Day: Lipiec 3, 2017

Talula Tańczy Hawajskie Hula, czyli okołochrzcielne rozważania o imionach

Aby opowiedzieć Wam, jak wpadliśmy na imię naszej Księżniczki, muszę cofnąć się pamięcią o kilkanaście lat. Byliśmy wtedy z P. parą od roku, może dwóch. Na pewno chodziliśmy jeszcze do liceum. Mieliśmy taki swój cotygodniowy niedzielny rytuał: szliśmy razem do kościoła, a potem na spacer. Któregoś razu przechodziliśmy obok sklepu z akcesoriami dla dzieci. Na wystawie wisiała brązowa polarowa bluza z kapturem, do którego doszyto „niedźwiadkowe” uszka. P. zauważył ją pierwszy. Pociągnął mnie w stronę witryny, wskazał ubranko i powiedział, że będziemy musieli takie kupić naszemu dziecku. Mój jeszcze-nie-mąż był wtedy na takim etapie, kiedy twierdził, że małżeństwo to tylko zbędny papierek, a rodzina jest mu do niczego niepotrzebna, więc podobne stwierdzenie w jego ustach było dla mnie szokiem. Może to śmieszne, ale ta misiowa bluza stała się symbolem pewnego przełomu. Właściwie od tamtej niedzieli zaczęliśmy na dobre planować wspólną przyszłość. Widzieliśmy w niej oczywiście dzieci. Początkowo mówiliśmy o trojgu, w tym przynajmniej dwojgu biologicznych, ale życie – jak wiecie choćby z bloga – zweryfikowało te marzenia…

Bawiło nas też wymyślanie imion dla naszych maluchów. O dziwo łatwiej było z męskimi: od razu ustaliliśmy, że chłopiec będzie Tomkiem albo Bartkiem i trzymamy się tego do dzisiaj. Oboje mamy drugie imiona i chcieliśmy je nadać także pociechom. Tu też nie było problemu: córka miała otrzymać drugie imię po mamie P., syn po moim tacie. Spieraliśmy się za to, jak nazwać dziewczynkę. P. proponował Agnieszkę – po koleżance, o którą byłam (niesłusznie) zazdrosna, więc odpadło. Podobnie było z Magdaleną (akurat tej baby to do tej pory nie dzierżę; jeżeli to czytasz, franco jedna, to wiedz, że nie zapomnę Twoich telefonów do mojego męża w środku nocy ani Twojej postawy na naszym ślubie, na który nieproszona przylazłaś). Z kolei imiona proponowane przeze mnie nie odpowiadały mojej drugiej połówce. Kiedy wreszcie udało nam się ustalić jedną wersję, to okazało się, że musimy ją zmienić… Nasi bliscy znajomi stracili córeczkę o wybranym przez nas imieniu i byłoby niezręcznie, gdybyśmy swoją nazwali tak samo. Na obecne imię Księżniczki wpadliśmy już po rozpoczęciu drogi adopcyjnej. Obojgu dobrze się ono kojarzy – mnie z dawną przyjaciółką z harcerstwa, mężowi z dobrą znajomą z pracy.

Tak naprawdę zawsze chcieliśmy, żeby nasze dzieci miały normalne imiona. Niekoniecznie najbardziej popularne, ale na pewno nie wydziwione. Moja mama mawiała, że jeśli dziewczynka jest ładna i bystra, to choćby miała na imię Gryzelda, poradzi sobie w życiu; ale jeśli ta Gryzelda będzie zezowata, pulchna i niezbyt lotna, to imię dodatkowo ją pogrąży. Dlatego za nic w świecie nie nazwałabym maleństwa Dżesiką ani Brajanem, skoro z tych imion śmieje się pół Internetu. W rodzicielstwie jak za kółkiem – obowiązuje zasada ograniczonego zaufania do pozostałych użytkowników świata; trzeba myśleć nie tylko za siebie, ale i za innych. Byłam kiedyś świadkiem, jak nauczycielka podstawówki ustawiała klasę w parach i upominała jednego z niesfornych uczniów: Denis do przodu, Denis stój. A dzieci, jak to dzieci, przedrzeźniały: Penis do przodu, Penis stój… Nie znałam ani tego chłopca, ani jego rodziców, więc nie oceniam. Ta sytuacja jednak dała mi do myślenia w kontekście imienia dla mojego dziecka. I chociaż w liceum wygłupiałyśmy się z E., tworząc listę najdziwniejszych możliwych imion i upierając się, że tak będą się nazywały nasze dzieci, to żadna z nas nie brała tego na serio. Oczywiście nie wolno wyśmiewać nikogo ze względu na jego imię, wygląd, pochodzenie czy cokolwiek innego, ale wychowanie sobie, a presja grupy sobie. Nie chciałabym świadomie dawać otoczeniu powodu do naigrywania się z mojego dziecka. To tak jak z zostawianiem portfela na środku ręcznika plażowego, kiedy idzie się popływać. Niby prawo jest po mojej stronie, bo nikt nie ma prawa kraść… ale po co ułatwiać złodziejowi życie?

Nie wiem, czy skojarzyliście tytuł dzisiejszego wpisu. Talula Tańczy Hawajskie Hula (oryg. Talula Does The Hula From Hawaii) to prawdziwe imię dziewczynki z Nowej Zelandii. Na szczęście jakiś mądry sędzia nakazał rodzicom jego zmianę jeszcze zanim mała weszła w wiek dojrzewania. Niby z jednej strony fajnie, że w niektórych krajach można nazywać dzieci, jak się chce, ale  z drugiej… chyba nie wszyscy powinni mieć taką możliwość.

Wracając jednak do głównego wątku… imię naszej córki – nadane już urzędowo, a niedługo także w trakcie chrztu – zostało więc ustalone niemal dwa lata temu. Potem porzuciliśmy ten temat razem z marzeniami o niemowlęciu; spodziewaliśmy się dziecka starszego i uznaliśmy, że jeżeli tylko będzie się nazywać jakoś zwyczajnie, to zostawimy mu jego imię. Adopcja noworodka pozwoliła jednak na samodzielny wybór imienia. Najlepsze, że pomiędzy TYM telefonem a poznaniem małej nawet o tym nie rozmawialiśmy… było za dużo innych spraw do przedyskutowania. I dopiero po drodze do szpitala, kiedy pani A. zapytała o imię dziecka, potwierdziliśmy, że będzie właśnie takie, jak planowaliśmy. Zresztą świetnie pasuje do naszej Księżniczki i mamy nadzieję, że będzie się jej podobało (chociaż to chyba rzadkość; ja na przykład nie cierpię swojego imienia, a zwłaszcza jednego z popularnych zdrobnień – a przecież moi rodzice wybrali dla mnie takie, które według nich było najpiękniejsze).

A jak jest z imionami Waszych pociech? Kto wymyślał i kiedy?