Matka z wózkiem w przestrzeni publicznej

Mam taką złotą zasadę, że nie angażuję się w żadne internetowe kupoburze czy inne obrzucanie błotem ludzi o odmiennych poglądach. Są ku temu trzy powody:

  1. Poziom tych dyskusji jest najczęściej tak żenujący, że zwyczajnie wstydzę się zabierać w nich głos. Zostawienie po sobie śladu w takiej wymianie zdań wydaje mi się gorsze niż przyznanie się do nieznajomości tabliczki mnożenia, niezmieniania bielizny albo sikania do basenu.
  2. Nigdzie nie jest powiedziane, że to ja mam rację, w końcu nie pozjadałam wszystkich rozumów. Nikt mi nie dał prawa do krytykowania, osądzania czy pouczania innych, zwłaszcza ad personam.
  3. W tych nielicznych wyjątkach, kiedy wiem na 100%, że słuszność jest po mojej stronie, dyskusja najczęściej nie ma sensu, jest jak ta przysłowiowa gra w szachy z gołębiem. Niektórzy ludzie wierzą w takie rzeczy, że strach się bać. Tak jest np. z postami o zarobkach nauczycieli. Najwięcej mają o nich do powiedzenia ci, którzy nigdy nie pracowali w szkole, ale ponieważ znajoma kuzynki sąsiada brata pani z warzywniaka była nauczycielką, to wiedzą na pewno, że przeciętny belfer zarabia 5000 na rękę za etat. Zawsze po przeczytaniu takich rewelacji z błyskiem nadziei w oczach sprawdzam konto, ale niestety jakoś te liczby nie chcą się pozamieniać miejscami. I jak było 40% tej kwoty, tak jest. Na macierzyńskim nawet mniej. Podobno kasjer w Lidlu zarabia więcej (przy całym szacunku dla kasjerów z Lidla,  wcale im pracy nie zazdroszczę)…

Przyznaję, że przedwczoraj korciło mnie, aby wbrew postanowieniom w jednym miejscu zabrać głos. Powstrzymałam się jednak i postanowiłam zrobić to tutaj, bo wiem, że nawet jeśli się ze mną nie zgodzicie, to poziom dyskusji będzie o wiele wyższy, niż pod przypadkowym profilem na Facebooku.

Na pewno część z Was zetknęła się z krążącym po sieci już od miesięcy artykułem o matce z wózkiem, która została wyproszona z tzw. ciucholandu i nasłuchała się od sprzedawczyni wielu przykrych rzeczy. Sprawa trafiła do sądu, obsługę sklepu ukarano mandatem w wysokości… 20 złotych. W komentarzach (facebookowych i nie tylko) większość osób nie tylko nie broni tej mamy, ale wręcz wyzywa ją od „świętych krów”, „madek” i „efektów 500+” (nie do końca popieram ten program, ale nie widzę jego związku z powyższą sytuacją). Przyznam Wam szczerze, że przeraża mnie taki brak empatii… Swoje przemyślenia na ten temat pozwoliłam sobie zawrzeć w punktach poniżej. Jestem bardzo ciekawa Waszych spostrzeżeń.

  1. Zgadzam się, że są przestrzenie handlowe nieprzeznaczone dla wózków dziecięcych: ciasne sklepiki, w których nawet samemu trudno się obrócić albo np. lokalne sklepy ze szkłem i porcelaną, gdzie łatwo coś zahaczyć i stłuc. Pchanie się do takich miejsc z wózkiem, o ile nie zachodzi jakaś paląca konieczność, uważam za wysoce nierozsądne. (Co ciekawe, w moim ulubionym centrum handlowym dwa najciaśniejsze sklepy to akurat te z zabawkami; nawet do jubilera można by było spokojnie wejść z wózkiem, a do Smyka nie ma jak.)
  2. Sama nie zabieram córci na zakupy typowo „ubraniowe” ani tym podobne. Trudno byłoby mi się skupić, dziecko marudziłoby znudzone, a (jak pokazała wspomniana dyskusja) mogłybyśmy się jeszcze nasłuchać od osób postronnych. Nigdy nie przyszłoby mi jednak do głowy, aby kogoś za takie zakupy krytykować. Jeżeli z jakichś powodów musiałabym wejść do sklepu odzieżowego lub obuwniczego z wózkiem, to bym weszła, o ile tylko przestrzeń by na to pozwalała.
  3. Nie mam problemu z tym, że niektóre restauracje zakazują wstępu z dziećmi. Ludzie spotykają się w takich miejscach służbowo, towarzysko i/lub dla relaksu, toteż nie muszą wysłuchiwać wrzasków obcych maluchów. Ważne, żeby powstawały również lokale przyjazne rodzinie, bo jednak w podróży czy na wakacjach też trzeba jeść, a dziecko warto uczyć zachowania w tego typu przestrzeni. Jedzenie w domu to jednak nie to samo, choćby ze względu na liczbę bodźców dookoła.
  4. Nie potrafię natomiast pojąć, dlaczego młodemu, zdrowemu człowiekowi przeszkadza matka (ciekawe, że chyba nikt nie wspomniał o ojcach… oni nie wychodzą z dziećmi z domu czy co?) z wózkiem w sklepie? Naprawdę wielkim problemem jest ominięcie wózka, w ostateczności przejście sąsiednią alejką? Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek jakiś pojazd dziecięcy znacznie utrudnił mi zakupy. Zawsze można też powiedzieć „przepraszam” i poprosić rodzica o przestawienie pociechy. To nie boli.
  5. Argument, że „z dziećmi chodzi się do parku, a nie na zakupy” uważam za chybiony i niesprawiedliwy. Jedno przecież drugiego nie wyklucza. Owszem, pracowałam kiedyś w centrum handlowym i widziałam całe rodziny wędrujące po nim od otwarcia do zamknięcia, ale to były (mam nadzieję) wyjątki. Sama wstępuję do sklepów właśnie podczas spaceru, najczęściej w drodze powrotnej… pamiętając o punkcie 1.
  6. Nagonka na kobiety z wózkami najbardziej uderza w samotne matki albo takie, których partnerzy pracują daleko od domu. Naprawdę nie wszyscy mają z kim zostawić dziecko i nie każdego też stać na nianię – a jeść trzeba, posprzątać i ubrać się również, podobnie jak np. wykupić lekarstwa.
  7. Wzywanie do noszenia dzieci w chustach lub nosidełkach jest logiczne, ale nie można nikogo do tego zmuszać. Co mają powiedzieć matki w kolejnej ciąży, z chorym kręgosłupem albo takie, których dzieci zwyczajnie nie cierpią być noszone? Drące się wniebogłosy niemowlę będzie większym utrudnieniem dla innych niż stojący z boku wózek ze śpiącym maluchem… Nie wszyscy mieszkają tuż obok sklepów, czasem trzeba przebyć do nich długą drogę. Ja na przykład nie wyobrażam sobie pokonania – powiedzmy 4 kilometrów – w 34-stopniowym upale z Księżniczką w nosidle. Przede wszystkim ze względu na jej zdrowie, ale na swoje również.
  8. Nie wyobrażam sobie również zostawienia wózka przed sklepem. Ani pustego, ani tym bardziej z dzieckiem. Mam obawy, że po wyjściu już bym go nie zastała.
  9. Matka z wózkiem nie jest świętą krową, dlatego wchodząc do sklepu powinna przynajmniej starać się nie tarasować całego przejścia i uważać na to, żeby kołami nie poniszczyć towaru. To nie jest takie trudne, wystarczy chcieć.
  10. Nie wiem, czy wywieszenie karteczki „Proszę nie wchodzić z wózkami dziecięcymi” jest w naszym kraju legalne, ale jeśli tak, to chyba ułatwiłoby sprawę. Nie wiem jak Wy, ja nie lubię pchać się tam, gdzie nie jestem mile widziana.

Drodzy Rodzice, a Wy jak rozwiązujecie problem zakupów z dzieckiem?

  20 comments for “Matka z wózkiem w przestrzeni publicznej

  1. 5 sierpnia 2017 o 12:22

    Mamy ze sobą dużo wspólnego, myślę, że moje punkty wyglądałyby tak samo.
    Też staram się nie brać ze sobą Boba jeśli mam taką okazję, ale jeśli już idę z wózkiem to z kolei nie staję na samym środku i nie wymagam od ludzi, żeby mnie obchodzili dookoła. Mogę się przesunąć, nie zabije mnie to ;)
    Mam naprawdę mnóstwo empatii dla matek z dziećmi w sklepach, nawet takich, co na chwilę w zamotaniu zatarasują przejście, bo po prostu wiem jak to jest kiedy ma się łepetynę wykręconą tak, że nie pamięta się swojego imienia. Co robię? -Nie pcham się. Idę sobie innym przejściem.
    A że dzieci płaczą? No płaczą, a co mają zrobić? Powiedzieć „Przepraszam uprzejmie pani matko, nie chciałbym przeszkadzać, ale zawartość mej pieluchy wymaga gruntownego sprawdzenia w trybie natychmiastowym?”
    Ludzie, którzy hejtują to albo stare baby, które znane są z powiedzonek „Za moich czasów nie było wózków ale tyrałam moją ósemkę dzieci na garbie I DAŁO SIĘ”, panienki, które dzieci nie mają albo zakompleksieni faceci, z którymi nikt tych dzieci mieć nie chce/nie chciał. Takie komentarze są zawsze pełne jadu i zgorzkniałe – i przede wszystkim smutne ;)

    • 6 sierpnia 2017 o 23:02

      Cały czas powtarzam Księżniczce, że ma komunikować swoje potrzeby pełnymi zdaniami, ale jak grochem o ścianę… cały czas tylko „eja e”, „li” albo „leee!”. Niestety, mam powody przypuszczać, że do obcych ludzi w sklepie mówiłaby tym samym językiem ;)
      Masz rację co do grup hejterów, ale oprócz nich niestety zdarzają się także inne matki, które:
      a) mają kasy jak lodu i czują się lepsze, bo STAĆ JE na opiekunkę, a poza tym nie chodzą do lumpeksów, bo to poniżej godności;
      b) znalazły sposób na niechodzenie do sklepów z wózkiem (np. zamawiają wszystko przez internet albo mają blisko i noszą dzieci w chuście), więc skoro one MOGĄ, to znaczy, że wszyscy inni MUSZĄ.

  2. 5 sierpnia 2017 o 12:55

    A jak się zachowują ludzie z wózkami/koszami w dużych sklepach? Nie znacznie gorzej? Tarasują skrzyżowania, podczas gdy sami idą w alejkę oglądać towar, przez zagapienie, albo nawet złośliwie najeżdżają na innych… (parę lat temu w strasznie zatłoczonym sklepie sam zostałem uderzony od tyłu wózkiem/koszem przez zniecierpliwioną tłokiem ok 30 letnią kobietę. Kiedy się odwróciłem, na jej pięknej twarzy zobaczyłem złośliwą minę. Miała szczęście, że była kobietą). Matki z wózkami nie przeszkadzają mi ani trochę, wręcz rozczulają :)

    • 6 sierpnia 2017 o 22:33

      Bardzo celne spostrzeżenie z tymi wózkami sklepowymi. Mnie denerwuje, kiedy ktoś stojący za mną w kolejce do kasy wjeżdża mi takim wózkiem w wiadomą część ciała, tak jakby zbliżenie się dzięki temu o ten centymetr do taśmy miało go zbawić :)

  3. 5 sierpnia 2017 o 15:43

    Ja zwykle zabieram ze sobą Tygrysa na zakupy. Innej możliwości nie mam. Ale dotyczy to takich zakupów codziennych. Zdarzało mi się zabierać Młodego do ciucholandu, ale w czasach, kiedy leżał sobie w wózeczku i to Mu wystarczało do szczęścia. Teraz nie wyobrażam sobie buszowania z Nim po sklepie. Po prostu by się nudził, czemu zapewne głośno by dał wyraz. Chcę oszczędzić tego sobie, innym, a przede wszystkim Synkowi. Nie mam nic przeciwko mamom w sklepach, dzieciom w wózkach, ale jak w każdej sytuacji chodzi o wyczucie, kulturę (choć o to coraz trudniej i to niekoniecznie u dzieci). Ostatnio moja mama wróciła oburzona z ciuchlandu zachowaniem dzieci swojej siostrzenicy, które omal nie rozniosły sklepu, a sprzedawczyni drżała. I nie o wieszaki, tylko o dzieci, bo podłoga w sklepie była bardzo śliska. A mama (moja kuzynka) co? Ano nic. Miała to głęboko w poważaniu, w najlepsze robiła sobie zakupy. I to dopiero jest wkurzające.

    • 6 sierpnia 2017 o 22:31

      Tak, to jest druga strona medalu. Kiedyś pracowałam w sklepie i też mi ręce opadały, jak przychodziły mamusie z takimi dwu- trzylatkami, potrafiącymi w minutę rozwalić towar, który ja dwie godziny układałam. Najgorsze były nie same dzieci, tylko właśnie brak reakcji rodziców. Bo to, że dziecko coś przesunie, strąci albo czegoś nie odłoży na miejsce, to normalne. Rolą sprzedawcy jest posprzątać. Ale jeśli mamusia patrzy na to w najlepsze, pozwala dzieciakowi na wszystko i jeszcze domaga się pierwszeństwa w kolejce, bo ONA MA DZIECKO, to jest po prostu brak szacunku do cudzej pracy.

  4. 5 sierpnia 2017 o 21:17

    Kusisz do napisania notki o ojcu z dzieckiem w przestrzeni publicznej :)
    Napiszę. Ale po powrocie z nad morza.

    Pozdr
    M

  5. 6 sierpnia 2017 o 01:54

    Artykułu nie czytałam, i dobrze! Pewnie by mnie szlag trafił…
    Zgadzam się z tobą w 100 procentach.
    Ostatnio w moim mieście otworzyli dwa nowe sklepy z ciuszkami dla niemowląt, co samo w sobie już było szokiem (sądziłam, że sklepy są tylko w galeriach :) Drugi szok: do obu prowadziły wysokie schody… Bezmyślność ludzka nie zna granic.
    Na szczęście zakupy z Tamalugą robię zazwyczaj w okolicznych sklepach, w których już od narodzin, skradła serca paniom sprzedawczyniom. Czasami aż mi głupio, bo jak ją widzą, to pal licho resztę kolejki – „nasza GWIAZDECZKA przyszła!” Może kabanosika? Może bułeczkę? A jaka piękna dzisiaj, a jaka sukieneczka!
    Staram się nie patrzeć na miny w kolejce :D

    • 6 sierpnia 2017 o 22:23

      No i nie czytaj, nie warto. Ja na niego po raz pierwszy trafiłam pewnej bezsennej nocy, jak zaczęłam z nudów przeglądać internet. Zdążyłam już o nim zapomnieć, ale ktoś ze znajomych podlinkował na Facebooku i niechcący zajrzałam do dyskusji – pełnej jadu i wyzwisk.
      Z ogromnym sentymentem przeczytałam o tych bułeczkach i kabanosikach dla Tamalugi, bo coś mi to przypomniało. Kiedy byłam w jej wieku (no, może odrobinę starsza), obowiązywały kartki na żywność. Mama zabierała mnie na zakupy do lokalnego mięsnego i zawsze dostawałam kabanosika spod lady. Musiało to się regularnie powtarzać, skoro tak dobrze to pamiętam… podobnie jak fakt, że pewnej zimy zostałam w tym sklepie przez jakąś klientkę wzięta za chłopca. Strasznie to przeżywałam :)

      • 7 sierpnia 2017 o 09:25

        O! To w czasach gospodarki centralnie sterowanej to był naprawdę nie lada wyczyn! Musiałaś być bardzo lubiana:) Co do brania za chłopca – znam ten temat. Uparcie obcinano mi włosy na krótko, więc takie pomyłki były na porządku dziennym.

        • ~t.vik
          7 sierpnia 2017 o 09:57

          Nie rozumiem rodziców, którzy miażdżą wolę swoich dzieci. Przecież długie włosy u dziewczynki, to nic niestosownego. Chyba że efektem zamierzonym rodziców było doprowadzenie dziecka do przekornego noszenia fajnych fryzur skomponowanych z długich włosów w okresie młodzieńczego buntu :)

          • 7 sierpnia 2017 o 19:36

            w przeciwieństwie do Ahai ja miałam zawsze długie włosy, ale tego dnia były schowane pod czapką. a że czasy były jakie były i wszystkie dzieci wyglądały tak samo, to o pomyłkę nietrudno.

  6. 6 sierpnia 2017 o 21:06

    Ja z moją córką jeżdżę/chodzę do wszystkich sklepów i nikt mi nigdy nic nie powiedział. Nie raz czytałam wypowiedzi ludzi, że dzieci przeszkadzają, a matka to powinna siedzieć w domu, bo nie chcą słuchać płaczącego dziecka. Niektórym to nawet dziecko w bloku przeszkadza. Czasem się zastanawiam, czy ten świat zwariował, bo tych niektórych komentarzy pełnych nienawiści się po prostu nie da czytać. Pozdrawiam.

    • 6 sierpnia 2017 o 22:12

      Tak, na komentarze odnośnie dzieci w blokach też się natknęłam. Tylko nikt nie myśli, że te dzisiejsze wrzeszczące noworodki będą nas np. leczyć na starość albo ustalać wysokość naszych emerytur…

  7. ~Iksowa
    7 sierpnia 2017 o 04:30

    Zgadam się z burzą odpisaną na początku. Kiedyś odważyłam się wypowiedzieć w pewnej konwersacji i zostałam zlinczowana jakbym wymordowała tam połowę plemienia tej grupy… Tez od tamtego momentu się nie wypowiadam.
    Co do drugiej listy twojego postu też się z nią zgadzam i w pełni rozumiem. Sama mam dużo znajomych z dziećmi i uwielbiam maludy/ Jednak w dzisiejszych czasach jest coś w tym, że matki dzielą się na dwie kategorię – matki i maDki. Ostatnio np byłam świadkiem zachowania typowej maDki. W moim mieście bardzo lubię jedną restaurację na obrzeżach. Mają bardzo dobre jedzenie za dobrą cenę. Czasem mają też fajne promocje i konkursy które wypisują na swoim funpage’u więc mam włączone powiadomienia. Wyskakują mi informację jak ktoś coś skomentuje itp i ostatnio dostała ta restauracja opinię – 1. Zainteresowałam się tym bo ich oceny to zawsze 5 i 4. Na to ktoś inny (klient) skomentował czy może znać powód opinii bo się do Nich wybiera. Na to kobieta napisała, że została wyproszona z tej restauracji z dwójka dzieci i przyjaciółką, która też była z dzieckiem. Na stronie zawrzało… ale jak to, dlaczego, restauracjo wypowiedz się itp. Po godzinie restauracja napisała oświadczenie na głównej stronie. nie bedę przytaczała całości, bo długie było, ale ponoć dzieci po restaracji biegały, krzyczały, a nawet podbierały jedzenie z talerzy innych gości, wchodziły na zaplecze i za ladę. maDki zostały upomnianę 4 razy bez efektów, więc zostały grzecznie wyproszone z lokalu. Odpowiedz maDki mnie przeraziła. Napisała, że mają zbyt nudny kącik dla dzieci więc dzieci się nudziły i miały prawo pobawić się gdzie indziej w końcu to restauracja rodzinna. W końcu po lińczu na nią ( w tym wypadku uważam, że się należało) usunęła swoje komentarze i ocenę. Po czasie zniknęło też oświadczenie sali. Myśl, że w dzisiejszych czasach istnieją matki które uważają, że ich dzieci mogą wszystko mnie przeraża. Kiedyś dziecko za takie zachowanie dostawało klapsa i siedziało spokojnie, a kobiety wiedziały co to znaczy dobre zachowanie w miejscu publicznym. Rozumiem spacery z dziećmi po sklepach, nawet z dużymi wózkami. Każdy ma do tego prawo i takie kobiety mijam z uśmiechem ustępując im miejsca, ale naprawdę niektóre zachowania mnie przerażają. Pozdrawiam cieplutko :)

  8. 10 sierpnia 2017 o 00:11

    Coś mi się wydaje, że to nie tylko sprawa wózków, ale jakoś tak ostatnio mniej w przestrzeni publicznej empatii…

    • 15 sierpnia 2017 o 09:21

      Oj, tak. Z jednej strony tyle się mówi o tolerancji, a z drugiej utopilibyśmy bliźniego w łyżce wody z byle powodu.

  9. 11 sierpnia 2017 o 06:54

    Zawsze znajdzie się ktoś, komu coś będzie przeszkadzało. Jak nie matka z wózkiem, to matka z dzieckiem w ogóle. Ludzie w tych czasach mają w sobie zdecydowanie zbyt mało zrozumienia, empatii i uprzejmości wobec drugiego człowieka. Ale inna sprawa – że niektóre matki trochę przesadzają i faktycznie zachowują się jak te święte krowy, którym trzeba oddawać pokłony, bo właśnie wybrały się na spacer ze swoim małym „cesarzem”. Przesada w żadną stronę nie jest dobra – i czasami wystarczyłoby po prostu spojrzeć na świat nie tylko z własnej perspektywy, ale również widzieć cokolwiek poza czubkiem własnego nosa i wczuć się choć trochę w sytuację tych, którzy znajdują się obok nas.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *