O przemocy wobec najmłodszych

Znałam ją. Tę matkę, na której internauci – lokalni i nie tylko – od kilku miesięcy wieszają psy za to, że nie pojechała od razu  na pogotowie z córeczką rzuconą o ścianę przez męża. Nie byłyśmy koleżankami, ale mówiłyśmy sobie „cześć”. Zawsze była specyficzna, inna, trzymała się na uboczu – choć to oczywiście nie zbrodnia. Miała i nadal ma bardzo sympatyczną, nieco dziecinną buzię, która znacznie odejmuje jej lat. Kiedyś chciałam zwerbować ją do harcerstwa, jednak bez powodzenia. Zdziwiłam się, gdy zobaczyłam ją w pierwszej ciąży, bo nie wiedziałam, że ma jakiegoś chłopaka. Na zdziwieniu się jednak skończyło; w końcu co mnie to obchodzi, kto z kim i z jakim skutkiem. Nie wiem, może to był błąd. Może powinnam zapytać, czy czegoś nie potrzebuje. Może… Zresztą kto mógł przypuszczać, że po paru latach dojdzie do takiej tragedii? Dwuletnia dziewczynka, której pomoc medyczna została udzielona o kilka dni za późno, nie przeżyła… Na usta i pod palce cisną się różne komentarze pod adresem matki – niektóre sztampowe i podchodzące pod hejt. Tylko co to da? Nie wiem na pewno, co działo się w tej rodzinie, że postąpiła tak, a nie inaczej. Strach przed partnerem? Obojętność wobec cierpienia dziecka? Nieświadomość konsekwencji zdrowotnych dla malutkiej albo prawnych wobec siebie? Każda z tych wersji jest jednakowo przerażająca.

Ta historia, oczywiście rozdmuchana przez media, poruszyła mnie głębiej niż inne. Po pierwsze właśnie dlatego, że jej „bohaterka” nie była mi obca. Po drugie, ponieważ miała miejsce mniej więcej w czasie, gdy zabieraliśmy do domu Księżniczkę. Patrzę właśnie na jej małe stópki fikające na macie w pistacjowych skarpetkach; na delikatne rączki, przyciągające do siebie pluszową owcę, zwisającą z pałąka maty. I nie umiem sobie wyobrazić, jakim trzeba być człowiekiem, żeby uderzyć niemowlę. Owszem, nasza córcia jest jeszcze malutka i bardzo spokojna. Wiem, że w miarę dorastania coraz bardziej będzie testować cierpliwość otoczenia. Nie potrafię sobie przysiąc, że nigdy na nią nie nawrzeszczę ani nie dam jej klapsa. Nie jestem idealna… ale na Boga, rzucić dwulatką o drzwi? Albo tłuc trzymiesięczne niemowlę po głowie, bo płacze? Według mnie takim opiekunom powinno się dożywotnio odbierać prawa rodzicielskie – a przynajmniej do czasu, kiedy skończą długą i skuteczną terapię, o ile taka istnieje. Kiedy Księżniczka ma gorsze chwile i płacze pomimo nakarmienia, przewinięcia, tulenia i innych zabiegów, to owszem, rośnie we mnie frustracja. Rzecz w tym, że jej ostrze wymierzone jest we mnie, nie w dziecko. Wściekam się na siebie, że nie potrafię pomóc córce. I raczej prowadzi to do poczucia rezygnacji niż wybuchu agresji. Czasem dla rozładowania napięcia obracam sytuację w żart, komentując jej zachowanie z przymrużeniem oka i łagodnym tonem – na przykład mówiąc, że jeśli zaraz się nie uspokoi i nie pozwoli mamie się napić kawy, to za chwilę będziemy tu obie leżeć i wrzeszczeć. ;) Małej to raczej nie pomaga, ale mi owszem. I o to w tym chodzi.

Kiedyś napisałam na Bocianie, że my, czyli społeczeństwo, zainteresowanie krzywdą najmłodszych traktujemy wybiórczo. Koleżanka, której zdarzyło się klepnąć synka w pupę na ulicy, została wulgarnie(!) zbesztana przez obcego faceta, który kompletnie nie znał kontekstu sytuacji. Groził jej wezwaniem policji, opieki społecznej, odebraniem dziecka etc. Tylko dziwne, że kiedy za ścianą sąsiad leje żonę i potomstwo do nieprzytomności, to nagle nie jesteśmy już tacy odważni. W końcu anonimowa samotna matka na ulicy jest bezbronna, łatwo przy niej zostać strażnikiem moralności. Nie porysuje auta, nie podpali mieszkania, nie pobije. Co innego dwumetrowy damski bokser z piętra niżej…

I jeszcze jedno. Kiedy już chce się coś z tym zrobić, zareagować właściwie – to niejednokrotnie trafia się na mur nie do przebicia. Jakiś czas temu miałam ucznia maltretowanego przez ojca. Ze względu na jego dobro daruję sobie szczegóły. Ważne, że próbowałam mu pomóc. Niestety wszędzie żądano ode mnie namacalnych dowodów. Nie wystarczyły nawet zeznania świadków, do których sama dotarłam. Matka tego chłopaka kategorycznie zaprzeczyła słowom syna, ale była przy tym tak przerażona i roztrzęsiona, że od razu było widać, iż mowa ciała nie współgra z przedstawianą przez nią wersją. Tylko co z tego? Sprawa została zamieciona pod dywan, a ja dostałam reprymendę, że się wtrącam w nie swoje życie. Dzisiaj ten uczeń jest już dorosły. Mam nadzieję, że nie będzie powielał zachowań ojca w założonej przez siebie rodzinie…

Oby nasi prawodawcy – mniejsza z tym, z której opcji politycznej – wzięli się poważnie za wyciąganie konsekwencji ze znęcania się nad dziećmi. Niech maluchy nie cierpią przez emocjonalne niedorozwinięcie rodziców…

  5 comments for “O przemocy wobec najmłodszych

  1. ~t.vik
    9 czerwca 2017 o 02:49

    W ostatnim zdaniu błąd oczywisty ;)
    Temat – rzeka. Potrzebuję dłuższej, swobodnej chwili, żeby ten post skomentować.

    • 9 czerwca 2017 o 10:31

      Ożeż! Nie zauważyłam. Dzięki za spostrzeżenie, już poprawiam!

  2. ~t.vik
    8 lipca 2017 o 15:42

    Wychowanie dziecka jest ogromnym wyzwaniem dla rodziców. W gruncie rzeczy jest to przecież wychowywanie człowieka, nawet jeśli ten człowiek jeszcze jest tak mały, że myślimy, że nic jeszcze nie rozumie, albo swoim zachowaniem potwierdza nasz (niedorzeczny) wniosek.
    Ja sam byłem wychowywany „twardą ręką” matki. I taki sposób wychowywania zapadł mi gdzieś do podświadomości. I do świadomości raczej też. Kiedy urodził się mój syn, zacząłem też ten sposób stosować. To przecież typowe, że kopiujemy zachowanie naszych rodziców, nawet jeśli na skutek konfliktów z nimi postanawiamy to radykalnie zmienić. Nie jest łatwo. Do tego jest potrzebne prawo całkowicie zakazujące kar cielesnych. W Szwecji takie prawo działa od kilkudziesięciu lat, więc zmieniając kraj zamieszkania z Polski na Szwecję, musieliśmy poddać się takiemu prawu czy nam się to podobało, czy nie. Nam się to spodobało od samego początku, ale w sytuacjach ekstremalnych nagle się okazuje, że nie można czegoś naprawić, bo ktoś ci zabrał twoje niekoniecznie ulubione, ale jednak narzędzie, do którego przecież zdążyłeś się przyzwyczaić. Co masz w zamian? W zamian jest dużo, ale w danej sytuacji, która może być naprawdę ekstremalna, to nie działa, więc nie masz praktycznie nic. Narzędzie „w zamian”, czyli rozmowa, jest potężnym i bardzo skutecznym narzędziem, ale tylko wtedy, gdy jest stosowane prewencyjnie. Jest jak trening. Korzyść z treningu ma i rodzic, i dziecko. W czasie rozmów budowana jest więź, wzajemny szacunek, osobowość dziecka. A wiadomo, że „ćwiczenie czyni mistrza” – regularny trening to lepsze zdrowie, większa siła, większa sprawność. „Porozmawiamy o tym później” w sytuacji ekstremalnej zadziała niemal na pewno, jeśli rzeczywiście później się o tym czymś z dzieckiem łagodnie i w sprzyjającej atmosferze rozmawia, a dziecko jest do tego przyzwyczajone. I to chyba z grubsza byłoby na tyle. „Klapsy” nie są potrzebne nikomu. Ale w zamian musi być rozmowa i zainteresowanie sprawami dziecka.

    Mur nie do przebicia? Tak nie powinno być. W Szwecji tak nie jest. W Szwecji nauczyciel ma duże pole manewru, przeważnie wystarczająco skuteczna jest uwaga wypowiedziana przez nauczyciela do rodzica. Jeśli ta nie przynosi skutku, to Opieka Społeczna może wkroczyć do akcji, a to dla rodziców może oznaczać duże kłopoty. Z kolei sam nauczyciel ma chyba bardziej przechlapane, jeśli chodzi o lekceważący stosunek ucznia. Rodzic daje ciała, a nauczyciel płaci. Ale na tym tracą wszyscy, więc wracamy do punktu wyjścia, czyli ogromnego wyzwania dla rodzica, jakim jest wychowanie młodego człowieka :)

    Jeśli ktoś podnosi rękę na niemowlę, powinien być natychmiast całkowicie pozbawiony praw i możliwości bycia opiekunem. Tak powinno być wszędzie.

    • 8 lipca 2017 o 16:29

      Odpisuję na szybko i trochę obok tematu. Tak odnośnie rozmowy jako prewencji… Oczywiście zgadzam się z tym, co napisałeś. Też chciałabym, aby to rozmowa z dzieckiem + przykład własny stały się podstawą wychowania Księżniczki. Tylko tak mi się skojarzyło z tą właśnie prewencją… Kiedyś trafiłam na filmik pokazujący, jak dzieci stosują w praktyce zasady wpojone przez rodziców (a raczej: nie stosują). Może go widziałeś: https://www.facebook.com/polkipl/videos/1698128333549259/?hc_ref=NEWSFEED.
      Czytałam również podobny artykuł. Wynikało z niego, że 8 na 10 dzieci bez żadnych oporów, dobrowolnie idzie z obcym człowiekiem, jeśli np. powie im, że przysłała go ich mama lub coś podobnego. Daje do myślenia…

      • ~t.vik
        8 lipca 2017 o 19:36

        Widziałem ten film na fb od znajomych i z Polski, i ze Szwecji. Może nawet sam go wstawiałem na swoją stronę. Odpowiem tak: co do syna, jestem prawie na sto procent pewien, że by nie poszedł, bo go znam, a autystycy nie zapominają o zasadach i raczej ich nie łamią. Co do córki, trochę ją „programowaliśmy” w tym temacie (i nie tylko w tym) z różnych stron i pod różnymi kątami i zgodnie z moim doświadczeniem wychowywania dziecka na przykładzie syna, które niestety może mieć się nijak do wychowywania córki, więc głowy dać oczywiście nie mogę, bo ona może nie zauważyć manipulacji. Dzieci raczej jej nie widzą. W komentarzu chodziło mi o bardziej ogólne zasady jak szacunek do innych, do samej siebie, do rodziców, nauczycieli w szkole (przez wszystkie szkoły mojego syna zbierałem pochwały za szacunek do nauczycieli :) ), ludzi obcych i ich własności, no i do własności wspólnej jak przyroda itd, ale oczywiście chodzi też o stosowną nieufność do obcych, a nawet ograniczone zaufanie do „swoich”.
        Wiem, dzieci i tak mogą nie usłuchać, nie zastosować zasady z wygody, czy innego powodu, albo nawet permanentnie się od tej zasady odwrócić, bo przecież są odrębną osobowością i jakby mają do tego prawo (zwłaszcza po ukończeniu 18). Znam sporo dzieci moich znajomych, które ku zaskoczeniu rodziców poszły w świat swoją drogą. Ale czy rozmowa, czy nawet lanie (jak w przypadku przysłowiowego cygana, który dając pieniądze dziecku wysyłanemu po zakupy jednocześnie spuszcza mu lanie, żeby tych pieniędzy nie zgubiło?), nie uchroni dziecka przed podjęciem złej/niewłaściwej decyzji (odstępstwem od wpojonych zasad), co jednak nie znaczy, że nie mamy ich wpajać.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *