Zabójcza profilaktyka, czyli polowanie na czarownice po wichurze

Parę lat temu zostałam wychowawczynią bardzo trudnej klasy. Lubiłam swoich podopiecznych, jednak praca z nimi kosztowała mnie wiele wysiłku i stresu. Byłam wówczas jeszcze bardzo młoda, co na samym początku dodatkowo utrudniało budowanie autorytetu. Podczas pierwszego biwaku klasowego uczniowie wpadli na pomysł zorganizowania ogniska w wyznaczonym do tego miejscu na kempingu. Przez kilka poprzednich dni padał deszcz, zatem przyniesione przez nich drewno było śliskie i wilgotne. Dwaj chłopcy – nazwijmy ich Maćkiem i Piotrkiem – przechwalali się znajomością zasad survivalu (jak się potem okazało, zaczerpniętą wyłącznie z Youtube’a), w związku z czym obwołali się kierownikami imprezy i dowodzili układaniem ogniska. Moich porad i podpowiedzi nie za bardzo chcieli słuchać, a ja z kolei nie zamierzałam wyjść na zrzędę, więc pilnowałam tylko, żeby nikt nie zrobił sobie krzywdy. Kiedy stos był już gotowy, Maciek przystąpił do rozpalania. Specjalnie w tym celu przywiózł ze sobą krzesiwo i na wszelki wypadek zapalniczkę. Ani jedno, ani drugie nie poskutkowało. Mokre gałęzie nie chciały nawet zacząć się tlić, w dodatku po którejś próbie cała konstrukcja po prostu się rozsypała. Część klasy poczęła się niecierpliwić, niektórzy proponowali powrót do domków.

- To co, chłopaki? Pozwolicie podziałać doświadczonej harcerce? – zapytałam z uśmiechem.

- Nie da pani rady! – skwitował zaczepnie Piotrek.

- Zobaczymy.

Wspólnie z klasą rozebraliśmy resztki ogniskowego stosu i ułożyliśmy go na nowo, tym razem według sprawdzonych obozowych zasad. Opowiedziałam młodzieży o harcerskiej tradycji, mówiącej, że jeśli ogień nie rozpali się od maksymalnie trzeciej zapałki, to znaczy, że pomiędzy członkami kręgu jest coś nie tak i ognisko się nie odbywa. Widziałam w ich oczach napięcie, kiedy wyciągałam z pudełka pierwszą zapałkę, którą zresztą chwilę później niechcący złamałam o draskę. Na szczęście druga zapłonęła od razu, a od niej powoli zajął się cały stożek (najbardziej popularny typ ogniska).

- Proszę pani, a co się robi na takich harcerskich ogniskach? – zapytała Marysia, kiedy siedzieliśmy już w kręgu, piekąc chleb i kiełbachy.

- Na obrzędowych niczego się nie je. Poszczególne zastępy prezentują różne zabawy, scenki tematyczne, opowiadają o przygodach z minionego dnia – wyjaśniałam cierpliwie – śpiewa się piosenki, uczestniczy w skeczach i pląsach, a ognisko kończy gawęda, czyli historia z morałem, opowiadana najczęściej przez kogoś z kadry.

- Opowie nam pani wieczorem taką gawędę? – poprosiła Kamila.

A chcielibyście?

- Tak! – odezwała się chóralnie większość grupy.

Nie wierzyłam własnym uszom. Moja klasa, którą roznosiła energia, którą trudno było czymkolwiek zainteresować, która notorycznie przyprawiała dyrektora o stan przedzawałowy, a innych nauczycieli o nerwicę, chciała tak po prostu siedzieć grzecznie i słuchać mojego gadania? Ano chciała. I słuchała. Po gawędzie musiałam jeszcze opowiadać o przebiegu zbiórek, o zajęciach podczas obozów, o moich najlepszych wspomnieniach… Ten wieczór był takim przełomowym momentem, kiedy wiele zyskałam w oczach moich wychowanków. Przede wszystkim jednak pokazał mi, jak bardzo współczesna młodzież potrzebuje tego typu aktywności. To nie musi być harcerstwo, może być np. klub żeglarski, bractwo rowerowe albo nawet wspólnota przykościelna… ważne, żeby dawało pole do samorealizacji i, mówiąc kolokwialnie, wyżycia się.

Mama i tata Maćka, tego od krzesiwa, byli zajęci rozwodem i nowymi partnerami, rekompensując synowi swój brak zainteresowania milionem elektronicznych gadżetów. Maciek spędzał więc dnie sam na sam z nowym iPadem, oglądając filmiki na Youtube. Marysię rodzice starali się wychowywać po partnersku, nie stawiając jej kompletnie żadnych granic i wymagań. Pewnie mieli dobre intencje, ale dziewczyna odbierała to tak, że im na niej w ogóle nie zależy. Kamila z kolei była chowana pod kloszem – aż do wspomnianego biwaku nigdy nie jechała pociągiem i nigdy nawet nie była w lesie (!!!) z obawy przed kleszczami, żmijami i innymi mieszkańcami zarośli. Opowieść o harcerstwie pokazała im inny świat – taki, w którym młodzi ludzie mogą pokonywać własne słabości i czuć się potrzebni innym.

Dzisiejszy wpis miał być głosem w obronie instruktorów z obozu w Suszku, na którym podczas nawałnicy zginęły dwie harcerki. Jestem bowiem przekonana, że gdyby kadra miała dostęp do pewnych, potwierdzonych informacji o sile tej burzy, to uczestnicy zostaliby ewakuowani. Sama przejeżdżałam tuż obok tego obozowiska zaledwie kilkanaście godzin po tragedii i NIGDY nie widziałam czegoś takiego. Las został zmieciony z powierzchni ziemi, podobnie jak znaki drogowe, część ogrodzeń posesji, linii energetycznych i innej infrastruktury. Tego nie można było przewidzieć. Co prawda wcześniej czytałam w internecie o nadchodzącej wichurze i oczami wyobraźni widziałam połamane gałęzie i naderwane dachy, ale w najgorszych koszmarach nie śniło mi się urzeczywistnienie apokalipsy…

Chciałam więc opowiedzieć o warunkach, jakie panują na obozach harcerskich. O tym, czym zajmują się wychowawcy i dlaczego postuluje się niekorzystanie z telefonów komórkowych. O sposobach radzenia sobie z przyrodą i zachowaniach w czasie burzy. Nie robię tego jednak z kilku względów. Po pierwsze – w mediach chyba wszystko zostało już powiedziane. Po drugie – głęboko wierzę, że prokuratura pracująca na miejscu ustali, czy ktoś rzeczywiście zawinił i w jakim stopniu. Po trzecie – mocno przeżywam tę tragedię i myślę chyba bardziej sercem, niż rozumem, bo łatwo mi się utożsamić z instruktorami. Jeszcze kilka lat temu sama mogłam być na ich miejscu. Ba! Jako nauczycielka nadal mogę, bo każdy wyjazd z młodzieżą niesie ze sobą jakieś ryzyko.

Postanowiłam jednak napisać przede wszystkim o czymś innym: o zabójczej profilaktyce. Już pojawiają się głosy, żeby zabronić harcerzom rozbijania obozów w lasach, bo to zbyt niebezpieczne. Ciekawy postulat, zwłaszcza że harcerstwo w Polsce istnieje i obozuje już od 100 lat… Co nie znaczy, że w zakresie bezpieczeństwa nie dokonały się żadne zmiany. Podczas mojego pierwszego obozu – równe 20 lat temu – nikogo nie dziwiło, że jedenasto-trzynastoletnie druhenki podróżują tylko w towarzystwie szesnastoletniej zastępowej i że pod jej opieką budują w głębokim lesie szałas, w którym przez dobę lub dwie same śpią i same sobie gotują. Tymczasem na kilku moich ostatnich wyjazdach tego typu, zaledwie przed kilkoma laty, jako komendantka teoretycznie nie mogłam wypuścić harcerek samych nawet do obozowej kuchni, jeżeli nie było jej widać z podobozu; o samodzielnym wyjściu zastępu w teren w ogóle nie mogło już być mowy. Ja wiem, że czasy się zmieniają, że na młodzież czyha coraz więcej zagrożeń. Wiem, że opiekunowie – jak sama nazwa wskazuje – są od opieki, ich obowiązkiem jest więc ruszyć cztery litery i być tam, gdzie wychowankowie. Ale wiem też, że nie da się nauczyć dziecka samodzielności, jeśli będzie się je przez całe życie nosiło na rękach. I wiem, że wszystkiego się nie przewidzi, nawet jeśli jest się doświadczonym, mądrym i odpowiedzialnym człowiekiem, a za takich wbrew medialnej nagonce uważam większość instruktorów harcerskich.

Podam Wam pewien przykład – co prawda nie z harcerstwa, ale za to mój osobisty i to w miarę świeży, bo zaledwie z zeszłego roku. Byłam z klasą – tym razem kochaną i świetnie współpracującą od samego początku – na wycieczce. Młodzież została wyraźnie poinformowana, że bez wychowawcy nie wolno opuszczać terenu ośrodka nawet na krok. I wszystko było ok, póki jeden z chłopaków – załóżmy Łukasz – nie zorientował się, że zgubił gdzieś bardzo drogi obiektyw do aparatu. Był to moment, kiedy poszłam do swojego lokum zmienić spodnie na dłuższe, bo zerwał się zimny wiatr. Druga z opiekunek robiła w tym czasie obchód po pokojach – czyli to, co powinna. Łukasz wykorzystał tę chwilę i samowolnie wyszedł (przez okno!) w stronę oddalonej o prawie kilometr plaży, żeby szukać zguby. Bardzo szybko zorientowałam się, że go nie ma. Koledzy natychmiast pospieszyli z wyjaśnieniem, co się stało. Oczywiście od razu miałam milion myśli, głównie tych najgorszych, bo oczami wyobraźni widziałam już Łukasza w roli topielca, pociętego na organy lub przynajmniej pobitego do nieprzytomności. Na szczęście nic takiego się nie stało. Wyszedłszy go szukać, trafiliśmy na niego całego i zdrowego, a obiektyw odnalazł się… pod łóżkiem w pokoju. Jako wytłumaczenie nastolatek podał argument, że „nie chciał nikomu robić problemów, myślał, że tylko wyskoczy, znajdzie zgubę i niepostrzeżenie wróci”. Grzecznie przyjął konsekwencje, ale chyba nie za bardzo je rozumiał. Obiektywnie rzecz ujmując nie zrobił w końcu niczego niebezpiecznego – na wakacjach z rodzicami pewnie postąpiłby identycznie, choć może za ich zgodą. Właściwie odbył jedynie zwykły, krótki spacer promenadą… Tyle tylko, że gdyby coś mu się stało, to żaden adwokat by mnie nie wybronił. A przecież wychowawca też musi kiedyś spać, myć się, ubierać i korzystać z WC…

Boję się, że ta paniczna obawa o bezpieczeństwo zacznie prowadzić do absurdów; że doczekamy się obozów harcerskich w hotelach, pływackich z zajęciami w brodzikach i żeglarskich, gdzie sterowania łódką będzie się uczyć wyłącznie na sucho albo najdalej dwa metry od brzegu. Wcale nie jestem pewna, czy w tej chwili coś wyolbrzymiam. Spotkałam już w swoim życiu trzynastolatka, który bał się pokroić ciasto, bo nigdy wcześniej nie trzymał w ręku dużego noża. Mama w domu nie pozwalała, żeby nie zrobił sobie krzywdy. Poznałam też ucznia drugiej klasy liceum, bojącego się dotknąć żelazka w obawie przed poparzeniem – nie dlatego, że miał jakiś uraz, tylko po prostu nigdy niczego nie prasował. Mało tego, jestem przekonana, że nawet pomimo nie wiem jak rygorystycznych przepisów wypadki będą się zdarzać. Synek koleżanki mojej mamy utopił się w kałuży we własnym ogródku… Te drzewa, które przygniotły dziewczynki w Suszku, mogły równie dobrze spaść na autobus podczas ewakuacji obozu i spowodować jeszcze więcej ofiar. Wichura nie przeszła nad kawałkiem lasu, tylko nad tysiącami metrów kwadratowych powierzchni… a trwała zaledwie pół godziny!

Nie pragnę umniejszać tragedii rodzin tych młodych ofiar. Nie wiem, co myślą i czują ich rodzice.  Nie umiem się nawet domyślać. Nie dziwię się, jeśli szukają winnych i chcą ich ukarania. Nie potrafię sobie wyobrazić, co by było, gdyby żywioł odebrał mi Księżniczkę… Być może oskarżałabym wszystkich wokół bez względu na ich rzeczywisty udział w zdarzeniu. Nie jest mi natomiast trudno wczuć się w sytuację instruktorów. Wierzę, że byli gotowi oddać życie za tę młodzież, bo w takim duchu wychowywani są harcerze.

Pytania, czy tej tragedii można było uniknąć, to jedno. Drugie – jaką młodzież wychowamy, jeżeli zabronimy jej wszystkiego? I dalej – gdzie i jak młodzi ludzie będą pożytkować swoją energię, jeśli zabierze im się kontrolowane ryzyko?

  23 comments for “Zabójcza profilaktyka, czyli polowanie na czarownice po wichurze

  1. ~tysmak
    22 sierpnia 2017 o 15:46

    Nagonka na opiekunów będzie bo winny musi być a nic tak dobrze się nie sprzedaje jak sensacja. Chcą zabronić rozbijania obozów w lesie? Pewnie zrobią apkę na smartfona i ze względów bezpieczeństwa sprowadzą harcerstwo do świata wirtualnego, tylko co gdy smartfon dostanie zwarcia i ktoś zginie? Świat to jeden wielki absurd, a mi opiekunów żal jest, bo robili pewnie co mogli, zresztą z tego co czytałem, kazali podopiecznym opuścić głowny namiot i uciekać do wody z dala od drzew. Na ten namiot spadły drzewa, więc odwalili kawał dobrej roboty. A że dwie osoby zginęły? Przykro mi, ale tak się zdarza, natura rządzi się swoimi prawami i lepiej skupić się na pomocy psychologicznej rodzicom i drużynie, niż na siłę szukać winnego

    • 22 sierpnia 2017 o 16:40

      Jakoś nikt nie mówi o tym, że ci opiekunowie byli dokładnie w takiej samej sytuacji, jak podopieczni. Każdy z nich mógł zginąć pod tym drzewem. Myślę, że tylko dzięki rozgarnięciu kadry reszta uczestników ocalała.
      Obóz harcerski zgłasza się (a przynajmniej tak było do niedawna) w nadleśnictwie, sanepidzie, straży pożarnej i kuratorium oświaty, o władzach harcerskich nie mówiąc. Skoro żadna z tych służb nie ostrzegła obozowiczów, to znaczy, że rozmiarów tragedii nie dało się do końca przewidzieć. Przynajmniej tak sądzę.

  2. 22 sierpnia 2017 o 17:26

    Witam
    Moja żona twierdzi, że prawdziwego harcerstwa to właściwie i tak już nie ma. Choć jak wskazuje zainteresowanie tzw surwiwalem zapotrzebowanie na „szkołę życia/przeżycia” jest .
    Żyjemy w histerycznych czasach (nie mylić z historycznymi) więc i reakcje na wydarzenie takie jak kataklizm pogodowy i jego skutki są histeryczne. A histerię tę napędzają żądne sensacji media.

    Pozdr
    M

    • 22 sierpnia 2017 o 20:55

      Czy prawdziwego harcerstwa już nie ma…? Też czasem odnoszę takie wrażenie, ale myślę, że starzy instruktorzy 20, 30 czy 40 lat temu też tak mówili. A jednak harcerze istnieją i mają się dobrze. Chociaż na pewno jest wiele czynników, które ograniczają tę „prawdziwie harcerską” atmosferę.
      Pamiętam taki obóz, bodajże w 2005 roku, na którym zamiast latryn mieliśmy Toi-Toie. Pomysł poroniony zupełnie, chociaż zapewne w oczach urzędników, którzy nigdy w harcerstwie nie byli, wydawał się jak najbardziej sensowny… Dlatego wcale nie żartowałam z tymi hotelami w przyszłości.

      • 22 sierpnia 2017 o 22:46

        Wszystko jest możliwe. Nawet obóz harcerski w ***** hotelu.
        I to nie dlatego, że młodzież jest jakaś inna. Bo jak słuchałem argumentów rodziców, że ich dziecko musi (tak musi) mieć zawsze włączony telefon do kontaktu z mamusią…

        • 23 sierpnia 2017 o 10:16

          Trafiają się nawet rodzice oburzeni faktem, że nauczyciel nie pozwala dziecku na lekcji odebrać telefonu. I nie mówię tu o jakiejś ekstremalnej sytuacji, tylko o tym, jak mamusia dzwoni przypomnieć synusiowi, żeby po drodze ze szkoły kupił ziemniaki…

  3. 22 sierpnia 2017 o 17:30

    (…)a od niej powoli zajął się cały stożek(…) <— Eee, takie tam stożki…

    Świetny tekst, nie mogłam się oderwać:) Dużo tego, więc spróbuję po kolei:
    Nigdy nie byłam harcerką (miałam zbyt buntowniczy charakter), ale jeździłam na obozy harcerskie, organizowane też dla cywilów. Zaliczyłam więc i nocną wartę (w ulewie z gorączką), i poranny dłuuugi bieg (z plecakiem wypełnionym cegłami), i budowanie szałasu w lesie (w którym spędziłam dwie noce na jednej konserwie i paczce ciastek), i odpalania ogniska jedną zapałką (oraz całe mnóstwo innych atrakcji, z 1 pomocą, przepłynięciem rzeki wpław, ugaszeniem pożaru włącznie). Wspomnienia, mimo wszystko, pozytywne. Gdy tak czytam twoją harcerską opowieść, to aż mi ciarki przechodzą i tęsknię za tym… Nie znałam tego z trzecią zapałką – dobre! Niesamowicie psychologiczne podejście do dzieciaków, działające na ich wyobraźnię i kształtujące zachowania… :)
    Moje starsze dziewczyny też były trochę "chowane pod kloszem", zdaję sobie z tego sprawę. Inna sprawa, że Wiktoria ma jakąś chorą tendencję do poparzeń :/ i faktycznie nie pozwalam jej podchodzić do żelazka na odległość metra :D
    Zgadzam się, że nagonka na organizatorów krzywdząca, ale ludzie już tacy są – trzeba na kogoś zwalić. Z tego, co ja słyszałam, to instrukcje były wydane prawidłowo (plus te podjęte na szybko, które ocaliły resztę dzieci), tylko te dwie dziewczynki podobno spanikowały i zrobiły coś przeciwnego, a w takim wypadku to już nic się nie poradzi… Bardzo współczuję:(
    I co ja mam ci powiedzieć, Makbetko? Marzę o tym, by czytać więcej takich harcerskich opowieści! Proszę, proszę, pięknie proszę…!!!

    • 22 sierpnia 2017 o 20:51

      Dziękuję za miłe słowa. Nie kuś tymi propozycjami umieszczania tu opowieści harcerskich, bo ja mogę je opowiadać w nieskończoność…
      Mam wrażenie, że dzisiaj coraz trudniej jest wychowywać dzieci inaczej, niż pod kloszem. Czasy, kiedy dziesięciolatek biegał z kluczem na szyi, a po drodze ze szkoły odbierał pięcioletnią siostrę z przedszkola, odeszły nieodwołalnie do lamusa – chociaż wcale nie jestem przekonana, czy to dobrze. W ogóle trudno znaleźć złoty środek pomiędzy nadopiekuńczością a totalnym „tumiwisizmem”. My z P. mamy wątpliwości co do naszych metod już przy niemowlaku, a co będzie potem?

      • 23 sierpnia 2017 o 00:00

        Bardzo trudno znależć złoty środek i równie trudno uczyć się na błędach. Przy każdym kolejnym dziecku mówiłam sobie, że coś tam zrobię inaczej, a robiłam dokładnie to samo… Postępowałam tak, jak podpowiadała mi intuicja, ale czy zawsze słusznie? Na pewno nie! Byłoby dużo prościej gdyby do dzieci dołączano instrukcję obsługi i jakiś magiczny gadżet za szkiełkiem w ramce „w razie potrzeby stłucz szybkę”

        • 23 sierpnia 2017 o 09:43

          Zdziwiłabyś się, gdyby brzdąc w zabawie stłukł tę szybkę pierwszy, a ów magiczny gadżet rozłożył na części, zanim zdążyłabyś zareagować ;) Moje dziecko – przypominam, 5,5 miesiąca – przyłapałam ostatnio na rozkręcaniu kaloryfera, więc o czym my tu mówimy… :P

          • ~t.vik
            25 sierpnia 2017 o 15:02

            Rozkręcało kaloryfer? Ale gołemi rękami, czy żabką? :D

          • 25 sierpnia 2017 o 20:53

            gołom renkom sztuk 1. Konkretnie prawą :)

  4. 22 sierpnia 2017 o 22:52

    Bardzo się cieszę, że poruszyłaś ten temat.
    Sam często dochodzę do wniosku, że pogoń za bezpieczeństwem, charakterystyczna przede wszystkim dla tzw. społeczeństw rozwiniętych, coraz częściej zaczyna obracać się przeciwko nam.

    • 23 sierpnia 2017 o 10:13

      Właśnie to miałam na myśli. Świat powoli wariuje…

  5. 22 sierpnia 2017 o 23:52

    Przeczytałam wiadomość o tej tragedii, gdy sama byłam nigdzie indziej jak właśnie w namiocie… Można z niej wyciągnąć jakieś wnioski, wiadomo. Może faktycznie ktoś powinien na przyszłość monitorować pogodę i w razie tak gwałtownych burz powiadomić odpowiednie osoby i ewakuować dzieciaki? Może to zabrzmi okrutnie, ale takie wypadki się zdarzają, codziennie ktoś ginie, dorośli i dzieci w różnych okolicznościach. Tak jak piszesz, przecież nie można nagle zamknąć wszystkich ludzi w złotych klatkach, licząc na to, że tam będą bezpieczni. Sama jeździłam na takie obozy i też mogło dojść do tragedii. Na szczęście nie doszło.
    Parę lat temu, przy schodzeniu z góry, złapała mnie,męża i znajomych burza, nie zdążyliśmy uciec, schroniliśmy się pod daszkiem zamkniętego domu. Na moich oczach wiatr wyrywał drzewa a z góry leciały różne obiekty łącznie ze starym wagonikiem…. To mogła być też moja ostatnia wyprawa. Nigdy się tak nie bałam jak wtedy….Ale czy to znaczy, że do końca życia mam unikać gór?
    Byłam też wiele razy opiekunem na wycieczkach i uwierzcie mi, to żadna frajda. Wielka odpowiedzialność, a nie wycieczka za darmo jak niektórzy myślą. Nie ma szans, żeby upilnować przez 24h wszystkie dzieciaki. Nawet jeśli będę stać pod drzwiami, mogą wyjść oknem…

    • 23 sierpnia 2017 o 09:58

      Wow! Tak ekstremalnych przeżyć to ja na szczęście nie miałam… raz jechałyśmy z koleżanką na jakiś zlot, wiózł nas samochodem jej tata. Był listopad, pogoda paskudna, mocno wiało. I tuż przed nami spadł konar drzewa, ale nasz kierowca zdążył wyhamować – dosłownie o centymetry od gałęzi. Nic się nikomu nie stało, jednak strachu najedliśmy się wszyscy. Cieszę się, że Wy również wyszliście cało z powyższej sytuacji, o wiele bardziej niebezpiecznej niż ta moja…
      Myślę dokładnie to, co Ty w kwestii wyciągania wniosków. Klimat nam się zmienia, dostęp do nowoczesnych technologii jest coraz łatwiejszy, na pewno należy pomyśleć nad wykorzystaniem posiadanej wiedzy i narzędzi, żeby choć spróbować unikać takich sytuacji w przyszłości. No ale właśnie – rozwiązaniem byłby tutaj system ostrzegania, przećwiczony plan ewakuacji, a nie zakaz obozowania…
      Co do wycieczek, to ja je lubię, ale fakt, że na 20% frajdy przypada 80% nerwów i zmęczenia :)

  6. 24 sierpnia 2017 o 21:53

    Dziubas na mnie krzyczy, żebym nie była matką-kwoką ;) Bo sama byłam wychowywana pod kloszem i nie było to nic przyjemnego. Co więcej, wylazłam spod niego i żyję. I da się normalnie ;)

    • 25 sierpnia 2017 o 07:45

      Ja też byłam wychowywana pod kloszem… Moja mama próbowała mnie pod nim trzymać do końca swojego życia (a miałam 28 lat, gdy zmarła). Harcerstwo nauczyło mnie innego życia. Na obozach robiłam rzeczy. do których w życiu nie przyznałabym się rodzicom. I nie mam tu na myśli żadnych używek, ale np. jazdę stopem z kierowcą tira (albo w maluchu bez siedzeń, za to z pięcioma psami biegającymi po podłodze), wspinanie się na spróchniałe leśne ambonki, kąpiel w niewyznaczonych miejscach czy nawet jedzenie brudnymi łapami jagód prosto z krzaka :)

      • 25 sierpnia 2017 o 13:34

        No właśnie, czyli ŻYŁAŚ :) A takie wspomnienia są najcenniejsze :)

  7. ~t.vik
    25 sierpnia 2017 o 14:56

    No właśnie – klosz. Nie wiadomo co lepsze. Czy pozwolenie na wszystko, co możliwe, a co za tym idzie, również czynności niebezpieczne, czy na wszelki wypadek ograniczenie wszystkiego, co potencjalnie niebezpieczne, a tym samym pozbawienie dziecka możliwości przeżywania życia w pełni i nabywania ciekawych doświadczeń niejednokrotnie bardzo przydatnych w późniejszym życiu. To może być szczególnie trudne dla rodziców z tragiczną przeszłością. Złoty środek? A czy w ogóle taki istnieje? Nie puścić dziecka na biwak, bo pogoda się może popsuć, a z drugiej strony wieźć je samochodem? A przecież jazda samochodem z prędkością większą niż 90km/h jest śmiertelnym niebezpieczeństwem, o czym nie wszyscy zdają sobie sprawę, a na pewno większość w ogóle tego nie przyjmuje. No i statystycznie wypadki drogowe rzeczywiście pochłaniają najwięcej ofiar.
    Ja sam nie byłem pod kloszem ani przez chwilę. Mogłem robić dosłownie wszystko, co chciałem. Nigdy nie miałem żadnego wypadku, a wnioski z błędów wyciągałem sam. Tak samo wychowuję swoje dzieci, chociaż wiem jakie mogą być konsekwencje tego. Z drugiej strony wcale nie jestem pewien czy tak do końca jestem szczery, bo mam gdzieś z tyłu głowy pewne obawy, które mogą mną podświadomie sterować w momencie podejmowania decyzji. Obawiam się pijanych kierowców, zamachowców i (chyba najbardziej) pier….nych popaprańców typu pedofil/gwałciciel, czyli człowiek, który z pełnym rozmysłem wyrządza drugiemu największe zło. Od tych dwóch ostatnich chciałbym ochronić nie tylko swoje dzieci, ale wszystkie dzieci świata. Mogę tylko swoje i to w pewnym tylko stopniu. Czasem przez to nie mogę spać, ale nigdy bym nie chciał ograniczać swoich dzieci np. zakazując im wyjazdu na biwak.

    • 25 sierpnia 2017 o 20:59

      No to mamy podobne poglądy, choć ja reprezentuję chyba bardziej idealistyczne. Życie zapewne je zweryfikuje ;)

  8. 27 sierpnia 2017 o 22:56

    Ja wiele nauczyłam się podczas wakacyjnych wyjazdów. Najlepiej wspominam te bez wygód. Spanie na sienniku, zbiorowe mycie w metalowym „korycie”, załatwianie potrzeb wprost do dziury, obieranie ziemniaków dla 60 osób, mycie naczyń po tychże w misce, nocne wyprawy… To wszystko są wspomnienia i cieszę się, że rodzice, a szczególnie mama, która w wielu rzeczach mnie wyręczała, nie pozbawili mnie tego. A bywało różnie. Pamiętam, że podczas jednego wyjazdu matka zabrała dziewczynę, której grupa miała akurat dyżur w kuchni – zmywała naczynia po obiedzie, bo temperatura wody była za niska. Kobieta przyjechała z termometrem. Jaka smutna była ta dziewczyna. I mimo, że są chwile, że drżę nad Tygrysem, mam nadzieję, że będzie Mu dane ubogacać się podobnymi doświadczeniami, żeby kiedyś miał co wspominać.
    A wypadki niestety się zdarzają. Nie trzeba wyjazdu na obóz, pod namiot. Ostatnio wstrząsnęła naszym miasteczkiem śmierć 11 letniej dziewczynki. Poszła na basen, po dwóch dniach jej nie było.

    • 30 sierpnia 2017 o 08:03

      Historią z termometrem przebijasz dużą część moich harcerskich :) Kiedyś trafiła się mama, która groziła mi sądem (niemalże Ostatecznym) za to, że jej córka stała w nocy na warcie. A dodam, że córka była chyba najbardziej śmiałą dziewczyną z drużyny i rewelacyjnie się odnajdowała w obozowych warunkach. Opowiadała mamie o tych wartach z dumą i wypiekami na twarzy, natomiast mama bez mrugnięcia okiem zamierzała ją pozbawić takich wrażeń…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *