Okołochrzcielne rozważania o rodzicach chrzestnych i nie tylko

Większość sakramentów świętych ma w naszej kulturze podwójny, a nawet potrójny wymiar: oprócz aspektu religijnego są elementem tradycji scalającej rodzinę (czyli prawie świeckiej), a także niestety okazją do wręczania coraz droższych prezentów.

O pierwszym z tych aspektów trudno mi się wypowiadać, ponieważ uważam, że wiara zawsze jest kwestią indywidualną. Każdy człowiek relacje z Bogiem (bądź ich brak) przeżywa inaczej. Jestem wierząca, swoją drużynę harcerską prowadziłam przy jednej z lokalnych parafii. Mój mąż przez wiele lat był ministrantem. Dla nas, jako osób związanych z Kościołem, chrzest dziecka jest ważnym przeżyciem duchowym, prawdziwym włączeniem córki do wspólnoty Dzieci Bożych. Czujemy też, że nadanie maleństwu imienia podczas chrztu ma większą moc, jest jakieś takie „pełniejsze”, niż zrobienie tego w urzędzie lub – jak w przypadku Księżniczki – sądownie. Nie zamierzam jednak nikogo w tym miejscu do niczego przekonywać ani nawracać, a już tym bardziej nie na blogu.

Wiele osób niewierzących także chrzci swoje dzieci. I tutaj na plan pierwszy wysuwa się ten drugi aspekt sakramentu – rodzinny. Przyjęcie po uroczystości jest dobrą okazją do spotkania dawno niewidzianych krewnych, odnowienia więzi z tymi, którzy mieszkają daleko, a przede wszystkim razem z samym chrztem pełni funkcję inicjacyjną, jest momentem oficjalnego wprowadzenia dziecka do rodziny. Zanim to jednak nastąpi, młodzi rodzice muszą się nieźle nagłowić (choć pewnie nie we wszystkich przypadkach) nad wyborem rodziców chrzestnych. Próbuję sobie przypomnieć, kim byli chrzestni mojej mamy i mojego taty. Przychodzi mi to z trudem, stąd wnioskuję, że nie byli z nimi bardzo związani. Wiem, że i dla niektórych moich znajomych ich chrzestni (zna ktoś synonim tego słowa? Denerwuje mnie to powtarzanie, a nie umiem go zastąpić…) to tylko figury, nic nieznaczące nazwiska w akcie chrztu. Mnie się jednak udało. Można powiedzieć, że moi rodzice dokonali dosyć typowego wyboru: na matkę chrzestną wybrali siostrę taty, na ojca brata mamy. Do dziś mam z obojgiem świetny kontakt. Nie mają własnych dzieci, ale zapewne nie tylko dlatego zawsze o mnie pamiętają, choć dzieli nas naprawdę wiele kilometrów. Zresztą z wzajemnością. U mojego męża sytuacja jest nieco bardziej złożona. Byliśmy jednak zgodni, że rodzicami chrzestnymi Księżniczki powinny zostać osoby, które zechcą być ważną częścią jej życia jeszcze przez długie lata, nie tylko w dniu sakramentu.

Wybór od początku był trudny, ponieważ nie mamy ani rodzeństwa, ani kuzynostwa. Posiadamy za to wielu sprawdzonych przyjaciół. Od początku było wiadomo, że to spośród nich będziemy wyłaniać „drugą parę rodziców” dla naszego potomstwa. Na jakiej podstawie jednak zdecydować, że X będzie lepszym kandydatem od Y? Czy tak się w ogóle da? Braliśmy pod uwagę kilka kryteriów, oczywiście w formie dyskusji, a nie castingu  8-) . Oto one:

  1. Osobowość. Jeżeli ktoś nie lubi dzieci, nie chce ich mieć i nie znosi spotkań rodzinnych, to obarczanie go taką funkcją po prostu mija się z celem. Uszczęśliwianie kogoś na siłę zwykle nie kończy się dobrze.
  2. Status związku. Kandydaci na rodziców chrzestnych muszą dostarczyć zaświadczenie z parafii o braku przeciwwskazań do podjęcia tej roli. Nie dostaną go np. osoby rozwiedzione i/lub żyjące w związkach niesakramentalnych (przyznaję, że nie do końca się zgadzam z tą polityką, ale cóż). Mogą co prawda zostać tzw. świadkami chrztu, ale to jednak nie to samo… a szkoda.
  3. Sytuacja rodzinna i materialna. Nie, nie, nie jesteśmy cyniczni ani wyrachowani. Nie patrzymy na to, że X zarabia więcej od Y, dlatego będzie ją czy go stać na droższe prezenty. Moja wyobraźnia nie sięga nawet w tej chwili tak daleko, żeby się zastanawiać, co i kiedy mała od kogo dostanie.  Działa to natomiast w drugą stronę: jeżeli X (przykład czysto teoretyczny, zmyślony na poczekaniu) ma troje swoich dzieci, dwoje chrześniaków i w dodatku zarabia najniższą krajową, to obarczanie jej dodatkowym (choć przecież dobrowolnym) zobowiązaniem wydaje nam się nie w porządku. Czy się to komuś podoba, czy nie, bycie chrzestnym wiąże się przecież z wydatkami – nawet jeśli niewielkimi i w istocie przyjemnymi, to jednak regularnymi. Patrzyliśmy też na to, czy ktoś nie ma już dziecka lub chrześniaka w wieku bardzo zbliżonym do naszej córy, żeby nie zbiegły się np. dwie komunie w jednym roku albo, co gorsza, w tym samym dniu.
  4. Nasze wzajemne relacje. Ten punkt właściwie powinien być na początku. Nie chcieliśmy dla Księżniczki chrzestnego (chrzestnej), który(a) jest naszym przyjacielem tylko z nazwy, a wspólne kontakty ograniczają się do smsów na święta. Mój tata dał się kiedyś namówić jednemu z kolegów z pracy na bycie ojcem chrzestnym jego syna. Od początku czuł, że to kiepski pomysł, ale chyba głupio mu było odmówić; bądź co bądź, jest to w pewnym sensie zaszczyt. Jako taki kontakt z rodzicami chrześniaka mieli przez pierwszy rok. Potem tamci przestali odbierać telefony albo odwoływali umówione spotkania. Nigdy nie mieli czasu. Tata w końcu dał za wygraną – nie wiem, może niesłusznie. Kilka lat później otrzymał zaproszenie na komunię z żądaniem (tak to brzmiało!) kupna roweru górskiego. Pamiętam, że zamiast niego kupił zegarek i zaproponował, że do roweru się dorzuci. Nie mam pojęcia, jak to się skończyło, sama na tę uroczystość nie pojechałam. Oczywiście od tamtej pory znowu nie mają kontaktu. Nie chcę takich chrzestnych dla mojego dziecka, jak również nie chcę być rodzicem, który będzie ich traktował jak bankomat.

I wreszcie aspekt materialny. Wiecie co? Wkurza mnie ten przerost formy nad treścią, zwłaszcza jeśli chodzi o przyjęcia i prezenty komunijne. O ile lubię same imprezy związane z sakramentami lub np. czyimiś okrągłymi urodzinami, to uważam, że ich organizacja leży wyłącznie w gestii rodziców lub w przypadku dorosłych – samych zainteresowanych. Nigdy nie miewam za złe, jeśli ktoś mnie nie zaprosił – to jego sprawa. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie rozliczać moich gości z tego, jakie prezenty wręczyli. Nawet głupio mi cokolwiek im sugerować, kiedy pytają (choć to akurat robię, bo jeśli już mają wydać pieniądze, to faktycznie czasem lepiej coś podpowiedzieć, żeby wszyscy mieli z tego satysfakcję). Ostatnio wyczytałam w Internecie, że np. gość weselny powinien włożyć w kopertę przynajmniej tyle, żeby się zwróciło „za talerzyk”. My braliśmy ślub 10 lat temu, wtedy chyba się o tym nie mówiło, a przynajmniej nie tak głośno. Naszymi gośćmi w połowie byli rówieśnicy w wieku studenckim, dla których już sam przyjazd z różnych krańców kraju stanowił nie lada wydatek. Nie wyobrażałam sobie żądać od nich jakiejkolwiek kwoty, a już tym bardziej wyliczonej. Brr… Do tej pory uważam, że jeśli kogoś zapraszam (na chrzest, urodziny, ślub albo niedzielną kawkę u mnie w domu), to po prostu chcę, żebyśmy razem miło spędzili czas; pragnę pokazać, że ta osoba jest kimś ważnym w życiu naszej rodziny. Nigdy nie zastanawiam się, czy ktoś w ogóle coś przyniesie, a tym bardziej co to będzie. (Chyba że ciotka J. przyjeżdża z paczką większą od niej samej, wtedy ciekawość bierze górę ;) ). Kiedy sami z P. gościmy na cudzych imprezach, dajemy tyle, ile możemy. Nie skąpimy, ale też nie przekraczamy znacznie domowego budżetu, bo zwyczajnie nas na to nie stać. Nie potrafilibyśmy się zadłużyć tylko po to, żeby pokazać niewidzianej od dekady gałęzi rodziny, że ciotka z wujkiem mają gest. Na dłuższą metę nie płyną z tego żadne korzyści…

Jeżeli ktoś z Was wybiera się na chrzciny Księżniczki, to mam prośbę: kupcie ładną pamiątkę. Albo zróbcie sami. Napiszcie od siebie kilka słów. Myślę, że w przyszłości będzie to dla niej ważniejsze od setek gadżetów. Jeśli chcecie włożyć coś w kopertę – pewnie, przyjmiemy. I na pewno wydamy na dziecko. Nie jest to jednak dla nas najważniejsze i nikogo z niczego nie będziemy rozliczać… no, może poza Waszą obecnością, na którą szczerze liczymy :) .

  22 comments for “Okołochrzcielne rozważania o rodzicach chrzestnych i nie tylko

  1. ~t.vik
    14 lipca 2017 o 13:18

    No kupżesz ten rower, przecież jesteś chrzestnym!!! :D
    Rozumiałbym, gdyby na Twojego tatę spadła sama czynność zakupu roweru ze zrzutowych funduszy, w których też mógłby sam mieć jakiś udział, gdyby chciał, ale takie coś? A może nie tylko Twój tata, może każdy „członek rodziny” został „poproszony” o jakiś grubszy prezent… :D

    • 15 lipca 2017 o 12:44

      Trudno mi powiedzieć, to było kilkanaście lat temu. Coś mi świta w głowie, że ta „prośba” o rower była pisemna i przyszła razem z zaproszeniem… ale głowy nie dam, może coś mi się pomieszało. Nie wiem, jak było z pozostałymi gośćmi, ale niezmiernie mnie ciekawi, co w takim razie kazano kupić chrzestnej. Komputer?

  2. 14 lipca 2017 o 15:19

    Uważam, że chrzestny rodzic powinien dać dziecku to, na co ma ochotę. Byłam kiedyś świadkiem sytuacji, w której znajoma (będąc chrzestną) dała kilka stówek do koperty, podczas gdy inni kupili dziecku jakieś drobiazgi. Scena o te pieniądze była niemiłosierna – aż mnie było głupio się temu przyglądać.
    Oczywiście, należy uszanować wolę rodziców i jeśli proszą, żeby nie kupować laptopa, to nie należy tego robić ;)
    Sama jestem przeciwna rozpieszczaniu i uważam, że bardziej wartościowym prezentem jest dobra książka niż tablet.

    • ~t.vik
      14 lipca 2017 o 17:05

      Jeśli laptop na chrzciny, to co na komunię? A na bierzmowanie??? A na ślub???… :D
      A tak serio – w jakim wieku, Twoim zdaniem, dziecko jest wystarczająco dojrzałe do tableta?

      • 15 lipca 2017 o 12:41

        Wiem, że pytanie nie było do mnie, ale jestem u siebie, więc się wtrącę :)
        To chyba nie jest kwestia wieku dziecka, tylko tego, jak z laptopa/tabletu korzysta. Jeśli np. rodzice pozwalają dwu- czy trzyletniemu maluchowi przez kilka/kilkanaście minut dziennie grać w jakąś grę edukacyjną, słuchać pioseneczek lub ewentualnie zajmują dziecko tabletem na czas podróży, to ja w tym nie widzę nic złego. Gorzej, jeśli tablet zaczyna zastępować rodzica, a latorośl spędza dzieciństwo przyklejona do ekranu.

      • 17 lipca 2017 o 13:47

        Zgadzam się z Lady – zupełnie inaczej to wygląda, kiedy jest to tablet rodzica i pozwala skorzystać dziecku właśnie na czas podróży albo w sytuacji krytycznej, kiedy nic nie pomaga, my musimy wychodzić a dom się wali na głowę ;)
        Ja osobiście wolałabym, żeby moje nie miało swojego własnego tableta zawsze w zasięgu ręki – nie odkleiłby się :P

    • 15 lipca 2017 o 12:42

      Hmm… a ta scena to była konkretnie o co? Że dała za mało, za dużo czy że w ogóle?

      • 17 lipca 2017 o 13:49

        Że w ogóle i że za dużo. Sądząc po tym, co zobaczyłam kątem oka to było chyba mniej-więcej 300. Zrozumiałabym taką reakcję na 1000 (bo podobno tyle dają chrzestni w dzisiejszych czasach – szok!) pod warunkiem, że byłaby to rozmowa na osobności, nie przed publicznością.

        • 17 lipca 2017 o 16:39

          Ja byłam rozpieszczana finansowo przez chrzestnego, być może dlatego kwestia dawania pieniędzy mnie jakoś nie szokuje. Inna sprawa, że zaczęłam to doceniać dopiero w życiu dorosłym, kiedy sobie uświadomiłam, że to m.in. dzięki jego wsparciu mogłam skończyć studia. Jako dziecko po prostu brałam, co dawał, dziękowałam i tyle… Zresztą mój chrzestny zawsze o mnie dbał w każdym możliwym sensie, jest dla mnie jak drugi ojciec. I tego bym chciała dla naszej córki. Mniejsza o finanse, istotniejsze, żeby chrzestni po prostu się nią interesowali: spędzali z nią czas, pamiętali o jej urodzinach, byli obecni w ważnych momentach jej życia. A co (i czy w ogóle) dadzą w kopercie, to ich sprawa.

  3. 14 lipca 2017 o 22:10

    U mnie Chrzestni sprawdzili się średnio. U starszych dziewczyn w ogóle. Chciałam żeby u Tamalugi było inaczej i też podjęłam dość nietypową decyzję: postanowiłam, że Chrzestną będzie jej siostra. Tylko która? Wiktoria zapałała miłością do małej od samego początku. Oliwia podchodziła ostrożnie i bardzo zależało mi na zacieśnieniu więzi między nimi. Dlatego pomyślałam, że to dobry sposób. Oczywiście na prowadzenie wysunął się fakt, że Oliwia jest bardzo pozytywną, wrażliwą i uczuciową osobą. Wiedziałam, że pokocha Tamalugę, a gdy tak się stanie – będzie to miłość ogromna, do końca życia. I tak się stało, jeszcze przed Chrztem. Natomiast fakt, że została jej Matką Chrzestną sprawił, że poczuła się ważna, nabrała pewności siebie, i poczuła się z Tamalugą jeszcze bardzie związana:) To był świetny wybór, a Wikę udobruchałam obietnicą zostania świadkową na naszym ślubie:)
    Ojca Chrzestnego Tamaluga nie posiada. Wolałam żeby nie miała żadnego, niż obcego, wybieranego na siłę. Ksiądz to zrozumiał, mam nadzieję, że ona też kiedyś zrozumie.
    Co do imprezy z tej okazji, to nie uznaję i nie stosuję. Poszliśmy naszą piątką do kościoła jak na niedzielny spacer, po którym wróciliśmy do domu.:)

    • 15 lipca 2017 o 12:36

      To faktycznie rzadko spotykane rozwiązanie, a właściwie rozwiązania. Zgadzam się, że lepiej nie mieć chrzestnego, niż wybierać go na siłę. Siostra w roli matki chrzestnej wydaje się mądrym wyborem, choć pewnie nie każda starsza siostra by się do tego nadawała. A jeśli dodatkowo Oliwia czuje się dzięki temu dowartościowana, to już w ogóle rewelacja!
      Co do samej imprezy – właśnie to jest fajne w tych całych Internetach, że można poznać ludzi o podobnych doświadczeniach i różnych poglądach (bądź odwrotnie). Mogę w tym miejscu powtórzyć, że wg mnie decyzja o przyjęciu bądź jego braku powinna należeć wyłącznie do organizatorów. Najgorsze, co można zrobić, to urządzać fetę pod presją np. teściowej czy innego potwora :) Jeśli ktoś chce skromny chrzest, ślub lub tp., to też fajnie, na pewno ma to swój urok i pewnie pozwala głębiej przeżyć samo wydarzenie. Jeżeli zaś woli big party na 200 osób, to niech robi. I nikomu nic do tego.

      • 15 lipca 2017 o 13:21

        Tak, Oliwia czuje się bardzo dumna, zwłaszcza, że czekaliśmy z Chrztem specjalnie na nią, aż skończy 16 lat:)

  4. 14 lipca 2017 o 22:20

    Nie będę się rozpisywał bo o Chrzcie swoich córek pisałem u siebie na blogu. Przypomnę tylko, że w ciągu jednego miesiąca przeżyliśmy dwa Chrzty i Pierwszą Komunię starszej z dziewczynek. A wszystko trochę jakby w biegu… zaledwie pół roku po przysposobieniu.
    Chrzest starszego dziecka, które samo mówi Jezusowi: Tak jest imo takim przeżyciem, że nawet zaproszenie na osobistą audiencję u Ojca Świętego Papieża Franciszka nie mogłoby się z nim równać.

    I w skrócie:
    - sakrament jest najważniejszy – reszta to już otoczka
    - chrzestnych należy wybierać rozważnie bo nie można ich później zmienić
    - przyjęcie organizowane nawet na szybkiego w domu będzie udane jeśli samo wydarzenie będzie odbierane pozytywnie przez rodzinę.

    Pozdr
    M

    • ~t.vik
      15 lipca 2017 o 00:13

      Wyjaśnij, proszę, mnie – staremu – Co to jest „imo”? Używasz ten wyraz przynajmniej drugi raz na blogu Lady M. Czy to jakiś nowy polski wyraz, czy regionalny, czy jakiś (nie mam nic przeciwko) żargon? Szukałem przez google, ale nic sensownego nie znalazłem, a ciekaw jestem. Po 13-stu latach poza Polską, mogę już mieć poważne luki ;)

      • 15 lipca 2017 o 10:47

        @t.vik

        IMO (imo) – to akronim czyli skrótowiec. Ten akurat oznacza: In My Opinion czyli moim zadnieniem. Występuje też czasem w formie IMHO (imho): in my humble opinion….
        Takie akronimy (skrótowce) powstawały w czasach gdy internet był limitowany czasowo, a połączenie z siecią uzyskiwało się głównie dzięki modemowi wpiętemu go sieci telefonicznej (stacjonarnej). Ówczesny internet tworzyła społeczność, która musiała uwzględniać niewielką ilość miejsca na serwerach oraz ograniczone możliwości tradycyjnych łączy telekomunikacyjnych. Pisać należało krótko i na temat… Jednak nie należy tego porównywać z językiem pokolenia SMSów.
        Inne często spotykane akronimy (skrótowce) to: afair, afaik, btw, lol, rotfl…
        Akronimy (większość z nich) powstawały w czasach gdy w sieci obowiązywała jeszcze Netykieta, a tzw „Dzieci Neostrady” nie było jeszcze nawet w planach.

        Pozdr
        M

        • ~t.vik
          15 lipca 2017 o 12:54

          Nie pomyślałem o angielskim :D pewnie dlatego, że jestem z nim na bakier ;)
          Dzięki!

          • 15 lipca 2017 o 21:02

            @t.vik
            Nie ma sprawy… Aby nie było OT (Off-Topic/Poza Tematem) można dodać, że tzw Dzieci Neostrady pojawiły się w sieci gdy TP SA uruchomiła w miarę powszechnie stały dostęp do sieci i stało się modne kupowanie dziecku na komunię komputera – do internetu.

            Pozdr
            M

    • 15 lipca 2017 o 12:23

      Twój wpis o chrzcie dziewczynek jest naprawdę wzruszający… jestem pewna, że to było niezwykłe wydarzenie dla całej Waszej rodziny. I wiesz co? Fajnie mieć tatę, którego warto naśladować.
      Co do tego „w skrócie”:
      - zgadzam się!
      - wiem, że mojej koleżance się to w jakiś sposób udało, ale nigdy nie rozumiałam, jak to możliwe. Została chrzestną kilkuletniego dziecka, na którego chrzcie chyba nawet nie była. Na początku myślałam, że kłamie, ale nie.
      - niekoniecznie. Czasem zdarzają się w rodzinie takie osoby, które potrafią popsuć nawet najlepsze spotkanie. I nie dlatego, że nie akceptują dziecka albo samego sakramentu, tylko z powodu np. wzajemnych animozji, które nie wiedzieć czemu potrafią przesłonić wszystko inne.

      • 15 lipca 2017 o 21:10

        @Lady Makbet
        Niestety w rodziny czasem niepotrzebnie komplikują wzajemne układy. A już dobieranie chrzestnych na zasadzie bo kogoś należy, bo jak nie to ktoś się obrazi… A już wpisanie jako chrzestnego/chrzestną osoby nieobecnej podczas udzielania sakramentu wydaje mi się kompletnym nieporozumieniem. Choć fizycznie w sumie da się to przeprowadzić… Tylko po co?

        Pozdr
        M

  5. 15 lipca 2017 o 16:40

    A ja napiszę coś, co może nie jednego zdziwi. Chrzestna jednej z moich córek jest po rozwodzie, od księdza wiedziałam, że tak naprawdę nie ma nigdzie faktycznie zapisane, że taka osoba nie może nią być. Przyjaciółkę moją zostawił mąż kiedy miała zaledwie 20 parę lat. Szczerze mówiąc wkurza mnie to, że takim osobom jak ona, które chodzą do kościoła, są praktykujące odmawia się bycia chrzestną, a takie, które są przeciwko kościołowi, ale żyją w związku sakramentalnym, idą po 20 latach do „spowiedzi” lub po prostu załatwiają świstek i już. Rozumiem, że księża dążą do tego, żeby chrzestnymi zostały osoby praktykujące, ale trzeba być też ludzkim. Książ w parafii stwierdził, że jeśli tylko proboszcz mojej przyjaciółki da jej zaświadczenie to może być chrzestną, ale to proboszcz musi ocenić, czy „się nadaje”
    Dla nas najważniejsze jest to, żeby chrzestni byli związani z rodziną, żeby dziecko było im bliskie, żeby czerpali przyjemność ze spotykania się z nim. Ludzie kupują zabawki bo tak jest najłatwiej. W dzisiejszych czasach prezenty przysłaniają to co w Chrzcie czy Komunii najważniejsze, czyli sam sakrament. Ja prosiłam o prezenty takie, które dziecko będzie mieć do czasu swojej dorosłości. Rower czy laptop się zepsuje i nie będzie nic.
    Moja mama dostała na Komunię pierścionek taki już dla dorosłych, opowiadała mi, że trochę było jej przykro, gdy była mała, że nie mogła go nosić, ale doceniła już później. Nosi go do tej pory.

    • 15 lipca 2017 o 19:05

      Też dostałam taki pierścionek! Cieszyłam się od początku, ale niestety go nie noszę, bo jest okropnie niepraktyczny. Ma tak wystające oczko, że zarysowałabym nim samochód przy otwieraniu, o delikatnej skórze Księżniczki nie mówiąc.

  6. 15 lipca 2017 o 23:44

    Dla mnie wybór chrzestnych dla Tygrysa był ważną sprawą. W moim życiu chrzestna była obecna (gorzej z drugą stroną) i miała wpływ na moje wybory, życie. W wielu sprawach większy chyba niż rodzice. Była dla mnie wzorem. Takiej chrzestnych chciałam również dla Tygrysa. Wiem, że z chrzestnym ten kontakt nie będzie częsty, pewnie 1-2 razy do roku, ale wiem, że będzie dobrym wzorem dla Synka. Żyje tymi samymi wartościami co my, ma podejście do młodzieży (myślę już tak przyszłościowo :). W sumie z nim to taka fajna historia… Jego dziadek jest chrzestnym mego taty, mama – moją, z kolei mój tata – jego, a on – Tygrysa. Uświadomiłam to sobie przed Chrztem. I nie zadziałały tu żadne wzajemności. To po prostu przyzwoita rodzina. A chrzestna Synka… to dla mnie ciągle trudny temat z różnych względów.
    Sami mamy łącznie trójkę chrześniaków i tak, jak piszesz ten przywilej wiąże się z wydatkami. Wiadomo – nikt od nas tego nie wymaga i wybór w naszym przypadku nie był podyktowany finansami, bo w rodzinie jest więcej dużo lepiej sytuowanych osób, ale wiadomo, że chce się sprawić przyjemność dzieciakom. Moja chrześniaczka, mimo że już nastolatka (16) cieszy się bardziej z drobiazgu niż z gotówki, choć staram się jej nie dawać (raz tylko popełniłam pieniążki). Wie, że się starałam, myślałam, szukałam czegoś specjalnie dla niej i może to bardziej cieszy niż sama rzecz. A na komunię innej wspólnie kupiliśmy rower z chrzestną, ale naprawdę w rozsądnych granicach. Wydaje mi się, że ludzie mają jednak coraz zdrowsze podejście do komunijnych prezentów. Ja na takie okazje co miesiąc odkładam 25 zł. Bo później nawet te 200-300 zł może być sporym obciążeniem dla budżetu. Przynajmniej dla nas, a tak nie muszę się martwić.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *