Siedem grzechów głównych blogerów parentingowych

Zakładając moje „Stożki”, nie sądziłam, że w ogóle ktoś poza mną będzie to czytał. Liczba wyświetleń jednak nie kłamie – naprawdę mam Czytelników! Sama również zaglądam do wielu z Was, posiadam swoje ulubione blogi – takie do porannej kawy, do głębszej refleksji albo obu jednocześnie. Pisałam o większości z nich w poprzednim poście. Ponieważ podobne witryny mnożą się jak grzyby po deszczu, trafiam czasem i na takie teksty, które wybitnie mnie irytują – najczęściej z tych samych powodów. Co więcej, sama nie jestem tu bez winy. Również czasami popełniam grzechy główne rodzicielskiego blogowania…

1. Udawanie eksperta od wszystkiego

Nie oszukujmy się – nasza blogerska wiedza o wychowaniu dzieci bierze się głównie z własnego (i to często pojedynczego!) doświadczenia, zaprzyjaźnionych blogów oraz innych czeluści Internetu, o wiele rzadziej z publikacji naukowych czy szerszej perspektywy, jaką daje np. praca w przedszkolu albo domu dziecka. Mimo tego czasem jesteśmy święcie przekonani, że znamy się na wszystkich aspektach rodzicielstwa – od jakości pieluch poszczególnych marek aż po najskuteczniejsze metody dyscyplinujące.

2. Generalizowanie

Punkt pierwszy bierze się stąd, że (często nieświadomie) rozszerzamy jednostkowe doświadczenia na ogół rodziców; ergo, jeżeli nasze dziecko nie toleruje mleka marki X, to zakładamy, że mleko X jest złe i szczerze odradzamy jego zakup. I odwrotnie – skoro nasza pociecha uwielbia zasypiać przy dźwiękach (załóżmy) Disco Polo, to polecamy Zenka Martyniuka jako panaceum na wszystkie problemy ze snem, dziecięcym i nie tylko. Wynika to oczywiście z dobrej woli: chcemy doradzić i ustrzec innych przed błędami, ale stąd już tylko krok do grzechu numer 3.

3. Pouczanie innych rodziców (i reszty świata)

Do napisania dzisiejszego tekstu skłoniło mnie przede wszystkim kilka linków do popularnych blogów, atakujących moją tablicę na Facebooku nagłówkami w stylu: „Nie rób tego swojemu dziecku!”, „Sprawdź, czy nie rujnujesz córce dzieciństwa!” etc. Pół biedy, kiedy po kliknięciu w taki tytuł trafia się na naprawdę wartościowy i/lub odkrywczy tekst (na przykład na temat tego, jak dziecko tonie – ostatnio poruszany przez wielu autorów, moim zdaniem słusznie). Gorzej, że często rzekomą krzywdą dla malucha okazuje się każda metoda wychowawcza, która nie pasuje autorce lub autorowi podlinkowanego wpisu. Niedawno zirytował mnie pewien post o tym, że dobre matki śpią ze swoimi dziećmi, a pozostałe są złe, bowiem zmuszają dziecko do przebywania samotnie w ciemnościach. Przyznaję, odebrałam to w pewien sposób personalnie. Księżniczka od pierwszej doby u nas usypia w swoim łóżeczku i nie widzę powodu, żeby to na siłę zmieniać. Do tej pory dwa razy obudziła się w nocy niespokojna i nie chciała zasnąć – wtedy oczywiście wzięliśmy ją do siebie bez żadnego „ale”. I będziemy to robić za każdym razem, kiedy zajdzie potrzeba. Nie uważam jednak, żebym robiła córce krzywdę, pozwalając jej spać samodzielnie, skoro ona nie ma nic przeciwko temu. Oczywiście jednak są blogerzy, którzy wiedzą lepiej, co jest dobre dla mojego dziecka. I żeby nie było: ja też pewnie mam na koncie takie teksty, chociaż staram się tego grzechu nie popełniać.

