O psożegnaniu i psięsknocie

- Przywiozłem pani tego pieska. Czekam pod Teskiem! – głos w słuchawce sprawił, że serca zaczęły nam bić znacznie mocniej.

Było niedzielne, upalne sierpniowe popołudnie. Zerwaliśmy się z poweselnych poprawin u bliskich znajomych i wprost z parkietu, w imprezowych kreacjach, pobiegliśmy na parking pobliskiego supermarketu, gdzie z otwartego bagażnika auta wystawał śmieszny, kudłaty łeb. Para ciekawskich oczu dokonała błyskawicznej lustracji dwojga nowych „człowieków”, której wynikiem było energiczne merdanie ogonem. Jeszcze tylko rozliczenie, książeczka zdrowia, kilka pytań o pielęgnację – i włochata kulka wylądowała na rękach P. A raczej na ręku, bo Reksio mieścił się wtedy prawie cały na jednej męskiej dłoni. Ilekroć ktoś pytał, skąd mamy psa, zawsze odpowiadaliśmy, że z Tesco. P. dodawał zwykle, że z promocji – demolkę mieszkania otrzymaliśmy gratis.

Zaraz po wejściu do domu maluch z prędkością błyskawicy obiegł wszystkie kąty, po czym wzgardził przygotowanym legowiskiem, moszcząc się na dolnej półce starej etażerki, zrzuciwszy z niej uprzednio jakieś moje szpargały. Zdobył nasze serca całkowicie i natychmiast. Z jego pierwszych chwil w naszym domu nie mamy żadnego przyzwoitego zdjęcia, bo nie dało się uchwycić go w bezruchu. Od początku reprezentował wszystkie typowe cechy swojej rasy, z niespożytą energią i psotnym usposobieniem na czele.

Szybko okazało się, że niestety psiaka kupiliśmy z pseudohodowli. Szczerze mówiąc, nie mieliśmy wcześniej pojęcia, że takie istnieją, zwłaszcza w naszej okolicy… tym bardziej, że Reksio nie należał do żadnej z modnych odmian psów. Trafił do nas jednak zapchlony, zarobaczony i chory. Podczas pierwszej wizyty w lecznicy zabrakło skali na termometrze, tak wysoką miał gorączkę. Weterynarz popatrzył mi w oczy i zasugerował, że najlepszym wyjściem będzie uśpienie zwierzaka. Nie pozwoliłam na to. Przez kolejne tygodnie na zmianę, dwa razy dziennie jeździliśmy z P. do kliniki, gdzie Reksio dostawał zastrzyki i tony lekarstw. Na szczęście moja ówczesna praca pozwalała na tego typu kombinacje.  Kosztowało nas to wiele poświęcenia – i, co tu ukrywać, pieniędzy – ale piesio dochodził do siebie.

Wkrótce wyzdrowiał zupełnie – i tak zaczęła się ośmioletnia, nieustająca przygoda. Reksio jako szczeniak był uroczym urwisem, choć momentami nieznośnym. Pogryzł nam mnóstwo butów (jednego klapka do tej pory nie znalazłam i to bynajmniej nie przez bałagan… nasz pies najwyraźniej miał w paszczy Trójkąt Bermudzki). Chyba wydawało mu się, że jest kornikiem albo innym bobrem, bo kiedyś przyłapałam go na podżeraniu drewnianego filaru, który podtrzymywał strop. Łóżko smarowaliśmy chrzanem, żeby rano przypadkiem nie obudzić się na podłodze. Jeden z licealistów otrzymał piątkę za darmo, bo Reksio tak przeżuł jego pracę domową, że nie dało się jej odczytać. Pozbawił mnie jedynego w domu kwiatka doniczkowego, próbując podczas naszej nieobecności przesadzić go do swojej miski. Pewnego dnia nauczył się otwierać szuflady w sypialni i po powrocie z pracy zastałam go oplątanego moją biżuterią do tego stopnia, że biedny nie mógł się ruszać.

Wiek szczenięcy jednak wreszcie minął i nasz mały terrorysta zaczął się uspokajać. Towarzyszył nam niemal wszędzie: mieszkaliśmy razem w dwóch miastach i łącznie trzech mieszkaniach. Pokochał z wzajemnością naszych rodziców i najbliższych przyjaciół. W międzyczasie rozpoczęliśmy starania o dziecko – wiecie już, że bezskuteczne. I jak to zwykle bywa, choć nie powinno – niespełnione rodzicielskie uczucia przelewaliśmy na psa. Zależało nam, żeby był dobrze zsocjalizowany. Chętnie zapraszaliśmy gości, pozwalaliśmy na kontakty Reksia z innymi psami, a także z dziećmi.

Nic nie wskazywało na to, że tuż po pojawieniu się Księżniczki dojdzie do apokalipsy. Nasz pies lubił maluchy. Na czas letnich urlopów odwoziliśmy go do krewnych, mających kilkuletnią córkę. Dokazywał wraz z nią i jej kolegami, a jedyną zbrodnią, której się dopuścił, była kradzież pluszowego misia – którego to misia zresztą używał jako przynęty, bo wiedział, że skłoni tym jego właścicielkę do zabawy w ganianego. Zaledwie rok przed adopcją małej oddaliśmy Reksia na dwa tygodnie do hotelu dla zwierząt, którego kierowniczka miała malutkiego synka. Bawili się razem w aportowanie, chłopiec cierpliwie, choć jeszcze niezgrabnie rzucał mu piłkę, a futrzak równie niezmordowanie ją przynosił.

Niestety, ostatnie pół roku było równią pochyłą. Pomimo naszej pracy nad psem jego zachowanie wciąż się pogarszało. Cierpieli na tym wszyscy, a najbardziej chyba on sam, bowiem konieczność izolowania go od córeczki była dla niego niemal równoznaczna z samotnością. Agresję z Księżniczki zaczął przenosić na nas, ale tylko wtedy, kiedy ona była w pobliżu. Wystarczyło, że poszła spać – pies z powrotem zmieniał się w kudłatego aniołka, do rany przyłóż, nic tylko głaskać i karmić „mięskami”. Jednak kiedy tylko słyszał jej głos albo dostrzegał ruchy w sąsiednim pokoju, wstępował w niego diabeł… Stanęliśmy przed bardzo trudnym wyborem: albo nowy dom, albo… sami sobie dopowiedzcie.

Wiem, że ani P., ani ja nie wybaczylibyśmy sobie, gdybyśmy… jak wyżej. Na szczęście – o ile tu o jakimkolwiek szczęściu można mówić – znaleźli się państwo gotowi przygarnąć naszego łobuza. Bez dzieci, za to z dużym terenem do biegania. Widać, że nowy właściciel zna się na psach, kudłacz go polubił. Odjeżdżał na przednim siedzeniu samochodu, z pycholem uśmiechniętym od ucha do ucha. Takiego go widzę przez łzy, kiedy piszę ten post… i takiego go zapamiętam.

………………………………………………………………………………………………….

Reksio, Ty Kochana, Łaciata Paskudo…

Niech Ci się tam wiedzie. Miej zawsze pełną miskę, mnóstwo piszczących zabawek i zielonej trawy do tarzania się. Niech nowi państwo kochają Cię tak mocno, jak my, ale rozsądniej. Niech wyznaczą Ci granice, dzięki którym będziesz czuł się bezpieczny. Niech drapią Cię za uchem i pozwalają na zabawy z innymi psami. Niech nikt nigdy nie waży się Ciebie uderzyć, bo go znajdę i mu oddam, słowo! Nie myśl o nas za dużo i bądź szczęśliwy.

Do zobaczenia na tym lub tamtym świecie…
Kocham Cię, Wstręciuchu!
Wiesz kto…

  26 comments for “O psożegnaniu i psięsknocie

  1. 13 września 2017 o 20:54

    Czytam notkę z mieszanymi uczuciami.
    Też mam 9 letniego psa Miśka (cundelburry), którego wręcz kocham i jestem z nim związany.
    Gdy zabieraliśmy córeczki z DD zapytano nas o psa. Bo młodsza z dziewczynek panicznie bała się psów.
    Pytano nas czy w razie co jesteśmy gotowi oddać komuś psa…
    I muszę przyznać, że pytanie mnie zirytowało. Powiedziałem, że będę się zastanawiał dopiero jak zobaczę psa i dziecko razem w domu. Na szczęście dziecięcy lęk udało się oswoić, a Miś jest towarzyszem dziecięcych zabaw, czasem przytulanką do snu.

    Niestety czasem psy źle reagują na pojawienie się dziecka w rodzinie. Dokładnie tak jak niekiedy w przypadku dzieci, gdy nagle pojawia się młodsze rodzeństwo.
    Podobno ja też długo nie potrafiłem zaakceptować swojej młodszej siostry.

    Pozdr
    M

    • 13 września 2017 o 21:18

      Ja mam cały czas mieszane uczucia. Strasznie za nim tęsknię, ale wierzę, że będzie mu lepiej niż u nas zamkniętemu w pokoju…
      Też mnie irytowały pytania o to, czy będziemy gotowi oddać psa. Ba, irytowali mnie ludzie, którzy się na taki krok decydowali. I gdyby tu chodziło tylko o zwykłą nieufność czy nachalność psa wobec małej, to pewnie byśmy sobie poradzili.
      Przez pół roku robiliśmy wszystko, żeby Reksio się przekonał: szkolenia z behawiorystami, leczenie farmakologiczne, znajdowanie psu alternatywnych zajęć, cuda wianki. Niestety, zaczął się robić agresywny. Tydzień temu rzucił się na mnie, bo broniłam mu dostępu do małej. Jeśli spóźniłabym się o kilka sekund, zagryzłby dziecko. Gdyby nie ślady na ciele (na szczęście moim), chyba myślałabym, że to zły sen, bo nigdy wcześniej czegoś takiego nie zrobił.

      • 13 września 2017 o 21:49

        Cóż… Najwyraźniej Twój pies poczuł się odrzucony, zdradzony… Może właśnie przez Ciebie. W końcu Pies ma Psychikę taką jakby trochę dziecięco-ludzką. Podobno dorosłego psa można porównywać z trzyletnim dzieckiem. Tak mi pewien hodowca prawił.

        Tak przy okazji… Ludzie, którzy mają już dziecko chcą czasem przyjąć do rodziny kolejne z adopcji. I są święcie przekonani, że ich pierwsze (jedyne) też zaakceptuje i zrozumie tą decyzję.

        M

        • 13 września 2017 o 22:00

          Tak do końca bym tego nie porównywała, bo z dzieckiem możesz rozmawiać przed adopcją, tłumaczyć, co się wydarzy. Jeśli jest starsze, rozmawiają z nim też pracownicy OA. Możesz mu wyjaśniać pewne rzeczy także po fakcie, pytać o jego oczekiwania. Zwierzę reaguje wyłącznie instynktownie.
          Jak rozumiem, masz w zanadrzu jakieś alternatywne rozwiązanie mojego problemu? Takie, gdzie pies byłby syty i dzidzia cała?

          • 13 września 2017 o 22:04

            Nie. Nie mam alternatywnych rozwiązań i nie chcę się bawić w gdybanie.
            Ty byłaś na miejscu i najlepiej potrafiłaś ocenić sytuację.

            Pozdr
            M

  2. ~Anna B
    13 września 2017 o 23:25

    Bardzo współczuję, ale to chyba oczywiste, że nie było innego wyjścia. Zrobiliście wszystko, co tylko można było zrobić i naprawdę mieliście sporo szczęścia, że sprawa nie skończyła się jakimś poważnym wypadkiem. Cieszę się, że piesek znalazł nowy dom, bo prawdę mówiąc,gdy czytałam poprzednie wpisy o Reksiu, miałam spore obawy, czy znajdzie się dla niego jakiś chętny człowiek. Dla psa, przejawiającego agresję względem niemowlęcia na pewno nie jest łatwo znaleźć chętnych opiekunów.

    • 14 września 2017 o 08:51

      Nasze mieszkanie na szczęście pozwalało na skuteczną izolację psa od dziecka, ale wiadomo – pies też musi jeść, wyjść na spacer, spędzać z nami czas. I to właśnie w takich momentach chwila nieuwagi mogłaby się skończyć naprawdę źle… Nowi opiekunowie ewidentnie nie są laikami w „psich sprawach”, oby sobie wzajemnie zaufali… W przeciwnym wypadku najwyżej znajdziemy Reksia któregoś dnia na wycieraczce z karteczką „reklamacja” ;)

  3. ~Tyśka
    14 września 2017 o 00:15

    No i się poryczałam….
    Przytulam.
    Mam nadzieję, że teraz będzie szczęśliwy dziad jeden;-0 A mogło być tak pięknie, zwyczajnie.
    Trudne to wszystko, no trudne bez dwóch zda!. Gdyby moja psina odwaliła taki numer to chyba bym zwariowała. Moje dziewczyny lubią się i czubią jednocześnie, raz jedna kopnie, druga warknie, ktoś pociągnie za ogon, to znów ktoś zwędzi pluszaka. Trudna to miłość, ale miłość;-) Na pytanie jak nasza psiuta „przyjęła” Hanie zawsze odpowiadamy, że z godnością;-0 Szału nie było, przyszła powąchała, męrdnęła ogonem i sobie poszła..

    • 14 września 2017 o 08:58

      Wczoraj byliśmy z Księżniczką u znajomej, która ma małego psa ze schroniska (tzn. niskiego, nie młodego)… Kiedy psiak podszedł do małej, to zbladłam ze strachu… sytuacja z Reksiem jednak odcisnęła piętno. Na szczęście kundelek po dokładnym obwąchaniu córy zaczął się do niej łasić i raczej nie wyglądało na to, żeby jej obecność w jakimkolwiek stopniu go niepokoiła.

  4. 14 września 2017 o 11:31

    Kochana Lady Makbet! Nic mądrzejszego ponad to co Ci już napisałam wcześniej nie wymyślę, ale dziś tak mi przyszło coś do głowy i postanowiłam Ci napisać. Nie wiem, czy mam rację, sama ocenisz, czy tak jest czy nie. Być może ktoś mnie zlinczuje za to porównanie, ale Twoja sytuacja przypomina mi trochę sytuację matki biologicznej, która dla dobra dziecka oddaje je nam, rodzinom, które mogą dać dziecku to czego ona nie może. Racja, że to nie do końca to samo, bo tu mamy do czynienia ze zwierzęciem a nie człowiekiem, ale oddałaś do innego domu istotkę, którą kochałaś, którą miałaś od jego początków na tym świecie, którą uratowałaś w zasadzie jak widać z Twojej historii, od potencjalnej śmierci.
    Ktoś, kto tego nie przeżył nigdy nie zrozumie, tak samo jak nie zrozumie rodzica, który oddaje swoje dziecko. Pewnie, że są tacy co oddają psy dla własnej wygody, sama takiego kiedyś kupiłam, bo pojawiło się dziecko i piesek poszedł w odstawkę. Tak samo z dzieckiem. Będą takie matki, które oddają, bo dziecko jest dla nich ciężarem, ale będą też i takie, które wezmą odpowiedzialność za życie, które dały temu dziecku i dadzą mu szansę w innej rodzinie.
    Ja osobiście bardzo przeżyłam śmierć swojego psa, więc wiem, że potrafi boleć tak samo jak odejście człowieka. U Ciebie mamy nawet gorszą sytuację, bo on gdzieś istnieje i do końca jak sama mówiłaś już będziesz myślała jak się miewa, czy jest szczęśliwy, najedzony itd.
    Bo pomimo tego, że wiesz, że to była decyzja najlepsza dla wszystkich, to nic nie jest w stanie zamienić smutku na szczęście. Może z czasem…
    Reksio na pewno nauczy się być szczęśliwy, w końcu został adoptowany przez kogoś, kto może dać mu lepsze życie ponad to co mógł mieć z wami. A Ty musisz nauczyć się żyć bez niego, dla jego dobra i innych. :*

    • 14 września 2017 o 18:27

      Kurczę, dzisiaj się pobeczałam nad głupim kurczakiem… Przez osiem lat, krojąc kurczaka na obiad, odkrawałam co brzydsze kawałki dla psa. Oczywiście jako kochająca pańcia zawsze odkrawałam z naszych porcji więcej, niż było to potrzebne… i dzisiaj złapałam się na tym, że dalej okaleczam te filety bez sensu, bo resztek nie ma kto zjeść… Takie błahostki jeszcze długo będą boleć.

    • ~t.vik
      14 września 2017 o 22:41

      Izzy, a przeżyłaś odejście człowieka?

      • 16 września 2017 o 20:06

        Nie wiem, czy Izzy przeżyła, ale ja tak. I myślę, że w pewnych okolicznościach te uczucia mogą być podobne. Oczywiście nie zawsze, w życiu nie śmiałabym się w tej chwili porównywać np. z Twoimi doświadczeniami, ale wierzę, że w niektórych sytuacjach odejście zwierzaka może boleć tak samo, jak utrata kogoś bliskiego.

  5. 14 września 2017 o 14:29

    Wiem jak cierpi się po utracie psa, w jakiejkolwiek formie. Bardzo współczuję i przytulam mocno. Najważniejsze, że Reksio żyje i ma się dobrze i trafił na kochających pańciów. Wszystko się ułoży.

    • 14 września 2017 o 18:23

      Tak sobie tłumaczę… chociaż podczas wczorajszej burzy nie mogłam przestać myśleć, czy jest bezpieczny :(

  6. 14 września 2017 o 16:03

    Przykro mi, bo to musi strasznie boleć. Przytulam! :-*

  7. ~J.
    14 września 2017 o 20:07

    Przykro mi, bardzo. Szkoda, że musiało stać się tak a nie inaczej, ale tak będzie najlepiej dla wszystkich. Ściskam Was wszystkich mocno :*
    A Reksio mam nadzieję, że się szybko zadomowi.

    • 16 września 2017 o 19:55

      My też mamy taką nadzieję. Mamy możliwość odwiedzenia go, ale póki co nie zamierzamy tego robić. Po co mieszać Reksiowi w głowie…

  8. pankracja
    14 września 2017 o 20:31

    Miałaś więcej szczęścia niż my. Nasza kotka wprawdzie zaakceptowała dziecko, ale kiedy po pół roku wróciłam do pracy, stała się bardzo agresywna. Na początku tylko w stosunku do gości, potem do męża, a na końcu również do mnie. W mojej okolicy nie znalazłam żadnego behawiorysty, nikt też nie chciał się nią zająć. Schronisko odmówiło przyjęcia zwierzęcia od właścicieli. Rozważaliśmy wypuszczenie jej np. na działki, ale był środek zimy i dla kota, który całe życie spędził w domu oznaczało to najprawdopodobniej śmierć głodową lub z zimna. Wybraliśmy bardziej humanitarny sposób i obydwoje strasznie to przeżyliśmy.

    • 16 września 2017 o 19:54

      Wierzę, że strasznie to przeżyliście, bo ja bym chyba nie przeżyła wcale… :( Choć teraz też nie jest łatwo, bo tak jak pisała Izzy, cały czas będę myślała, czy jemu jest tam dobrze… :(

  9. 16 września 2017 o 14:21

    To była najlepsza decyzja jaką mogliście podjąć – nie było innego wyjścia. Współczuję bardzo :*

    • ~t.vik
      16 września 2017 o 18:29

      Też tak mówię. Można kochać zwierzaka, nawet bardzo, ale jak w grę wchodzi dobro człowieka, to zwierzę w każdym jednym przypadku powinno być na drugim miejscu. Jak byłem małym chłopcem, opowiedział mi mój dziadek historię swojego psa. Był duży (nie pamiętam jakiej rasy) i był przyjacielem całej rodziny i jakby piątym dzieckiem, czyli czwórka dzieciaków obcowała z nim na co dzień. Niestety dziadka sąsiad zachorował na jakąś śmiertelną chorobę płuc, która w tamtych czasach była leczona najskuteczniej smalcem z psa. Dziadek podjął decyzję, której ja jako dziecko długo nie mogłem zrozumieć. Po śmierci mojego dziecka zrozumiałem – człowiek jest zawsze na pierwszym miejscu! I nieważne czy „swój”, czy obcy. Dziś zrobiłbym to samo, co mój dziadek. Dlatego popieram Twoją decyzję, Lady M.

      Ps. Nigdy nie zapomnę wiadomości o matce w Stanach, która przez okno z kuchni widziała jak jej własny pies skoczył do wózka stojącego na tarasie i zagryzł noworodka – jej własne dziecko.

      • 16 września 2017 o 20:02

        Decyzja Twojego dziadka jest dla mnie kompletnie niezrozumiała, ale być może, będąc w jego skórze, postąpiłabym podobnie. „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono” – pisała Szymborska. Gdyby 7 miesięcy temu ktoś mi powiedział, że po adopcji dziecka oddam Reksia komukolwiek, to przysięgałabym na wszystkie świętości, że tego nie zrobię. Co do Twojego Ps. – niestety istniała uzasadniona obawa, że u nas mogłoby się skończyć podobnie.

    • 16 września 2017 o 19:56

      Dziękuję.

  10. ~CanCan_
    20 września 2017 o 16:07

    Bardzo, bardzo Ci wspolczuje! Jestescie mega dzielni i podjeliscie najlepsza decyzje dla wszystkich.
    To nie wina Reksia – prawdopodobnie jako pies z pseudohodowli mial problemy wynikajace z wlasnie tego faktu …. i poza zmiana otoczenia nie bylo ratunku :( Wsrod moich znajomych jest masa psow z pseudohodowli i w kazdym przypadku jest jakis powazny problem fizyczny albo psychiczny … trzeba sie od tego syfu trzymac z daleka i przestrzegac kogo sie da.
    3maj sie!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *