Day: Sierpień 3, 2017

O co chodzi z tymi ojcami?

Kilka lat temu, tuż przed wprowadzeniem tzw. urlopu tacierzyńskiego, przeczytałam w prasie katolickiej artykuł o tym, iż jest to chory pomysł, prowadzący do nadużyć i wynaturzeń, bowiem to tylko matka posiada naturalne predyspozycje do opieki nad niemowlęciem. Poszłam z tym tekstem do zaprzyjaźnionego księdza, który próbował bronić zawartych w nim tez, chociaż chyba sam nie wydawał się przekonany. Już wspominałam na blogu, że byłam dzieckiem w dużej mierze wychowywanym przez tatę i być może dlatego treść artykułu kompletnie do mnie nie przemówiła. Nie uważam też, żeby sam podział funkcji rodzicielskich był moim domu jakoś szczególnie zaburzony: mama była mamą, tata tatą, ale to nie wykluczało tulenia mnie przez ojca, przewijania, kąpania czy czytania mi bajek na dobranoc.

Gdy byłam starsza, mieliśmy z tatą swoje wspólne rytuały, jak wieczorne spacery z psem,  oglądanie „Nocy zbrodni” na Discovery albo przygotowywanie niedzielnego śniadania. Wiele moich wspomnień z dzieciństwa wiąże się właśnie z tatą, bo chociaż dużo pracował, to zawsze znajdował dla mnie czas.

Ten pozytywny obraz ojca utrwala także M. (który potrafił jednocześnie jedną ręką przewijać córkę, drugą trzymać telefon, przez który gadał, trzecią zmieniać kanały w telewizorze,  czwartą przygotowywać małej mleko, a piątą włączać jej grającą zabawkę, ale to inna para kaloszy ;) ). Powiedziałam mu zresztą już lata temu, że będzie dobrym tatą, bo widziałam, jak opiekował się swoją gromadą zuchową. Chyba nie było granicy śmieszności albo bezpieczeństwa, której by dla podopiecznych nie przekroczył. No i miałam rację.

Jeżeli czytaliście mój tegoroczny wpis z okazji Dnia Ojca, to wiecie, że byłam również świadkiem (choć nie zawsze naocznym) zachowań zupełnie przeciwnych – ojców, którzy znęcali się nad dziećmi lub nie żywili do nich żadnych uczuć. I gdzieś w tym wszystkim chyba zgubiłam środek, co dobitnie mi niektórzy uświadamiają.

Zaczęło się krótko po adopcji. Pani kierownik OA podczas wizytacji pytała P. o to, czy są rzeczy, których przy córce nie zrobi (co znamienne  – w moją stronę takie pytanie nie padło). Ze strony samego ośrodka słyszałam podobne dociekania jeszcze kilka razy.

Moja kochana klasa wychowawcza zaprosiła mnie na bal z okazji zakończenia szkoły. Gdy się na nim pojawiłam, pierwsze pytania koleżanek z pracy dotyczyły właśnie tego, z kim zostawiłam dziecko. I wcale nierzadką reakcją było: „Ale jak to z ojcem? Samym?”. Jedna z dziewczyn, także matka maluchów, powiedziała współczująco: „Oj, to pewnie wracasz na 19.00, żeby wykąpać i położyć spać?”. No nie, nie wróciłam ani na 19.00, ani nawet na 20.00. Co prawda po powrocie zastałam Księżniczkę wbrew oczekiwaniom nie w łóżku, a w leżaczku i to bawiącą się w najlepsze z tatusiem, ale w końcu zasady są od tego, żeby je czasem łamać, prawda? ;)

Kilka moich znajomych – bliższych i dalszych – dzieliło się ze mną historiami o tym, jak to ich mężowie brzydzili się niemowlęcej kupy albo bali się wziąć noworodka na ręce, twierdząc, że na pewno zrobiliby mu krzywdę.

I tak się zastanawiam, czy w takim razie naprawdę nadal pokutuje mit o tym, że to wyłącznie matka jest od opieki nad dzieckiem, a ojciec od okazyjnego zapewniania rozrywki? Być może to ze względu na moje relacje z tatą od początku było dla mnie oczywistym, iż oboje małżonkowie powinni się angażować w pielęgnację i wychowanie. Może niekoniecznie  w równych proporcjach, zwłaszcza kiedy jedno z rodziców pracuje na pełen etat, a drugie zostaje w domu, ale na pewno z takim samym poświęceniem.

A jak jest u Was? Kto kąpie, przewija i wstaje w nocy?