Czekanie nasze codzienne. O ośrodku i nie tylko

Jakiś czas temu mieliśmy drugą wizytację z ośrodka. Już dawno miałam o niej napisać, ale na plan pierwszy wysunęły się pieskie sprawy. Tak à propos – Reksio nadal jest z nami i niestety wciąż bez zmian… Od jutra zaczyna brać leki. Jeśli one nie zadziałają, to naprawdę zrobię z niego mielone. Reflektuje ktoś?

O czym to ja… a no tak, wizytacja. Tym razem była u nas inna pani z OA, zresztą przesympatyczna i bardzo przez nas lubiana. Czuliśmy się raczej jak podczas odwiedzin ukochanej cioci albo bliskiej kuzynki, niż formalnego spotkania z urzędnikiem. I tylko skrupulatne notatki odnośnie rytmu dnia Księżniczki, czynione na bieżąco przez naszego gościa, przypominały o rzeczywistym celu wspólnych pogaduszek. Co ciekawe, ważne było nawet to, ile córcia je i czy przyjmuje jakieś lekarstwa. Przy okazji otrzymaliśmy kilka praktycznych porad od bardziej doświadczonej mamy – na przykład taką, żeby witaminę D kupować w kropelkach, a nie wyciskanych kapsułkach. Swoją drogą (że tak sobie pozwolę na dygresję) polecam preparat ze specjalną pompką dozującą; można go podawać dziecku bezpośrednio do buzi, ale bez ryzyka zadławienia się osłonką kapsułki, jeśli ta przypadkiem wypadłaby z ręki któremuś z rodziców.

Poza rozmową o Księżniczce odbyły się oczywiście oględziny mieszkania i, z tego co doszło do moich uszu podczas parzenia kawy, P. po raz kolejny miał okazję opowiedzieć o naszych planach odnośnie remontu pokoiku córeczki. Póki co na planach niestety się kończy, bo oszczędności przelaliśmy – dosłownie i w przenośni – na wyprawkę,  ale mamy już pewien koncept, jak sfinansować metamorfozę Księżniczkowej komnaty. Będzie trzeba troszkę poczekać, jednak cierpliwość ma w tym przypadku wszelkie szanse popłacić.

Wizytacja przebiegła i zakończyła się w miłej atmosferze. Mamy nadzieję, że kolejnym krokiem okaże się już sprawa o przysposobienie, choć na nią z kolei się nie zanosi. Łapię się na tym, że przy każdym wejściu do domu zaglądam do skrzynki pocztowej… ostatnio robiłam tak jeszcze jako nastolatka, czekając na list od ukochanego. Kto wie, czy rozczarowanie z powodu braku upragnionej koperty tym razem nie jest jeszcze gorsze. Dzwoniłam do sądu – wstyd przyznać ile razy (tak właściwie od ilu połączeń w ciągu doby zaczyna się stalking? ;) ) – ale bezskutecznie, ciągle zajęte. Nadal więc nic nie wiemy.

I ciągle czekamy.

  3 comments for “Czekanie nasze codzienne. O ośrodku i nie tylko

  1. 29 maja 2017 o 23:05

    My mieliśmy wizytę kuratora sądowego. Z zaskoczenia, dopiero po wyjściu zobaczyłam, jak wyglądałam, ale była szybka i bezbolesna. Zresztą kobieta nie widziała potrzeby takiego spotkania skoro OA już wszystko „prześwietlił”. Uważała, że są ważniejsze sprawy np. tam, gdzie dzieciom dzieje się krzywda.
    Najważniejsze, że Wasze spotkanie odbyło się w miłej atmosferze. Oczekiwanie na sąd i tak jest dość nerwowe. Mam nadzieję, że jednak uda Wam się czegoś dowiedzieć w najbliższym czasie.
    Co do witaminy… U nas kapsułki zupełnie się nie sprawdziły. Podajemy wit. na receptę. Pediatra zasugerował, żeby unikać tych bez.

    • ~Tyśka
      31 maja 2017 o 13:22

      U nas tez pediatra zasugerowała wit.D na receptę i nawet kupiłam, ale jak przeczytałam na ulotce, że zarejestrowano po niej zgon to wyrzuciłam. Teraz używamy najbardziej naturalna jaką udało mi się kupić, z dozownikiem, którą trzeba przechowywać w lodówce.

  2. ~Tyśka
    31 maja 2017 o 13:41

    A z tym czekaniem to dochodzę do wniosku, że całe życie na coś czekam, ba! ja właściwie nic nie robię tylko ciągle na coś czekam, więc powinnam być już przyzwyczajona;-0 U nas też była pani oa na „kontroli” i także skrupulatnie zapisywała, co Hania je, kiedy, w co się z nią bawimy, jakimi zabawkami najchętniej się bawi sama, czy codziennie wychodzimy na spacery itp. Co do sądu to u nas cała procedura od złożenia wniosku o przysposobienie aż po zakończenie procedury adopcyjnej trwała prawie 7 miesięcy. W między czasie np. sędzina wysłała nas do innego oa na badanie więzi. Dodzwonienie się do sądu u nas graniczyło z cudem, więc ja korzystałam z możliwości wypożyczenia akt sprawy i przynajmniej dwa razy w miesiącu chodziłam do sądu i sprawdzałam co nowego w naszej sprawie pani sędzina zarządziła, zrobiła, podpisała. Ponieważ sparwa bardzo się przeciągała, byliśmy nawet u pana przewodniczącego wydziału, ale nic tym nie wskóraliśmy – chodziło o zgodę na pieczę, na która czekaliśmy całe dwa miesiące.!!!! Dopiero oficjalne zażalenie naszego oa załatwiło sprawę.
    Widzę, że Reksio nie daje za wygraną. Chyba myśli, że jego zachowanie wymusi na Was oddanie tego płaczącego tobołka. No paskud jest i tyle!!!
    Ale nadal trzymam kciuki!!!;-)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *