Otworzyć się na dziecko…? Odc.1

WSTĘP

      Bardzo długo myślałam nad formą tego tekstu. Pierwotnie miał być pisany – jak większość – w pierwszej osobie, jednak uznałam, że nie chcę ograniczać się w nim do własnego doświadczenia. Pomyślałam więc o liście do przyszłych rodziców adopcyjnych, ale tu z kolei łatwo by mi było niechcący przyjąć ton mentorski, czego za wszelką cenę pragnę uniknąć, ponieważ nie czuję się żadnym autorytetem, aby kogokolwiek pouczać w zakresie przysposobienia. Wybrałam więc trzecie wyjście i stworzyłam opowiadanie (uprzedzam, że tendencyjne). Jego bohaterowie są fikcyjni, ale zależało mi, aby Czytelnicy – zwłaszcza ci, których adopcja w jakiś sposób dotyczy – odnaleźli w nich cząstkę siebie. Fabułę oparłam na prawdziwej historii, a raczej wielu historiach, posiadających pewien wspólny mianownik…

Tekst jest długi, dlatego opublikuję go w trzech częściach – codziennie po jednej.

ROZDZIAŁ PIERWSZY – Ona i On

           Kinga i Konrad poznali się na osiemnastce u wspólnego znajomego. Od razu przypadli sobie do gustu, a po kilku spotkaniach we dwoje zostali parą. Połączyły ich identyczne inicjały (K.K.), miłość do kuchni włoskiej oraz pragnienie zobaczenia Nowego Jorku, a wkrótce także wynajęta razem kawalerka i kupiony pod wpływem impulsu królik Klapek. Zaraz po studiach wzięli ślub i przeprowadzili się do własnego mieszkania. Oboje już wtedy pracowali, zresztą za całkiem przyzwoite pensje. Uznali więc, że nie ma co zwlekać z powiększeniem rodziny. Imiona dla dzieci mieli powybierane jeszcze w liceum: Karolina i Kacper, ewentualnie Kamila albo Klemens – ważne, żeby na „K”, tak jak rodzice. Niestety – czas mijał, a Kinga nie zachodziła w ciążę. Małżonkowie zdążyli zobaczyć nie tylko Nowy Jork, ale także Waszyngton, Los Angeles oraz kilkanaście europejskich stolic, miejsce Klapka zajął czarny kot Kawior, ale największe pragnienie pozostawało niezaspokojone.

      Diagnozy lekarzy nie dawały wielkich nadziei, tym bardziej, że okazało się, iż oboje mają problem z płodnością. Próby leczenia różnymi metodami nie przyniosły żadnych efektów. Kiedy młodsza siostra Konrada urodziła już drugie dziecko, kolejne koleżanki z pracy Kingi zaczęły odchodzić na urlopy macierzyńskie, a oni sami zdążyli przekroczyć trzydziestkę, powiedzieli „dość!”. Po kilku długich dyskusjach i nieprzespanych nocach podjęli decyzję o adopcji. Rozważali taką opcję już zresztą wcześniej, myśleli o przysposobieniu maluszka po odchowaniu pociech biologicznych. Los bywa jednak przewrotny i w pewnym sensie przyspieszył ten moment za nich…

ROZDZIAŁ DRUGI – Zimny prysznic

      Żadne z nich chyba nigdy nie zapomni pierwszej wizyty w ośrodku adopcyjnym. Kiedy przekraczali próg, wydawało im się, że wiedzą, czego chcą, jednak z każdym zdaniem pani kierowniczki czuli się coraz mniej pewnie. Gdy już przedstawili całą swoją historię, z drugiej strony ogromnego biurka padło pytanie o to, jakie dziecko chcieliby przysposobić.

- Malutkie! – wypaliła od razu Kinga – Takiego niemowlaczka, który jeszcze niczego nie pamięta. Chcielibyśmy przejść przez wszystkie etapy rodzicielstwa, od pieluszek aż po wnuki…

- Płeć obojętna, ale żeby było zdrowe – dodał z przekonaniem Konrad.

- Co to znaczy zdrowe pana zdaniem? – dociekała pani kierownik, jak im się wydawało, znudzonym głosem. Nie pomyśleli wtedy, że takie pytanie stawia niemal wszystkim kandydatom.

- Nooo… zdrowe… – mężczyzna wyraźnie tracił rezon – żeby nie było… upośledzone.

Ostatni wyraz wymówił półszeptem.

- A jeśli rodzice biologiczni byliby upośledzeni? Albo przynajmniej jedno z nich?

Małżonkowie spojrzeli po sobie. Nie wiedzieli, co odpowiedzieć. Nie myśleli o tym wcześniej. Pragnęli zostać rodzicami, tak po prostu. Owszem, czytali w książkach i w sieci, że do adopcji trafiają dzieci chore, obciążone traumą… ale literatura literaturą, a życie życiem. Nie dopuszczali do siebie myśli, że ich to dotknie, a już tym bardziej na pierwszym spotkaniu. Tymczasem ich rozmówczyni (nazwijmy ją panią Ewą) dopytywała dalej:

- Czy słyszeli państwo o FAS?

Pokiwali głowami.

- Czy w takim razie zdecydowaliby się państwo przyjąć dziecko z rodziny dotkniętej alkoholizmem? Albo takiej, gdzie matka dodatkowo paliła papierosy i brała narkotyki, będąc w ciąży?

Kinga pobladła. Czuła, że robi jej się słabo… nie była pewna, czy bardziej z powodu lipcowego upału, czy natłoku myśli i gęstniejącej atmosfery.

- To chyba zależy, jakie dziecko… – odparł nieśmiało Konrad.

- Skąd według państwa biorą się dzieci do adopcji? – drążyła dalej pani Ewa.

- Są porzucane przez matki biologiczne, które ich nie chcą lub nie mają pieniędzy na utrzymanie…? – odpowiedziała Kinga, choć brzmiało to bardziej jak pytanie. Sama już nie wiedziała, w jakim kierunku zmierza ta rozmowa.

- Nie, proszę pani. To, o czym pani mówi, to nieliczne wyjątki. Nasze dzieci przeważnie są odbierane dysfunkcyjnym rodzicom. Niezaradnym życiowo, niedostosowanym społecznie, uzależnionym od substancji psychoaktywnych. Takim, którzy nie rokują żadnej poprawy. I nie ma w tym kraju jasnowidza, który dałby komukolwiek gwarancję, że te dzieci będą – jak to pan przed chwilą określił – zdrowe. Ze wspomnianego powodu również właściwie nie ma noworodków, co najwyżej dzieci kilkunastomiesięczne, częściej – kilkuletnie. Takie są obecnie adopcyjne realia, drodzy państwo.

      Pół godziny później, po kolejnej serii trudnych pytań, opuszczali ośrodek. W czasie drogi powrotnej do domu żadne z nich nie odezwało się ani słowem. Kindze szkliły się oczy. Jej mąż czuł taką suchość w gardle, że co chwilę przełykał ślinę. Drażnił ją ten odgłos, podobnie jak szarawy zaciek na bocznej szybie samochodu i burzowe chmury na horyzoncie. Czuła, że ma wszystkiego dosyć.

CDN

  12 comments for “Otworzyć się na dziecko…? Odc.1

  1. ~t.vik
    28 lipca 2017 o 16:35

    Wcale nie taki długi. Wręcz krótki. No dobra, nie mogę się doczekać kolejnych…

    • 29 lipca 2017 o 09:22

      Zarumieniłam się. Nie, właściwie to cały czas się rumienię.

      • ~t.vik
        29 lipca 2017 o 13:04

        Hahaha :D

  2. 28 lipca 2017 o 17:33

    Świetny wpis (zresztą podobnie jak poprzedni). Oczekiwania, zachowania, przemyślenia, odczucia rodzin adopcyjnych (na każdym etapie ich drogi, również po latach) są tym co najbardziej mnie interesuje. Twój blog jest dla mnie bardzo ważny, ponieważ pozwala mi wychwycić to, o czym często nie mówią rodzice adoptujący dziecko z naszego pogotowia. Jedni otwierają się bardziej, inni mniej. Nam nie wypada pytać o sprawy osobiste, jak również ocenę ośrodka adopcyjnego. Po przeczytaniu drugiego rozdziału czuję niedosyt. Zgadzam się z przedmówcą, że był on wręcz krótki.
    Też nie mogę się doczekać kolejnej odsłony, ale jeżeli zostałaby ona rozbudowana w stosunku do tego, co już napisałaś, to chętnie poczekam nawet kilka kolejnych dni.
    Bardzo fajnie piszesz. Może tendencyjnie (jak wspomniałaś) … ale chyba właśnie o to chodzi – przedstawiasz swój punkt widzenia.

    • 29 lipca 2017 o 09:21

      No to rzuciłeś mi wyzwanie… Póki co zostanę przy tym, co już napisałam, ale kto wie… może kiedyś jeszcze pojawi się jakieś opowiadanie. Dziękuję za miłe słowa.

  3. 28 lipca 2017 o 19:30

    Z niecierpliwością będę czekał na ciąg dalszy :)
    Jakiś czas temu napisałem na Salon24 tekst o tym, że Bieda nie jest powodem do odebrania dziecka. Napisałem tam (S24) bo na portalu tym zdarzało się, że pewien polityk lansował tezę o odbieraniu biednym ale dobrym rodzicom dzieci… Cóż. Politycy z prawa i lewa potrafią bezczelnie grać na emocjach. Szkoda, że wielu naprawdę dobrych ludzi wierzy w mity o dzieciach w pieczy zastępczej.

    Pozdr
    M

    • ~t.vik
      28 lipca 2017 o 20:42

      Drogi Hephalumpie, uderzyłeś w jedną z moich najczulszych strun. Mówię oczywiście o tych „politykach”, chociaż już po takiej wypowiedzi, to jak dla mnie automatycznie przestają nimi być. Nie będę ich nazywał, niech najcięższe przekleństwa pozostaną w mojej głowie. Zamiast zapewnić pomoc, proponują odbierać dzieci? Na Sybir z nimi!

      • 28 lipca 2017 o 21:36

        Ups… Chyba jedna nie napisałem swojego komentarza właściwie i dałem możliwość by źle go zrozumieć. Polityk, którego mam namyśli lansował tezę, że cała opieka społeczna, OA i takie tam jest nastawione na odbieranie dzieci biednym (ale dobrym) rodzicom. I że należy to skończyć…
        Głoszenia hasła, że z powodu kłopotów finansowych można odbierać dzieci to na szczęście chyba żaden się nie odważy.

        Przepraszam za zamieszanie
        M

        • ~t.vik
          28 lipca 2017 o 22:48

          Uff! :) Trochę mi ulżyło, chociaż nie do końca, bo moja interpretacja Twojego komentarza nie wzięła się z nikąd. Kilka razy miałem okazję czytać o tragicznych w skutkach wyrokach sądów, które właśnie wolały odebrać rodzicom dzieci i umieścić je w obcych rękach z powodu biedy, albo choroby rodziców. Wrrr…

          • 29 lipca 2017 o 09:16

            Mnie się zawsze w takich przypadkach wydaje, że media pokazują tylko jedną stronę medalu. Bieda bardzo często (nie mówię, że zawsze!) jest skutkiem pewnych zachowań czy działań, a nie ich przyczyną. Rodzinom, którym odebrano dzieci, łatwo jest chwycić opinię publiczną za serce, pokazując przed kamerami zagrzybione mieszkanie i opowiadając o miłości do dzieci. Przemilcza się jednak to, że takie warunki są efektem np. alkoholizmu rodziców połączonego z faktem, że żadne z nich nie potrafi utrzymać żadnej pracy.

          • ~t.vik
            29 lipca 2017 o 13:03

            Racja, ale trzeba też popatrzeć na drugą stronę tego błędnego koła, bo i kiepskie warunki do życia w Polsce też są przyczyną różnego rodzaju niedomagań psychicznych ludzi, którzy szukają „pocieszenia” niestety nie tam, gdzie powinni (moim zdaniem wina leży nie tylko po stronie tych ludzi, ale też po stronie władz, bo przecież podatki zbierają, no nie?).

          • 29 lipca 2017 o 16:39

            @t.vik
            To jest jakiś rodzaj błędnego koła.
            Od lat spada „dzietność” w Polsce. Świadomość rodzicielska niby ciągle wzrasta. Społeczeństwo też niby bardziej wyczulone… A tymczasem liczba dzieci w instytucjonalnej pieczy zastępczej nie maleje (~19 tys. – liczba niezmienna od 2004 r). Kiedyś główną przyczyną dysfunkcji rodzin był alkoholizm. Teraz dochodzą nowe uzależnienia i nadal wielu rodziców jest zwyczajnie niezdolnych do sprawowania opieki.
            A jak słusznie napisała Lady M naszą „wiedzę” na ten temat kreują media, które z lubością sadysty chcą pokazywać biedne, skrzywdzone rodziny, płaczące matki…

            M

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *