Do czego przygotował nas ośrodek adopcyjny?

Zgodnie z zapowiedzią wracam do tematu OA. Dzisiejszy post także stanowi pewne podsumowanie, dlatego dla stałych czytelników bloga raczej nie będzie niczym nowym. Liczę jednak, że zaglądają tu również osoby rozpoczynające proces adopcyjny i mam cichą nadzieję, że takie resume im się przyda.

Co nam dała procedura w ośrodku adopcyjnym?

POZNANIE INNYCH OSÓB W PODOBNEJ SYTUACJI

Nieprzypadkowo zaczynam nie od kwestii merytorycznych, tylko od czynnika ludzkiego. Słyszałam o przypadkach szkoleń indywidualnych i powiem Wam, że chociaż na pewno są one wygodne dla kandydatów ze względów organizacyjnych, to według mnie nie dają tyle, ile konfrontacja z kilkoma innymi małżeństwami także czekającymi na adopcyjne rodzicielstwo. W naszej grupie kursowej było 7 par. Dzięki spotkaniu z nimi wreszcie poczuliśmy, że nie jesteśmy sami ani dziwni; że wokół nas są osoby takie jak my, o podobnych pragnieniach, obawach i oczekiwaniach. Trafiła nam się też po prostu sympatyczna grupa. Do tej pory mamy ze sobą kontakt, co jest nieocenionym darem przede wszystkim już po adopcji, kiedy można wzajemnie dzielić się doświadczeniami wczesnego rodzicielstwa. Na pewno na początku szkolenia nie wszystkim łatwo przychodzi otwarcie się przed obcymi ludźmi, ale ten stres mija, kiedy inni kursanci przestają być obcy 8-) .

 ZROZUMIENIE POCZUCIA STRATY

Chwała Bogu, że nasz ośrodek nie kazał nam na siłę przeżywać żałoby po nieistniejącym dziecku biologicznym, bo i takie historie krążą po sieci. Pozwolił natomiast na uświadomienie sobie, co tracimy, nie będąc rodzicami naturalnymi (nienawidzę tego określenia), ale też przede wszystkim, z czym musi zmierzyć się dziecko oderwane od korzeni. Problemu straty dotyczyły jedne z początkowych zajęć na kursie i chyba w ich trakcie po raz pierwszy poważnie pomyślałam, że może dałabym radę adoptować dziecko starsze, pamiętające swój rodzinny dom.

OSWOJENIE POTENCJALNEGO ZAGROŻENIA

Jeżeli właśnie myślicie o przysposobieniu dziecka i tak jak my kiedyś chcecie się do tego przygotować, to zapewne dużo czytacie. Odwiedzacie fora internetowe, zaglądacie do publikacji naukowych i nie tylko, studiujecie artykuły w sieci. Prezentowany w nich obraz adopcji jest często tak cukierkowy, że aż mdli (wiem, wiem, tak jak u mnie na blogu; ale co ja poradzę, że Księżniczka jest idealna? Kiedy pojawią się problemy, to też na pewno o nich napiszę) albo odwrotnie – przypomina scenariusz horroru. Panie z OA kazały nam przeczytać „Zranione dzieci, uzdrawiające domy” i „Wychowanie zranionego dziecka”. Opisane tam historie naprawdę mrożą krew w żyłach… Po lekturze tych lub podobnych pozycji człowiek czuje się zbombardowany FASem, RADem, ADHD, autyzmem i szeregiem innych obciążeń. Zaczyna sobie wyobrażać, że każde dziecko kierowane do adopcji ma wszystkie te schorzenia, a samo przysposobienie przypomina raczej heroiczną walkę niż normalne rodzicielstwo. Dzięki dobrze przygotowanym zajęciom na kursie kandydaci mają szansę, mówiąc potocznie, oswoić temat. Słyszałam, że niektóre ośrodki w ogóle pomijają podczas szkoleń kwestie zaburzeń więzi lub powikłań poalkoholowych, jakby udając, że one nie istnieją. My otrzymaliśmy jednak rzeczowe informacje i porady, głównie dzięki prowadzącej posiadającej doświadczenie w pracy z dzieckiem z tymi przypadłościami.

SAMOPOZNANIE

Brzmi idiotycznie, prawda? Zwłaszcza że na adopcję decydują się przeważnie ludzie dojrzali (w naszej grupie szkoleniowej średnia wieku wynosiła około 30 lat), z przynajmniej kilkuletnim stażem małżeńskim. Pamiętam, że kiedy szliśmy na pierwsze testy psychologiczne, mąż stwierdził, że jest ciekawy, czego dowie się sam o sobie. W naszym przypadku żadnej rewolucji nie było, ale na pewno te wszystkie badania pozwoliły na zweryfikowanie swojej koncepcji rodzicielstwa poprzez uświadomienie sobie wzorców wyniesionych z domu i porównanie ich z oczekiwaniami wobec siebie jako rodzica. Nasz ośrodek szczegółowo omawiał wyniki dopiero podczas końcowej kwalifikacji i przyznam Wam, że zgadzam się z każdym słowem, które padło na temat męża i mój. Ba! Obszar, który w moim przypadku wypadł najsłabiej (choć wciąż w granicach normy) daje o sobie znać również w mojej pracy zawodowej. Owszem, te testy bywają uciążliwe, są tam setki pytań, które w dodatku się powtarzają (nie wiem, jak było lub będzie u Was, ale mnie to strasznie irytowało… zwłaszcza zadawane za KAŻDYM razem pytanie o to, dlaczego chcemy adoptować dziecko; bałam się, że jeśli któreś badanie pokryje się z moim PMS, to wykrzyczę po prostu: „BO TAK!!!”  :twisted: ), ale zdecydowanie pomagają w lepszym zrozumieniu siebie jako ludzi i nawzajem jako małżonków.

SPRAWY ORGANIZACYJNE

Podczas jednej z pierwszych rozmów z pedagogiem zostałam zapytana, czego się boję w kontekście adopcji. Wśród oczywistych rzeczy wymieniłam także biurokrację, której szczerze nie cierpię. Jeśli ktoś z Was pracował w szkole, to wie, że na 45 minut przy tablicy przypada przynajmniej drugie tyle papierologii. A jeśli wykonujecie inny zawód, to też pewnie macie do czynienia z raportami, których nikt nie czyta albo z milionem tabelek, które na dłuższą metę niczego nie wnoszą. W każdym razie podzieliłam się swoimi obawami z panią z OA, która wzruszyła tylko ramionami i powiedziała, że nie ma pojęcia, o czym ja mówię, bo całą dokumentacją zajmuje się ośrodek. I tak było w istocie. Zostaliśmy bardzo gładko przeprowadzeni przez wszystkie formalności. Ośrodek pomógł nam w napisaniu wniosku o przysposobienie, a o terminie rozprawy dowiedzieliśmy się telefonicznie od pani kierowniczki jeszcze zanim sąd zdążył wysłać wezwanie.

Myślę, że część osób na samym początku drogi adopcyjnej zadaje sobie pytanie, na cholerę im ten cały kurs; przecież zdrowi ludzie rodzą dzieci bez żadnego teoretycznego przygotowania i większość jest świetnymi rodzicami. My chyba aż takich wątpliwości nie mieliśmy, ale momentami nie czuliśmy się komfortowo, tłumacząc się pracownicom OA z prywatnego życia. Jednak teraz, będąc już „po wszystkim”, mawiamy czasem, że podobne przeszkolenie przydałoby się również co niektórym rodzicom biologicznym. Może wtedy mniej byłoby takich „matek Madzi”…

  5 comments for “Do czego przygotował nas ośrodek adopcyjny?

  1. 26 czerwca 2017 o 12:05

    Mam podobne przemyślenia.

    Jeszcze przed kursem „wciągnęłam” kilka lektur okoloadpocyjnych i wszechobecne bombardowanie FASami i RADami wywołało u mnie panikę. Warsztaty pokazały mi na szczęście też te fajne strony rodzicielstwa adopcyjnego.

  2. 26 czerwca 2017 o 20:15

    @Lady Makbet
    Fajnie się to czyta i dobrze, że to piszesz. Ale…
    IMO cały ten system OA i kursy to przede wszystkim czas na poznanie kandydatów, ich zachowań, osobowości etc. Do roli rodziców szykujemy się od urodzenia. Nasi rodzice byli pierwszymi nauczycielami. :)
    Co do szkoleń i czy mogło by to ograniczyć zjawisko tzw „matek Madzi”… Cóż. Aby dostać prawo jazdy trzeba zaliczyć kurs i zdać egzamin. A co się dzieje na drogach i ilu co weekend miśki łapią na gazie?
    Gdyby każdego dało się tak reedukować i każdy miał zdolność do wyjścia z nałogów itp to nie byłoby dzieci w Domach Dziecka i w pieczy zastępczej w ogóle.
    Z uszanowaniem
    M

    • 27 czerwca 2017 o 09:18

      Myślę, że gdyby wszyscy wsiadali za kółko bez prawa jazdy czy choćby przeszkolenia, jak prowadzić samochód, to bilans ofiar wypadków byłby o wiele gorszy ;)
      Droczę się tylko, bo generalnie masz rację. Zresztą kurs przedadopcyjny też nie daje 100% gwarancji, że kończący go kandydaci będą świetnymi rodzicami, ale myślę, że minimalizuje ryzyko oddania dzieci w niepowołane ręce. A nawet jeśli nie, to pomarzyć zawsze można…

      • 27 czerwca 2017 o 13:23

        W Twoim tekście zwróciłem też uwagę na to, że denerwuje Cię ten podział na rodziny naturalne i jakieś inne.
        Im bardziej czuje, że jestem szczęśliwy i spełniony w roli rodzica tym bardziej nie widzę potrzeby podkreślania jakiejś inności naszych rodzin. Adopcyjna czy standardowa, każda może być naturalna, udana i szczęśliwa.
        Pozdrawiam
        M

        • 3 lipca 2017 o 10:07

          Sam podział to mnie może nie denerwuje, bo zawsze był i będzie. Denerwuje mnie semantyka :) Słowo „naturalne” w opozycji do „adopcyjne” sugeruje, że rodziny ado są nienaturalne – a więc sztuczne, nienormalne. Tymczasem ja się nie czuję sztuczną matką…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *