Month: Czerwiec 2017

Do czego przygotował nas ośrodek adopcyjny?

Zgodnie z zapowiedzią wracam do tematu OA. Dzisiejszy post także stanowi pewne podsumowanie, dlatego dla stałych czytelników bloga raczej nie będzie niczym nowym. Liczę jednak, że zaglądają tu również osoby rozpoczynające proces adopcyjny i mam cichą nadzieję, że takie resume im się przyda.

Co nam dała procedura w ośrodku adopcyjnym?

POZNANIE INNYCH OSÓB W PODOBNEJ SYTUACJI

Nieprzypadkowo zaczynam nie od kwestii merytorycznych, tylko od czynnika ludzkiego. Słyszałam o przypadkach szkoleń indywidualnych i powiem Wam, że chociaż na pewno są one wygodne dla kandydatów ze względów organizacyjnych, to według mnie nie dają tyle, ile konfrontacja z kilkoma innymi małżeństwami także czekającymi na adopcyjne rodzicielstwo. W naszej grupie kursowej było 7 par. Dzięki spotkaniu z nimi wreszcie poczuliśmy, że nie jesteśmy sami ani dziwni; że wokół nas są osoby takie jak my, o podobnych pragnieniach, obawach i oczekiwaniach. Trafiła nam się też po prostu sympatyczna grupa. Do tej pory mamy ze sobą kontakt, co jest nieocenionym darem przede wszystkim już po adopcji, kiedy można wzajemnie dzielić się doświadczeniami wczesnego rodzicielstwa. Na pewno na początku szkolenia nie wszystkim łatwo przychodzi otwarcie się przed obcymi ludźmi, ale ten stres mija, kiedy inni kursanci przestają być obcy 8-) .

 ZROZUMIENIE POCZUCIA STRATY

Chwała Bogu, że nasz ośrodek nie kazał nam na siłę przeżywać żałoby po nieistniejącym dziecku biologicznym, bo i takie historie krążą po sieci. Pozwolił natomiast na uświadomienie sobie, co tracimy, nie będąc rodzicami naturalnymi (nienawidzę tego określenia), ale też przede wszystkim, z czym musi zmierzyć się dziecko oderwane od korzeni. Problemu straty dotyczyły jedne z początkowych zajęć na kursie i chyba w ich trakcie po raz pierwszy poważnie pomyślałam, że może dałabym radę adoptować dziecko starsze, pamiętające swój rodzinny dom.

OSWOJENIE POTENCJALNEGO ZAGROŻENIA

Jeżeli właśnie myślicie o przysposobieniu dziecka i tak jak my kiedyś chcecie się do tego przygotować, to zapewne dużo czytacie. Odwiedzacie fora internetowe, zaglądacie do publikacji naukowych i nie tylko, studiujecie artykuły w sieci. Prezentowany w nich obraz adopcji jest często tak cukierkowy, że aż mdli (wiem, wiem, tak jak u mnie na blogu; ale co ja poradzę, że Księżniczka jest idealna? Kiedy pojawią się problemy, to też na pewno o nich napiszę) albo odwrotnie – przypomina scenariusz horroru. Panie z OA kazały nam przeczytać „Zranione dzieci, uzdrawiające domy” i „Wychowanie zranionego dziecka”. Opisane tam historie naprawdę mrożą krew w żyłach… Po lekturze tych lub podobnych pozycji człowiek czuje się zbombardowany FASem, RADem, ADHD, autyzmem i szeregiem innych obciążeń. Zaczyna sobie wyobrażać, że każde dziecko kierowane do adopcji ma wszystkie te schorzenia, a samo przysposobienie przypomina raczej heroiczną walkę niż normalne rodzicielstwo. Dzięki dobrze przygotowanym zajęciom na kursie kandydaci mają szansę, mówiąc potocznie, oswoić temat. Słyszałam, że niektóre ośrodki w ogóle pomijają podczas szkoleń kwestie zaburzeń więzi lub powikłań poalkoholowych, jakby udając, że one nie istnieją. My otrzymaliśmy jednak rzeczowe informacje i porady, głównie dzięki prowadzącej posiadającej doświadczenie w pracy z dzieckiem z tymi przypadłościami.

SAMOPOZNANIE

Brzmi idiotycznie, prawda? Zwłaszcza że na adopcję decydują się przeważnie ludzie dojrzali (w naszej grupie szkoleniowej średnia wieku wynosiła około 30 lat), z przynajmniej kilkuletnim stażem małżeńskim. Pamiętam, że kiedy szliśmy na pierwsze testy psychologiczne, mąż stwierdził, że jest ciekawy, czego dowie się sam o sobie. W naszym przypadku żadnej rewolucji nie było, ale na pewno te wszystkie badania pozwoliły na zweryfikowanie swojej koncepcji rodzicielstwa poprzez uświadomienie sobie wzorców wyniesionych z domu i porównanie ich z oczekiwaniami wobec siebie jako rodzica. Nasz ośrodek szczegółowo omawiał wyniki dopiero podczas końcowej kwalifikacji i przyznam Wam, że zgadzam się z każdym słowem, które padło na temat męża i mój. Ba! Obszar, który w moim przypadku wypadł najsłabiej (choć wciąż w granicach normy) daje o sobie znać również w mojej pracy zawodowej. Owszem, te testy bywają uciążliwe, są tam setki pytań, które w dodatku się powtarzają (nie wiem, jak było lub będzie u Was, ale mnie to strasznie irytowało… zwłaszcza zadawane za KAŻDYM razem pytanie o to, dlaczego chcemy adoptować dziecko; bałam się, że jeśli któreś badanie pokryje się z moim PMS, to wykrzyczę po prostu: „BO TAK!!!”  :twisted: ), ale zdecydowanie pomagają w lepszym zrozumieniu siebie jako ludzi i nawzajem jako małżonków.

SPRAWY ORGANIZACYJNE

Podczas jednej z pierwszych rozmów z pedagogiem zostałam zapytana, czego się boję w kontekście adopcji. Wśród oczywistych rzeczy wymieniłam także biurokrację, której szczerze nie cierpię. Jeśli ktoś z Was pracował w szkole, to wie, że na 45 minut przy tablicy przypada przynajmniej drugie tyle papierologii. A jeśli wykonujecie inny zawód, to też pewnie macie do czynienia z raportami, których nikt nie czyta albo z milionem tabelek, które na dłuższą metę niczego nie wnoszą. W każdym razie podzieliłam się swoimi obawami z panią z OA, która wzruszyła tylko ramionami i powiedziała, że nie ma pojęcia, o czym ja mówię, bo całą dokumentacją zajmuje się ośrodek. I tak było w istocie. Zostaliśmy bardzo gładko przeprowadzeni przez wszystkie formalności. Ośrodek pomógł nam w napisaniu wniosku o przysposobienie, a o terminie rozprawy dowiedzieliśmy się telefonicznie od pani kierowniczki jeszcze zanim sąd zdążył wysłać wezwanie.

Myślę, że część osób na samym początku drogi adopcyjnej zadaje sobie pytanie, na cholerę im ten cały kurs; przecież zdrowi ludzie rodzą dzieci bez żadnego teoretycznego przygotowania i większość jest świetnymi rodzicami. My chyba aż takich wątpliwości nie mieliśmy, ale momentami nie czuliśmy się komfortowo, tłumacząc się pracownicom OA z prywatnego życia. Jednak teraz, będąc już „po wszystkim”, mawiamy czasem, że podobne przeszkolenie przydałoby się również co niektórym rodzicom biologicznym. Może wtedy mniej byłoby takich „matek Madzi”…

Kim powinien być ojciec w życiu córki?

Ojciec Agaty pewnego dnia przyłożył jej nóż do policzka i oznajmił, że jeżeli mu się sprzeciwi, to w każdej chwili może ją oszpecić na resztę życia. Kiedy już jako dorosła kobieta umówiła się ze znajomym, usłyszała w domu, że najwidoczniej swędzi ją krocze. Rodzina miała założoną niebieską kartę, ale przed pracownikami MOPSu czy policji tatuś udawał idealnego, dumnego ze swojej córki. Ponieważ nie bił, trudno było mu cokolwiek udowodnić.

Milena pochodzi z małej wioski. Ojciec nigdy nie zaakceptował jej decyzji o pójściu na studia. Oczekiwał od niej poślubienia chłopaka z sąsiedztwa i podjęcia pracy w lokalnym spożywczaku. Przez pięć lat studiów nie dostała od niego ani grosza; był przekonany, że bez jego pieniędzy szybko porzuci marzenia i wróci do domu. Tak się jednak nie stało. Milena zdobyła wyższe wykształcenie, pracuje w zawodzie, a z ojcem nie utrzymuje żadnych kontaktów, podobnie zresztą jak jej młodsza siostra.

Podczas wesela Pauliny ojciec wziął ją na stronę i zakomunikował, że teraz, kiedy się w pełni usamodzielniła i założyła własną rodzinę, może w końcu odejść od jej matki i zacząć nowe życie u boku o połowę młodszej kochanki. Następnego dnia się wyprowadził. Rodzice Pauliny byli małżeństwem od 30 lat; przez cały czas wierzyła, że udanym. Świeżo upieczona żona, zamiast cieszyć się miesiącem miodowym, musiała wyciągać mamę z depresji.

Wszystkie powyższe historie są autentyczne, zmieniłam tylko imiona bohaterek. Znam te dziewczyny, widziałam, co przeżywały. I kiedy myślę dzisiaj o swoim tacie, tylko upewniam się w przekonaniu, że urodziłam się we właściwej rodzinie. Mój ojciec był (i jest) dla mnie tym, kim powinien, a nawet więcej:

- opiekunem,

- towarzyszem zabaw,

- przyjacielem i powiernikiem sekretów,

- nauczycielem (matematyki, fizyki, literatury, muzyki, gotowania, pływania, jazdy na rowerze, obsługi komputera i miliona innych rzeczy!)

- lekarzem (jako dziecko wierzyłam, że potrafi wyleczyć wszystkie choroby świata, nie tylko stłuczone kolano),

- osobistym szoferem (mieliśmy kupione za grosze zabytkowe volvo; uwielbiałam nim jeździć!),

- sponsorem (do tej pory zachodzę w głowę, skąd brał pieniądze na moje zachcianki…),

- adwokatem,

- głosem rozsądku, co tym trudniejsze, że sam jest roztrzepany.

Od urodzenia prowadził mnie za rękę i czasem mam wrażenie, że wciąż to robi. Pisałam o tym zresztą rok temu przy okazji tego samego święta. Owszem, bywa, że mnie strasznie wkurza. Nie denerwuje, tylko właśnie wkurza. Podejmuje pochopne decyzje. Kiedy coś sobie wymyśli, to nie ma siły, która odwiedzie go od realizacji tej koncepcji bez względu na to, czy ona w ogóle jest logiczna. Idę o zakład, że gdyby postanowił na przykład za kilka miesięcy polecieć w kosmos, to by to zrobił. W zeszłym roku udał się w podróż na drugi koniec Europy, będąc w takim stanie zdrowia, że normalny człowiek leżałby w domu i czekał na śmierć, więc wiem, co mówię. Bywa, iż nie liczy się z moimi planami, oczekując, że rzucę dla niego wszystko tu i teraz. Ma do tego pełne prawo, w końcu przez ponad 30 lat on robił to samo dla mnie; po prostu z trzymiesięcznym dzieckiem w domu nie jest to takie łatwe, jak mu się wydaje. Mimo tego wiem, że nie mogłabym mieć lepszego ojca. Zawdzięczam mu to, kim dzisiaj jestem. Wszystko.

Mój mąż nie miał tyle szczęścia. Przez wiele lat brakowało mu wzorca, dlatego bał się, czy sam będzie dobrym tatą. Sądzę, że Księżniczka nie ma co do tego wątpliwości. Robi przy niej wszystko, zauważa każdy krok rozwojowy, bez przerwy ją fotografuje lub filmuje. Stał się specjalistą od dziecięcych gadżetów i metod wychowawczych. Kiedy wczoraj wróciłam z zakończenia roku szkolnego i beczałam jak bóbr, czytając liściki od mojej – pożegnanej właśnie na zawsze – ukochanej klasy, ochrzanił mnie, że płaczę za cudzymi dziećmi, zamiast zająć się własnym :).

Znajomi czasem pytają, czy nie boję się zostawiać małej z ojcem, kiedy wychodzę np. do pracy. Koleżanki opowiadają, jak ich mężowie brzydzili się zmieniania pieluch albo bali się przebrać malucha. Nawet pani z ośrodka podczas ostatniej wizytacji nazwała P. nowoczesnym tatą, gdy usłyszała, jak zajmuje się Księżniczką. „Nie nowoczesny, tylko normalny” – skomentował później sam zainteresowany. Taka normalność zdecydowanie nam obu z córcią odpowiada. Malutka śmieje się do swojego ojca, szarpie go za brodę i zasypia w jego ramionach. Cudowny obrazek…

Obu Tatusiom – mojemu i Księżniczkowemu – życzę miłego Dnia Ojca. Wam, drodzy Czytelnicy bloga, również. Obyście zawsze mogli być dumni z Waszych dzieci: biologicznych, adopcyjnych i zastępczych, a nawet tych na czterech łapach, jeśli takowe posiadacie.

Czego nie powie Wam ośrodek adopcyjny?

Jesteśmy już po rozprawie. Czekamy na uprawomocnienie postanowienia sądu i nowy akt urodzenia Księżniczki. Można więc powiedzieć, że nasza oficjalna współpraca z OAO dobiega końca. O tym, jak ona przebiegała, pisałam od samego początku istnienia tego bloga. Dzisiaj zajmę się kwestiami, których… nie było.

Od razu zaznaczam, że treścią ani celem tego wpisu nie jest oczernianie naszego ośrodka, bo też nie mamy ku temu żadnych powodów. Przeszliśmy ciekawy, wartościowy merytorycznie kurs, krótko czekaliśmy na dziecko i otrzymaliśmy propozycję nie tylko zgodną z oczekiwaniami, ale można powiedzieć, że je przewyższającą. Od początku mieliśmy też dostęp do wszystkich informacji o córeczce, którymi ośrodek dysponował. W trakcie całej, łącznie prawie dwuletniej procedury, pojawiły się może ze dwie sytuacje, które pozostawiły niewielki niesmak; pisałam o nich na bieżąco, nie ma sensu powtarzać. Dzisiejszy tekst zamieszczam jako pewne uzupełnienie, głównie z myślą o tych z Was, którzy dopiero rozważają adopcję lub są na początku drogi. Jest oparty o doświadczenia nasze oraz znajomych z innych OA.

Czego zatem nie powie Wam ośrodek adopcyjny?

PO OTRZYMANIU PROPOZYCJI DZIECKA MACIE PRAWO DO SKRAJNYCH EMOCJI

Podczas jednego ze spotkań kursowych prowadząca opowiadała o parze, której zaproponowano zdrowe, śliczne maleństwo. Para podobno zareagowała szeregiem wątpliwości i poprosiła o czas do namysłu. Do dziś pamiętam, że pani, która o tym mówiła, wydawała się zdziwiona taką postawą. Uchylę Wam teraz rąbka tajemnicy: u nas było niemal identycznie. Nieważne, ile się czeka na telefon. Nieważne, czy ma się już gotowy pokoik i odłożone pieniądze na wyprawkę, czy też nie. TEN telefon zawsze jest szokiem, a natłok wiadomości o dziecku przyprawia o zawrót głowy. I nie ma w tym nic dziwnego, że pomimo 100 pozytywnych informacji o maleństwie uczepicie się akurat tej jedynej negatywnej i zaczniecie ją wyolbrzymiać. Ani w tym, że zaczniecie sobie zadawać pytania, na które wydawało Wam się, że dawno już znacie odpowiedzi (na przykład o to, co z Waszym życiem zawodowym albo kto w razie potrzeby pomoże Wam w opiece nad pociechą). To normalne, że macie wątpliwości i że radość przeplata się z paniką. Dajcie sobie czas na ochłonięcie i przemyślenie wszystkiego, zanim podejmiecie najważniejszą decyzję w Waszym (i być może dziecka!) życiu.

PROPOZYCJA MOŻE NIE ODPOWIADAĆ WASZYM OCZEKIWANIOM

Ta kwestia jest niełatwa do opisania, tym bardziej, że my akurat nie przeżyliśmy takiej sytuacji. Nie znaczy to niestety, że należą one do rzadkości. Dlaczego tak się dzieje? Ośrodek adopcyjny jest zobowiązany do szukania rodziców dzieciom z podległego sobie rejonu. To ich dobro stanowi priorytet, dlatego do każdego malucha próbuje się dopasować rodzinę. Jest to trudne dla obu stron, chociaż zdecydowanie bardziej traumatyczne dla kandydatów, którzy nierzadko długo i boleśnie przeżywają odmowę przyjęcia konkretnego dziecka (albo, co gorsza, godzą się na propozycję wbrew sobie, co może być katastrofalne w skutkach). Czasami zdarza się, że chociaż profil dziecka nieznacznie odbiega od oczekiwań potencjalnych rodziców, to po zapoznaniu się z nim odrzucają wcześniejsze wątpliwości i świadomie, z pełnym przekonaniem decydują się na adopcję. Słyszałam też – i to z pierwszej ręki – o takich przypadkach, kiedy np. parze czekającej na jedno zdrowe dziecko do 3. roku życia zaproponowano niepełnosprawne rodzeństwo w wieku szkolnym, a odmowę potraktowano jako obrazę majestatu i wykluczono owo małżeństwo z kolejki na długi czas – czyli ludzi po podwójnej traumie pozostawiono bez wsparcia, za to z wyrzutami sumienia. Mam nadzieję, że takich ośrodków w Polsce nie ma wielu. Wspomniana sytuacja dotyczy akurat koleżanki z innego województwa, szczegółów nie podam, żeby nikogo nie uprzedzać. Wiem jednak, że i w naszym OA zdarzają się dzieci – wybaczcie określenie – „trudno adoptowalne” i ośrodek już podczas podejmowania próby znalezienia im rodziny w pewnym sensie spodziewa się porażki. Myślę, że najistotniejsza jest tutaj empatia pracowników i zrozumienie tego, co przeżywają ludzie po drugiej stronie biurka.

MACIE PRAWO ODMÓWIĆ PRZYJĘCIA DZIECKA

O tym oczywiście ośrodki (chyba wszystkie) informują już na wstępie, ale niektóre straszą konsekwencjami: znacznym wydłużeniem czasu oczekiwania, koniecznością podjęcia terapii lub przejścia dodatkowych szkoleń etc. W naszym przypadku jedna z pań już na początku procedury powiedziała, że po ewentualnej odmowie trzeba dać sobie czas na uporanie się z własnymi emocjami – i z tym się jak najbardziej zgadzam. Pewnie istotny jest też powód odmowy; co innego, gdy ktoś nie decyduje się na adopcję np. dziecka chorego i w dodatku o wiele starszego, niż deklarowano przy kwalifikacji, a co innego, gdy para nagle okazuje się niegotowa na przyjęcie choćby takiej naszej Księżniczki. Kiedyś wyczytałam na Bocianie (to taka dygresja, bo w końcu użytkownicy forum to nie OA), że jeśli ktoś w ogóle bierze pod uwagę, że odmówi po otrzymaniu propozycji, to nie nadaje się na rodzica. Absolutnie tak nie uważam. Wiadomo, że dziecko to nie przedmiot i chyba nikt, kto uzyskał kwalifikację, nie odmawia z błahego powodu typu niezgodny z marzeniami kolor oczu szkraba. Ja na przykład wiem, że nie dałabym sobie rady z maluchem o znacznym stopniu niepełnosprawności, wymagającym kosztownego i bardzo systematycznego leczenia. Myślę natomiast, że takiemu dziecku o wiele lepiej byłoby chociażby w większym mieście, gdzie jest lepszy dostęp do lekarzy i może w zamożniejszej rodzinie, która pełniej zaspokoiłaby jego potrzeby. I nie ma to nic wspólnego z tym, że gardzę chorym smykiem albo się nim brzydzę, bo to nieprawda. Jedna z pań na szkoleniu porównała  adopcję do małżeństwa: mało kto w dzisiejszych czasach decyduje się na ślub z partnerem, co do którego nie jest przekonany. Oczywiście nie wiadomo, co przyniesie przyszłość; partner może odejść, dziecko zachorować. Jednak do budowania trwałej więzi od samego początku potrzebna jest choć minimalna dawka chemii i zaufania. Jeżeli jej nie ma, to moim zdaniem lepiej nie zaczynać.

WSZYSTKO, CO POWIECIE W OŚRODKU, MOŻE BYĆ UŻYTE PRZECIWKO WAM

No dobra, trochę straszę. Przecież ośrodkom nie chodzi o to, żeby Was łapać za słówka i za wszelką cenę wyszukiwać w Was wady. Wręcz przeciwnie! Na podstawie własnego doświadczenia wiem jednak, że pracownicy OA rozmawiają o kandydatach również za ich plecami – i nie zawsze są to komentarze życzliwe. Tego właśnie dotyczył jeden z tych nielicznych zgrzytów we współpracy z ośrodkiem, o których wspomniałam we wstępie. Przyznaję, jest to taka gorzka piguła, która do tej pory stoi mi w gardle – bo okazuje się, że kiedy człowiek wychodzi z roli interesanta w instytucji, a staje się sobą, to czasem nieświadomie odkrywa jakieś słabości, które potem mogą zostać wytknięte i to całkiem oficjalnie. Uczciwie muszę jednak przyznać, że sami jesteśmy sobie winni, może od kilku wypowiedzi należało się zwyczajnie powstrzymać. Jeżeli poczuliście się nieswojo, to na uspokojenie dodam, że mimo wszystko lubimy kontakt z paniami z OAO i większość spotkań z nimi przebiegła w naprawdę przyjaznej atmosferze – choćby ostatnia wizytacja w domu, która miała charakter miłej rozmowy o funkcjonowaniu ośrodka, a nie np. tropienia ewentualnych błędów w opiece nad Księżniczką.

BIUROKRACJA, WSZĘDZIE BIUROKRACJA!

Na zakończenie wspomnę jeszcze o kwestii, którą znam również z własnego podwórka. Pracą ośrodka, jak wielu innych instytucji czy firm, rządzą statystyki, przez nas w szkole nazywane po prostu słupkami. Wam pewnie też nie są one obce bez względu na uprawiany zawód: wykonanie planu sprzedaży, wyniki egzaminów zewnętrznych, liczba przeprowadzonych transakcji itd. Czasem potrafią skutecznie odebrać radość z wymarzonej pracy. Pracownicy siedzą zagrzebani po uszy w dokumentach (pomnóżcie zawartość Waszej teczki przez liczbę osób na kursie, a to przecież tylko wierzchołek góry lodowej), a  z wyników swojej pracy są rozliczani przez wojewodę (jeśli się mylę, to niech mnie ktoś poprawi). Dzisiaj często się słyszy o rozwiązywaniu ośrodków adopcyjnych, dlatego tym ważniejsza jest skuteczność ich działania. Myślę, że trudno tutaj zachować balans pomiędzy indywidualnym i zwyczajnie ludzkim podejściem do kandydatów, a bezdusznymi zawodowymi formalnościami. A tego przecież my, kandydaci, oczekujemy przez całą naszą drogę do adopcji…

Rozpisałam się dzisiaj koszmarnie, ale jak widzicie, samych kwestii przemilczanych przez ośrodki nie ma wiele. Może następnym razem dla równowagi opiszę to, do czego nas ośrodek przygotował?

O przemocy wobec najmłodszych

Znałam ją. Tę matkę, na której internauci – lokalni i nie tylko – od kilku miesięcy wieszają psy za to, że nie pojechała od razu  na pogotowie z córeczką rzuconą o ścianę przez męża. Nie byłyśmy koleżankami, ale mówiłyśmy sobie „cześć”. Zawsze była specyficzna, inna, trzymała się na uboczu – choć to oczywiście nie zbrodnia. Miała i nadal ma bardzo sympatyczną, nieco dziecinną buzię, która znacznie odejmuje jej lat. Kiedyś chciałam zwerbować ją do harcerstwa, jednak bez powodzenia. Zdziwiłam się, gdy zobaczyłam ją w pierwszej ciąży, bo nie wiedziałam, że ma jakiegoś chłopaka. Na zdziwieniu się jednak skończyło; w końcu co mnie to obchodzi, kto z kim i z jakim skutkiem. Nie wiem, może to był błąd. Może powinnam zapytać, czy czegoś nie potrzebuje. Może… Zresztą kto mógł przypuszczać, że po paru latach dojdzie do takiej tragedii? Dwuletnia dziewczynka, której pomoc medyczna została udzielona o kilka dni za późno, nie przeżyła… Na usta i pod palce cisną się różne komentarze pod adresem matki – niektóre sztampowe i podchodzące pod hejt. Tylko co to da? Nie wiem na pewno, co działo się w tej rodzinie, że postąpiła tak, a nie inaczej. Strach przed partnerem? Obojętność wobec cierpienia dziecka? Nieświadomość konsekwencji zdrowotnych dla malutkiej albo prawnych wobec siebie? Każda z tych wersji jest jednakowo przerażająca.

Ta historia, oczywiście rozdmuchana przez media, poruszyła mnie głębiej niż inne. Po pierwsze właśnie dlatego, że jej „bohaterka” nie była mi obca. Po drugie, ponieważ miała miejsce mniej więcej w czasie, gdy zabieraliśmy do domu Księżniczkę. Patrzę właśnie na jej małe stópki fikające na macie w pistacjowych skarpetkach; na delikatne rączki, przyciągające do siebie pluszową owcę, zwisającą z pałąka maty. I nie umiem sobie wyobrazić, jakim trzeba być człowiekiem, żeby uderzyć niemowlę. Owszem, nasza córcia jest jeszcze malutka i bardzo spokojna. Wiem, że w miarę dorastania coraz bardziej będzie testować cierpliwość otoczenia. Nie potrafię sobie przysiąc, że nigdy na nią nie nawrzeszczę ani nie dam jej klapsa. Nie jestem idealna… ale na Boga, rzucić dwulatką o drzwi? Albo tłuc trzymiesięczne niemowlę po głowie, bo płacze? Według mnie takim opiekunom powinno się dożywotnio odbierać prawa rodzicielskie – a przynajmniej do czasu, kiedy skończą długą i skuteczną terapię, o ile taka istnieje. Kiedy Księżniczka ma gorsze chwile i płacze pomimo nakarmienia, przewinięcia, tulenia i innych zabiegów, to owszem, rośnie we mnie frustracja. Rzecz w tym, że jej ostrze wymierzone jest we mnie, nie w dziecko. Wściekam się na siebie, że nie potrafię pomóc córce. I raczej prowadzi to do poczucia rezygnacji niż wybuchu agresji. Czasem dla rozładowania napięcia obracam sytuację w żart, komentując jej zachowanie z przymrużeniem oka i łagodnym tonem – na przykład mówiąc, że jeśli zaraz się nie uspokoi i nie pozwoli mamie się napić kawy, to za chwilę będziemy tu obie leżeć i wrzeszczeć. ;) Małej to raczej nie pomaga, ale mi owszem. I o to w tym chodzi.

Kiedyś napisałam na Bocianie, że my, czyli społeczeństwo, zainteresowanie krzywdą najmłodszych traktujemy wybiórczo. Koleżanka, której zdarzyło się klepnąć synka w pupę na ulicy, została wulgarnie(!) zbesztana przez obcego faceta, który kompletnie nie znał kontekstu sytuacji. Groził jej wezwaniem policji, opieki społecznej, odebraniem dziecka etc. Tylko dziwne, że kiedy za ścianą sąsiad leje żonę i potomstwo do nieprzytomności, to nagle nie jesteśmy już tacy odważni. W końcu anonimowa samotna matka na ulicy jest bezbronna, łatwo przy niej zostać strażnikiem moralności. Nie porysuje auta, nie podpali mieszkania, nie pobije. Co innego dwumetrowy damski bokser z piętra niżej…

I jeszcze jedno. Kiedy już chce się coś z tym zrobić, zareagować właściwie – to niejednokrotnie trafia się na mur nie do przebicia. Jakiś czas temu miałam ucznia maltretowanego przez ojca. Ze względu na jego dobro daruję sobie szczegóły. Ważne, że próbowałam mu pomóc. Niestety wszędzie żądano ode mnie namacalnych dowodów. Nie wystarczyły nawet zeznania świadków, do których sama dotarłam. Matka tego chłopaka kategorycznie zaprzeczyła słowom syna, ale była przy tym tak przerażona i roztrzęsiona, że od razu było widać, iż mowa ciała nie współgra z przedstawianą przez nią wersją. Tylko co z tego? Sprawa została zamieciona pod dywan, a ja dostałam reprymendę, że się wtrącam w nie swoje życie. Dzisiaj ten uczeń jest już dorosły. Mam nadzieję, że nie będzie powielał zachowań ojca w założonej przez siebie rodzinie…

Oby nasi prawodawcy – mniejsza z tym, z której opcji politycznej – wzięli się poważnie za wyciąganie konsekwencji ze znęcania się nad dziećmi. Niech maluchy nie cierpią przez emocjonalne niedorozwinięcie rodziców…