 4. Pochopne ocenianie

O, w tym to ja niestety jestem mistrzynią. Bardzo często wpisy na blogach (nie tylko moim) powstają pod wpływem impulsu, wywołanego jakąś jednostkową sytuacją. Ot, widzieliśmy gdzieś matkę krzyczącą na dziecko, więc napiszmy o tym, jak to dorośli wykorzystują swoją przewagę fizyczną i symboliczną, wrzeszcząc, zamiast rozmawiać i tłumaczyć. I oczywiście obsmarujmy tę matkę, a co tam. Nieważne, że kontekst spostrzeżonej sytuacji może być zupełnie inny, niż sobie wyobrażamy. Ocenianie efektu przychodzi nam świetnie, kto by się tam przejmował przyczyną. My przecież jesteśmy idealni, nie popełniamy błędów wychowawczych, więc niech to inni się martwią.

 5. Lokowanie produktu w każdym zdaniu

Nie mam nic przeciwko artykułom sponsorowanym, zawierającym np. recenzje jakichś gadżetów dla dzieci. Chętnie korzystam z doświadczeń innych blogerów, planując zakupy dla Księżniczki. Wiele z tych tekstów jest napisanych ciekawie, z humorem, dobrze się je czyta. Nawet trochę zazdroszczę autorom, bo też bym coś chętnie zrecenzowała, a nie wiem, jak się do tego zabrać. Problem zaczyna się wówczas, kiedy nazwa produktu (opatrzona milionem hashtagów i hiperlinków) pojawia się w każdym wersie. Mam na myśli wpisy w takim stylu:

Obudziłam się w puszystej i hipoalergicznej pościeli firmy Stary Baran #StaryBaran, #Pościel, #Kołdra, #Poduszka, #ZdrowySen, #BioEkoNatural, #WcaleNieŚmierdziZagrodą. Wstałam, wsunęłam stopy w ekstrasupermegahiperdupermiękkie kapcie z najnowszej kolekcji SeSeSe #SeSeSe, #Kapcie, #Miękko, #Wygodnie, #WymarzoneObuwie, #NieMamGrzybicyHurra. Podeszłam do synka, śpiącego w niebieskiej piżamce z Ą&Ę #Ą&Ę, #Piżama, #KidsCollection, #Instakid (koniecznie!), #BawełnaZPólElizejskichAlboZSamegoRaju i stwierdziłam, że czas sprawdzić stan jego super chłonnej ekstra miękkiej i niezastąpionej pieluszki, oczywiście tylko firmy Bamber #BamberSensitive, #Pieluszka, #Instababy, #Instakid (drugi raz nie zaszkodzi dla pewności), #Instaboy, #Siku, #Kupa, #Hashtag na wszelki wypadek.

Przecież przez to się nie da przebrnąć!!!

6. Brak dbałości o język

Wiadomo, że nie każdy musi być Mickiewiczem ani pisać pentametrem jambicznym. Nie mówię też o sporadycznych literówkach, nielicznych powtórzeniach czy drobnych potknięciach interpunkcyjnych, bo te zdarzają się każdemu, pewnie z szanow(a)nym prof. Miodkiem włącznie. Sporo jest jednak blogów, straszących ortografią porównywalną z dyktandem niezbyt pracowitego pierwszoklasisty i składnią na poziomie początkującego cudzoziemca, dopiero zgłębiającego tajniki polszczyzny. Mamy dzisiaj tyle pomocnych i łatwo dostępnych narzędzi (choćby zwykła autokorekta w Wordzie, o tradycyjnym słowniku nie mówiąc!), że językowe niechlujstwo świadczy moim zdaniem o braku szacunku do Czytelnika. Jego zresztą dotyczy także siódmy, ostatni grzech główny.

7. Nieliczenie się z Czytelnikiem

Zdradzę coś tym z Was, którzy nie prowadzą swoich blogów. O wiele łatwiej (co nie znaczy, że przyjemniej!) pisało mi się na początku, kiedy zaglądało tu tylko kilka osób poza mną. Pisałam, co chcę, w mniejszym stopniu myśląc o tym, co ktoś po drugiej stronie ekranu chce przeczytać. Teraz przed każdym postem zastanawiam się, co właściwie mam zamiar przekazać, w jakim celu i czy to w ogóle jest potrzebne. Pozwalam sobie również na osobiste historie lub dłuższe dygresje, zresztą bardzo lubię je czytać także u innych. Trudno jednak zachować równowagę pomiędzy byciem sobą, a byciem autorem. Niektórym blogerom ta sztuka kompletnie się nie udaje. Są tak bardzo przekonani o swoim geniuszu i własnej nieomylności, że piszą chaotycznie, nie na temat, stosują niezrozumiałe dla odbiorcy skróty myślowe albo nie biorą pod uwagę, że mogą kogoś nieświadomie urazić. Być może mój dzisiejszy tekst też jest tego przykładem, choć mam na myśli kwestię nieco odmienną. Ostatnio wyczytałam na jednym z blogów, że (wybaczcie, pominę kontekst, aby nie przedłużać – okoliczności tej wypowiedzi są nieistotne dla zrozumienia sedna sprawy) żony mogłyby wytykać mężom, iż zarabiają tylko „cztery tysie” na rękę i od roku nie dostali podwyżki. Wiecie… mieszkam w niewielkim mieście, w którym te „cztery tysie” na rękę to niedoścignione marzenie większości mieszkańców, bez względu na zawód, wykształcenie i doświadczenie. Po lekturze takiego tekstu mam wrażenie, że ktoś właśnie przyłożył mi w twarz.

Co o tym myślicie? Jestem otwarta na krytykę! :oops:

  23 comments for “Siedem grzechów głównych blogerów parentingowych

  1. ~tysmak
    10 lipca 2017 o 14:25

    To ja się tu spodziewałem nauki pływania z dmuchanymi rękawkami na nogach a tu nic takiego nie było.

  2. 10 lipca 2017 o 15:18

    Póki tylko z dmuchanymi, a nie betonowymi, to ja tu kontrowersji nie widzę ;)

  3. 10 lipca 2017 o 15:21

    Punkt 2 sprawił, że oślepłam, ogłuchłam, wpadłam w stan lękowy, popuściłam ze stresu i na chwilę musiałam przerwać lekturę. Wyobraziłam sobie, bowiem, disco polo puszczane dziecku do snu.
    Gdy ponownie wróciłam do czytania – przy punkcie 5 wybuchłam śmiechem i oplułam się obiadem, a Tamaluga luknęła na mnie i też zaczęła się śmiać.

    Oczywiście, zgadzam się z powyższym, ze wszystkimi punktami. Cóż mogę dodać? Chyba tylko to, że Tamaluga też sypia sama od początku. Uwielbia swoje łóżeczko i nawet gdy poleży sobie czasem z nami, to gdy już sen ją dopadnie, pokazuje, że chce do swojego łóżeczka. No i jeszcze to, że „cztery tysie” to też dla mnie kupa kasy:)

    • ~Lady Makbet
      10 lipca 2017 o 15:53

      Z tym „diskiem polem” to akurat przykład z życia. Znam Ci ja takie dziecię (nie moje na całe szczęście), które przy niczym innym zasnąć nie chce. No i co zrobisz, jak nic nie zrobisz?

      • 10 lipca 2017 o 17:42

        No cóż, w takim przypadku to tylko jakaś terapia, gdy dorośnie :D A na poważnie – mam nadzieję, że mu przejdzie.
        Przypomniało mi się, jak urodziła się moja najstarsza. Mój najlepszy kolega przybył z życzeniami. Akurat coś robiłam w kuchni i słyszę z pokoju: „i żebyś się zdrowo rozwijała, i żebyś nigdy nie polubiła disco polo…” Także, tego. Na szczęście życzenie spełnione.

        • 10 lipca 2017 o 18:32

          Poruszyłaś moją wyobraźnią i to niebezpiecznie mocno, bo zaczęłam się właśnie zastanawiać, jakie życiowe wybory Księżniczki mogą być gorsze od miłości do Zenka Martyniuka… Wystąpienie w „Warszaw Shore”? Zostanie klientką roku w MacDonaldzie? A może odwrotnie – przejście na dietę bezglutenową, bezmięsną, bezmleczną, bezowocową i bezsensowną?

          • 10 lipca 2017 o 19:43

            Hahaha Teraz ty poruszyłaś moją wyobraźnią! Już mi coraz większe głupoty przychodzą do głowy, przy których błagałabym Boga żeby to jednak był Martyniuk :D

  4. ~t.vik
    10 lipca 2017 o 16:22

    Pierwsze cztery punkty potraktuję generalnie ;)
    Wydaje mi się, że udaje mi się obiektywnie podchodzić do sprawy, jaka by nie była, ale pewnie masz rację. I pewnie niejedna osoba czytająca coś tam na moim blogu, czy jakiegoś mojego komentarza na innym, dopatrzyłaby się takiego czegoś :)
    5) To jest to, czego nie lubię na blogach. Oczywiście dużo zależy od stopnia nasączenia tekstu reklamą. W skali od 1 do 10, przy jedynce tekst jest fajny, ale już od czwórki trochę mi trudno utrzymać zainteresowanie tekstem, bo kto chciałby łowić sens? Przy piątce daję sobie spokój z czytaniem tego wpisu.
    6) Podobnie jak w punkcie piątym. Ilość błędów decyduje o tym czy czytam, czy nie. Chyba, że temat mnie wciąga jak czarna dziura na horyzoncie zdarzeń :)

    „Otwarta na krytykę”? Przecież ten tekst jest znakomity!!!
    Pozdro! ;)

  5. ~t.vik
    10 lipca 2017 o 17:04

    A co do „czterech tysi”, życzę Ci żeby co najmniej tyle wynosił podatek od Twojego miesięcznego wynagrodzenia ;)

    • 10 lipca 2017 o 18:27

      Jeśli do tego dojdzie, to się podzielę. Masz moje słowo!

      • ~t.vik
        10 lipca 2017 o 18:41

        Spoko, 1% dla wskazanych potrzebujących możesz już teraz ;)
        Resztą się nie dziel, apetyt (potrzeby) rośnie w miarę jedzenia :)

  6. 10 lipca 2017 o 20:26

    Niemamgrzybicyhurra – zabiło mnie :D
    Oczywiście pod całym tekstem się podpisuję.
    Weszłam do Ciebie po Twoim komentarzu u Tamalugowej mateczki :)
    Pozdrawiam! :)

  7. 10 lipca 2017 o 22:44

    Cóż mogę powiedzieć…Sama też całe mnóstwo błędów (zarówno tych wymienionych w tekście, jak i zupełnie innych) jako blogerka popełniłam i pewnie nadal popełniać będę – ale w sumie nie muszę się jakoś szczególnie mieć na baczności, bo tych „czterech tysi” z blogowania i tak nigdy na oczy nie ujrzę (choćbym nie popełniła nawet i żadnego z nich ;) )

    P.S. Moje dziecko lubi disco polo i Zenka ;)

    • 11 lipca 2017 o 07:45

      Mam wrażenie, że większość dzieci lubi disco polo, bo jest skoczne i łatwo wpada w ucho. Tylko nie wszystkie maluchy domagają się tego jako kołysanki ;)

  8. 11 lipca 2017 o 14:24

    Super tekst! :) Hashtagi wymiatają :D
    Nie mnie oceniać innych, ale wydaje mi się, że trafnie wytknęłaś wszystkie błędy. Postaram się ich unikać jak ognia :) Bo w sumie cóż ja mogę komuś doradzać, ekspertem nie jestem. Mogę napisać co działa u nas, albo jak my nauczyliśmy dziewczynki czegoś tam. Może komuś taka rada się przyda, po to piszę.
    Co do muzyki to u nas królowały dziecięce przeboje i może nie Disco Polo tylko raczej Pop. Kiedy raz puściliśmy Beethovena, mała tak płakała, że trzeba było wyłączyć. I tyle ze wspaniałych rad, żeby puszczać muzykę klasyczną ;) Teraz, gdy starszej coś się nie podoba, mówi zdegustowana „Mamusia, słabe to!” :D Młodsza macha rączkami i krzyczy „Nie,nie!”
    Teksty z tytułami „Nie rób tego swojemu dziecku” często są słabe, albo nie mówią o niczym szczególnym. Ale dobrze się sprzedają, ludzie lubią sensację, o to w tym wszystkim chodzi. A my czytając taki post czy artykuł bierzemy to osobiście do siebie ( a jakże ) i zaraz tysiące myśli w głowie, że „a nuż mają racje”?

  9. 11 lipca 2017 o 16:13

    Przy punkcie piątym uśmiałam się do łez (hashtagnawszelkiwypadek wygrywa). A poza tym – nie tyle w kontekście blogów parentingowych, ile blogów w ogóle – fakt, wiele z tych grzechów popełnianych jest często, bardzo często, cholernie często. Łatwiej mi je zrozumieć u początkujących, gorzej gdy pojawiają się u blogerów o dłuższym stażu – czasem to taki sygnał przejścia z „jestem blogerkem, bloguję sobie i jest fajnie, bo ludzie mnie chcą czytać” do „jestę blogerę, ą i ę, moje wpisy to cuda na kiju, a plebs niech się kłania w pół, że ma szansę w ogóle je zobaczyć”. Jasne, przeginam, to na szczęście zbyt częste nie jest, ale się zdarza. A czasem może to kwestia odpuszczenia sobie – ludzie czytają, komentują, chwalą, czyli jest mega, więc mogę sobie trochę odpuścić.
    Ale hashtagów w każdej linijce nic nie usprawiedliwi! No, chyba że te „cztery tysie” – za to też bym sadziła hashtagi jak buraki na polu.

  10. 11 lipca 2017 o 20:20

    No nieźle… A z tymi grzechami blogujących rodziców to jak z błędami wychowawczymi. Jedne są częścią blogowania, a inne nieodłączną częścią bycia rodzicem. Z blogami natomiast jest ten problem, że część z nich ma charakter „modowy” – pisane bo tak należy choć w sumie nie ma się o czym lub nie ma czym, a część to sposób na „biznes” – na reklamach można zarobić.

    Pozdr
    M

  11. ~Pikuś Incognito
    13 lipca 2017 o 00:16

    Również zauważam opisane przez Ciebie „grzechy blogerów”. Jedne drażnią mnie mniej, inne bardziej, i pewnie każdemu blogerowi co jakiś czas się przytrafiają (tak samo jak w życiu). Gorzej, gdy blog jest jednym wielkim „grzechem”.
    Jednak paradoksalnie, największą uwagę zwróciłem w Twoim opisie na to, że w momencie, gdy bloger zauważa, że czyta go coraz więcej osób, to coraz bardziej się przykłada. Nawet jeżeli jest to zjawisko marginalne, to mimo wszystko jest budujące – najlepsze blogi stają się coraz lepsze.

  12. 15 lipca 2017 o 23:55

    Nie wiem czy to będzie kolejny grzech, ale teraz kilka miłe słowo dla Autorki – czytam, czytam i to z przyjemnością :) Nie ma tu nic z wzajemności,bo jakbym nie czuła się tu dobrze, to bym po prostu nie zaglądała. A kilka blogów już pożegnałam, m.in. z powodów, o których piszesz. Z przyjemnością zaglądałam na taki jeden zwany parentingowym, ale jak autorka przy okazji budowy domu, zaczęła reklamować chyba wszystko, dałam sobie spokój. Choć kto wie, może nie powinnam taki pisać, bo może się okaże, że dzięki blogowi uda mi się sporo przyoszczędzić przy budowie domu :) Póki co cieszę się, że mam z tego pisania kilka książeczek dla Tygrysa, choć przed każdym wpisem, mam tez takie dylematy… przecież już tyle o tej książce napisano, ale pisze, bo sprawia mi to przyjemność. I o to w tym naszym pisaniu chodzi.

  13. 22 lipca 2017 o 13:49

    Hasztagami wygrałaś :D Się pośmiałam :D
    I niestety zgadzam się z punktami, choc dziecka jeszcze nie mam i nie zagłębiam się w takie blogi :)
    To samo jest z resztą jak wyjdziesz z matkami polkami na ławkę przy placu zabaw :)
    Prawie wszystkie moje znajome mają już bobo i je uwielbiam (dzieci oczywiście :D ) Ale jak matki się dobiorą to potrafią wszystko skrytykować, nawet coś co naprawdę cieszy się dobrą opinią w internecie itp. :)

    • 22 lipca 2017 o 17:50

      Nie ma rzeczy uniwersalnych, to normalne, że u jednego coś się sprawdza, u innego nie. Grunt to umieć o tym rozmawiać bez napinania się :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *