wzruszenia, choć żaden z nich potem nie chciał się do tego przyznać. Pewne jest natomiast, że dziewczynka ich widziała i to do nich się uśmiechała. Wszystkie dzieci rodzą się z nieskazitelnie czystymi serduszkami – i tylko od nich i ich rodziców zależy, czy takie pozostaną.

Mała bohaterka tej historii żyje wraz z Mamą i Tatą w tym samym mieszkaniu, do którego kiedyś wpadła przestraszona jaskółka. Ona sama zresztą czasami zagląda w okna i zanosi krasnoludkom wiadomości o rodzinnym szczęściu, które z radością obserwuje.

KONIEC.

A teraz przyznać się: kto z Was widział krasnoludki?

Rodzinka przy świątecznym stole

Znacie to powiedzenie, że goście sprawiają radość dwa razy: kiedy przychodzą i kiedy wychodzą? Coś w tym jest, chociaż ten pierwszy element cieszy nas o niebo bardziej. Od adopcyjnych narodzin Księżniczki bez przerwy ktoś nas odwiedza i co chwilę zapowiadają się nowe osoby. Oczywiście, jest to nieco męczące (bo przecież trzeba posprzątać, upiec ciasto, a jeśli przybysze są z daleka, to i podać obiad), ale radość ze spotkania wynagradza wszystko z nawiązką. Tym bardziej, że nasza córcia ma taką moc przyciągania, iż przywiodła do nas dawno niewidzianych przyjaciół z różnych zakątków kraju, od Bałtyku po stolicę.

Również w Święta nie obyło się bez gości, tym razem tych z najbliższej rodziny. Trochę się obawialiśmy o logistykę – no bo wiadomo: szczekający na wszystko pies, absorbujące dziecko, przygotowywanie i podawanie jedzenia, a do tego jeszcze rodzice obojga z nas – co prawda nastawieni wobec siebie życzliwie, ale też żyjący na co dzień w zupełnie innych światach i, co gorsza, mający całkowicie przeciwne poglądy polityczne, więc o punkt zapalny bardzo łatwo. Dziś już mogę powiedzieć, że zdaliśmy ten egzamin śpiewająco. Jedzenie było pyszne, rodzinka się dogadywała, Reksio połknął na raz upuszczony przeze mnie kawał ciasta i nie zdechł, czyli cud, miód i orzeszki. Tylko Księżniczka na złość odwiedzającym przespała dokładnie cały wielkanocny obiad. Dziadkowie byli nieco rozczarowani, ale aż miło się patrzyło, kiedy stali wokół jej leżaczka, nie mogąc oderwać od niej wzroku. Specjalnie wymieniliśmy baterie w aparacie, żeby uwiecznić pierwsze wspólne Święta, a tymczasem na zdjęciach widać grono przejętych dorosłych i drzemiącego w najlepsze bobasa. :) Tak czy inaczej będzie o czym opowiadać dziecku, a przecież o to w tym chodzi.

Zresztą nasza córa zdecydowanie jest księżniczką – i tak, jak niedawno sugerowała Izzy w komentarzu, jeśli mała zacznie marudzić, będę chyba musiała sprawdzać, czy pod materacyk nie zaplątało się ziarnko grochu. ;) Ma bowiem swoją czterokołową karocę, własną komnatę, królewskie łoże i służbę na każde zawołanie. Ostatnio oprócz „nakarm!” i „przewiń!” praktykuje również rozkaz „baw mnie!”, którego wykonanie potrafi nastręczać pewnych trudności, ale za to ile daje obopólnej satysfakcji, kiedy już się uda!

Korzystając z okazji, we czworo (P., Księżniczka, Reksio i ja) życzymy Wam radosnego świętowania w gronie najbliższych lub własnym… i ładniejszej pogody za oknem, bo póki co mamy Śnieganoc. Wesołego Alleluja!

WIZYTACJA Z OAO – czego się spodziewać?

Dzisiaj krótko i rzeczowo, z myślą o tych, którzy jeszcze czekają na TEN telefon lub są na innym z wcześniejszych etapów procedury.

Powierzając nam pieczę, sąd zaznaczył, że opiekę nad Księżniczką ma nadzorować ośrodek adopcyjny. W związku z powyższym personel OA umówił się z nami na wizytację. Odwiedziła nas pani kierowniczka. Obejrzała i pochwaliła pokoik małej i wypytała, jak się nią zajmujemy. Pytania były dosyć typowe: czym karmimy, gdzie śpimy, kto kąpie córeczkę. Mąż musiał też odpowiedzieć, czy jest jakaś czynność pielęgnacyjna, której by się nie podjął. Na szczęście takiej nie ma :) .

Spotkanie było też okazją do wyjaśnienia sobie nawzajem ewentualnych wątpliwości związanych ze współpracą z ośrodkiem. Muszę uczciwie przyznać, że pojawiło się tu po obu stronach kilka zgrzytów, ale wizyta zakończyła się w miłej atmosferze, więc jest nadzieja, że opinia o nas jednak będzie pozytywna ;) .

Uspokajam zatem czekających, że wizytację da się przeżyć. A my tymczasem czekamy na upływ magicznych 6 tygodni i dalszą część naszej procedury. Trzymajcie kciuki, żeby Księżniczka jak najszybciej była nasza również formalnie!

Jak to jest z tą zimną kawą, czyli o początkach (adopcyjnego) macierzyństwa

http://img2.dmty.pl//uploads/201510/1443711436_edhzyj_600.jpg

źródło: demotywatory.pl

Memy o macierzyństwie przedstawiają młode mamy jako wiecznie niewyspane, potargane, wycieńczone i pijące zimną kawę. Zawsze byłam ciekawa, ile jest w tym prawdy i z niekłamaną przyjemnością sprawdzam trafność tych obrazków empirycznie.

Oczywiście póki Księżniczka jest malutka, przez większość doby smacznie śpi, więc zapewne najtrudniejszy okres jeszcze przed nami. Jak długo mogę, delektuję się większą niż dotąd ilością wolnego czasu, która pozwala porządnie posprzątać mieszkanie i nadrobić kulinarne zaległości. Wieczorami padam na twarz, tym bardziej że noce przesypiam jakbym oglądała film na Polsacie (misterną fabułę rozprasza w kulminacyjnym momencie przerwa na reklamę karmienie), ale zdecydowanie jest to inny rodzaj zmęczenia, niż ten związany z pracą zawodową na pełnych obrotach.

Badanie zasadności memów jak dotąd przebiega więc w miarę bezboleśnie, a jedynym pochodzącym z nich znakiem, że zostałam matką, jest picie zimnej kawy. Nie wiem, czy córkę budzi dźwięk ekspresu (wątpię, zresztą jej pokoik jest daleko od kuchni), czy uwielbiany przeze mnie zapach parzonej kawusi (również mało prawdopodobne), czy jest to po prostu przypadek – ale ilekroć przygotuję sobie napój, Księżniczka domaga się uwagi. Kawę piję więc z reguły albo wystygłą, albo duszkiem, albo odgrzewaną. Może zabrzmi to dziwnie, ale taka sytuacja ma swój urok :)

Pewną (choć spodziewaną) nowością jest też dla mnie wykonywanie codziennych czynności na raty. Dotychczas, jeśli w porze obiadowej wchodziłam do kuchni, to wychodziłam z niej z gotowym posiłkiem. Obecnie zachowuję się trochę jak stary sklerotyk, który chadza po domu w tę i we w tę, powtarzając w kółko te same gesty. Przykładowo przyrządzanie zwykłego sosu do spaghetti wygląda następująco: Obieram i smażę cebulę – zaglądam do Księżniczki – dodaję mięso – zaglądam do Księżniczki – mieszam i doprawiam – zaglądam do Księżniczki – dorzucam pomidory – zaglądam do Księżniczki… – i tak aż do nałożenia na talerz skończonego obiadu, chyba że P. zdąży wrócić z pracy i mnie wyręczyć. A robi to bardzo chętnie, nawiasem mówiąc. Każdemu wejściu do domu towarzyszy niecierpliwe pytanie: „Gdzie moja córka?”, a potem ta dwójka dostaje wyczekiwany czas dla siebie.

Na bieżąco też śledzimy postępy naszej pociechy, czytając i oglądając co bardziej wartościowe pozycje dotyczące pierwszych miesięcy życia dziecka. Staramy się nie popadać w paranoję, jeżeli mała czegoś nie robi albo wykonuje inaczej, niż wynikałoby to z kalendarza rozwoju. Nie jest to wcale takie łatwe, jak mogłoby się wydawać. Nawet nie dlatego, że „dr Google” w każdym zachowaniu potrafi dostrzec dysfunkcję; na to już dawno się uodporniliśmy. Spieramy się natomiast na temat naszych własnych obserwacji; ja twierdzę, że P. pewne rzeczy bagatelizuje, on – że ja przesadzam. Ostatnio na przykład zastanawialiśmy się, czy Księżniczka wodzi spojrzeniem za różnymi przedmiotami, bo wedle wiedzy książkowej powinna. Ja utrzymywałam, że bodźce wzrokowe przyjmuje nazbyt obojętnie i że to może być Bóg-Wie-Co, mąż – że mała jest ciekawa świata i chętnie przygląda się nowym obiektom. No i kto ma rację? Bądź tu człowieku mądry i opiekuj się niemowlakiem…

Jedno mogę stwierdzić na pewno: jesteśmy szczęśliwi. Księżniczka weszła do naszej rodziny tak naturalnie, jakby się w niej urodziła. Księżniczka jest NASZĄ CÓRECZKĄ. Najnaszsiejszą na świecie!

Dylematy pracujących rodziców

Za oknami szaro i nieciekawie. Ma to związek z dzisiejszym wpisem, który również należy do smutniejszych. Otóż oboje chodzimy do pracy. P. rzecz jasna normalnie na cały etat, ja z kolei wzięłam urlop macierzyński tam, gdzie mi przysługiwał, czyli w jednej szkole. W drugiej nadal uczę, a Dyrekcja (celowo wielką literą) bez problemu poszła mi na rękę i tak ułożyła plan, żeby było nam jak najwygodniej.

Długo by tłumaczyć, dlaczego nie mogę zrezygnować z tej pracy, choć powody nie są trudne do odgadnięcia. Jestem poza domem przez 12 godzin w tygodniu, a Księżniczka ma na ten czas zapewnioną świetną opiekę. Pewnie, że serce pęka, kiedy ją zostawiam, ale wiem też, że nie dzieje jej się krzywda, zresztą większą część tego czasu przesypia.

O całej tej sytuacji wiedzieliśmy wcześniej i byliśmy na nią (przynajmniej do pewnego stopnia) przygotowani, więc to nie na nią chcę narzekać. Radzimy sobie całkiem nieźle. Kiedy jesteśmy w domu, całą uwagę skupiamy na córeczce (no prawie, bo jeszcze pies… ;) ).

Praca jest jedyną kwestią, o którą spieramy się z naszym ośrodkiem. Ogólnie rzecz ujmując, jesteśmy z niego bardzo zadowoleni – i z kursu, i z podejścia personelu, i z tego, w jaki sposób organizuje samą adopcję. Niestety mamy czasem wrażenie, że zawodowo pracownice OA żyją w zupełnie innym świecie. Takim, gdzie za kilka godzin pracy zarabia się ogromne pieniądze i można brać sobie wolne, kiedy się chce. A przynajmniej tego panie oczekują od nas. Z jednej strony wymagają zapewnienia dziecku godnych warunków materialnych, włącznie z prywatną opieką medyczną – i to akurat nie dziwi, w końcu takie są potrzeby naszych pociech, ale z drugiej strony chyba liczą, że pieniądze na to wszystko wygramy w totka albo znajdziemy na ulicy.  Dwukrotnie byłam wypytywana o tę moją jedną szkołę, za każdym razem przy użyciu tych samych pytań – tak jakby ktoś chciał mnie nakryć na kłamstwie. Nie wiem, co się miało okazać? Że tyram na dwa etaty przez 7 dni w tygodniu, a Księżniczka leży przez ten czas sama w łóżeczku? Z kolei od P. żąda się brania urlopu za każdym razem, kiedy ośrodkowi akurat się coś przypomni. Na tłumaczenia, że nie otrzymał wolnego, panie reagują argumentem, że nie zależy nam na dziecku i nikt nie będzie robił dla nas wyjątków.

Naprawdę, chce się płakać, kiedy się coś takiego słyszy. Rodzice, którym zależy na dziecku, muszą być przede wszystkim odpowiedzialni. Nie jest sztuką sprzeciwić się szefowi albo niefrasobliwie rzucić robotę. Myślę, że każdy ma czasem ochotę to zrobić. Tylko co potem? P. wykorzystał już cały urlop na żądanie i sporo zwykłego, kiedy jeździliśmy do Księżniczki i załatwialiśmy sprawy urzędowe. Dla mnie to zrozumiałe, że przełożeni mają tego dosyć. Jak widać, chyba jednak jesteśmy w tym osamotnieni, bo według ośrodka tylko my robimy problemy. I rzekomo praca jest dla nas ważniejsza od dziecka.

Co o tym myślicie? A jak to było u Was?

Galeria okołoadopcyjnych postaci

Kilka dni temu byłam z Małą Księżniczką na pierwszej wizycie u lekarza. Oczywiście zdarzyło się małe opóźnienie, więc w poczekalni mamy umilały sobie czas rozmową. Wszystko szło idealnie, dopóki wymiana doświadczeń nie zeszła na temat porodu. Siedziałam zatem w samym oku cesarkowo-rozwarciowo-skurczowego cyklonu, modląc się w duchu, żeby nikt nie zapytał mnie, jak rodziłam. Kłamać nie umiem, nie lubię i nie chcę, ale nie czuję też potrzeby wtajemniczania obcych w nasze rodzinne sprawy. Na szczęście cudem kolejka utyskiwań mnie ominęła.

Nieco inna refleksja towarzyszyła mi w drodze do domu: czego właściwie się wystraszyłam? Oceny kilku osób, których prawdopodobnie już nigdy nie spotkam? Przecież większość ludzi reaguje przewidywalnie – do tego stopnia, że można ich na potrzeby niniejszego wpisu nieco zaszufladkować i przyporządkować do określonych kategorii. Niektóre z nich pasują także do rodzicielstwa biologicznego.

Poniższą listę potraktujcie proszę z mocnym przymrużeniem oka, zwłaszcza jeśli sami się na niej odnajdujecie. Jakoś przecież zareagować trzeba… Pewnie siebie też mogłabym gdzieś tam przypisać, więc się nie gniewajcie. :)

ALFRED HITCHCOCK – najczęściej jest dalekim znajomym o bujnej wyobraźni. Ogląda horrory, thrillery, programy informacyjne i „Trudne sprawy”, dzięki czemu jest przekonany, że adoptowane dziecko okaże się mutantem o patologicznych genach, który w pijackim szale zarąbie siekierą matkę, ojca, psa, ekspedientkę z Żabki i byłą żonę Waldka spod 10, choć tej ostatniej to akurat nie żal, bo to zła kobieta jest. Jednym słowem w dniu poznania Waszego dziecka ma już ułożony scenariusz oscarowego dreszczowca.

AS WYWIADU – sąsiad, przeważnie starszy o minimum dwie dekady od świeżo upieczonych rodziców. Wie wszystko o wszystkich, a jeśli nie wie, to tym gorzej dla zainteresowanych. Po adopcji rozmawia o dziecku konspiracyjnym szeptem nawet w jego obecności. Koniecznie wypowiada dwa zdania, kto wie, być może będące jakimiś zaszyfrowanymi komunikatami: „Nikt nie musi wiedzieć, że jest adoptowane” oraz „Już dawno wiedziałem, że coś jest nie tak, skoro tyle lat po ślubie nie macie dzieci”. As Wywiadu często uprawia też osiedlowy monitoring, więc mimo wszystko warto żyć z nim w zgodzie.

BOB BUDOWNICZY – przyjaciel rodziny, ewentualnie wujek lub dziadek maleństwa. O nic nie pyta, niczego nie komentuje, za to składa. Najpierw gratulacje, a potem łóżeczko. Odwiedza młodych rodziców z torbą ubranek w jednej ręce i skrzynką narzędzi w drugiej. W zębach trzyma kluczyki od auta, cedząc przez nie coś w stylu: „gybysie poszeoali, fo ja fas wszezie safioze”. Na wieść o tym, że trzeba zrobić dziecku jakieś badania w stolicy województwa, wyciąga ogromny plan miasta i zaznacza trasę niczym wojskowy strateg przed bitwą. Kiedy zakłopotana mama lub tata próbuje go lekko przystopować, odpowiada (już bez kluczyków w zębach): „Dobra jest, damy radę!”

EWA DRZYZGA – bliska znajoma, ale jeszcze nie przyjaciółka. Odwiedza młodych rodziców w pierwszym możliwym terminie. Jest zafascynowana tematem adopcji. Dopytuje o emocje, procedurę, historię dziecka, reakcje otoczenia. Zadaje pytania raz mamie, raz tacie, zachowując przy tym idealne proporcje, jak gdyby chciała dobrze wykorzystać czas antenowy. Uważnie słucha, rzadko się wtrąca, a jeśli już, to oferuje konkretne wsparcie. W gruncie rzeczy jest to bardzo miłe, o ile taką Ewę Drzyzgę ma się w otoczeniu jedną albo dwie. Odpowiadanie piętnasty raz w ciągu weekendu na pytanie „jak się czujesz w nowej roli?” powoduje uporczywe deja vu, a w skrajnych przypadkach może budzić agresję niewyspanego rodzica adopcyjnego.

KSIĘŻNICZKA DISNEYA – koleżanka z pracy mamy albo taty lub inna bliska znajoma. Wzruszenie odbiera jej mowę, a przynajmniej zdolność wypowiadania się pełnymi zdaniami. Wydaje z siebie liczne „ochy” i „achy”, okraszając je obficie łzami. Kiedy wreszcie odzyskuje jako taką równowagę, nazywa rodziców adopcyjnych aniołami, do których okazane dobro na pewno powróci. Następnie lituje się nad „biedną uroczą kruszynką”, by potem snuć sielankowe wizje jej przyszłości w nowej rodzinie. Wycierając opuchnięte oczy, zapewnia jeszcze, że zawsze można na nią liczyć – i zwykle nie jest to pusta deklaracja.

MATKA POLKA – to dosyć ciekawy typ. Ma dzieci biologiczne, przysposobieniem nigdy dotąd się nie interesowała, więc teraz dopytuje. Wyraża święte oburzenie na wieść o tym, że ona również musiałaby przejść kurs w OA, gdyby chciała adoptować. Przecież urodziła, wychowuje, zatem to ona powinna takie szkolenia prowadzić. Dziecko to dziecko, potrzebuje cyca lub pełnej butelki i świeżej pieluchy, żadna filozofia. Testy psychologiczne i tzw. USG domu uważa za marnotrawienie czasu – bo skoro jej pociechy do tej pory żyją i biegają po mieszkaniu, to znaczy że mają ku temu warunki i emocjonalne, i lokalowe. E tam, fanaberie jakieś z tą adopcją, chyba jednak łatwiej jest urodzić.

PAN PREZES – przełożony w pracy, rzadziej ktoś z kręgu znajomych. Nie zadaje pytań, nie okazuje emocji. Rzeczowym i urzędowym tonem winszuje: „Gratuluję państwu. Niech się zdrowo chowa”, po czym odbiera niecierpiące zwłoki połączenie telefoniczne i zapomina, że w ogóle przed chwilą z kimś rozmawiał. No cóż, takie życie biznesmena.

WRÓŻ MACIEJ – w tej roli występują przeróżne osoby. Ich cechą wspólną jest to, że znają rodziców adopcyjnych lepiej, niż oni je. Na wieść o adopcji Wróż Maciej mówi „wiedziałem”. No oczywiście, że wiedział, skoro jest Wróżem. Postawienie tarota z fusów albo innego pasjansa na Windowsie XP pozwala mu też z całą pewnością stwierdzić, że z dziecka będzie wspaniała pociecha, a właściwie z dzieci, bo po adopcji to już na bank matka zajdzie w ciążę i urodzi biologiczne. On wie, że tak się dzieje. Cóż… skoro wie, to najlepiej go z tą (nie)wiedzą pozostawić.

WUJEK DOBRA RADA – przyjaciel lub krewny. Ma najszlachetniejsze intencje, nieba by przychylił dziecku i jego adopcyjnym rodzicom. Jest trochę podobną kategorią do Boba Budowniczego, ale bardziej wkurza (szczerze mówiąc, to jest jedyny typ z opisanych tutaj, który podnosi mi ciśnienie). Zwykle ma już dziecko – jeśli nie swoje, to przynajmniej w najbliższym otoczeniu. I dlatego sypie jak z rękawa receptami na wychowanie pociechy. Świeżo upieczeni rodzice w kilka minut dowiadują się, że źle trzymają malucha do karmienia, kupują za drogie mleko i za tanie pieluchy (albo na odwrót), wózek wybrali niewygodny, a łóżeczko nie powinno stać pod oknem. Czasem dziecko jeszcze nie zdąży zrobić pierwszej kupy w nowym domu, a Wujek Dobra Rada już wybierze mu przedszkole, szkołę i zapisze na balet. Na szczęście tylko teoretycznie, bo za praktykę matka i ojciec gotowi byliby udusić delikwenta. Delikatnych prób zwrócenia uwagi, żeby pozwolił rodzicom być rodzicami i wychowywać po swojemu, nie rozumie. Na bardziej stanowcze reaguje wielkim fochem. Najwyraźniej trzeba dać jemu i sobie czas na przyzwyczajenie się do nowej sytuacji.

A z jakimi reakcjami Wy się spotkaliście po adopcji lub narodzinach dziecka? Czy kogoś Waszym zdaniem pominęłam? Podzielcie się w komentarzach!

Biuro detektywistyczne

Wreszcie doczekałam się momentu, w którym mogę wstawić moją ulubioną bajkę adopcyjną. Napisałam ją jeszcze w trakcie kursu, a dziś zmieniłam tylko kilka szczególików, żeby była bliższa prawdzie. Dedykuję poniższy tekst pani A. z ośrodka, która była pierwowzorem Pani Detektyw… i faktycznie to ona „odnalazła” naszą Małą Księżniczkę!

BIURO DETEKTYWISTYCZNE

W pewnym niewielkim miasteczku mieszkało sobie zgodne małżeństwo: Mąż i Żona. Mieli skromne, lecz ładne mieszkanie, wysłużony samochód i wiernego psa. Bardzo się kochali, ale do pełni szczęścia brakowało im dziecka. Wszędzie dookoła innym rodzicom przybywało córeczek i synków, a oni ciągle byli tylko we dwoje. Żadne z nich nie wiedziało, dlaczego tak się dzieje. Postanowili więc poszukać odpowiedzi.

Najpierw zajrzeli do ogromnej Biblioteki. Przeczytali cały dział Mądrych Książek, ale w ani jednej z nich nie było napisane, co się dzieje z ich dzieckiem. W końcu podeszła do nich stara, siwa i przygarbiona Pani Bibliotekarka. Kazała im wyjść, ponieważ zrobiło się późno i czas już było zamykać. Żona wyjaśniła, że szukają swojego dziecka. Pani popatrzyła na nią zza grubych okularów i powiedziała, że synka ani córeczki nie można znaleźć w książce i że pomóc w tym może tylko lekarz.

Żona z Mężem poszli więc do Pana Doktora. Był to bardzo miły pan w białym fartuchu, z rudą czupryną na głowie i ze śmiesznymi piegami na nosie. Wysłuchał uważnie swoich pacjentów, a potem bardzo dokładnie ich zbadał. Na końcu pokiwał smutno głową i powiedział do Męża:

- Nie wiem, co jest nie tak z brzuszkiem pana Żony, ale wygląda na to, że nie zamieszka w nim dzidziuś.

- Jak w takim razie mamy sprowadzić na świat dziecko? – dopytywał Mąż.

- Zadał mi pan trudną zagadkę – odparł Pan Doktor – a ja jestem od badania brzuszków, a nie rozwiązywania zagadek. Musicie szukać odpowiedzi gdzie indziej.

Małżeństwo bardzo posmutniało. Obojgu wydawało się, że już nigdy nie będą mieli dziecka. Pewnego dnia jednak Żona trafiła w gazecie na ogłoszenie znanej Pani Detektyw, która reklamowała się, że potrafi odkryć każdą tajemnicę. Po rozmowie z Mężem postanowili zaryzykować i pójść do jej biura. Pani Detektyw siedziała w dużym gabinecie za ogromnym biurkiem, na którym piętrzyły się stosy teczek z ważnymi dokumentami. Pomieszczenie wyglądało tak poważnie, że Żona i Mąż weszli tam bardzo onieśmieleni. Pani Detektyw okazała się jednak bardzo sympatyczną osobą. Miała włosy jasne jak promienie słońca i głos dźwięczny jak anioł. W dodatku nosiła okulary, dzięki którym wyglądała na bardzo mądrą. Od razu wzbudziła zaufanie małżeństwa. Wysłuchała uważnie swoich gości, po czym wyciągnęła z dna szuflady Strasznie Grubą Teczkę.

- Znam dużo dzieci, które szukają rodziców – powiedziała tajemniczo – ale nie wiem, czy któreś z nich jest wasze. Jak każdy detektyw, muszę mieć wskazówki, które naprowadzą mnie na ślad waszego maleństwa.

Następnie Pani Detektyw wyciągnęła ze Strasznie Grubej Teczki ogromny plik dokumentów. Było tam bardzo dużo testów, które kazała wypełnić Żonie i Mężowi. Znajdowały się w nich pytania o to, czy naprawdę mocno się kochają i jakie jest to dziecko, którego od tak dawna szukają. Czasem pytania były bardzo, bardzo trudne i małżonkowie obawiali się, że znowu z ich poszukiwań nic nie wyjdzie. Pani Detektyw uważnie przeczytała wszystkie odpowiedzi. Co chwilę notowała coś w specjalnym zeszycie, aż w końcu oznajmiła:

- Mówicie prawdę. Szczerze się kochacie i chcecie być dobrymi rodzicami. Mam już wszystkie wskazówki, a teraz idę szukać waszego dziecka. Pamiętajcie, że to niełatwe zadanie i może zająć dużo czasu, ale obiecuję, że się uda.

Mąż i Żona uspokojeni wrócili do domu. Czekanie bardzo im się dłużyło. Wierzyli jednak Pani Detektyw i nie tracili nadziei. Pewnego marcowego dnia, kiedy oboje byli bardzo zajęci w pracy, do Męża zadzwonił telefon. Anielski głos po drugiej stronie słuchawki oznajmił, że właśnie odnalazła się ich Córeczka. Mąż zadzwonił do Żony, która wybiegła z ostatniej lekcji jeszcze przed dzwonkiem. Nie chciała czekać ani chwili dłużej. Razem z Mężem popędzili swoim wysłużonym samochodem do Pani Detektyw, a ona opowiedziała im o pewnej malutkiej dziewczynce, która bardzo potrzebuje rodziców. Żadne z nich nie miało nawet cienia wątpliwości, że to jest ich Córka. Najszybciej jak to było możliwe pojechali do szpitala, gdzie przebywała zagubiona dziewczynka. Tak się ucieszyli na jej widok, że aż zabrakło im słów, żeby wyrazić swoją radość.

Niedługo później zabrali Córeczkę do swojego mieszkania i odtąd stanowią już pełną, kochającą się rodzinę. Czasami odwiedzają razem Panią Detektyw, żeby jej podziękować i pokazać, jak bardzo są razem szczęśliwi.

Preadopcja noworodka od strony formalnej

Księżniczka odsypia ciężką noc, a ja tworzę ten post z myślą o tych, którzy czekają na TEN telefon lub w ogóle myślą o przysposobieniu maleństwa.

Postaram się opisać początek procedury na naszym przykładzie. Wiem, że ośrodki nie działają identycznie, więc część procesów może się różnić w zależności od placówki. Do rzeczy.

Kiedy pani z OA zadzwoniła z propozycją dziecka, musieliśmy właściwie rzucić wszystko i jeszcze tego samego dnia pojechać do ośrodka. Tam zostaliśmy zapoznani z informacjami o córci – póki co w formie ustnej, bez wglądu w dane osobowe. Ponieważ był to piątek, dostaliśmy weekend na przemyślenie, czy chcemy poznać małą (dla porównania – inna para od nas z grupy pojechała do dziecka prosto z OA, więc tak też bywa). W poniedziałek rano potwierdziliśmy chęć spotkania z Księżniczką, a w południe już do niej pędziliśmy.

Kiedy zaakceptowaliśmy dziecko (przepraszam za ten urzędowy bełkot, koszmarne sformułowanie, ale próbuję pisać rzeczowo…), otrzymaliśmy wykaz dokumentów, jakie trzeba będzie złożyć w sądzie. Niby nic wymyślnego (nowe zaświadczenia o niekaralności, lekarskie o stanie zdrowia i z pracy o dochodach), ale okazało się, że zdobycie ich w półtora dnia nie było wykonalne. U mnie w szkole księgowa poszła na zwolnienie, a lekarz P. nie przyjmuje we wtorki, więc dwóch „papierków” nam zabrakło. Mimo tego podpisaliśmy w OA podanie o wszczęcie procedury przysposobienia oraz o powierzenie pieczy nad dzieckiem i następnego dnia zawieźliśmy je do sądu właściwego dla miejsca urodzenia dziewczynki.

Słyszałam różne wersje tego, jak wygląda sprawa o pieczę. W naszym przypadku była to merytoryczna i w gruncie rzeczy przyjemna rozmowa z sędziną, która upewniła się, że wiemy, w co się pakujemy :). Potem musieliśmy poczekać około półtorej godziny na wydanie postanowienia. Jego kopię zostawiliśmy następnego dnia w szpitalu, kiedy odbieraliśmy Księżniczkę. Na podstawie oryginału będę mogła uzyskać urlop macierzyński.

Od personelu oddziału neonatologii dostaliśmy  z kolei wszystkie wyniki badań córeczki, jej książeczkę zdrowia i cały plik skierowań. Zresztą już od pierwszej wizyty byliśmy tam traktowani jak rodzice małej (przez wszystkich poza jedną panią doktor, która najwyraźniej minęła się z powołaniem – ale cóż, trudno, takie typy są niestety w każdym zawodzie…).

Teraz oczywiście musimy odczekać ustawowe 6 tygodni i liczyć, że matka biologiczna stawi się przed sądem, żeby formalnie zrzec się praw do dziecka. Trudno powiedzieć, czy to nastąpi. Jeżeli nie, możliwych jest kilka scenariuszy (niekoniecznie czarnych), o których nie chcę jeszcze dzisiaj zbyt szczegółowo pisać.

Na zakończenie, jako bonus dla tych, którzy dobrnęli aż tutaj, opiszę pewną historyjkę o… podróży w czasie. Kiedy czekaliśmy na wydanie postanowienia o pieczy, aby nie tkwić bezczynnie na sądowych korytarzach, postanowiliśmy pójść na kawę. Spacerując po obcym mieście, trafiliśmy do baru o całkiem swojskiej nazwie. Pachniało w nim typową stołówką, a jego wnętrze zdecydowanie pamiętało czasy głębokiego PRL; wiszące na ścianie stare logo Coca-Coli wyglądało wręcz jak imperialistyczna prowokacja. W tle rozbrzmiewały przeboje Abby, Bee Gees i inne hity, przy których nasi rodzice bawili się na prywatkach. I nie tylko oni, bo średnia wieku obsługi również zdrowo przekraczała 50 lat. Za barem dostrzegłam ekspres do kawy – i to o dziwo zupełnie współczesny. Ponieważ w cenniku widniały tylko gołąbki, flaczki i tym podobne dobra, zapytałam grzecznie pani w białym czepku (kucharki? Barmanki? Kelnerki? Bufetowej?), jaką kawę mogę u niej wypić.

Pani: A nie, niestety nie.

Ja: Nie ma kawy?

Pani: No nie, nie.

P.: To poprosimy dwie herbaty.

Pani: Ale kartą i tak pan nie zapłaci.

P.: Nie szkodzi, może być gotówka.

Pani: Ale pani pytała o kartę.

Ja: O KAWĘ. KA-WĘ. Pytałam, jaką mają państwo KAWĘ.

Pani: Aaaa, no bo ja myślałam, że chce pani płacić kartą, a u nas nie można. A kawę mamy, tak.

Ja: Jaką?

Pani: A jaką pani chce!

I tu następuje punkt kulminacyjny: naiwnie sądziłam, że bufetowa uruchomi ekspres, z którego popłynie choćby zwyczajne latte. Nic z tych rzeczy!!!  Kobieta otworzyła wiszącą szafkę (tak, tak, taką jak macie w kuchni… albo raczej, sądząc po designie, Wasze babcie) i zaprezentowała dumnie…  trzy słoiki z kawą, zapewne kupione w najbliższym markecie. Triumfalnym głosem zapytała:
- Rozpuszczalna Nescafe, Sypana Jacobs czy kawa Premium?

Bałam się pytać, co oznacza to „Premium”. Poprosiłam grzecznie o rozpuszczalną z mlekiem, którą otrzymałam… niestety nie w szklance z koszyczkiem (to byłaby wisienka na torcie!), ale za to w takim zwykłym przezroczystym kubku z uszkiem. Została nalana od serca, prawie „z górką” i tak mocna, że pomimo kilku nieprzespanych nocy nie dałam rady jej wypić. Co ciekawe, w miarę zbliżania się pory obiadowej w barze przybywało klientów, a serwowane porcje ładnie pachniały i były naprawdę solidne. To wszystko razem tworzyło niesamowity klimat, który na pewno będziemy z P. jeszcze długo i miło wspominać.

A jeżeli Księżniczka zapyta kiedyś, co robiliśmy, czekając na nią – kto wie, może zaczniemy opowieść od wizyty w tej knajpce. :)

Pierwsza audiencja u Małej Księżniczki

Pojechaliśmy do szpitala we troje: pani A. z ośrodka, P. i ja jako kierowca. Nie zapamiętałam niczego z tej drogi, nie umiałam jej później odtworzyć w głowie. Nie wiem, jak się znaleźliśmy na parkingu. Od rana nie mogłam nic przełknąć i dokuczał mi ból brzucha.

Położna zaprosiła nas do pokoju dla odwiedzających i po chwili przywiozła łóżeczko ze sporym tobołkiem, z którego wynurzała się mała, czarna główka. P. zareagował pierwszy, witając dzidzię jakimś żartobliwym pozdrowieniem.  Ja nie mogłam wydobyć z siebie słowa. Nie umiem opisać tamtych uczuć i to wcale nie ze względu na ich intensywność.  Nie trafił mnie grom z jasnego nieba, nie rozpłakałam się, nie zemdlałam… ale też nie zwątpiłam ani przez moment, że patrzymy na naszą córkę. Po prostu. Ponad wszelką wątpliwość była i jest NASZA. Na pytanie, co czułam, odpowiedziałabym chyba, że… pewność. Jedyne, o co się obawiałam, to reakcja męża. Czy będzie się wahał? On jednak powiedział tylko jedno zdanie, zresztą w swoim stylu i to nawet nie do mnie, tylko do pracownicy OA: „Plan jest taki: pani zagaduje personel, a my po cichutku wynosimy małą i jedziemy z nią do domu”. Oczywiście nic takiego nie nastąpiło, ale kiedy chwilę później zostaliśmy zapytani, co postanawiamy, mąż odparł, że decyzja zapadła już w trakcie naszej pierwszej wizyty w ośrodku.

I tak oto, choć jeszcze nie formalnie, zostaliśmy rodzicami Małej Księżniczki, która właśnie ucina sobie drzemkę w swojej karecie.

Łatwo się domyślić, że córcia ma za sobą niełatwą przeszłość (jak to w ogóle brzmi w odniesieniu do noworodka!!!) i pewnie długo jeszcze będziemy drżeli o jej zdrowie i rozwój. Żadna z tych obaw jednak nie miała wpływu na nasze postanowienie. Właściwie najtrudniejsze z tego wszystkiego było skompletowanie wyprawki. Nastawialiśmy się na starsze dziecko, w dodatku dopiero za przynajmniej kilka miesięcy. W domu nie mieliśmy NICZEGO. W dwa dni, jednocześnie pracując i załatwiając preadopcyjne formalności, musieliśmy wyposażyć się we wszystko, czego potrzebuje kilkudniowa dziewczynka. Poszło nam nieźle, choć w mieszkaniu panuje chaos (a ja piszę, zamiast sprzątać, ale to inna sprawa).

A, i jeszcze jedno. Mimo początkowych obaw mój mąż się zakochał. Wpadł na amen.Tatuś córeczki.

Trzy dni po pierwszym spotkaniu z Księżniczką mogliśmy ją już zabrać do domu… ale o tym następnym razem :)

Po drugiej stronie telefonu…

Zaczynałam ten wpis kilka razy, ale nie umiem słowami oddać targających mną teraz emocji… Może kiedyś napiszę wiersz. A póki co zostawiam tekst w pierwotnym kształcie.

Prawie u celu porannej podróży autem  zorientowałam się, że nie mam zapiętych pasów. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło, więc pomyślałam, że dzień zaczyna się dziwnie. W najśmielszych marzeniach jednak nie przewidziałam, jak się skończy…

W przerwie między jedną a drugą szkołą zdążyłam jeszcze podjechać do sklepu. Spotkałam tam kolegę, który wraz z żoną odbywał warsztaty w OA w równoległej grupie. Wymieniliśmy się informacjami, z których wniosek był taki, że przyjdzie nam jeszcze dłuuugo czekać na dziecko. Gdybym wiedziała wówczas, że godzinę później zadzwoni TEN telefon, to… nie wypuszczałabym go z ręki. Ponieważ jednak niczego się nie spodziewałam, smartfon na czas lekcji powędrował do torebki.

Kiedy podczas przerwy odkryłam dwa nieodebrane połączenia z OA oraz wiadomość od męża, że mam szybko oddzwonić… nie dopuszczałam do siebie myśli, że to JUŻ. Uparcie próbowałam się domyślić, czego ośrodek może chcieć… i przez myśl mi nie przeszło, iż nasz czas oczekiwania właśnie się zakończył. Dopiero głos pani A. w słuchawce pozwolił mi zrozumieć, że jest dla nas propozycja. W dodatku pilna.

Na ostatniej lekcji nie mogłam się skupić, aż klasa zapytała, czy wszystko ze mną w porządku. Pewnie, że nie było w porządku. Nogi mi się trzęsły, gubiłam wątek, nie umiałam prosto zapisać tematu na tablicy. Emocje sięgały zenitu, a przecież nie wiedziałam jeszcze, co  panie dla nas przygotowały…

Chwilę po 15. byliśmy już w OA. Pracownice zapytały nas raz jeszcze o przedział wiekowy dziecka, które chcielibyśmy adoptować. Kiedy P. potwierdził, że deklarowaliśmy od 0 do 2 lat, usłyszeliśmy: „Mamy dla was właśnie takie „0”. Dziecko ma zaledwie kilka dni.” Do tej pory wydaje mi się to niewiarygodne, mimo że mała jest już z nami.

Panie zapoznały nas bardzo szczegółowo z kartą dziewczynki, podzieliły się wiedzą o jej pochodzeniu i kazały przez weekend przemyśleć, czy chcemy ją poznać. To były najdłuższe dwa dni w naszym życiu. Targały nami różne wątpliwości, czasem wywołujące zupełnie skrajne postawy – od „jedźmy po nią natychmiast” po „nie możemy adoptować tego dziecka”. Ostatecznie, jak łatwo się domyślić, zwyciężyła chęć zobaczenia małej…  A potem było już z górki!

O pierwszym spotkaniu opowiem następnym razem.  Przepraszam, że dziś taka sucha relacja, ale dalej próbuję ogarnąć własne uczucia. W każdym razie…

JESTEŚMY RODZICAMI!!!