Co wkurza matkę adopcyjną?

Dwa dni temu odebrałam akt urodzenia Księżniczki. Chyba żadne pismo urzędowe nie wywołało u mnie takiego wzruszenia… Można więc powiedzieć, że zaczynamy nowy rozdział, stąd też nowa kategoria na blogu. Od jutra zaczynam rajd z tym aktem po różnych placówkach – chociażby przychodni i kancelarii parafialnej, bo już od dawna jesteśmy „ścigani” za jego brak.

Nadszedł chyba dobry moment, żeby napisać, co mnie najbardziej denerwuje w naszym krótkim życiu poadopcyjnym.

Wszechobecny nacisk na karmienie piersią

Nie zrozumcie mnie źle… doskonale zdaję sobie sprawę, że mleko matki jest dla noworodka najlepsze. Gdybym urodziła naszą córcię, to zrobiłabym wszystko, aby karmić ją naturalnie. Z wiadomych przyczyn niestety jesteśmy skazane na substytut. Kupujemy dobry, polecany przez naszego lekarza. Jednak za każdym razem, gdy po niego sięgam, uderza mnie napis na opakowaniu, przestrzegający, że zaleca się wyłączne karmienie mlekiem matki przynajmniej do szóstego miesiąca życia dziecka. Z podobnych względów mleko początkowe nigdy nie łapie się w sklepach na żadne promocje, więc nie ma mowy o oszczędzaniu. Nie twierdzę, że sama ta  kampania edukacyjna jest zła, może przekona kogoś, kto ma wybór. Ja nie mam. (I tak, wiem o istnieniu różnej maści doradców oraz o sztucznym wywoływaniu laktacji, ale nie spotkałam nikogo, kto byłby zadowolony z jej efektów…).

Luki w systemie

Konkretnie dwie. Pierwsza dotyczy opieki prawnej. W przypadku preadopcji (czyli zabrania dziecka do domu jeszcze przed oficjalnym orzeczeniem przysposobienia) przyszli rodzice nie są formalnie opiekunami prawnymi swojego maleństwa. O ile pociecha jest zdrowa i nigdzie daleko się z nią nie wyjeżdża, ma to małe znaczenie. A co w momencie, kiedy szkrabowi coś się stanie? Albo, w przypadku dziecka starszego, kiedy zachodzi potrzeba podpisania jakichś dokumentów związanych chociażby z edukacją? Wtedy trzeba szukać rzeczywistego opiekuna prawnego, który przecież niekoniecznie musi być na miejscu. Nie jest to oczywiście sytuacja nie do przejścia, ale na pewno stresująca i uciążliwa.

Druga dziura w prawie dotyczy nadawaniu dziecku nowej tożsamości. Otóż po przysposobieniu, które prawomocnie następuje 21 dni po rozprawie (a na tę z kolei niektórzy czekają miesiącami), oprócz nowego nazwiska (i ewentualnie imion, jeśli taka jest wola rodziców) maluch otrzymuje również świeżutki numer PESEL, bez którego, jak wiadomo, dla państwa człowiek nie istnieje. Księżniczka trafiła do nas w połowie marca, akt urodzenia i PESEL otrzymaliśmy ponad 4 miesiące później… przez ten czas zdążyliśmy już odwiedzić siedmiu lekarzy i za każdym razem był ten sam problem: jak zarejestrować dziecko, które nie ma dokumentów? Z jednej przychodni rejestratorka nas wyrzuciła, na szczęście wstawił się za nami lekarz rodzinny. Teoretycznie można się przez ten czas oczekiwania posługiwać starymi danymi dziecka, ale to jest z kolei ryzykowne i stanowi w pewnym sensie złamanie tajemnicy adopcji. Może rozwiązaniem byłoby umożliwienie rejestrowania takiego dziecka na nr PESEL przyszłego rodzica? Obecnie jest to dopuszczalne przez pierwsze 3 miesiące życia maluszka (biologicznego też), więc dlaczego by nie przedłużyć takiej możliwości dla rodzin adopcyjnych?

Pytania o ciążę

Nie jestem naiwna. Adoptując noworodka, byłam świadoma, że takie pytania będą padać. Nie przewidziałam jednak ich natężenia. O ile nie robię tajemnicy z samego faktu przysposobienia, o tyle niekoniecznie chcę dawać powód do plotek osobom z dalszego otoczenia. Ostatnio jakaś obca babka u fryzjera wypytywała mnie o przebieg porodu! Ucięłam grzecznie dyskusję, bo nienawidzę kłamać, a nie miałam jakoś chęci się jej zwierzać… Niektórzy znajomi zresztą także bywają wybitnie nietaktowni. Przykład z zeszłego tygodnia:

Wracamy z P. z zakupów w centrum handlowym. W pewnym momencie dopada nas daleka koleżanka, wołając z dystansu przez tłum klientów:

- O, macie dziecko! Lady Makbet, to ja nawet nie wiedziałam, kiedy ty w ciąży byłaś!

(A dlaczego miałaś wiedzieć, skoro nie utrzymujemy kontaktów? – myślę, ale odpowiadam dyplomatycznie:)

- Księżniczka ma cztery miesiące.

- No widzicie? Doczekaliście się! A my (czyli ona z mężem i szwagrem) już się zastanawialiśmy, co jest z wami nie tak, hehe, że tyle lat, no wiecie… hehe. Już myśleliśmy, że wy jacyś bezpłodni jesteście, czy coś.

P: Zdecydowanie jesteśmy „czy coś”. A to jest nasza córeczka. Podobna do mnie, prawda?

(rzekomo wszystkie koleżanki w pracy męża tak twierdzą… uhm, z której niby strony? Przecież to jest Księżniczka mamusi, a kto nie dostrzega podobieństwa, to się nie zna  :lol: )

Na szczęście wspomniana koleżanka jest takim typem, który mówi niemal wyłącznie o sobie, więc bardzo szybko porzuciła temat naszego rodzicielstwa i zaczęła opowiadać o własnym. Nie zawsze się jednak udaje tak sprawnie zmienić przedmiot dyskusji… I wtedy trzeba kombinować – albo czynić ze swojej prywatności temat do żarcików na rodzinnych imprezach dalekich znajomych (Cynglu drogi, dlatego Cię właśnie prosiliśmy, żebyś w razie czego nie wtajemniczał D. w pochodzenie swojej chrześniaczki).

Sformułowanie „prawdziwi rodzice” w odniesieniu do biologicznych

Nie mam oporów, żeby w przyszłości powiedzieć Księżniczce prawdę o jej korzeniach. Ba! Oboje z P. liczymy się z tym, że córka będzie kiedyś chciała poznać swoich krewnych i zamierzamy jej w tym pomóc, choć na pewno trochę to nas zaboli. Irytują mnie jednak pytania o to, kim była PRAWDZIWA mama naszej małej. Mówię wtedy, że prawdziwą mamę pytający ma przed sobą. Bo jeżeli „prawdziwą” jest matka biologiczna, to znaczy, że ja jestem jaka? Fałszywa? Zdecydowanie nie czuję się żadną uzurpatorką. Nasze szczęście poznaliśmy w piątej dobie życia, zaś ono nie zna innych rodziców.

Wiadomo, że za każdą adopcją kryje się inna historia. Jeżeli przysposobienie następuje w późniejszym wieku, a dziecko doskonale pamięta mamę biologiczną, która np. zmarła, to pewnie w jego świadomości ona pozostanie tą prawdziwą albo będzie miało dwie prawdziwe… Chociaż też niekoniecznie, bo znam wiele osób, które, mówiąc o rodzicach, mają na myśli właśnie macochę lub ojczyma, a nie rodziców biologicznych, mimo iż doskonale ich pamiętają. Za to nazwanie „prawdziwym ojcem” faceta, który (za przeproszeniem) zrobił przypadkiem dzieciaka, nawet nie przedstawiając się przygodnej partnerce z imienia i nie utrzymując z nią później żadnych kontaktów (o owocu tej upojnej nocy nie mówiąc), wydaje mi się grubą pomyłką. Podobnie jak określenie „prawdziwą matką” kobiety, która była tak zajęta imprezowaniem, iż przez 9 miesięcy nie miała czasu zauważyć, że jest w ciąży, a po porodzie nawet dziecka nie przytuliła… I takie przypadki przecież się zdarzają.

A co Was, drodzy Rodzice (nie tylko adopcyjni) najbardziej denerwuje?

  41 comments for “Co wkurza matkę adopcyjną?

  1. ~Agata
    23 lipca 2017 o 14:34

    Nie rozumiem akcji z mlekiem. Co cię konkretnie denerwuje?

    • 23 lipca 2017 o 14:41

      Najbardziej chyba własna bezradność :) A odpowiadając na Twoje pytanie – takie jakby wypominanie na każdym kroku, że robię źle, bo nie karmię piersią; zderzanie się z czymś, na co nie mam większego wpływu.

      • 23 lipca 2017 o 16:24

        Lady, ja nie miałam pokarmu, w szpitalu pielęgniarki mnie napiętnowały, nie dawały mi buteleczek z modyfikowanym, więc miałam swoje Nan Pro schowane w walizce pod łóżkiem. Dziewczyny z sali obok z tym samym problemem im je po prostu podkradały :D Tak, mamy XXI wiek ;) Też nie miałam wpływu chociaż walczyłam – powiem szczerze, nie obchodzi mnie co inni myślą. Ale wtedy w szpitalu było mi przykro.
        A czekanie na pesel 4 miesiące? Wow, sprawnie działa nasze państwo :P
        Koleżanki od pytania o bezpłodność nie skomentuję – nie wszystkim jest dane uzyskać IQ wyższe od mandarynki ;)

        • 23 lipca 2017 o 16:35

          Kochana, 4 miesiące to krótko! Na rozprawę czekaliśmy zaledwie 1,5 miesiąca po uregulowaniu sytuacji prawnej córci, a na sam PESEL dwa tygodnie od uprawomocnienia wyroku. Łącznie „poskładało się” to wszystko w 4 miesiące. Niektórzy czekają o wiele dłużej. To nawet nie jest (w naszym przypadku) kwestia sprawności konkretnych instytucji, tylko nie do końca przemyślanych przepisów. I to one mnie wkurzają… bo mam, załóżmy, chore dziecko w trakcie procedury adopcyjnej – i idę z nim do lekarza jako kto? Utrzymuję to dziecko, odpowiadam za jego życie i zdrowie, a nie jestem ani matką, ani opiekunką, ani… „nie jestem nawet”, cytując pewien kabaret.

          • 24 lipca 2017 o 15:03

            @Lady Makbet
            W naszym wypadku juz po paru dniach od uprawomocnienia się decyzji o przysposobieniu zadzwoniła pani z OA abyśmy odebrali ze swojego USC odpisy i nowe nr PESEL dziewczynek… Bo już powinny być w systemie. I rzeczywiście były (w systemie PESEL i Źródło-dane USC). Od razu udało się tez zameldować córki i od razu skierowano nas do GOPS po wnioski o świadczenie 500+
            Miesiąc później poczta przyszły z USC w miejscowości pochodzenia dzieci odpisy z aktu urodzenia, zaświadczenia o nadaniu nowego nr PESEL oraz pismo przepraszające, że urzędnikom nie udało się „zdalnie” zameldować dziewczynek.
            Nie udało się bo już były zameldowane. Zadzwoniłem do ww USC z wyjaśnieniem i aby podziękować za podjęte starania… A tam urzędniczka w szoku (chyba) mówi mi, że jestem pierwszą osoba, która dzwoni do nich by za cokolwiek podziękować.

          • 24 lipca 2017 o 20:55

            Kurczę, faktycznie strasznie to wszystko trudne…a w zasadzie niepotrzebnie utrudniane. No ale tak to już u nas jest – przepisy i procedury muszą być.

  2. 23 lipca 2017 o 15:46

    Ludzie i tak zawsze wiedzą lepiej. Zdarza się, że kobieta zachodzi w pierwszą ciążę po dłuższym czasie od ślubu, a wtedy po dalszej rodzinie krążą plotki, że zdecydowała się na adopcję…

    • 23 lipca 2017 o 16:12

      To fakt, ludziom nigdy nie dogodzisz.
      Pawle, jak Ty pięknie piszesz!!! Dziękuję za adres Twojego bloga, już wiem, że będę tam gościć częściej.

  3. 23 lipca 2017 o 17:18

    Zawsze z uwagą i ciekawością czytam twoje wpisy i niezmiennie dowiaduję się czegoś nowego. Niezmiennie też utwierdzam się w przekonaniu, że mamy bardzo podobne poglądy na wiele spraw:)
    Mam (aż) cztery koleżanki wychowane przez rodziców adopcyjnych. Dwie z nich, gdy już były dorosłe, poznały swoje biologiczne matki, ale kierowała nimi wyłącznie ciekawość. W obu przypadkach skończyło się na kilku spotkaniach, jakiejś kartce na święta i tyle. Więzy krwi nie miały żadnego znaczenia, one już miały i kochały swoich PRAWDZIWYCH rodziców.
    Moje starsze córki, co prawda nie były adoptowane, czy przysposobione przez Tomka (były już prawie dorosłe), ale to o nim myślą, mówiąc „tata”. Nie masz pojęcia jak mnie to cieszy. Zwłaszcza, że potoczyło się to tak naturalnie, bez nacisku, przekupstwa itp.
    O nietaktownych koleżankach to mogłabym ci opowiadać godzinami, niestety… Brawo dla P za odpowiedź!
    A Księżniczkę uszczęśliwiliście dokładnie tak samo, jak ona was:) Ale to już wiecie…
    Trzymajcie się kochani!

  4. 23 lipca 2017 o 22:41

    Potwierdzam, że okres preadopcji i świeżo po przysposobieniu to szereg przykrych doświadczeń w zmaganiu z systemem, który jest pełen luk. U siebie na blogu piałem tez, że prawo może zniechęcać do adopcji, a szczególnie starszego dziecka – gdy nawet urlop macierzyński i/lub rodzicielski nie przysługuje. O kłopotach z opieką zdrowotną i tzw karta uodpornienia też pisałem. Tak więc mogę podpisać się pod tym co Lady napisałaś.

    Co do „prawdziwych” rodziców… Niestety czasem trzeba mieć gruba skórę, a przed głupotą chorych pytań należy chronić przede wszystkim dzieci. Mnie też zadano pytanie czy znam rodzinę pochodzenia córek i czy utrzymuje z nią kontakt. Raz się wkurzyłem i powiedziałem, że: świetnie znam Matkę dziewczynek… Od 15 lat jest moją żoną.

    Pozdr
    M

    • ~t.vik
      23 lipca 2017 o 23:45

      Bingo! :)
      Odpowiedź roku! :D
      Pozdro!

    • 24 lipca 2017 o 06:12

      15 lat? Piękny staż!!!
      Nam w przyszłym miesiącu stuknie okrągłe 10.

  5. ~t.vik
    23 lipca 2017 o 23:51

    Nacisk na mleko… Lady, bądź ponad tym :) Wiem, że takie coś wkurza niesamowicie, ale już to z siebie wyrzuciłaś pisząc o tym, nic lepszego nie można zrobić.
    Pozdrawiam ;)

    • 24 lipca 2017 o 06:10

      Czasem się zdarza kompilacja – o karmienie pyta mnie ktoś, kto nie wie, że Księżniczka jest adoptowana. Zwykle na pytanie „karmisz piersią?” odpowiadam „tak, z kurczaka”, a na „czym karmisz?” – „frytkami i colą”. Większość rozumie, że czas zmienić temat, ale niestety nie wszyscy…

      • 24 lipca 2017 o 20:56

        Zacytuję to o piersi z kurczaka jak znów ktoś mnie zapyta :D

        • 24 lipca 2017 o 21:36

          Ewentualnie powiedz, że próbowałaś, ale mały jednak woli udka i skrzydełka ;)

  6. ~sky84
    24 lipca 2017 o 13:26

    My czekaliśmy na pesel prawie 5 miesięcy, bo postanowienie z sądu zaginęło. U pediatry żaden problem, ale jazdę miałam w poradni preluksacyjnej.
    Pod rejestracją czarno od pacjentów, pani pyta o pesel (mały miał chyba 6 tygodni) mówię ogólnie że ze względu na sprawy formalne nie mamy peselu.
    Rejestratorka zaczęła na nas krzyczeć, że to nie sprawy formalne tylko nasza wina. Nie chciałam się zagłębiać w temat, więc ucięłam że do 3 miesiąca dziecko ma prawo być na peselu matki i ma go zarejestrować.
    Do neurologa bez peselu w ogóle nie chcieli go wpisać na listę, mimo że czas oczekiwania na wizytę był prawie 3 miesiące. Chciałam dzwonić do przełożonych ale dałam sobie spokój, bo za kilka dni mieliśmy już otrzymać.
    Co do mleka, zgadzam się z Tobą w 100%. Ilość szła ogromna,a oszczędzić nie można. Do tego pytania sąsiadki rodziców w sklepie, czy już nie karmię piersią bo oczywiście zajrzała nam do koszyka a tam mm.
    I kultowy tekst: teraz będziecie mieli swoje…(wrrr)

    • 24 lipca 2017 o 14:28

      Właśnie z poradni preluksacyjnej rejestratorka nas wyrzuciła. Podejrzewam, że z tej samej (bo w tamtej po drugiej stronie miasta podobno nie robią problemów). Dopiero lekarz rodzinny napisał WIELKIMI literami na skierowaniu „Przecież jest PESEL matki!” (serio!). Rejestratorka pofukała, pofukała, ale przyjęła do wiadomości. Do neurologa poszłyśmy prywatnie…

  7. pankracja
    24 lipca 2017 o 19:56

    U mnie były i porody, i karmienie piersią, więc pod tym kątem szczęśliwie nie miałam problemów z otoczeniem. Komentarze pojawiały się, kiedy nosiłam dziewczyny w chuście. Każda sąsiadka miała swoje zdanie na ten temat (mimo że żadna z nich, z racji wieku, raczej nie miała wcześniej styczności z tym tematem). Generalnie byłam uważana za osobę lekkomyślną i robiącą celowo krzywdę swoim dzieciom. Ale – szczerze mówiąc – miałam to w nosie, czego i Tobie życzę :-)

    • 24 lipca 2017 o 21:44

      A wiesz, że ja się jakoś nie mogę przekonać do chusty? Nie, absolutnie nie uważam, że chustowanie czyni dziecku krzywdę. Wręcz przeciwnie! Po prostu nie ufam samej sobie w kwestii wiązania. Próbowałam i to jednak nie jest dla mnie. Inna rzecz, że Księżniczka w ogóle nie przepada za tego typu transportem (nosidełka też nie lubi), ona po prostu musi mieć przestrzeń do wiercenia się we wszystkich kierunkach, inaczej szybko się nudzi i protestuje. Kangurowanie też nam nie za bardzo wychodziło właśnie z tych powodów.

      • 25 lipca 2017 o 00:31

        Przepraszam, że się wtrącam ;) Te nasze Księżniczki to obie są gwiazdy. Jakbym o swojej czytała… Chusta i brak przestrzeni? Nigdy!

      • pankracja
        28 lipca 2017 o 22:34

        Siusia to jest przytulas, więc jej brak przestrzeni nie przeszkadzał. Za to Ludzik faktycznie początkowo mocno protestowała, szczególnie zanim nauczyłam się dobrze wiązać. Ale wyszłam z założenia, że jeżeli nauczyłam kota chodzić na smyczy, to i dziecko do chusty przyzwyczaję. W końcu chodziłyśmy tak wszędzie, nawet na grzyby. Poza tym mieszkaliśmy wtedy na drugim piętrze bez windy i łatwiej było mi się związać, niż targać wózek w górę i w dół.

        • 29 lipca 2017 o 09:20

          Porównanie do kota jest… mocne ;). Też mieszkam na drugim piętrze bez windy, wózek trzymam w piwnicy. Mam też nosidełko (sprawdzone, dobrej firmy, nie z chińskiego marketu za 20 zł), ale Księżniczka zdecydowanie protestuje, a ja z kolei nie chcę nas obu męczyć. W każdym razie gratuluję, że Wam się udało :)

          • ~Pankracja
            29 lipca 2017 o 23:00

            Nie znałaś mojego kota, z nim było trudniej :-).

          • 30 lipca 2017 o 11:54

            Mógłby sobie podać łapę z moim psem.

    • ~t.vik
      25 lipca 2017 o 18:44

      My swoją córkę nosiliśmy w chuście. Ale raczej tylko żeby zasnęła przed posiłkiem, bo >>UWAGA!<< za nic w świecie nie chciała jeść, kiedy nie spała :D
      Moje odczucia? Rewelacja. Aż szkoda, że ten czas już przeminął :)
      Poza tym, chusta jest wybawieniem dla rąk, gdy trzeba dziecko tulić/nosić podczas ząbkowania, więc może jeszcze przyjdzie dla Was czas pogodzić się z tym wynalazkiem? ;)

  8. 24 lipca 2017 o 22:49

    Mnie bardzo denerwowało/denerwuje to, że nagle dla niektórych stałam się co najmniej Matką Teresą, albo choćby strażakiem, który wyratował z ognia kilkanaście osób. Nawet niektóre osoby, z którymi byłam na pan/pani zaproponowały mi, bym mówiła im po imieniu. Tak jakbym nagle stała się kimś innym, bardziej wartościowym, bo „uratowałam” biedne dziecko przed jego strasznymi rodzicami biologicznymi. Idę do lustra sprawdzić, ale aureoli jeszcze nie mam. Hmm. O cho więc chodzi?

    Wkurzało mnie też to, że ciągle wypytywali mnie o szczegóły dotyczące rodziny biologicznej, motywy oddania dziecka do adopcji. Tak po prostu. Z ciekawości. A już rozmowy o matkach biologicznych i ich „kamienowanie” nie znając w ogóle sytuacji też nie należą do najprzyjemniejszych.

    Z mlekiem to myślę, że jest tak, że firmy chcą jak najwięcej zarobić, więc promocji nie ma.

    Słowo „prawdziwa mama” z tego co zauważyłam pojawia się tylko na początku. Ludzie uważają, że dla Ciebie to jest nowe dziecko, a przecież urodziła je inna kobieta. Po prostu nie myślą i tyle.

    „Nie widziałam cię w ciąży”
    „No nie widziałaś” ;)

    • 24 lipca 2017 o 23:15

      Promocje są na wszystkie mleka od 2 w górę, na początkowe jeszcze się nigdzie nie spotkałam. Zastanawialiśmy się z P. czy przypadkiem nie ma jakichś przepisów, które tego odgórnie zabraniają… ale to napisałam tak na marginesie. Są bardziej wkurzające rzeczy niż drogie mleko ;)

      • 25 lipca 2017 o 00:37

        Dlatego, że pewnie rodzice zaczynają już coś zmieniać, po pierwszym szoku związanym z posiadaniem potomstwa zaczynają porównywać skład i ceny. Jeśli dziecku nic nie jest, nie ma alergii to nie robi różnicy. Pewnie więc chcą wycisną ile się da. Wiadomo, że najlepiej zarabia się na dziecku ;) Mojej koleżanki dziecko ma okropną alergię, na razie Bóg raczy jeden wiedzieć na co, więc lekarz szuka przyczyny. Na zachętę dostał mleko (nie pamiętam nazwy) uwaga! 150zł za puszeczkę…
        U nas widzę, że kobiety bardzo szybko przerzucają się na karmienie sztuczne, widocznie tak im wygodniej. Może to zależy od miasta, stylu życia… sama nie wiem.

        • ~t.vik
          25 lipca 2017 o 19:00

          To mleko jest drogie nie z powodu polityki cenowej. Raczej z powodu niełatwego procesu jego wytwarzania (białka są rozbijane do poziomu aminokwasów – wg lekarza, z którym o tym rozmawiałem). A próbowałyście (próbowaliście) kiedyś jaki ma smak? Podobno dziecku wszystko jedno, bo jeszcze nie ma w pełni rozwiniętego zmysłu smaku, ale dla mnie to ryba podjeżdżająca metalem. Inną sprawą jest dofinansowanie. W Szwecji to mleko jest po prostu na receptę, a do domu dowozi je kurier :)

          • 25 lipca 2017 o 19:43

            Tak, próbowaliśmy. Raz. O raz za dużo ;)
            W Polsce mleko modyfikowane nie jest w żaden sposób refundowane (może to i dobrze), ale jest duża rozpiętość cenowa pomiędzy różnymi markami. Podobno ich składy niewiele się różnią, ale przyznaję, że sama tego (jeszcze) nie sprawdzałam.

          • ~t.vik
            26 lipca 2017 o 05:08

            Ta rozpiętość cenowa raczej też wynika z procesu wytwarzania. Inny rodzaj mleka (mniej „rozbite” białka) – tańsze mleko. :)

          • pankracja
            28 lipca 2017 o 22:50

            W Polsce na liście leków refundowanych są m.in. Bebilon pepti 1 i 2 oraz Humana (przy wskazaniach: zespoły wrodzonych defektów metabolicznych, alergie pokarmowe i biegunki przewlekłe). Są też inne preparaty, przy innych wskazaniach. Jak jest potrzeba, warto spytać lekarza rodzinnego czy w danej sytuacji przysługuje refundacja.

          • 29 lipca 2017 o 09:13

            Tak, oczywiście. Mnie chodziło o „zwykłe” mleko dla zdrowego dziecka.

  9. ~A.
    25 lipca 2017 o 11:03

    Jest ustawowy zakaz promowania mleka początkowego i bardzo duże ograniczenia w jego reklamowaniu – właśnie po to żeby promować karmienie piersią do 6 m.ż.

    Z resztą mleko początkowe ma podobno najlepszy skład i można nim karmic nawet później. Nie ma potrzeby przechodzenia na te 1, 2 itd. Z resztą te kolejne numerki to dopiero jest chwyt marketingowy – ostatnio widziałam chyba mleko modyfikowane z nr 5 – dla przedszkolaka…

    • 25 lipca 2017 o 12:08

      Ooo widzisz, czyli dobrze myślałam. Dziękuję za doinformowanie :)

  10. 26 lipca 2017 o 07:08

    U nas od adopcji minęły już prawie trzy lata – więc nie pamiętam zbyt dobrze, co mnie wtedy wkurzało ;) Może dlatego, że bardzo szybko przestałam się przejmować tym, co pomyślą sobie inni – a i w naszym otoczeniu spotykaliśmy się głównie z pozytywnymi reakcjami.

    Chyba denerwowały mnie te wszystkie opowieści „znajoma kuzynki znajomej adoptowała dziecko – i teraz się to dziecko prostytuuje/kradnie/pije na umór/ćpa do nieprzytomności”. Zawsze w takich sytuacjach odpowiadałam, że znam całe mnóstwo dzieci biologicznych, które zboczyły na podobne manowce – i jeszcze najlepiej podać przykład kogoś z rodziny naszego rozmówcy, wtedy buzia bardzo szybko mu się zamyka ;)

    Jeśli chodzi o formalności – z PESELEM i nowym aktem urodzenia poszło u nas bardzo szybko, ale podczas wcześniejszych wizyt u lekarza faktycznie posługiwaliśmy się starymi danymi Bąbelka (no cóż, innego wyjścia za bardzo nie było).

    A karmienie piersią? Szczerze mówiąc – nigdy nie kusiło mnie, żeby wywołać laktację. Paradoksalnie akurat w przypadku mam adopcyjnych wydaje mi się to bardzo…nienaturalne – i nie miałam ochoty na takie sztuczne pobudzanie pewnych procesów w moim organizmie, które samoistnie z oczywistych przyczyn nie wystąpiły.

    • 26 lipca 2017 o 08:01

      Pamiętam Twój artykuł o karmieniu piersią po adopcji. Myślałam nawet o nim, kiedy pisałam powyższy tekst. W większości zgadzam się z Twoim zdaniem na ten temat.

  11. ~Tyśka
    26 lipca 2017 o 20:24

    Jakoś nie pamiętam, żeby coś mnie wkurzało po adopcji naszej Hańci. Ja chyba jestem z tych co nie za bardzo przejmują się innymi. Byliśmy tak podekscytowani i szczęśliwi, że wszystko było do przejścia i tyle. My też u pediatry posługiwaliśmy się starym danymi Hani, bo my 7 miesięcy czekaliśmy na akt urodzenia i nie było to dla nas problematyczne. Jedynie co mnie wkurzało to pani sędzina, która aż dwa miesiące potrzebowała, aby wyrazić zgodę na pieczę i kolejne 5 na zakończenie sprawy adopcyjnej. Mieliśmy 3 wezwania na wokandę, badanie więzi itp.
    Co do karmienia piersią to zgadzam się z Karoliną – karmienie dziecka przez mamę adopcyjną jest dla mnie nienaturalne. Ale każdy robi jak uważa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *