O co chodzi z tymi ojcami?

Kilka lat temu, tuż przed wprowadzeniem tzw. urlopu tacierzyńskiego, przeczytałam w prasie katolickiej artykuł o tym, iż jest to chory pomysł, prowadzący do nadużyć i wynaturzeń, bowiem to tylko matka posiada naturalne predyspozycje do opieki nad niemowlęciem. Poszłam z tym tekstem do zaprzyjaźnionego księdza, który próbował bronić zawartych w nim tez, chociaż chyba sam nie wydawał się przekonany. Już wspominałam na blogu, że byłam dzieckiem w dużej mierze wychowywanym przez tatę i być może dlatego treść artykułu kompletnie do mnie nie przemówiła. Nie uważam też, żeby sam podział funkcji rodzicielskich był moim domu jakoś szczególnie zaburzony: mama była mamą, tata tatą, ale to nie wykluczało tulenia mnie przez ojca, przewijania, kąpania czy czytania mi bajek na dobranoc.

Gdy byłam starsza, mieliśmy z tatą swoje wspólne rytuały, jak wieczorne spacery z psem,  oglądanie „Nocy zbrodni” na Discovery albo przygotowywanie niedzielnego śniadania. Wiele moich wspomnień z dzieciństwa wiąże się właśnie z tatą, bo chociaż dużo pracował, to zawsze znajdował dla mnie czas.

Ten pozytywny obraz ojca utrwala także M. (który potrafił jednocześnie jedną ręką przewijać córkę, drugą trzymać telefon, przez który gadał, trzecią zmieniać kanały w telewizorze,  czwartą przygotowywać małej mleko, a piątą włączać jej grającą zabawkę, ale to inna para kaloszy ;) ). Powiedziałam mu zresztą już lata temu, że będzie dobrym tatą, bo widziałam, jak opiekował się swoją gromadą zuchową. Chyba nie było granicy śmieszności albo bezpieczeństwa, której by dla podopiecznych nie przekroczył. No i miałam rację.

Jeżeli czytaliście mój tegoroczny wpis z okazji Dnia Ojca, to wiecie, że byłam również świadkiem (choć nie zawsze naocznym) zachowań zupełnie przeciwnych – ojców, którzy znęcali się nad dziećmi lub nie żywili do nich żadnych uczuć. I gdzieś w tym wszystkim chyba zgubiłam środek, co dobitnie mi niektórzy uświadamiają.

Zaczęło się krótko po adopcji. Pani kierownik OA podczas wizytacji pytała P. o to, czy są rzeczy, których przy córce nie zrobi (co znamienne  – w moją stronę takie pytanie nie padło). Ze strony samego ośrodka słyszałam podobne dociekania jeszcze kilka razy.

Moja kochana klasa wychowawcza zaprosiła mnie na bal z okazji zakończenia szkoły. Gdy się na nim pojawiłam, pierwsze pytania koleżanek z pracy dotyczyły właśnie tego, z kim zostawiłam dziecko. I wcale nierzadką reakcją było: „Ale jak to z ojcem? Samym?”. Jedna z dziewczyn, także matka maluchów, powiedziała współczująco: „Oj, to pewnie wracasz na 19.00, żeby wykąpać i położyć spać?”. No nie, nie wróciłam ani na 19.00, ani nawet na 20.00. Co prawda po powrocie zastałam Księżniczkę wbrew oczekiwaniom nie w łóżku, a w leżaczku i to bawiącą się w najlepsze z tatusiem, ale w końcu zasady są od tego, żeby je czasem łamać, prawda? ;)

Kilka moich znajomych – bliższych i dalszych – dzieliło się ze mną historiami o tym, jak to ich mężowie brzydzili się niemowlęcej kupy albo bali się wziąć noworodka na ręce, twierdząc, że na pewno zrobiliby mu krzywdę.

I tak się zastanawiam, czy w takim razie naprawdę nadal pokutuje mit o tym, że to wyłącznie matka jest od opieki nad dzieckiem, a ojciec od okazyjnego zapewniania rozrywki? Być może to ze względu na moje relacje z tatą od początku było dla mnie oczywistym, iż oboje małżonkowie powinni się angażować w pielęgnację i wychowanie. Może niekoniecznie  w równych proporcjach, zwłaszcza kiedy jedno z rodziców pracuje na pełen etat, a drugie zostaje w domu, ale na pewno z takim samym poświęceniem.

A jak jest u Was? Kto kąpie, przewija i wstaje w nocy?

  22 comments for “O co chodzi z tymi ojcami?

  1. ~CanCan
    3 sierpnia 2017 o 09:57

    U nas w OA tez jest jakieś absurdalne podejście do ojcostwa. Ciagle padają w stronę M pytania czy poświęci dziecku przynajmniej godzinę tygodniowo (sic!) albo czy noe będzie się brzydził (!!!!!!!) kangurowania. Po zapewnieniu, ze nie i o tym marzy panie robią budyniowe oczy i zachwycają się M jakby był małym szczeniaczkiem. Mnie nikt nie pyta o nic :D

    • 4 sierpnia 2017 o 15:48

      Godzinę tygodniowo? A pozostałe 167 ma należeć do Ciebie? To jest dopiero definicja partnerstwa… A przy kangurowaniu męska duma na pewno nie ucierpi, co najwyżej włosy na klacie ;)

  2. 3 sierpnia 2017 o 11:47

    U nas podział jest absolutnie równy – Dziubas jest świetnym tatą – i takim od przewijania i takim od zabawy :)

    • 4 sierpnia 2017 o 15:45

      Kiedy mój mąż jest w domu, to nawet gdy ja idę przewinąć dziecko, idzie ze mną i asystuje. Podobnie jest z karmieniem.
      Zatem gratuluję Dziubasa i chwalę się, że też mam fajnego faceta na stanie. Sztuk 1, używany, ale w stanie idealnym ;)

      • 5 sierpnia 2017 o 12:16

        Dzięki! Nie ma to jak tatuśki!
        Ale z rykiem i tak zawsze leci do mamy ;P

  3. 3 sierpnia 2017 o 14:56

    Już chyba kiedyś o tym pisałam, ale napiszę jeszcze raz, bo to adekwatny przykład :) Kiedyś siedziałam z koleżanką w pokoju a mąż bawił się z dzieckiem. Nagle zaczęło płakać i to koleżanka zerwała się na równe nogi nie ja i pyta mnie czemu nie biegnę ;) Na to mówię, że słyszę, że dziecko woła jeść i zaraz dostanie, nic się nie dzieje, przecież jest z ojcem ;) Wszystko zależy od układów w małżeństwie, mój mąż jest z tych, co córki mogą mu pomalować paznokcie i jeździć na nim jak na koniu, jest wspaniałym ojcem i towarzyszem zabaw. Ale nie każdy mężczyzna tego chce, czasem to nie tylko społeczeństwo…. Znam takich, którzy nadal uważają, że oni są od zarabiania pięniędzy. Pisałam też u siebie na blogu o takich „kwiatkach”, co to uważają, że do 7 lat to mężczyzna „nie ma co robić”, że wychowanie dopiero wtedy się zaczyna… Bez komentarza.
    A przecież nie ma nic bardziej męskiego jak wspaniały facet ze swoim dzieckiem w ramionach.

    • ~t.vik
      3 sierpnia 2017 o 18:13

      Z tą wstrzymką do siedmiu lat, to działa w kulturze bliskowschodniej i to prawie całe społeczeństwo tak działa. Prawie, bo znam wyjątki, ale same te wyjątki o tym opowiadają. No cóż, tylko im współczuć.

      • 4 sierpnia 2017 o 12:31

        Naprawdę? Nie wiedziałam o tym. Gdy usłyszałam taką teorię (nie gdzie indziej jak u nas w Polsce) to otworzyłam szeroko oczy myśląc, że to żart.
        Dzięki, że mnie uświadomiłaś :)

        Ja myślę szczerze mówiąc, że stosunek ojca do dziecka nie jest tylko związany z tym jakie mamy czasy, jakie społeczeństwo, ale po prostu od charakteru i osobowości mężczyzny. Są tacy, którzy po prostu tego „nie czują” Mogą się opiekować, być przy porodzie, bawić się, ale to wszystko będzie robione automatycznie. Niektórzy potrzebują czasu, by nauczyć się być ojcem, inni nigdy tego nie zrobią. Można to porównać do zawodu – jedni są np. lekarzami z powołania a inni po prostu wykonują zawód.
        Znam też jaki przypadek, gdzie chłopak wyciszył sobie swój pokój, żeby móc tam spokojnie egzystować jak dziecko będzie płakać, czy bawić się.
        Ogólnie to chyba bardziej złożony problem.
        Pozdrawiam

        • 4 sierpnia 2017 o 15:26

          Tego gościa, co sobie wyciszył pokój, należałoby zamknąć w tym pokoju właśnie z tym płaczącym dzieckiem i jeszcze wyjącym psem do kompletu. Tak, ja też marzę o ciszy, kiedy Księżniczka wrzeszczy, no ale sorry… żadne z nas nie odcina się od cierpiącego dziecka!

  4. 3 sierpnia 2017 o 18:24

    Ojciec ma karmić? Bawić? Przewijać? Chodzić na spacery? To niemożliwe!
    Ojciec przy porodzie? Przecież zemdleje! Przy cesarce? Zemdleje podwójnie!
    Trochę dziwne, że takie podejście jeszcze pokutuje, ale nie zapominajmy, że nie wzięło się z nikąd. Tak przecież było jeszcze w poprzednich pokoleniach. Mój ojciec był tylko i wyłącznie od zabawy, chociaż gdyby rzeczywiście od tego był, to bym się z tego bardzo cieszył i inaczej go przedstawiał nawet na blogu. Ale żeby ludzie, którzy w tym pracują nie zauważali społecznych zmian, które rozpoczęły się już dawno, to jakieś dziwne. Albo udają, żeby schlebić, co jak dla mnie jest żenujące.

    • 4 sierpnia 2017 o 15:40

      A może te zmiany są tylko pozorne? W komentarzach zwracacie uwagę na słowa pań z OA. Ja myślę, że ich pytania nie wzięły znikąd, tylko pochodzą z konkretnych obserwacji. Historie moich koleżanek – z pracy i nie tylko – też to potwierdzają.

      • ~t.vil
        4 sierpnia 2017 o 16:25

        Och Lady, przecie mówię, że nie z nikąd :D

  5. 4 sierpnia 2017 o 02:13

    Kiedyś przeczytałam takie stwierdzenie, według mnie słuszne, że kobieta ma 9 miesięcy na przyzwyczajenie się do myśli, że zostanie mamą. Co więcej – ona tą mamą już jest będąc w ciąży. Dla taty, natomiast, jakkolwiek by się nie starał i nie wspierał mamy – dziecko póki co, to Obcy z Kosmosu, który wtargnie w ich życie, i jak do niego podejść??? Tata uczy się miłości, gdy Obcy już się pojawi. Myślę, że w przypadku adopcji – nie ma taryfy ulgowej. Oboje rodziców uczy się jednocześnie (jednak życie bywa sprawiedliwe:) )
    Tak, naprawdę, chciałam jednak poruszyć bardzo ważną sprawę.
    Tomek jest cudownym tatą. Poza tym, że Tamaluga owinęła go sobie wokół palca, potrafi robić przy niej wiele rzeczy na równi ze mną (niektóre nawet, np. kąpiel, należą głównie do niego). Ma tylko problem z nakarmieniem (trafieniem łyżeczką do ust) i doborem ubranek do pogody ( :D ) Ktoś powie „no i super! Za to kąpie, przewija, bawi się, chodzi na spacery, etc, etc.. To powinno wystarczyć.” No i dawniej to by mi wystarczyło, ale nie dziś. Dzisiaj wymagam, żeby umiał zrobić WSZYSTKO. Nakarmić i ubrać też. Nie musi oczywiście tego robić, gdy jestem w pobliżu, ale umieć MUSI. Znowu się rozpisuję, cholera, więc napiszę to w wielkim skrócie. W 99 roku, gdy moja najstarsza (i wówczas jedyna) córka miała rok – rozbolał mnie brzuch i straciłam przytomność. Trafiłam do szpitala z 30 procentami szansy na przeżycie. Jak się okazało miałam guza w brzuchu, który pękł…. Jakimś cudem mnie odratowano, ale do czego zmierzam… Ja nie miałam czasu zostawić mężowi instrukcji obsługi dziecka. Mnie po prostu nagle zabrakło. Wiem, że wielu ludzi nie myśli o takich rzeczach, ale takie rzeczy się zdarzają. Dlatego teraz wymagam i egzekwuję, bo muszę być pewna i spać spokojnie.

    • 4 sierpnia 2017 o 15:36

      Ahaja, przepraszam, może to nietaktowne, co napiszę… mój znajomy zmarł przez takiego pękniętego krwiaka, zostawił żonę i maleńkie dziecko. Aż mi się słabo zrobiło, jak przeczytałam o Tobie. Całe szczęście, że jesteś z nami i piszesz :)
      Rozumiem, że chcesz być pewna, trudno Ci tutaj odmówić racji… ale wiesz co? Myślę, że jeśli facet zostanie postawiony pod ścianą, to się w jeden dzień wszystkiego nauczy. Przychodzą mi teraz do głowy 2 przypadki z najbliższego otoczenia, kiedy to z różnych względów matki po porodzie nie mogły zajmować się dziećmi i nagle cała odpowiedzialność spadła na ojców. Obaj panowie poradzili sobie świetnie.
      Wiesz, mam wrażenie (ale teraz mówię o sobie, nie o Tobie), że to my, kobiety, robimy z mężczyzn takie kaleki. Ciągle nam się wydaje, że wszystko musimy umieć, we wszystkim ich wyręczamy, a potem się dziwimy, że pewnego dnia rzeczywiście wszystko musimy już robić same.

      • 4 sierpnia 2017 o 18:10

        Fakt. ale troszkę tymi kalekami są (hihi cicho :D)
        I tu też masz rację, że podstawieni pod ścianę w większości przypadków radzą sobie znakomicie.

        • ~t.vik
          4 sierpnia 2017 o 19:51

          Może nie tyle kalekami, co po prostu leniami ;)
          Wiem po sobie :D

  6. 5 sierpnia 2017 o 16:02

    Naiwnie myślałam, że współczesne pokolenie tatusiów ma zupełnie inne podejście do ojcostwa (pokolenie naszych ojców było jednak inne. Twój Tata to wyjątek. Ojcowie z mojego dzieciństwa, mój i koleżanek) dawali zdecydowanie mniej od siebie niż matki). Tymczasem moja przyjaciółka wychodzi za Mąż i już zamartwia się, że jej wybranek nie będzie takim ojcem, jak Tata Tygrysa. Dlaczego? Bo u niego w rodzinie zawsze tak było, że cały ciężar wychowania spadał na kobiety i facet nie zamierza chyba tego zmienić. Nie ma jak przywiązanie do tradycji. Ironizuję. Wierzę, że to odosobniony przypadek. Że ojcowie, tak jak mój M angażują się w równym stopniu w wychowanie i dbanie o dziecko. Każde z nas ma takie same obowiązki. Na przemian wstajemy do Tygrysa, chyba że któreś jest chore, zmęczone, ma gorszy dzień. Nie mam obawy, kiedy Chłopaki zostają sami. Śmiem twierdzić, że bawią się lepiej niż ze mną. Bo każde z nas ma obszar, w którym się lepiej realizuje. Mąż w zabawie, ja w książeczkach, grach. Tak, jak dzielimy się obowiązkami domowymi, tak samo opieką nad Tygrysem.

    • 6 sierpnia 2017 o 22:26

      Myślę, że przyjaciółka powinna poważnie pogadać z tym facetem jeszcze przed ślubem, bo potem to już będzie za późno…

      • 6 sierpnia 2017 o 22:45

        Mam nadzieję, że to zrobiła, bo już jest po ślubie.

  7. ~J.
    6 sierpnia 2017 o 13:21

    W latach naszego dzieciństwa, wydawało się nie do pomyślenia, żeby to mąż siedział w domu, a żona pracowała. A u mnie w domu po części tak było. Miałam chyba 4, albo 5 lat jak tata zachorował i musiał przejść na rentę, więc to on robił obiady, robił zakupy itd. Sprzątanie i inne obowiązki domowe były podzielone. Do tej pory mój tata przygotowuje obiady, czy ogarnia mieszkanie. W święta pewne potrawy robi tylko on (ma swoje specjalności). W lekcjach rodzice pomagali nam pół na pół, w zależności od tego w czym się bardziej specjalizowali. Jestem pewna, że mój tata nie czuje się z tego powodu jakoś mniej męsko.
    I pewnie dlatego nie wyobrażam sobie, że miałabym mieć kiedyś dom i dzieci tylko na swojej głowie.
    Zresztą uważam, że więź ojciec-córka jest superważna. Równie ważna co więź matka-córka. Taka samo z synami.
    A P. to świetny tata (tatuś córeczki, jak i nasi tatusiowie :))

    • 6 sierpnia 2017 o 22:17

      Właśnie jedna z bardzo dalekich znajomych rozpuściła plotę, że P. nie zajmuje się dzieckiem i wszystko jest na mojej biednej głowie. A wiesz, co jest najzabawniejsze? Że to naprawdę jest baaaardzo daleka znajoma. Nigdy nie była u nas w domu, nigdy osobiście nie rozmawiała z nami o adopcji, a dowiedziała się o Księżniczce pocztą pantoflową. Najpierw się wściekłam, potem zrobiło mi się przykro, a na końcu stwierdziłam (przepraszam za język, nie da się inaczej), że olał to pies. Sobie wystawia świadectwo durnymi pomówieniami.

      • ~J.
        7 sierpnia 2017 o 12:43

        Po raz kolejny osoby które mają najmniej do powiedzenia, mówią najwięcej. Niestety. Ale my znamy prawdę :) a hejterzy i tak będą hejtować.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *