J. jak „łooo”*, czyli charakterystyka pewnej ciotki

- Zobaczyłam, że coś leci, więc złapałam. A to welon! – relacjonowała J. moje oczepiny, podczas których została „drugą panną młodą”. Ten welon zresztą sama pomagała mi wybierać… Powyższa scenka jest kwintesencją całej J.: zawsze znajduje się tam, gdzie jest potrzebna… i od razu działa.

Poznałyśmy się trzy lata wcześniej, na samym początku studiów. Byliśmy licznym rocznikiem, podzielonym chyba na 6 albo 7 grup. Pewnie każdy w swojej intuicyjnie szukał osób podobnych do siebie. Ja znalazłam J., a potem jeszcze pięć innych koleżanek, z którymi przez ponad połowę pobytu na uczelni tworzyłyśmy zgraną grupę, zwaną przez złośliwych „kółkiem różańcowym”. Z radością przejęłyśmy tę nazwę i uczyniłyśmy ją niemal oficjalną, a twórczyni tego przezwiska doczekała się od nas własnego. Nazywałyśmy ją Reklamacją, bowiem każdy dzień na uczelni zaczynała od opowieści o tym, jaki bubel kupiła za jakąś niebotyczną kwotę i musiała oddać go – do reklamacji właśnie. Reklamacja była zresztą niezmordowana i arcykonsekwentna, bowiem już podczas pierwszego roku studiów reklamowała cztery torebki, piętnaście par butów, pięćdziesiąt dwie inne części garderoby, trzech wykładowców, jamnika sąsiadki, wodę w kranie i Pałac Kultury (nie zauważyła, bidna, że okres gwarancji skończył się wraz z ustrojem politycznym). Szkoda tylko, że nie wpadła na pomysł zareklamowania sygnalizacji świetlnej przed naszym wydziałem, bowiem na zielone czekało się tyle, że można było zjeść dwudaniowy obiad, przeczytać całą Encyklopedię Powszechną i wydziergać na drutach szalik o długości kwalifikującej się do Księgi Rekordów Guinessa. Ciekawa postać z tej Reklamacji, ale to nie o niej miało być. Zresztą zostawiła nas po dwóch latach, widocznie studia też nie spełniły jej oczekiwań konsumenckich.

 Z J. połączyło nas podobne poczucie humoru i zbieżny charakter relacji z naszymi tatusiami. Po pewnym czasie dorobiłyśmy się jeszcze wraz z A. i M. wspólnych rytuałów, wśród których znajdowały się dziwactwa pokroju picia moczopędnej herbatki z fafołami, zakańczanego wyścigiem do toalety w centrum handlowym, a także kupowanie ciastek w Netto, układanie satyrycznych wierszyków i piosenek oraz oczywiście kolektywna nauka do wszelkiej maści zaliczeń i egzaminów, rozkładana zawsze na dwie raty, bo pierwsza upływała nam na plotach i piciu rzeczonej herbatki… (A., skąd Ty ją brałaś???)

J. do pewnego czasu twierdziła, że nie lubi dzieci. Między innymi dlatego w przeciwieństwie do reszty „kółka różańcowego” uciekła przed specjalnością nauczycielską, a w efekcie zmieniła kierunek studiów. Któregoś dnia robiłyśmy razem zakupy w H&M (zakupy, taaa… znając nasz ówczesny budżet, pewnie kupowałyśmy gumkę do włosów i parę majtek – tyle dobrego, że nie na spółkę) i w dziale dziecięcym dostrzegłyśmy coś a’la przebranie (wróżki? motylka? uczestnika parady równości albo innego Tap Madl?), którego elementem były paskudne, świecące z daleka różowe skrzydełka. Na ich widok dopadła nas głupawka, zakończona niespodziewanym odnalezieniem związku tychże skrzydełek z popularnym wówczas programem „Superniania”. Nie wiem, czy pamiętacie – prowadząca odsyłała niegrzeczne dzieci na tzw. „karnego jeżyka”, na którym miały spędzić określony czas, aby się uspokoić. J. uznała, że moja córka (skąd ona wiedziała, że będę miała córkę?) zamiast jeżyka będzie miała właśnie „karne skrzydełka” – czyli jak nabroi, to będzie musiała popylać w tym czymś po domu aż do skutku. Pozytywnym efektem ubocznym tego zabiegu miało być zniechęcenie malutkiej do wszechobecnego różu, ku uciesze męża i mojej, a rozpaczy twórców Barbie oraz Hello Kitty. Zabawne, że jedną z pierwszych myśli podczas powiadamiania świata, iż zostaliśmy rodzicami, była właśnie ta o różowych skrzydełkach od cioci J. Ona sama odwiedziła nas kilka tygodni po adopcyjnym porodzie, zamiast rzeczonego narzędzia tortur przywożąc mleko (i jak tu jej nie kochać?) oraz inne cuda.

Jechała do nas zresztą już ze świadomością, że zostanie matką chrzestną Księżniczki. Nie potrafię powiedzieć, kiedy i dlaczego zmienił się jej stosunek do dzieci, ale od dawna była dla nas jedną z niewielu oczywistych kandydatek do tej roli. Podczas jej zeszłotygodniowej wizyty córcia wyraźnie dała znać, iż akceptuje nasz wybór, bo szczerzyła się do J. całym swoim bezzębnym uśmiechem aż do końca jej pobytu. Dobrze mieć taką przyjaciółkę… i taką ciotkę J.

*Tytuł wpisu pochodzi od refrenu pewnej piosenki zasłyszanej na wydziale, której dzieje są jeszcze bardziej skomplikowane niż historia swetra Gruchy.

  8 comments for “J. jak „łooo”*, czyli charakterystyka pewnej ciotki

  1. ~J.
    19 lipca 2017 o 14:33

    Zobaczyłam, że o mnie i się przestraszyłam. Dementuje plotki – nadal fanką dzieci nie jestem. Czasami mnie coś łapie, ale zwalam winę na hormony. Księżniczka jest wyjątkiem <3 Już razem knujemy jak zdobyć cały świat. Jedna jedyna ciotki do rozpieszczania :D
    Gorzej, że z wiekiem nie jestem już taką wielką przeciwniczką różu jak kiedyś.
    P.S. Myślę że kupowałyśmy kolczyki.

    • 19 lipca 2017 o 15:59

      Księżniczka wcale nie narzeka na to rozpieszczanie, ale boję się, że ja zacznę… :P
      Kolczyki, powiadasz? Ma to sens. I gdyby się uprzeć, to można je kupić na spółę ;)

  2. 19 lipca 2017 o 17:53

    Ja to jednak nie jestem do końca normalna. Wyobraziłam sobie, że kupiłyście kolczyki na spółę, takie, jak medaliki, wiesz z napisami „best” i „friend”, każda po jednym. J na lewym uchu, ty na prawym. A żeby napis miał sens to musicie się stykać głowami i tak spacerować ulicą. Mam nadzieję, że jesteście podobnego wzrostu :D :D :D
    Już kiedyś pisałam na blogu na temat „lubienia dzieci” (o Superniani też pisałam:)- nie można powiedzieć, że się lubi bądź nie lubi dzieci. Każde jest inne, każde ma swój charakter i trudno lubić je wszystkie. Oczywiście ogólny stosunek do dzieci zmienia się w momencie „posiadania” własnych.
    „Karne skrzydełka” – dobre, dobre. Oczywiście idąc tym tropem wyobraziłam sobie karnego jeżyka też w takiej formie, czyli nie jakiejś podusi w kącie, ale jako strój. I w tym momencie przypomniałam sobie, że ja miałam taki kostium na balu gwiazdkowym w 2 klasie! Teraz się zastanawiam, czy nie za karę:)

    • 19 lipca 2017 o 20:48

      Nadal uważam, że lepiej kolczyki niż majtki :D Z tym napisem „Best friend” byłby o tyle problem, że nas na początku było siedem. Musiałybyśmy stanąć w kółku, żeby się stykać głowami i żeby napisy na kolczykach miały sens. A co jeśli któraś nie miała przekłutych uszu? Leżałybyśmy i kwiczały!
      „Karny jeżyk 4D” może być na zimniejsze dni, a skrzydełka na cieplejsze. O!

      • 19 lipca 2017 o 22:07

        No, to mógłby być 7 osobowy problem, za to widok komiczny :D
        A karny jeżyk 4d ze skrzydełkami? To już za mega przewinienie jakieś… kopanie pańci w autobusie, czy coś… :D

  3. 19 lipca 2017 o 20:22

    Nasz Bob ma genialną chrzestną – moją psiapsiółę z czasów liceum. Uwielbiam jej poczucie humoru – ostatnio powiedziała mu, kończąc jakiś skomplikowany wywód, „…I pamiętaj, nigdy nie przyznawaj się do ojcostwa!” ;)
    PS. Uwielbiam kolczyki z H&M – cała tabliczka różnistych za 19,99 :P

    • 19 lipca 2017 o 20:54

      Już nie pamiętam, kiedy ostatnio jakieś tam kupiłam :D Ale faktycznie, zawsze był duży wybór.
      A z takich „złotych rad” dla dziecka to słynie mój mąż. Jak na złość żaden godny zacytowania przykład nie przychodzi mi teraz do głowy, chyba zacznę je zapisywać…

      • 21 lipca 2017 o 18:27

        Zapisz! Warto mieć na piśmie, żeby potem zacytować w obronie własnej i dodać „Sam tak powiedziałeś, ha!” ;))

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *