Otworzyć się na dziecko…? Odc. 3 i ostatni

ROZDZIAŁ V – Rewolucja

      Chłopiec przyjął ich pierwszą wizytę zupełnie obojętnie. Obejrzał pluszowy samochodzik, który kupili mu zaraz po wyjściu z kawiarni i wrócił do zabawy blaszanymi pudełkami, wkładając jedno w drugie. Na próby nawiązania kontaktu reagował zwróceniem głowy w stronę osoby mówiącej i czasem uśmiechem, niezdradzającym jednak głębszych emocji. Kindze było przykro, choć sama ganiła się w duchu za to uczucie. Przecież nie spodziewała się, że Krzyś na jej widok – obcej w istocie kobiety -  od razu wtuli się w nią z okrzykiem „Mamo!” na ustach… Patrząc na malucha, z łatwością jednak mogła sobie wyobrazić go na kolorowym dywanie u nich w domu, układającego te swoje pudełka i przekonującego się do nich każdego dnia odrobinkę bardziej… Już po wyjściu z pogotowia rodzinnego dowiedziała się, że Konrad myślał podobnie.

      Wizyta w szpitalu u malutkiej wydawała się tylko formalnością. Kiedy jednak położna przyniosła im zaspaną i kompletnie zdezorientowaną kruszynkę, nie mogli powstrzymać łez. Była taka bezbronna, a przy tym naprawdę urocza. Wydawała im się najpiękniejszym noworodkiem na świecie.  Nie pozostawało więc małżonkom nic innego, jak poinformować najpierw ośrodek adopcyjny, a potem rodzinę i przyjaciół, że oto zostali rodzicami.

       Karolinkę wzięli do domu w ramach preadopcji już po kilku dniach. Jej biologiczna matka rzeczywiście dobrowolnie zrzekła się praw do córki. Krzysia oswajali ze sobą stopniowo, aby zrozumiał, że są i będą stałym punktem w jego życiu. Nieocenieni okazali się „ciocia” i „wujek” z pogotowia, którzy pomagali chłopcu w oswajaniu się z nową sytuacją i cierpliwie odpowiadali na wszystkie pytania przyszłych rodziców. Kindze szczególnie imponowało to, że właściwie rezygnują ze swojej prywatności, otwierając swój dom dla niej i Konrada niemal o każdej porze. Krzyś przeprowadził się do nowej rodziny po ponad dwóch miesiącach od pierwszego spotkania. Kompletnie nie rozumiał relacji międzyludzkich ani hierarchii rodzinnej, nie pojmował znaczenia wielu prozaicznych czynności. Brak głównego opiekuna oraz należytej troski odcisnął na nim widoczne piętno. Świeżo upieczeni rodzice wiedzieli, że czekają ich lata niełatwej pracy, ale po poznaniu Krzysia nie wyobrażali sobie, że mogliby się wycofać.

       Zdarzały się jednak momenty, gdy małżonkowie byli bliscy pożałowania swojej decyzji o podwójnej adopcji. Kiedy Karolinka płakała przez kolki, rozbudzony z drzemki brat zaczynał jej wtórować, błyskawicznie przechodząc do histerii, trwającej godzinami i niemal niemożliwej do opanowania. Gdy Konrad był w pracy, a Kinga zajmowała się małą, chłopiec robił wszystko, żeby skupić jej uwagę na sobie. Młoda mama adopcyjna bała się, że kiedyś go nie upilnuje i dojdzie do jakiejś tragedii.

      Nic takiego się na szczęście nie wydarzyło, zresztą Kinga pocieszała się, że w rodzinach biologicznych rodzice napotykają na podobne trudności. Krzyś powoli robił postępy. U jego siostrzyczki zdiagnozowano niewielkie problemy neurologiczne, ale rozwijała się prawidłowo. Kiedy podczas rozprawy sędzia zapytał, czy podtrzymują chęć przysposobienia, żadne z nich nie miało wątpliwości. W końcu byli rodziną!

EPILOG

      Krzysztof właśnie skończył czwartą klasę szkoły podstawowej. Przyniósł świadectwo z czerwonym paskiem, choć do ostatniej chwili nie było wiadomo, czy wychowawczyni nie obniży mu oceny z zachowania ze względu na niesubordynację. Ostatecznie uznała jednak, że należy nagrodzić jego widoczną pracę nad sobą. Chłopiec mówi, że chce w przyszłości zostać architektem i zaprojektować rodzicom oraz siostrze piękny dom.

      Karolinka idzie do trzeciej klasy. Ma trudności w uczeniu się, wolno przyswaja nowe informacje. Jest to najprawdopodobniej skutek FAE, czyli picia przez matkę biologiczną alkoholu w czasie ciąży. Dzięki staraniom rodziców i samozaparciu stara się jednak nadrabiać braki, dlatego jest szansa, że razem z rówieśnikami ukończy zwyczajną szkołę. Lubi prace plastyczne i manualne. Kinga i Konrad marzą o tym, że ich córeczka zdobędzie kiedyś ciekawy zawód. Może zostanie kucharką albo florystką?

       W salonie na honorowym miejscu wisi wspólne zdjęcie całej czwórki. Uśmiechnięte miny i blask w oczach każdego z członków rodziny nie pozostawia odwiedzającym wątpliwości co do natury ich wzajemnych relacji…

POSŁOWIE AUTORKI

       Dziękuję tym, którzy dobrnęli do końca, a w szczególności mojej kochanej pani krytyk ;) . Celem powyższego opowiadania nie było przekonywanie kogokolwiek na siłę ani do podjęcia decyzji o adopcji, ani tym bardziej do przyjęcia wbrew sobie konkretnego dziecka. Doskonale wiem, że ze strony ośrodków padają również takie propozycje, których po prostu nie da się przyjąć (pisałam już o tym nie raz). Tworzyłam tę historię z myślą o tych, których blokują ich własne lęki; którzy słysząc słowa „alkohol” i „zaniedbanie” od razu myślą „FAS” i „RAD”. Zdradzę Wam coś: karta Księżniczki naprawdę pozostawiała wiele do życzenia. Nie podam szczegółów ze względu na szacunek do prywatności mojego dziecka, ale powiem tyle, że gdybyśmy z P. chcieli znaleźć w jej dokumentach argumenty przeciwko adopcji, to byśmy znaleźli. Nasza córka jest zdrowa, pięknie się rozwija, lecz wcale nie musiało tak być. Nadal nie wiemy, co przyniesie przyszłość… jednak wiemy, że spędzimy ją razem. Nie wyobrażamy sobie dalszego życia bez naszej pociechy!

  9 comments for “Otworzyć się na dziecko…? Odc. 3 i ostatni

  1. ~MMM
    30 lipca 2017 o 10:31

    Fantastyczne. Ja od trzech lat jestem mamą adopcyjną- moja córeczka ma prawie pieć lat i jest fantastyczna. Sama dokumentacja też byla obciążona. Nawet powiedziano nam że to propozycja dla nas poza kolejką ze względu na moje wyksztalcenie…Nie żałujemy…korzystamy z pomocy rożnych specjalistów i widzimy postępy. Najlepszym i najważniejszym lekarstwem dla naszych dzieci jest „witamina M” a tej nie brakuje. W naszym wypadku informacje z karty były trochę na wyrost, większość się nie potwierdziła;)

    • 30 lipca 2017 o 11:54

      Sama „witamina M” nie zawsze wystarcza, ale przy wsparciu kochających rodziców i – tak jak piszesz – w razie potrzeby specjalistów naprawdę może zdziałać cuda. My na razie spotykamy się z tym, że lekarze po zapoznaniu się z książeczką małej są strasznie podejrzliwi, a potem ze zdumieniem odkrywają, że nic jej nie dolega. Naszym największym marzeniem jest właśnie to, żeby tak pozostało. Czy mogę zapytać, kim jesteś z wykształcenia? Mniemam, że pedagog, psycholog, nauczyciel lub fizjoterapeuta – zgadłam? :)

      • ~MMM
        30 lipca 2017 o 16:26

        Tak jestem nauczycielem dodatkowo z wyksztalceniem logopedycznym;)

  2. ~Pankracja
    30 lipca 2017 o 10:32

    Historia wprawdzie zupełnie nie z mojego podwórka (nie znam ani jednej osoby adoptowanej, ani adoptującej), ale czytała się świetnie i – co chyba najważniejsze – bardzo przybliżyła mi ten zupełnie dla mnie obcy świat adopcji. Dziękuję.

  3. 30 lipca 2017 o 11:48

    No to już znasz – mnie i moje dziecko :)
    Dziękuję za miłe słowa. Starałam się, żeby etapy procedury i przemyślenia rodziców adopcyjnych zostały przedstawione dosyć wiernie, choć wiadomo, że każdy przeżywa własną historię na swój sposób.

  4. 30 lipca 2017 o 20:52

    Przeczytałam wszystkie 3 „odcinki” – przyznam szczerze, że też nie pomyślałam o dzieciach przeznaczonych do adopcji jako tych obciążonych w różny sposób…To, że o noworodki raczej trudno, faktycznie obiło mi się o uszy.
    Ech, wzruszyłam się. Tym, że są na świecie ludzie, którzy dają dzieciaczkom szansę na nowe życie :)

    • 31 lipca 2017 o 18:41

      Wiesz, bo adopcję przedstawia się zwykle na dwa sposoby:
      1. Po hollywoodzku, czyli różowo-cukierkowo. Ot, biedna słodka sierotka znajduje idealny dom i wszyscy żyją długo i szczęśliwie.
      2. Po brukowcowemu, czyli czarno i z dreszczykiem. W rodzinach adopcyjnych kryje się przemoc i wykorzystywanie, a trudne i chore dzieci wyrastają na pijaków i przestępców.
      A prawda jak zwykle leży gdzieś w centrum: dzieci i rodzice są często dla siebie nawzajem spełnieniem marzeń, ale to nie znaczy, że nie czeka ich kawał ciężkiej pracy… nie zawsze zresztą uwieńczonej sukcesem, ale też nie zawsze porażką.

  5. 30 lipca 2017 o 21:43

    Czekałam z komentarzem do ostatniej części. Oczywiście, bardzo się wzruszyłam… Przypomniałam sobie też kilka rzeczy, o których kompletnie zapomniałam. Pisałam ci wcześniej, o moich adoptowanych koleżankach, ale przecież to nie jedyne historie z jakimi się zetknęłam.
    U mojej średniej córki w klasie na 18 dzieci było 2 adoptowanych chłopców i 1 dziewczynka. Wszystkie dzieci o tym wiedziały i nigdy nie stanowiło to problemu, nie było przyczyną wyśmiewania czy innych przypadków. W ogóle najfajniejsze było to, że reszta dzieci nie widziała żadnej różnicy między rodzicami biologicznymi a adopcyjnymi! A wiesz jakie potrafią być dzieci w gimnazjum!
    Przypomniałam sobie też taką historię: Moja dawna znajoma, Monika, adoptowała dzieci w latach 90. Nie mogła mieć własnych dzieci i marzyła się jej dziewczynka, wyłącznie niemowlę. Absolutnie nie zgadzała się na chłopca, ani na ponad roczne dziecko. Nie pamiętam już jak to było, że „zetknęła się” z dwoma chłopcami, bliźniętami w wieku 10 lat. Zapadli jej w głowę, męczyła się, prowadziła niekończące się dyskusje z mężem. W końcu zdecydowali się, że chcą tych chłopców. Ale ośrodek nie był przekonany. Obawiali się, bo chłopcy z dysfunkcyjnej rodziny, trafiali już wszędzie, nie znają normalnych relacji, obciążeni też byli jakąś wadą genetyczną, nie pamiętam dokładnie. Ani Monika, ani jej mąż nie mieli żadnego doświadczenia, wykształcenia, no słowem nic, co mogłoby pomóc im w adopcji tej dwójki. W końcu jednak chłopcy trafili do niej i pamiętam, że na początku było naprawdę trudno. Poza tym chłopcy bardzo rozrabiali, tak jakby sprawdzając jej wytrzymałość. Monika żaliła mi się czasami, ale nie na chłopców, tylko na swoją bezradność, na to, że nie może im pomóc i nie wie czy da radę. Mało tego: po roku od adopcji.. zaszła w ciążę (podobno nie jest to rzadki przypadek). Bała się jak to będzie, jak sobie wszyscy poradzą. Monika urodziła wymarzoną córeczkę, ale starała się aby chłopcy nie poczuli się odrzuceni. Wiem, że zdążyła ich bardzo pokochać. I wtedy urwał mi się z nią kontakt, bo jej mąż dostał pracę na drugim końcu Polski. Niecałe 20 lat później spotkałam na ulicy jej siostrę. Okazało się, że córka Moniki, mimo miłości i uwagi, wpadła w złe towarzystwo, w narkotyki i nie wiadomo w ogóle gdzie przebywa. Monika załamałaby się zupełnie, gdyby nie… jej synowie. (Jeden z nich został księdzem, drugi prawnikiem:) )To oni w nocy jeździli szukać siostry, to oni dbali by mama jadła, spała… Codziennie zmieniali się czuwając przy niej. Ta trójka to wielka miłość i więź nierozerwalna. Przepraszam, że taki długi komentarz, tak mi się po prostu przypomniało i chciałam się podzielić…. Już sobie idę! :)

    • 31 lipca 2017 o 18:36

      Kochana, zachodzenie w ciążę po adopcji się zdarza, ale nie jest absolutnie żadną regułą. Też znam historię, w której adoptowane dziecko odnalazło się w świecie lepiej od biologicznego. Trudno tu jednoznacznie wskazać przyczynę, ale napiszę coś innego: wykładowczyni psychologii na moich studiach powiedziała kiedyś, że „powołując na świat dziecko, trzeba pamiętać, że to jest zupełnie nowy, odrębny człowiek, o indywidualnym charakterze i temperamencie, a nie wierna kopia mamy lub taty”. To się tyczy także dzieci adoptowanych. Wychowanie jest niesamowicie ważne, może wzmocnić dobre cechy i wyeliminować lub ograniczyć złe nawyki, ale na pewne rzeczy nie ma wpływu. Dodatkowo geny i presja otoczenia (głównie rówieśniczego) też robią swoje…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *