Day: Sierpień 5, 2017

Matka z wózkiem w przestrzeni publicznej

Mam taką złotą zasadę, że nie angażuję się w żadne internetowe kupoburze czy inne obrzucanie błotem ludzi o odmiennych poglądach. Są ku temu trzy powody:

  1. Poziom tych dyskusji jest najczęściej tak żenujący, że zwyczajnie wstydzę się zabierać w nich głos. Zostawienie po sobie śladu w takiej wymianie zdań wydaje mi się gorsze niż przyznanie się do nieznajomości tabliczki mnożenia, niezmieniania bielizny albo sikania do basenu.
  2. Nigdzie nie jest powiedziane, że to ja mam rację, w końcu nie pozjadałam wszystkich rozumów. Nikt mi nie dał prawa do krytykowania, osądzania czy pouczania innych, zwłaszcza ad personam.
  3. W tych nielicznych wyjątkach, kiedy wiem na 100%, że słuszność jest po mojej stronie, dyskusja najczęściej nie ma sensu, jest jak ta przysłowiowa gra w szachy z gołębiem. Niektórzy ludzie wierzą w takie rzeczy, że strach się bać. Tak jest np. z postami o zarobkach nauczycieli. Najwięcej mają o nich do powiedzenia ci, którzy nigdy nie pracowali w szkole, ale ponieważ znajoma kuzynki sąsiada brata pani z warzywniaka była nauczycielką, to wiedzą na pewno, że przeciętny belfer zarabia 5000 na rękę za etat. Zawsze po przeczytaniu takich rewelacji z błyskiem nadziei w oczach sprawdzam konto, ale niestety jakoś te liczby nie chcą się pozamieniać miejscami. I jak było 40% tej kwoty, tak jest. Na macierzyńskim nawet mniej. Podobno kasjer w Lidlu zarabia więcej (przy całym szacunku dla kasjerów z Lidla,  wcale im pracy nie zazdroszczę)…

Przyznaję, że przedwczoraj korciło mnie, aby wbrew postanowieniom w jednym miejscu zabrać głos. Powstrzymałam się jednak i postanowiłam zrobić to tutaj, bo wiem, że nawet jeśli się ze mną nie zgodzicie, to poziom dyskusji będzie o wiele wyższy, niż pod przypadkowym profilem na Facebooku.

Na pewno część z Was zetknęła się z krążącym po sieci już od miesięcy artykułem o matce z wózkiem, która została wyproszona z tzw. ciucholandu i nasłuchała się od sprzedawczyni wielu przykrych rzeczy. Sprawa trafiła do sądu, obsługę sklepu ukarano mandatem w wysokości… 20 złotych. W komentarzach (facebookowych i nie tylko) większość osób nie tylko nie broni tej mamy, ale wręcz wyzywa ją od „świętych krów”, „madek” i „efektów 500+” (nie do końca popieram ten program, ale nie widzę jego związku z powyższą sytuacją). Przyznam Wam szczerze, że przeraża mnie taki brak empatii… Swoje przemyślenia na ten temat pozwoliłam sobie zawrzeć w punktach poniżej. Jestem bardzo ciekawa Waszych spostrzeżeń.

  1. Zgadzam się, że są przestrzenie handlowe nieprzeznaczone dla wózków dziecięcych: ciasne sklepiki, w których nawet samemu trudno się obrócić albo np. lokalne sklepy ze szkłem i porcelaną, gdzie łatwo coś zahaczyć i stłuc. Pchanie się do takich miejsc z wózkiem, o ile nie zachodzi jakaś paląca konieczność, uważam za wysoce nierozsądne. (Co ciekawe, w moim ulubionym centrum handlowym dwa najciaśniejsze sklepy to akurat te z zabawkami; nawet do jubilera można by było spokojnie wejść z wózkiem, a do Smyka nie ma jak.)
  2. Sama nie zabieram córci na zakupy typowo „ubraniowe” ani tym podobne. Trudno byłoby mi się skupić, dziecko marudziłoby znudzone, a (jak pokazała wspomniana dyskusja) mogłybyśmy się jeszcze nasłuchać od osób postronnych. Nigdy nie przyszłoby mi jednak do głowy, aby kogoś za takie zakupy krytykować. Jeżeli z jakichś powodów musiałabym wejść do sklepu odzieżowego lub obuwniczego z wózkiem, to bym weszła, o ile tylko przestrzeń by na to pozwalała.
  3. Nie mam problemu z tym, że niektóre restauracje zakazują wstępu z dziećmi. Ludzie spotykają się w takich miejscach służbowo, towarzysko i/lub dla relaksu, toteż nie muszą wysłuchiwać wrzasków obcych maluchów. Ważne, żeby powstawały również lokale przyjazne rodzinie, bo jednak w podróży czy na wakacjach też trzeba jeść, a dziecko warto uczyć zachowania w tego typu przestrzeni. Jedzenie w domu to jednak nie to samo, choćby ze względu na liczbę bodźców dookoła.
  4. Nie potrafię natomiast pojąć, dlaczego młodemu, zdrowemu człowiekowi przeszkadza matka (ciekawe, że chyba nikt nie wspomniał o ojcach… oni nie wychodzą z dziećmi z domu czy co?) z wózkiem w sklepie? Naprawdę wielkim problemem jest ominięcie wózka, w ostateczności przejście sąsiednią alejką? Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek jakiś pojazd dziecięcy znacznie utrudnił mi zakupy. Zawsze można też powiedzieć „przepraszam” i poprosić rodzica o przestawienie pociechy. To nie boli.
  5. Argument, że „z dziećmi chodzi się do parku, a nie na zakupy” uważam za chybiony i niesprawiedliwy. Jedno przecież drugiego nie wyklucza. Owszem, pracowałam kiedyś w centrum handlowym i widziałam całe rodziny wędrujące po nim od otwarcia do zamknięcia, ale to były (mam nadzieję) wyjątki. Sama wstępuję do sklepów właśnie podczas spaceru, najczęściej w drodze powrotnej… pamiętając o punkcie 1.
  6. Nagonka na kobiety z wózkami najbardziej uderza w samotne matki albo takie, których partnerzy pracują daleko od domu. Naprawdę nie wszyscy mają z kim zostawić dziecko i nie każdego też stać na nianię – a jeść trzeba, posprzątać i ubrać się również, podobnie jak np. wykupić lekarstwa.
  7. Wzywanie do noszenia dzieci w chustach lub nosidełkach jest logiczne, ale nie można nikogo do tego zmuszać. Co mają powiedzieć matki w kolejnej ciąży, z chorym kręgosłupem albo takie, których dzieci zwyczajnie nie cierpią być noszone? Drące się wniebogłosy niemowlę będzie większym utrudnieniem dla innych niż stojący z boku wózek ze śpiącym maluchem… Nie wszyscy mieszkają tuż obok sklepów, czasem trzeba przebyć do nich długą drogę. Ja na przykład nie wyobrażam sobie pokonania – powiedzmy 4 kilometrów – w 34-stopniowym upale z Księżniczką w nosidle. Przede wszystkim ze względu na jej zdrowie, ale na swoje również.
  8. Nie wyobrażam sobie również zostawienia wózka przed sklepem. Ani pustego, ani tym bardziej z dzieckiem. Mam obawy, że po wyjściu już bym go nie zastała.
  9. Matka z wózkiem nie jest świętą krową, dlatego wchodząc do sklepu powinna przynajmniej starać się nie tarasować całego przejścia i uważać na to, żeby kołami nie poniszczyć towaru. To nie jest takie trudne, wystarczy chcieć.
  10. Nie wiem, czy wywieszenie karteczki „Proszę nie wchodzić z wózkami dziecięcymi” jest w naszym kraju legalne, ale jeśli tak, to chyba ułatwiłoby sprawę. Nie wiem jak Wy, ja nie lubię pchać się tam, gdzie nie jestem mile widziana.

Drodzy Rodzice, a Wy jak rozwiązujecie problem zakupów z dzieckiem?