Talula Tańczy Hawajskie Hula, czyli okołochrzcielne rozważania o imionach

Aby opowiedzieć Wam, jak wpadliśmy na imię naszej Księżniczki, muszę cofnąć się pamięcią o kilkanaście lat. Byliśmy wtedy z P. parą od roku, może dwóch. Na pewno chodziliśmy jeszcze do liceum. Mieliśmy taki swój cotygodniowy niedzielny rytuał: szliśmy razem do kościoła, a potem na spacer. Któregoś razu przechodziliśmy obok sklepu z akcesoriami dla dzieci. Na wystawie wisiała brązowa polarowa bluza z kapturem, do którego doszyto „niedźwiadkowe” uszka. P. zauważył ją pierwszy. Pociągnął mnie w stronę witryny, wskazał ubranko i powiedział, że będziemy musieli takie kupić naszemu dziecku. Mój jeszcze-nie-mąż był wtedy na takim etapie, kiedy twierdził, że małżeństwo to tylko zbędny papierek, a rodzina jest mu do niczego niepotrzebna, więc podobne stwierdzenie w jego ustach było dla mnie szokiem. Może to śmieszne, ale ta misiowa bluza stała się symbolem pewnego przełomu. Właściwie od tamtej niedzieli zaczęliśmy na dobre planować wspólną przyszłość. Widzieliśmy w niej oczywiście dzieci. Początkowo mówiliśmy o trojgu, w tym przynajmniej dwojgu biologicznych, ale życie – jak wiecie choćby z bloga – zweryfikowało te marzenia…

Bawiło nas też wymyślanie imion dla naszych maluchów. O dziwo łatwiej było z męskimi: od razu ustaliliśmy, że chłopiec będzie Tomkiem albo Bartkiem i trzymamy się tego do dzisiaj. Oboje mamy drugie imiona i chcieliśmy je nadać także pociechom. Tu też nie było problemu: córka miała otrzymać drugie imię po mamie P., syn po moim tacie. Spieraliśmy się za to, jak nazwać dziewczynkę. P. proponował Agnieszkę – po koleżance, o którą byłam (niesłusznie) zazdrosna, więc odpadło. Podobnie było z Magdaleną (akurat tej baby to do tej pory nie dzierżę; jeżeli to czytasz, franco jedna, to wiedz, że nie zapomnę Twoich telefonów do mojego męża w środku nocy ani Twojej postawy na naszym ślubie, na który nieproszona przylazłaś). Z kolei imiona proponowane przeze mnie nie odpowiadały mojej drugiej połówce. Kiedy wreszcie udało nam się ustalić jedną wersję, to okazało się, że musimy ją zmienić… Nasi bliscy znajomi stracili córeczkę o wybranym przez nas imieniu i byłoby niezręcznie, gdybyśmy swoją nazwali tak samo. Na obecne imię Księżniczki wpadliśmy już po rozpoczęciu drogi adopcyjnej. Obojgu dobrze się ono kojarzy – mnie z dawną przyjaciółką z harcerstwa, mężowi z dobrą znajomą z pracy.

Tak naprawdę zawsze chcieliśmy, żeby nasze dzieci miały normalne imiona. Niekoniecznie najbardziej popularne, ale na pewno nie wydziwione. Moja mama mawiała, że jeśli dziewczynka jest ładna i bystra, to choćby miała na imię Gryzelda, poradzi sobie w życiu; ale jeśli ta Gryzelda będzie zezowata, pulchna i niezbyt lotna, to imię dodatkowo ją pogrąży. Dlatego za nic w świecie nie nazwałabym maleństwa Dżesiką ani Brajanem, skoro z tych imion śmieje się pół Internetu. W rodzicielstwie jak za kółkiem – obowiązuje zasada ograniczonego zaufania do pozostałych użytkowników świata; trzeba myśleć nie tylko za siebie, ale i za innych. Byłam kiedyś świadkiem, jak nauczycielka podstawówki ustawiała klasę w parach i upominała jednego z niesfornych uczniów: Denis do przodu, Denis stój. A dzieci, jak to dzieci, przedrzeźniały: Penis do przodu, Penis stój… Nie znałam ani tego chłopca, ani jego rodziców, więc nie oceniam. Ta sytuacja jednak dała mi do myślenia w kontekście imienia dla mojego dziecka. I chociaż w liceum wygłupiałyśmy się z E., tworząc listę najdziwniejszych możliwych imion i upierając się, że tak będą się nazywały nasze dzieci, to żadna z nas nie brała tego na serio. Oczywiście nie wolno wyśmiewać nikogo ze względu na jego imię, wygląd, pochodzenie czy cokolwiek innego, ale wychowanie sobie, a presja grupy sobie. Nie chciałabym świadomie dawać otoczeniu powodu do naigrywania się z mojego dziecka. To tak jak z zostawianiem portfela na środku ręcznika plażowego, kiedy idzie się popływać. Niby prawo jest po mojej stronie, bo nikt nie ma prawa kraść… ale po co ułatwiać złodziejowi życie?

Nie wiem, czy skojarzyliście tytuł dzisiejszego wpisu. Talula Tańczy Hawajskie Hula (oryg. Talula Does The Hula From Hawaii) to prawdziwe imię dziewczynki z Nowej Zelandii. Na szczęście jakiś mądry sędzia nakazał rodzicom jego zmianę jeszcze zanim mała weszła w wiek dojrzewania. Niby z jednej strony fajnie, że w niektórych krajach można nazywać dzieci, jak się chce, ale  z drugiej… chyba nie wszyscy powinni mieć taką możliwość.

Wracając jednak do głównego wątku… imię naszej córki – nadane już urzędowo, a niedługo także w trakcie chrztu – zostało więc ustalone niemal dwa lata temu. Potem porzuciliśmy ten temat razem z marzeniami o niemowlęciu; spodziewaliśmy się dziecka starszego i uznaliśmy, że jeżeli tylko będzie się nazywać jakoś zwyczajnie, to zostawimy mu jego imię. Adopcja noworodka pozwoliła jednak na samodzielny wybór imienia. Najlepsze, że pomiędzy TYM telefonem a poznaniem małej nawet o tym nie rozmawialiśmy… było za dużo innych spraw do przedyskutowania. I dopiero po drodze do szpitala, kiedy pani A. zapytała o imię dziecka, potwierdziliśmy, że będzie właśnie takie, jak planowaliśmy. Zresztą świetnie pasuje do naszej Księżniczki i mamy nadzieję, że będzie się jej podobało (chociaż to chyba rzadkość; ja na przykład nie cierpię swojego imienia, a zwłaszcza jednego z popularnych zdrobnień – a przecież moi rodzice wybrali dla mnie takie, które według nich było najpiękniejsze).

A jak jest z imionami Waszych pociech? Kto wymyślał i kiedy?

  29 comments for “Talula Tańczy Hawajskie Hula, czyli okołochrzcielne rozważania o imionach

  1. ~Endorfina
    3 lipca 2017 o 12:23

    Postawiliście sobie jakąś granicę wieku ? Zastanawiam się czy bezpiecznie można zmienić imię dziecku starszemu niż rok , ale jest mnóstwo imion , których nie będę w stanie zaakceptować ( tak mi się zdaje w tej chwile , może to się zmieni jak zobaczę dziecko )

    • 3 lipca 2017 o 12:40

      Miło Cię tu widzieć :)
      Nie, nie stawialiśmy granicy wieku. Uznaliśmy, że zdecydujemy po poznaniu dziecka. Jeśli byłoby już przywiązane do imienia albo gdyby było ono pamiątką np. po zmarłych rodzicach, to pewnie byśmy zostawili. Nie wiem, co zrobilibyśmy w przypadku, gdyby imię było przez nas nieakceptowalne… może zostawilibyśmy jako drugie albo nadali podobne, ale brzmiące zwyczajniej (np. Emil zamiast Elwis).

  2. 3 lipca 2017 o 14:29

    Hej. My mamy imiona wybrane już od lat, jak tylko pomyśleliśmy o powiększaniu rodziny.
    Imiona miały nawiązywać do kogoś z rodziny, żeby było po „kimś”. I chcieliśmy nadać po dwa imiona.
    I tak córka dostanie imiona po naszych mamach, a syn po naszych dziadkach. :-)

    U nas od lat nadawane są imiona proste, polskie. Choć czasami wręcz staropolskie (pradziadek Onufry). My wybraliśmy te „zwyczajne”.

    • 4 lipca 2017 o 09:00

      My mamy w rodzinie dziadka Apolinarego, reszta imion jest całkiem zwyczajna. Przynajmniej dzięki temu Księżniczka bez oporów mogła dostać drugie imię po babci, bo choć dzisiaj dość rzadkie wśród dzieci, to nadal normalne.

  3. 3 lipca 2017 o 14:31

    Znajoma była adoptowana w wieku 1 roku. Jej imię „biologiczne” zostało pozostawione jako drugie.

  4. ~Tyśka
    3 lipca 2017 o 16:10

    My też już od dawna mieliśmy wybrane imiona dla naszych dzieci. Jednak kiedy poznaliśmy Hańcie nijak nie pasowało ono do naszej dziewczynki;-0 Przez 5 miesięcy Hania w pr nosiła imię, która nadała jej mb w szpitalu – takie imię ma na wypisie ze szpitala. I takie imię figurowało nawet w aktach w sądzie. Dopiero w trakcie sprawy adopcyjnej wyszło na jaw, że nasze dziecko według aktu urodzenia z USC ma zupełnie inne imię, nadane odgórnie przez urzędnika, bo mb nie zgłosiła jej osobiście do urzędu. Zatem nasza Hania miała dwa różne imiona, plus jeszcze nasze. Ostatecznie imię, która wybrała dla niej mb zostawiliśmy jako drugie;-)

    • 4 lipca 2017 o 08:58

      Czyli Hania nie była Waszym pierwszym wyborem, dobrze rozumiem? Nazwaliście tak córcię dopiero po jej poznaniu?
      A tak poza tym śliczne imię. Miałam w mojej ukochanej klasie uczennicę Hanię – przemiłą, ale też śmiałą i bardzo twórczą. Dobrze mi się kojarzy :)

      • ~Tyśka
        4 lipca 2017 o 10:58

        Dokładnie tak, nie braliśmy tego imienia pod uwagę, bo mieliśmy nasze „ukochane”. Stety/niestety Michalina lub Weronika ni w ząb nie pasowały do naszej Hani;-) Oj, trafiłaś w sedno, bo nasza Hańcia i śmiała i twórcza jest, czasami aż za bardzo;-0

  5. 3 lipca 2017 o 22:49

    My nie mieliśmy wybranego imienia dla Chłopca, bo nie spodziewaliśmy się, że pojawi się w naszym życiu. Dziewczynka miała być Hanią. A tu trzeba było szybko zdecydować imię dla Synka, żeby poszło do sądu razem z dokumentami o przysposobienie. Zdecydowaliśmy, że imię nadane przez MB zostawimy na drugie, ale mieliśmy duży problem z tym pierwszym. Aż w pewnym momencie Mąż wyszedł zza szafy w pracy (dzieli nas jedynie ten mebel) i dał propozycję. Spodobała nam się obojgu, pasowała do nazwiska, a co najważniejsze do Tygrysa.

    • 4 lipca 2017 o 08:56

      Zawsze się zastanawiałam, jak to jest pracować z mężem. Nam się to zdarzało jedynie podczas pracy wakacyjnej, lata temu. A swoją drogą jest coś zabawnego i uroczego w tym, że kiedy Tygrys zapyta Was kiedyś o pochodzenie swojego imienia, będziecie mogli mu powiedzieć, że wzięło się zza szafy :D

      • 16 lipca 2017 o 00:06

        Nie jest tak źle. To chyba kwestia charakterów, choć muszę przyznać, że jak już iskrzy, to przeważnie, jak nie ma bufora tzn. szefowej. Teraz jest nam dziwnie, bo budynek, w którym pracujemy jest w remoncie i w nowym pomieszczeniu nie ma rzeczonej szafy. Pamiętam, jak przez pierwsze dni coś mi nie pasowała, aż przyłapywałam Męża na tym, jak się na mnie „gapi”. Teraz przywykłam :) A szafa na pewno wróci na miejsce.

  6. 3 lipca 2017 o 23:50

    Uśmiałam się z tej Magdy dzwoniącej po nocach, chociaż wtedy tobie pewnie nie było do śmiechu.
    Niesamowity zbieg okoliczności, bo dzisiaj rano, po przebudzeniu pomyślałam właśnie o tej chwili, gdy wybieraliśmy imię dla dziecka. A tu wchodzę na twój blog – i proszę!:)
    Ze starszymi dziewczynami nie miałam problemu, bo dałam im dwa imiona, które od dawna mi się podobały. Gdy zaszłam w 3 ciążę, nie mieliśmy pomysłu. Nie sądziłam, że znowu zostanę mamą – prędzej babcią (oj żebym ja tego w złą godzinę nie rzekła, gdyż dziecię me na biwaku :P) No, więc, w trzeciej ciąży (jak i w 2 poprzednich) nie chcieliśmy znać płci. Myśleliśmy więc o imieniu dla chłopca i dla dziewczynki. Siedzieliśmy w kuchni. Byłam jakoś w 2 miesiącu. Tak się zapędziliśmy, że co propozycja – to durniejsza… W końcu mówię: jest takie jedno, ładne, ale ruskie. „Nu, dawaj, dawaj!” zachęcał Tomek. :D No to mówię „Tamara”. Był zachwycony i tak już zostało. Zwłaszcza, że czasy nastały niepewne i warto było się Putinowi troszkę przypodobać :)

    • 4 lipca 2017 o 08:54

      Oj, uwierz, telefony po nocach to tylko jeden z powodów mojej ogromnej sympatii do Magdaleny ;) Nawet imienia nie zmieniłam we wpisie… nie sądzę, żeby tu zaglądała, ale jakby co – niech się ma na baczności ;)
      Co do Tamary i Putina – język wroga trzeba znać, jak mawia mój chrzestny ;) A tak poważnie – ja akurat lubię wschodnie imiona, te wszystkie Tamary, Nadie i Natasze. Oryginalne i swojskie jednocześnie.

      • 4 lipca 2017 o 14:05

        Dziękuję w imieniu Tamary i własnym:)

  7. 4 lipca 2017 o 00:10

    Cóż takiego jest w imieniu. Róża pod inną nazwą pachniałaby przecież równie słodko… pisał William Shakespeare. I chyba miał rację, bo imię jednak nas identyfikuje. Gdy byłam mała, nie cierpiałam swojego drugiego imienia, nadanego mi po mojej babci (Maria) Kojarzyło mi się z sierotką Marysią… No właśnie, sierotką. Które dziecko chce być kojarzone z sierotką ;) Myślę, że ważne, żeby wybrać dziecku takie imię, które będzie mu towarzyszyło przez całe życie, jako mały Tomuś i jako pan Tomasz, obojętne, czy będzie dyrektorem, czy będzie pracował na budowie.

    Jedna z moich koleżanek z podstawówki tak nie cierpiała swojego imienia (Monika), że po ukończeniu szkoły zmieniła je na Kaśka. Nie wiedziałam o tym i gdy spotkałam ją po paru latach na ulicy i usłyszałam „Mów mi Kaśka” to poczułam się dziwnie.

    Podobno większość ludzi adoptująca starszaki zostawia im imiona, ale myślę, że można to ustalić z dzieckiem. Przecież za jego zgodą można razem wybrać takie, które nam się spodoba a dla niego będzie początkiem nowego życia. Nie wiem, czy to dobry pomysł, ale warto spróbować…

    W swoim życiu spotkałam Majkela (bo rodzice lubili Jacksona) i Denisa (masakra, miał ten sam problem o którym piszesz!) i inne dziwne tłumaczenia z języków obcych. To według mnie ma sens, gdy rodzic jest obcokrajowcem, ale Lily Kowalska brzmi po prostu śmiesznie.

    Jeśli chodzi o starszą, to znam jedną dorosłą osobę o tym imieniu i podobno je uwielbia. Mam nadzieję, że u nas też tak będzie :)) A jak nie, to wymyślał mąż – będzie na niego ;) Młodsza ma imię, które zawsze mnie się podobało.

    • 4 lipca 2017 o 08:49

      Cytat z „Romea i Julii” :)
      Majkel skojarzył mi się z psem znajomych, także tego… Miałam też uczennicę, która nazywała się podobnie, jak przywołana przez Ciebie „Lily Kowalska”: miała bardzo „nowoczesne” zagraniczne imię i typowo polskie, w dodatku chłopskie nazwisko. Niezbyt dobrze to razem brzmiało. Zgadzam się z Tobą, że nadając dziecku imię, trzeba pamiętać, że ono kiedyś przestanie być niemowlakiem.To, co brzmi słodko w odniesieniu do małego bąbelka, niekoniecznie musi pasować do czterdziestoletniego prezesa zarządu. I dlatego, jeżeli jedynym powodem nadania dziecku „kosmicznego” imienia ma być to, że rodzice akurat mieli taki kaprys, to sorry, ale mnie ten argument nie przekonuje.

  8. 4 lipca 2017 o 13:58

    My z oczywistych względów nie zmienialiśmy imion dzieci. Dziewczyny już świadome i przyzwyczajone do nich.
    A i nam imiona przypadły do serc i gustów.

    Ps
    Dla starszego dziecka >5 lat już sama zmiana nazwiska jest czymś znaczącym.
    Pozdr
    M

    • 4 lipca 2017 o 19:15

      Fajne imiona mają te Twoje córy, bardzo na czasie, a przy tym nie są żadnymi „Dżesikami” ;)
      I święta racja z tą zmianą nazwiska, ja nawet o tym teraz nie pomyślałam… a przecież dla kilkulatka ono też jest ważną częścią tożsamości.

  9. ~Pikuś Incognito
    4 lipca 2017 o 14:40

    Z imionami, sprawa jest bardzo ciekawa. Znam wiele osób, które tak naprawdę mają zupełnie inne imiona, niż te, którymi zwracają się do nich znajomi, a nawet rodzice (mimo, że wcześniej to imię im wybrali). Znam Andrzeja, który w dowodzie ma Zenon, Anię, która jest Beatą i jeszcze parę innych osób.
    Sam miałem Smerfetkę i Hawranka (i nie są to tylko pseudonimy literackie). Ta ostatnia dwójka reagowała także na te określenia, co udzielało się również naszym znajomym, rodzinie, a nawet rodzicom adopcyjnym tych dzieci. Wydaje mi się, że jednak w takim przypadku należy również posługiwać się właściwym imieniem (żeby dziecko go nie zapomniało). Pamiętam, że w podstawówce miałem koleżankę, która uważała, że ma na imię Niunia.

    • 4 lipca 2017 o 19:14

      Też znam kilka osób, które przedstawiały się inaczej, niż miały rzeczywiście na imię. O jednej z nich dowiedziałam się, kiedy… zapytała mnie o nią policja :D Dobrze, że chociaż nazwisko się zgadzało. Mnie się bardziej podoba moje drugie imię, ale nigdy nie wpadłam na pomysł, żeby je zamieniać. Nie czuję takiej potrzeby.

  10. 5 lipca 2017 o 16:31

    Dawno mnie u Ciebie nie było, widzę to przede wszystkim po nowych wieściach. Więc od tego zacznę – gratulacje! Cieszę się bardzo, znaleźliście swoje małe (wielkie) szczęście! :)
    No a teraz zdradź wreszcie to imię, kobieto ;P

    Ja dzieci nie mam (być może jeszcze, być może w ogóle), ale też mam swoje imienne ulubieńce. I również – zwyczajne, normalne. Podoba mi się Zofia, Zuzanna i Agata, Olga, Magda; z męskich – szczególnie Sebastian, Michał, Andrzej. Plus niektóre bardziej staroświeckie. Jestem trochę uczulona na te supermodne, szczególnie z niepolskim zapisem – wszystkie Nicole/Nicol, Brajany, Xaviery i podobne. Poza tym jakoś nie trawię imienia Oliwia, bogowie wiedzą czemu…

    Pamiętam z zajęć z kultury języka taką śliczną historię o nadawaniu dzieciom imion (a jednocześnie wyjaśnienie, dlaczego Rada Języka Polskiego jest dobrą rzeczą); otóz po ’89 pewna para rodziców chciała nazwać swojego niemowlaka „Solidarek”, na cześć Solidarności oczywiście. Urzędnik, ogłupiały i zdezorientowany, zawołał na pomoc Radę Języka Polskiego. Ta nie zgodziła się na nadanie takiego imienia, tłumacząc rodzicom: a jeśli Solidarność upadnie albo zmieni swój charakter i nie będzie się on wam podobał, a jeśli zmieni się znów ustrój w kraju, a jeśli dziecko będzie miało inne poglądy polityczne niż rodzice?
    No i „Solidarek” nie przeszedł. Szczęśliwe dziecko, nie wie nawet, jaki los chcieli mu rodzice zgotować ;) Wyobrażasz sobie takie cztero-, pięciolatki w piaskownicy, wołane nagle przez dumne mamusie: Poaczka, Pisówka, Elpeerek, Eseldek, do domu na obiad? Czasem strach się bać inwencji rodziców :D

    Lubię „zwykłe” imiona – w dzisiejszych czasach stają się niezwykłe.

    Trzymam kciuki, żeby Wam Wasza mała Księżniczka dobrze, zdrowo i radośnie rosła :)

    • 5 lipca 2017 o 20:22

      A dziękuję, dziękuję. Ze wspomnianych zajęć pamiętam z kolei inną, choć podobną historię – o tym, jak rodzice chcieli nazwać córkę Kurtyzana, bo usłyszeli w filmie, że „u księcia zastano kurtyzanę” i byli przekonani, że to imię.

      • 6 lipca 2017 o 13:27

        Kurtyzana przebija Solidarka ;) O, a w „Pat ze Srebrnego Gaju” Justysia chciałaby, aby nowo narodzoną dziewczynkę nazwać „Domeną”, rodzina Gardinerów zaś podejrzewa, że ma na myśli Dominikę, choć Justysia twardo obstaje przy swoim. A Pat, wyrywająca łodyżki, które miały zadecydować, kto nada dziecku imię, stwierdza (przy łodyżce Justysi): zresztą żadne dziecko nie zasługiwało na to, by się nazywać Domeną :D

  11. 5 lipca 2017 o 16:32

    PS Ta Talula lepiej brzmi w polskim tłumaczeniu niż angielskim oryginale ;)

  12. ~t.vik
    7 lipca 2017 o 18:59

    Mój syn zmienił sobie imię. W Polsce miał rzadko spotykane, ale jak się przeprowadziliśmy do Szwecji, to tubylcy nie wiedzieli jak je wymawiać (chociaż jest proste i łatwe w wymowie dla każdego, kto chce), po prostu odwracali akcent, a inni słysząc taką (szwedzką) wymowę myśleli, że mowa o dziewczynce. Nowe imię wybrał sam. Nam jako rodzicom bardzo trudno było się do tego przyzwyczaić. Do tej pory nie możemy w niektórych momentach (zwłaszcza ekstremalnych) zwracać się do niego nowym imieniem, kiedy bardziej po prostu pasuje to dawne, to pierwsze, to wyszukane przez nas z niemałym wysiłkiem :D i wyśpiewywane do uszu, które chowały się przed nami za ścianą brzucha :) A w ogóle, to miał być Pamelą, bo tak wyszło dowcipnemu lekarzowi na kryształowej kuli zwanej USG :D

    • 8 lipca 2017 o 10:21

      Ja miałam być Michałem albo Karoliną. Pierwsze odpadło z przyczyn oczywistych, na drugie nie zgodziła się prababcia z powodu jakichś osobistych uprzedzeń, a że zmarła krótko przed moim urodzeniem, to mama po prostu uszanowała jej wolę.

      • ~t.vik
        8 lipca 2017 o 11:35

        Nie byłoby tak źle z tą Karoliną :)
        Gorzej z Michałem :D

  13. ~Soñadora
    20 sierpnia 2017 o 22:22

    Po pierwsze cieszę się, że skomentowałaś jeden z wpisów na moim blogu, dzięki czemu trafiłam na Twój i zostanę tu na dłużej:) Po drugie, co do imienia. Mój mąż jest obcokrajowcem, więc wg mnie mieliśmy utrudnione zadanie. Dla dziewczynki mieliśmy wybranych kilka imion, które brzmią tak samo lub podobnie w obu językach. I wszystkie nam się podobały. Dla chłopca wybraliśmy raptem trzy, z czego żadne tak naprawdę nie było moim ulubionym. Ja chciałam Aleksandra lub Adama, ale mój mąż nie mógł się do nich przekonać. Adam fatalnie brzmi w jego języku, a Aleksander to imię mojego brata, i nie chciał, żeby nasz syn nazywał się jak jego wujek. Jak poznaliśmy Rysia, to ciągle nie zdecydowaliśmy się na imię dla niego. Ale kolejnego dnia po wizycie u małego poszłam ostatni raz do pracy, pozamykać wszystkie sprawy i na pytanie, jak będzie miał na imię, bez zastanowienia podałam imię, które Ryś nosi (Ryś to jego imię na potrzeby bloga – dla niewtajemniczonych:). Idealnie do niego pasuje:) Zanim poznaliśmy jego historię, mieliśmy zamiar zostawić mu imię nadane przez matkę biologiczną. Ostatecznie drugie imię ma po moim tacie, bo nadane przez mb nie miało dla niej żadnego znaczenia i zostało wybrane bo szpital kazał. Nie taką historię chcę opowiedzieć mojemu dziecku w przyszłości.

    • 21 sierpnia 2017 o 16:15

      Bardzo mi miło, że do mnie zajrzałaś. Ja też się dobrze u Ciebie czuję, zwłaszcza że z racji wieku dzieci Twoje problemy wydają mi się dziwnie znajome ;)
      U nas z nadaniem imienia było bardzo podobnie…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *