Day: Lipiec 10, 2017

Siedem grzechów głównych blogerów parentingowych

Zakładając moje „Stożki”, nie sądziłam, że w ogóle ktoś poza mną będzie to czytał. Liczba wyświetleń jednak nie kłamie – naprawdę mam Czytelników! Sama również zaglądam do wielu z Was, posiadam swoje ulubione blogi – takie do porannej kawy, do głębszej refleksji albo obu jednocześnie. Pisałam o większości z nich w poprzednim poście. Ponieważ podobne witryny mnożą się jak grzyby po deszczu, trafiam czasem i na takie teksty, które wybitnie mnie irytują – najczęściej z tych samych powodów. Co więcej, sama nie jestem tu bez winy. Również czasami popełniam grzechy główne rodzicielskiego blogowania…

1. Udawanie eksperta od wszystkiego

Nie oszukujmy się – nasza blogerska wiedza o wychowaniu dzieci bierze się głównie z własnego (i to często pojedynczego!) doświadczenia, zaprzyjaźnionych blogów oraz innych czeluści Internetu, o wiele rzadziej z publikacji naukowych czy szerszej perspektywy, jaką daje np. praca w przedszkolu albo domu dziecka. Mimo tego czasem jesteśmy święcie przekonani, że znamy się na wszystkich aspektach rodzicielstwa – od jakości pieluch poszczególnych marek aż po najskuteczniejsze metody dyscyplinujące.

2. Generalizowanie

Punkt pierwszy bierze się stąd, że (często nieświadomie) rozszerzamy jednostkowe doświadczenia na ogół rodziców; ergo, jeżeli nasze dziecko nie toleruje mleka marki X, to zakładamy, że mleko X jest złe i szczerze odradzamy jego zakup. I odwrotnie – skoro nasza pociecha uwielbia zasypiać przy dźwiękach (załóżmy) Disco Polo, to polecamy Zenka Martyniuka jako panaceum na wszystkie problemy ze snem, dziecięcym i nie tylko. Wynika to oczywiście z dobrej woli: chcemy doradzić i ustrzec innych przed błędami, ale stąd już tylko krok do grzechu numer 3.

3. Pouczanie innych rodziców (i reszty świata)

Do napisania dzisiejszego tekstu skłoniło mnie przede wszystkim kilka linków do popularnych blogów, atakujących moją tablicę na Facebooku nagłówkami w stylu: „Nie rób tego swojemu dziecku!”, „Sprawdź, czy nie rujnujesz córce dzieciństwa!” etc. Pół biedy, kiedy po kliknięciu w taki tytuł trafia się na naprawdę wartościowy i/lub odkrywczy tekst (na przykład na temat tego, jak dziecko tonie – ostatnio poruszany przez wielu autorów, moim zdaniem słusznie). Gorzej, że często rzekomą krzywdą dla malucha okazuje się każda metoda wychowawcza, która nie pasuje autorce lub autorowi podlinkowanego wpisu. Niedawno zirytował mnie pewien post o tym, że dobre matki śpią ze swoimi dziećmi, a pozostałe są złe, bowiem zmuszają dziecko do przebywania samotnie w ciemnościach. Przyznaję, odebrałam to w pewien sposób personalnie. Księżniczka od pierwszej doby u nas usypia w swoim łóżeczku i nie widzę powodu, żeby to na siłę zmieniać. Do tej pory dwa razy obudziła się w nocy niespokojna i nie chciała zasnąć – wtedy oczywiście wzięliśmy ją do siebie bez żadnego „ale”. I będziemy to robić za każdym razem, kiedy zajdzie potrzeba. Nie uważam jednak, żebym robiła córce krzywdę, pozwalając jej spać samodzielnie, skoro ona nie ma nic przeciwko temu. Oczywiście jednak są blogerzy, którzy wiedzą lepiej, co jest dobre dla mojego dziecka. I żeby nie było: ja też pewnie mam na koncie takie teksty, chociaż staram się tego grzechu nie popełniać.

 4. Pochopne ocenianie

O, w tym to ja niestety jestem mistrzynią. Bardzo często wpisy na blogach (nie tylko moim) powstają pod wpływem impulsu, wywołanego jakąś jednostkową sytuacją. Ot, widzieliśmy gdzieś matkę krzyczącą na dziecko, więc napiszmy o tym, jak to dorośli wykorzystują swoją przewagę fizyczną i symboliczną, wrzeszcząc, zamiast rozmawiać i tłumaczyć. I oczywiście obsmarujmy tę matkę, a co tam. Nieważne, że kontekst spostrzeżonej sytuacji może być zupełnie inny, niż sobie wyobrażamy. Ocenianie efektu przychodzi nam świetnie, kto by się tam przejmował przyczyną. My przecież jesteśmy idealni, nie popełniamy błędów wychowawczych, więc niech to inni się martwią.

 5. Lokowanie produktu w każdym zdaniu

Nie mam nic przeciwko artykułom sponsorowanym, zawierającym np. recenzje jakichś gadżetów dla dzieci. Chętnie korzystam z doświadczeń innych blogerów, planując zakupy dla Księżniczki. Wiele z tych tekstów jest napisanych ciekawie, z humorem, dobrze się je czyta. Nawet trochę zazdroszczę autorom, bo też bym coś chętnie zrecenzowała, a nie wiem, jak się do tego zabrać. Problem zaczyna się wówczas, kiedy nazwa produktu (opatrzona milionem hashtagów i hiperlinków) pojawia się w każdym wersie. Mam na myśli wpisy w takim stylu:

Obudziłam się w puszystej i hipoalergicznej pościeli firmy Stary Baran #StaryBaran, #Pościel, #Kołdra, #Poduszka, #ZdrowySen, #BioEkoNatural, #WcaleNieŚmierdziZagrodą. Wstałam, wsunęłam stopy w ekstrasupermegahiperdupermiękkie kapcie z najnowszej kolekcji SeSeSe #SeSeSe, #Kapcie, #Miękko, #Wygodnie, #WymarzoneObuwie, #NieMamGrzybicyHurra. Podeszłam do synka, śpiącego w niebieskiej piżamce z Ą&Ę #Ą&Ę, #Piżama, #KidsCollection, #Instakid (koniecznie!), #BawełnaZPólElizejskichAlboZSamegoRaju i stwierdziłam, że czas sprawdzić stan jego super chłonnej ekstra miękkiej i niezastąpionej pieluszki, oczywiście tylko firmy Bamber #BamberSensitive, #Pieluszka, #Instababy, #Instakid (drugi raz nie zaszkodzi dla pewności), #Instaboy, #Siku, #Kupa, #Hashtag na wszelki wypadek.

Przecież przez to się nie da przebrnąć!!!

6. Brak dbałości o język

Wiadomo, że nie każdy musi być Mickiewiczem ani pisać pentametrem jambicznym. Nie mówię też o sporadycznych literówkach, nielicznych powtórzeniach czy drobnych potknięciach interpunkcyjnych, bo te zdarzają się każdemu, pewnie z szanow(a)nym prof. Miodkiem włącznie. Sporo jest jednak blogów, straszących ortografią porównywalną z dyktandem niezbyt pracowitego pierwszoklasisty i składnią na poziomie początkującego cudzoziemca, dopiero zgłębiającego tajniki polszczyzny. Mamy dzisiaj tyle pomocnych i łatwo dostępnych narzędzi (choćby zwykła autokorekta w Wordzie, o tradycyjnym słowniku nie mówiąc!), że językowe niechlujstwo świadczy moim zdaniem o braku szacunku do Czytelnika. Jego zresztą dotyczy także siódmy, ostatni grzech główny.

7. Nieliczenie się z Czytelnikiem

Zdradzę coś tym z Was, którzy nie prowadzą swoich blogów. O wiele łatwiej (co nie znaczy, że przyjemniej!) pisało mi się na początku, kiedy zaglądało tu tylko kilka osób poza mną. Pisałam, co chcę, w mniejszym stopniu myśląc o tym, co ktoś po drugiej stronie ekranu chce przeczytać. Teraz przed każdym postem zastanawiam się, co właściwie mam zamiar przekazać, w jakim celu i czy to w ogóle jest potrzebne. Pozwalam sobie również na osobiste historie lub dłuższe dygresje, zresztą bardzo lubię je czytać także u innych. Trudno jednak zachować równowagę pomiędzy byciem sobą, a byciem autorem. Niektórym blogerom ta sztuka kompletnie się nie udaje. Są tak bardzo przekonani o swoim geniuszu i własnej nieomylności, że piszą chaotycznie, nie na temat, stosują niezrozumiałe dla odbiorcy skróty myślowe albo nie biorą pod uwagę, że mogą kogoś nieświadomie urazić. Być może mój dzisiejszy tekst też jest tego przykładem, choć mam na myśli kwestię nieco odmienną. Ostatnio wyczytałam na jednym z blogów, że (wybaczcie, pominę kontekst, aby nie przedłużać – okoliczności tej wypowiedzi są nieistotne dla zrozumienia sedna sprawy) żony mogłyby wytykać mężom, iż zarabiają tylko „cztery tysie” na rękę i od roku nie dostali podwyżki. Wiecie… mieszkam w niewielkim mieście, w którym te „cztery tysie” na rękę to niedoścignione marzenie większości mieszkańców, bez względu na zawód, wykształcenie i doświadczenie. Po lekturze takiego tekstu mam wrażenie, że ktoś właśnie przyłożył mi w twarz.

Co o tym myślicie? Jestem otwarta na krytykę! :oops: