#MeToo?

Dzisiejszy post może zostać uznany za epigoński, bowiem echa internetowej akcji, mającej uwydatnić skalę molestowania seksualnego, powoli przebrzmiewają. Długo wstrzymywałam się z zabraniem głosu w tej sprawie głównie dlatego, że mój stosunek do powyższego przedsięwzięcia pozostawał ambiwalentny i nieco przypominał sinusoidę.

Otóż w pierwszym odruchu uznałam tagowanie się na Facebooku jako osoby skrzywdzonej za objaw kolejnej mody na szokowanie i postanowiłam w ogóle nie brać w tym udziału. Potem przypomniałam sobie, że ten problem niestety mnie również dotyczy, o czym napiszę niżej. W dalszej kolejności pomyślałam, iż ilość nie przekłada się na jakość, czyli liczba postów z hashtagiem #MeToo jest tak wielka, że cała akcja zwyczajnie przez to powszednieje, bo już nikt nie zwraca na nie uwagi. Moje postrzeganie zmienił jednak szczery i poruszający wpis kolegi ze studiów, który pokazywał, jak ta sprawa może wyglądać z męskiej perspektywy. I wreszcie, kiedy sądziłam, że to całe #MeToo już się zakończyło, uderzyła mnie (niemal dosłownie) nowa fala artykułów z tym oznaczeniem, ale opisująca moim zdaniem sytuacje, którym, mówiąc bez ogródek, do molestowania daleko… Do napisania niniejszego tekstu skłoniła mnie więc nie tyle sama kampania, ile skala paranoi, do jakiej urosła.

Wspomniałam, że też padłam ofiarą molestowania. Przypominam sobie bez trudu przynajmniej trzy takie sytuacje, w których charakter trudno wątpić:

  1. W podstawówce miałam w klasie kolegę, który w wieku dojrzewania notorycznie łapał dziewczyny za piersi i pośladki, wkładał im ręce pod bluzki etc. Oberwał kiedyś za to w twarz – sądzę, że nie tylko ode mnie. Inna sprawa, że chłopak w ogóle był dosyć… hmm… specyficzny, ale mimo tego sympatyczny. I chociaż to jego obmacywanie zdecydowanie powodowało dyskomfort i irytację, to chyba żadna z dziewczyn nie czuła się tym upokorzona. Uznałyśmy widocznie, że „ten typ tak ma” (nie dlatego, że jest facetem i mu wolno, tylko dlatego, że ten konkretny kolega ma po prostu takie „odchyły”, coś w rodzaju niegroźnego wariata). Owe zachowania zresztą przeszły Arkowi wraz z burzą hormonalną.
  2. Pierwszy rok studiów. Wracamy z Anetą z uczelni tramwajem – takim z pojedynczymi siedzeniami. Siadam tuż za nią, rozmawiamy. Na kolejnym przystanku wsiada facet – podstarzały i obleśny. Obejmuje ramionami nasze siedzenia tak, że odcina nam drogę ucieczki. Zaczyna opowiadać, co by z nami zrobił w łóżku. Szczegółowo. Odpowiadam, że nie ma na co liczyć. On na to, że jest bogaty i takie dzi*ki jak my to bez problemu może kupić i żadna mu się nie oprze. „A jednak!” – mruczy Aneta, na co koleś nachyla się i próbuje ją pocałować w usta. Nie udaje mu się chyba tylko dlatego, że tramwaj gwałtownie hamuje. Facet zwalnia uścisk, jakimś cudem wysiadamy. Wiecie, co było w tym wszystkim najgorsze? Nawet nie ten obrzydliwy typ, bo takich jest pewnie na pęczki. W wagonie pełnym ludzi nie znalazł się nikt, żeby zareagować. Przeciwnie, nasi rówieśnicy stojący nieopodal mieli doskonały ubaw z dwóch przerażonych studentek…
  3. Sytuacja najtrudniejsza, najbardziej osobista i tym razem naprawdę traumatyczna, bo sprawcą był mój dobry znajomy. Ba, przez kilka lat uważałam go nawet za przyjaciela, choć teraz, gdy o tym myślę, dociera do mnie, jak bezdennie byłam wtedy głupia. Tym bardziej, że sygnałów, aby trzymać się od niego z daleka, było aż nadto. Do tej pory nie jestem w stanie szczegółowo opisać tej sytuacji. Grunt, że zostaliśmy kiedyś przez chwilę sami i postanowił ten fakt wykorzystać. Na szczęście nie zdążył…

Wiem, że wiele dziewczyn (może nawet większość) ma za sobą podobne wspomnienia, jeśli nie gorsze. Dlatego taka akcja jak #MeToo jest potrzebna choćby po to, aby pokazać, że nie jesteśmy same. I właśnie z tego powodu okropny niesmak budzi we mnie oznaczanie tym hashtagiem wszystkich męskich zachowań z minimalnym choćby podtekstem seksualnym. Nie rozumiem, jak można porównywać np. próbę gwałtu z sytuacją, kiedy obcy mężczyzna mówi napotkanej przypadkiem kobiecie, że ma piękne nogi.

Ot, chociażby taki przykład: oprócz tego nieszczęsnego pktu 3. zdarzyło mi się jeszcze przynajmniej dwa razy otrzymać propozycje seksualne od bliskich znajomych. Nie wiem, czy któraś z nich była wypowiedziana w 100% serio. Prawdopodobnie nie, ponieważ autorem pierwszej był chłopak nieszczęśliwie we mnie zakochany, który od początku wiedział, że nie ma na co liczyć (nawet żal mi się zrobiło biedaka ;) ); druga natomiast wyszła z ust starego kumpla i raczej stanowiła formę żartu, droczenia się, niż rzeczywistej oferty. Być  może jestem dziwna, zdominowana przez patriarchat czy coś w ten deseń, ale wiecie co? Obie te propozycje potraktowałam jako komplementy. Zgadzam się, że nie w każdym kontekście komunikat „chciałbym pójść z tobą do łóżka” jest stosowny i że w określonych okolicznościach (patrz pkt 2. powyżej) jak najbardziej jest przejawem molestowania. No ale właśnie, nie każdy i nie zawsze.

Mam wrażenie, że przesadzając, niektóre uczestniczki akcji wylewają dziecko z kąpielą. Z jednej strony jako kobiety pragniemy męskiego zainteresowania, a z drugiej wszelkie jego przejawy zaczynamy traktować jako atak na naszą godność i cielesność. Już nie mówiąc o tym, jak musi się czuć ofiara gwałtu, która w dobrej wierze wyznaje, co ją spotkało, a potem czyta komentarz innej dziewczyny w stylu: „nie martw się, #JaTeż, bo kumpel z pracy zaśpiewał na mój widok „Baśka miała fajny biust”…”

A może źle rozumuję? Co myślicie o całej tej akcji?

  30 comments for “#MeToo?

  1. 11 listopada 2017 o 13:45

    Makbetko, myślę, że masz sporo racji. Zawsze i we wszystkim trzeba znaleźć tę granicę. Jednak muszę poruszyć jeszcze jeden problem, a raczej punkt widzenia. Swojego czasu byłam tak często ofiarą molestowania, w szeroko rozumianej formie, że straciłam zaufanie do mężczyzn. Kompletnie. Rezygnowałam z pracy, gdy okazywało się, że będę mieć szefa, nie szefową, gdy kolega dla żartu podchodził do mnie z tyłu i np. łapał w pasie, od razu dostawał strzała z półobrotu, aż nauczyli się tak do mnie nie podchodzić. Nie umiałam już rozmawiać z mężczyznami, a już na pewno nie patrzyłam im w oczy, bo byłam przekonana, że chodzi im o jedno. Dopiero Tomek zaczął mi to uświadamiać i uczył na nowo zaufania.
    Ale do czego zmierzam: czasami kobiety, które były często molestowane, mogą mieć ten obraz molestowania, czy samego faceta, zniekształcony. Mogą być tak przewrażliwione na tym punkcie, że właśnie każda choćby podobna sytuacja, może mieć dla nich podtekst seksualny i odbierana być jako zagrożenie.
    Oczywiście, że są też kobiety, które „na molestowanie” się lansują, wyolbrzymiając sytuacje z życia. Jednak i one doświadczyły molestowania w mniejszym lub większym stopniu, bo uważam, że każda kobieta tego doświadczyła chociaż raz w życiu.

    • 11 listopada 2017 o 15:28

      Na pewno osobiste doświadczenia determinują postrzeganie świata. Nie dziwię się, że kobieta po przejściach staje się przewrażliwiona na punkcie molestowania (czy też na jakimkolwiek innym). Zapewne każda z nas ma też inną prywatną granicę tolerancji dla różnych zachowań – są przecież i takie dziewczyny, którym schlebia klepnięcie w tyłek przez obcego faceta w klubie, co np. dla mnie jest zwyczajnie wulgarne i bezczelne. Tylko wiesz, jak czytam np. wpis na Facebooku, że koleżanka doświadczyła molestowania, bo jakiś starszy człowiek w autobusie zapytał, czy może usiąść „koło takiej ładnej młodej pani”, to jednak mam wrażenie, ze ktoś tu trochę myli pojęcia. Bo nawet zakładając, że pisała to rzeczywiście dziewczyna po jakiejś traumie, sama jej interpretacja nie czyni jeszcze z tego mężczyzny napastnika… Dobrze odczytałaś moje intencje, starałam się wypunktować właśnie ten „lans”, który całej akcji przynosi więcej szkody niż pożytku. Natomiast kobiety, które mają odwagę mówić wprost o naprawdę paskudnych przypadkach przemocy seksualnej, szczerze podziwiam. Mnie w punkcie 3. tej odwagi zabrakło.
      A swoją mężczyźni też bywają molestowani, to niestety nie jest tylko babski problem :)

  2. 12 listopada 2017 o 00:01

    No cóż… Nie da się ukryć, że cała ta akcja „#MeToo” ujawniła skrywaną szpetotę „wspaniałego” świata celebrytów… Ale nie tylko tego środowiska dotyczy. Może ktoś jeszcze pamięta q…wiki w oczach i sex aferę w Samoobronie (była taka partia/związek)? Przaśnie ale równie ohydnie…
    Sic transit gloria mundi
    Coś się kończy ale jeszcze nie wiemy kiedy przyjdzie koniec.

    • 12 listopada 2017 o 15:21

      Oczywiście, że pamiętam. Przytoczony przez Ciebie przykład tylko dowodzi skali problemu.

  3. ~t
    12 listopada 2017 o 14:44

    Nawet jeśli razem z tymi cięższymi i lżejszymi przypadkami, które wychodzą na światło dzienne, pojawiają się też „ja też, bo coś tam – sama nie wiem co”, to i tak ta kampania jest bardzo potrzebna. Trzeba mocno wprowadzić w naszą (hm… najlepiej ogólnoświatową) kulturę szacunek do drugiej osoby. Prawo do nietykalności cielesnej powinno być przekazywane „z mlekiem matki”, a najpóźniej w szkole, gdzie powinno się dużo o tym rozmawiać. Tak samo o zwrotach słownych. Jak ktoś nie umie żartować, to lepiej żeby z ostrożności nie robił tego wcale, niż miałby kogoś obrazić. A że odzywają się też przewrażliwieni… no cóż, każdy ma inny „próg bólu”, każdy może być inaczej wrażliwy ;)
    Dużo by o tym mówić…
    Pozdrawiam.

    • 12 listopada 2017 o 15:13

      Od jakiegoś czasu blog nie zatwierdza mi automatycznie Twoich komentarzy, nie wiem, z czego to wynika… :/
      A co do meritum: nie podważam zasadności samej akcji, chociaż mam niestety smutne wrażenie, że ona w rzeczywistości niewiele zmieni. Może w środowiskach celebryckich owszem, co widać po niektórych ruchach w Hollywood, ale czy gdzie indziej…? Zgadzam się jednak, że jeśli chociaż da komuś do myślenia, to warto – o ile właśnie ów „ktoś” nie utonie w morzu tej całej przesady.
      Tak sobie myślę, że my w ogóle jako społeczeństwo (mnie to oczywiście też dotyczy) robimy się okropnie przewrażliwieni, nie uważasz? Wszystko nas denerwuje i obraża, wszędzie coraz więcej zakazów… Nie jestem pewna, czy to zmierza w dobrym kierunku.

      • ~t
        13 listopada 2017 o 17:15

        Co do ostatniego zdania, to bardzo szeroki temat. Może kiedyś na to odpowiem, ale to będzie ode mnie wymagało trochę czasu, a ostatnio z tym bardzo krucho u mnie ;)
        Czy to coś zmieni gdzie indziej niż tylko w pewnych środowiskach? Myślę, że tak, bo tu, gdzie mieszkam, jest straszna burza z tego powodu. I bardzo dobrze!

  4. 13 listopada 2017 o 12:22

    Dla mnie pytanie zasadnicze jest takie: gdzie kończy się zwykły podryw, a gdzie zaczyna molestowanie? Jeżeli facet skomplementuje moje nogi, to nie uważam to za molestowanie, raczej za nieudolną próbę zwrócenia na siebie uwagi. Natomiast jeżeli próbowałby mnie dotykać to już jest coś innego niż tylko słowa i to wypowiedziane jednorazowo. Miałam taką sytuację kiedyś w szkole, jako nauczycielka, oczywiście jak byłam „piękna” i młoda hahaha. Moja szafka znajdowała się wysoko, więc stawałam na krześle, by wyjąć z niej książki. Jeden z nauczycieli „skomplementował” mój wygląd i tylko to go uratowało, że były 2 minuty do dzwonka i nie chciałam robić afery, w przeciwnym razie dostałby po mordzie. (sorry za bycie dosłownym, ale tak było, bo ja nienawidzę takich sytuacji) Powiedziałam mu wtedy, że sobie nie życzę, żeby tak się do mnie odnosił, że należy mi się szacunek i takie tam. Pracowaliśmy razem przez wiele lat, nigdy więcej nie powiedział mi „dzień dobry” Jego męskość chyba ucierpiała, albo sama nie wiem, może uważał się za Bóg wie kogo, a tu taki cios? Nie wiem, ale w miejscach pracy takie zachowanie jest nagminne i zwykle tolerowane jeśli tylko nie przekracza norm. Na wycieczce nauczycieli inny znów gość proponował wprost sex mojej koleżance (to była wycieczka na Dzień Nauczyciela) a w korporacjach jest to „normalne” Na wyjazdach integracyjnych dzieją się różne rzeczy.
    Kończąc swoje wywody. Oczywiście zawsze stoję po stronie kobiety, bo gdy mówi NIE to jest to wyraźny przekaz, ale wiemy jacy są niektórzy faceci, a czasem kobiety same ich prowokują i potem wylewają łzy, że coś tam ktoś tam..
    Nie znam dobrze tej kampanii, muszę się wczytać, ale ogólnie świadomość problemu jest ważna. Gdy byłam w podstawówce, moja koleżanka nie wiem czy można powiedzieć była molestowana czy napastowana (też musze poczytać jaka jest różnica między tymi słowami) przez chłopaków ze starszych klas poprzez dotykanie jej w miejsca intymne w czasie przerwy. Jej się to nie podobało, ale zaakceptowała, że tak jest, że nic nie da się z tym zrobić (?!) Ja nie mogłam się z tym pogodzić i powiedziałam swojej mamie, która skontaktowała się z jej rodzicami. Myślę, że to jest właśnie problem, że prawdziwe ofiary (a nie lansujący się celebryci) nie wiedzą, gdzie szukać pomocy lub wstydzą się o nią prosić. Świadomość problemu może pomoże również innym zauważyć niepokojące znaki i zareagować zanim będzie za późno.

    • ~t
      13 listopada 2017 o 17:10

      Izzy, a pamiętasz jak wtedy byłaś ubrana? Bo ja w spódnicy stawałaś na krześle, to się nie dziwię, że facet poczuł się sprowokowany. Oczywiście to go nie usprawiedliwia, bo tylko od niego zależy jak zareaguje na „prowokację”.

      • 13 listopada 2017 o 21:43

        ~T – nie pamiętam jak byłam ubrana, ale rzadko chodzę w spódniczkach, więc podejrzewam, że i wtedy jej nie miałam na sobie. Nigdy nie ubierałam się wyzywająco (w końcu to była szkoła), jedyne co to byłam wtedy szczupła, ale to akurat nie jest powodem do głupich komentarzy (oczywiście wg mnie, bo może komuś innemu by się to spodobało). Na krześle stawałam codziennie po kilka razy, inaczej nie dostałabym się do swojej szafki, więc nie powinno to nikogo dziwić (część z nas miała szafki na dole, a część na górze) Ja ogólnie jestem z tych co wolą być doceniane za to co mają w głowie, a nie jak wyglądają, więc nigdy takie komentarze nie robiły na mnie wrażenia, na celebrytkę bym się nie nadawała ;)

        • 15 listopada 2017 o 20:06

          Nie uznaję takiego tłumaczenia, jak „poczuł się sprowokowany”. Kobiety mają prawo nosić, co im się podoba – czy to głęboki dekolt, czy krótką spódniczkę, czy obcisłe biodrówki – a jednocześnie nie czuć się przez to jak zwierzyna, na którą ktoś wiecznie poluje. Stroj to po prostu stroj – a nie „zachęta” do przekraczania granic, zwlaszcza w miejscu pracy.

          • 15 listopada 2017 o 20:14

            @Karolina
            Wiem, że piszę trochę obok Twojej głównej myśli, tym bardziej, że akurat nie sądzę, żeby Izzy wyskoczyła do pracy w lateksie i skórzanych pończochach ;), ale… w prawie każdej pracy obowiązuje jakiś dress code, a jego przestrzeganie świadczy o profesjonalizmie pracownika. Zgadzam się co do tego, że strój nie jest żadnym usprawiedliwieniem molestowania czy nie daj Boże gwałtu. Jednak uważam, że są kobiety, które celowo prowokują ubiorem, żeby ugrać coś dla siebie. Myślę nawet w tym momencie o jednej konkretnej koleżance, która zrobiła sobie z tego rodzaj sportu…

          • ~t
            15 listopada 2017 o 21:52

            Karolina, chcesz powiedzieć, że głęboki dekolt i spódnica tak krótka, że widać kolor majtek, to tak w ramach zapobiegania przegrzaniu? Przecież to zostało założone po coś. Po co?
            Poza tym, w Twoich ustach to brzmi trochę jak slogan, bo przecież Ty się tak nie ubierasz :)

            Lat temu z piętnaście robiłem pewien egzamin. W składzie dwuosobowej komisji siedziała moja nauczycielka – młoda, zgrabna, w ocenie wielu – atrakcyjna. Po wylosowaniu kartki z pytaniami miałem usiąść w wyznaczonym przez nią środkowym rzędzie na wprost ławki, gdzie siedziały w odległości ok 4 metrów. Jej krótka (za krótka) spódniczka i ciągłe przekładanie nogi na nogę było tak odwracające uwagę, że poważnie wpłynęły na wynik mojego egzaminu. Byłem na nią wściekły. Co takiego „ugrała dla siebie”?
            Instynkt jest instynktem i jeden radzi sobie z nim lepiej, drugi musi włożyć więcej wysiłku, a trzeci nie zapanuje nad sobą wcale.
            Pozdrawiam

          • 15 listopada 2017 o 22:03

            @t.
            Jakiś czas temu napisałam post o różnicy pomiędzy winą a odpowiedzialnością… wydał mi się zbyt ostry w wymowie i nie odważyłam się go opublikować, ale chyba pod wpływem Waszej wymiany zdań wrócę do niego.

            Co do „ugrania dla siebie” ta moja koleżanka np. próbuje sobie takim strojem zjednać szefa w nowej pracy. A w razie, jeśli się nie uda – posądzić go o molestowanie, bo przecież notorycznie patrzy jej się w dekolt.

          • 15 listopada 2017 o 22:34

            Faceci mają różne upodobania. Jeden poczuje się „zachęcony” do głupiego komentarza, bo zobaczył sexy spódniczkę, a inny lubi krągłości i „pochwali” dużą pupę. Nie mogę cały czas zastanawiać się, czy przypadkiem kogoś nie sprowokuję, bo mam prawo nosić co chcę jak piszę Karolina. Nie uważam, że sięganie do szafki kilka razy dziennie jest jakieś samo w sobie wyzywające….
            Z tym, że powinnam dostosować ubiór do miejsca, czyli tak samo jak do kościoła nie pójdę wydekoltowana tak samo nie przyjdę w lateksie do szkoły (hahaha Lady Makbet już sobie to wyobraziłam ;) ) Mam szacunek do ludzi, do miejsc i też przede wszystkim do siebie. W szkole powinnam być przykładem, a nie ubierać się wyzywająco. Choć powiem wam, że u mnie w pierwszej szkole też była taka sytuacja, że nauczycielka (młoda dziewczyna) przychodziła ubrana w tak nieprzyzwoity sposób, że aż nie wypadało jako bądź co bądź osobie publicznej. Obcisłe skórzane spodnie, bluzeczki, do tego długie włosy niczym z teledysku Britney Spears „Oops I did it again” Poważnie. Według mnie to wina dyrekcji, że nikt nie reagował na taki ubiór. Uczniowie śmiali się z niej, nie mieli szacunku…
            ( Ja mam swoją teorię na takie zachowania, ale to chyba długi temat, na osobny post)

            Ta moja koleżanka z podstawówki, o której pisałam, że była zaczepiana przez uczniów starszej klasy, wyglądała trochę jak nastolatki z obecnych czasów. Teraz już nikogo to nie dziwi, szkoła w zasadzie nie zwraca uwagi na pomalowane paznokcie, krótkie spódniczki, ufarbowane włosy itd. Wtedy ona naprawdę przyciągała uwagę, ale to nie był powód, by spotkało ją coś takiego.
            Celebrytki to inna bajka.

          • ~t
            16 listopada 2017 o 09:56

            @Lady, no to teraz i ja czekam cierpliwie. Na ten wpis ;)

          • 16 listopada 2017 o 13:45

            @Karolina
            Napisałaś: „Kobiety mają prawo nosić, co im się podoba…” (koniec cytatu)

            A mężczyźni? Bo chyba nie chcesz być posądzana o płciową segregację (seksizm, czy jak to tam się nazywa)?

            Wybacz ale np. facet ubrany wyłącznie w stringi wyglądałby żałośnie.

            Pozdr
            M

          • ~t
            16 listopada 2017 o 14:08

            @Hephalump, dla większości może żałośnie, ale może niejedna poczułaby się prowokowana?
            …albo niejeden :D

          • 16 listopada 2017 o 14:16

            @t
            Są w Krakowie Kluby, do których przypadkiem lepiej nie wchodzić…
            No chyba, że jednak szuka się okazji na podryw… taki podryw.

            A gdzie się „wdepnęło” można poznać po zachowaniu i czasem ubiorach gości.
            ;)

          • ~t
            16 listopada 2017 o 16:34

            @Hephalump
            Kluby facecików, do których wstęp jest tylko w stringach? Hahaha :D
            Tak się domyślam, że są takie. Chyba w każdym większym mieście.

          • 16 listopada 2017 o 17:44

            @t
            Generalnie należy unikać klubów, do których wstęp jest… „tylko dla członków”
            ;)

  5. 13 listopada 2017 o 16:32

    Paranoja molestowania ogarnęła nagle cały świat, strach teraz podać komuś rękę, bo zostanie się oskarżonym ;)
    Dla mnie najbardziej żałosna jest postawa tych wszystkich „gwiazdeczek”, co to biedne nieświadome poszły do producenta do domu, tam dały się mu wyżyć, zgarnęły rolę za milion, a po latach, kiedy propozycji już brak, nagle im się przypomina molestowanie.
    Tak, nie pochwalam zachowań panów, którzy takie kobiety wykorzystują – uważam to za obrzydliwe i karygodne. Niemniej jednak wcale mi nie żal tych celebrytek, które idą do domu do faceta pić z nim alkohol. Chyba się nie spodziewają rozmów o pogodzie?

    • ~t
      13 listopada 2017 o 17:07

      Dziubasowa, jesteś szczęściarą. To, że nie czujesz tematu, dowodzi tego.

    • 13 listopada 2017 o 19:49

      Co do pierwszego zdania – ja to widzę na co dzień w pracy. Dwa lata temu mieliśmy radę pedagogiczną na temat tego, jak nam wolno rozmawiać z uczniami, a jak nie. Już sama koncepcja takiej rady brzmi lekko niepoważnie… z kolei w jej trakcie uczulano nas, aby nie nawiązywać jakichkolwiek relacji z podopiecznymi (poza czysto służbowymi), bo każde wypowiedziane słowo może się obrócić przeciwko nam. Jest to straszne i śmieszne jednocześnie… Bo wychodzi na to, że nie mogę powiedzieć np. uczennicy na balu gimnazjalnym, że ma śliczną sukienkę, bo to już stanowi przekroczenie granicy. Nie można zażartować w czasie lekcji na jakikolwiek temat, bo a nuż ktoś się obrazi. Zabroniono nam też zostawanie sam na sam z uczniem w klasie, co wg mnie jest szczytem paranoi. Wychodzi na to, że jeśli uczeń będzie chciał mi opowiedzieć o jakimś swoim problemie, choćby najbardziej osobistym, to będzie musiał to zrobić przy świadkach.

    • 14 listopada 2017 o 08:45

      @Dziubasowa
      Pierwsza moja myśl po wysypie odgrzebywanych przypadków #MeToo była podobna.
      Ale rzecz ma szerszy wymiar i nie dotyczy tylko środowiska celebryckiego.

      Niestety istnieje coś takiego jak syndrom POH (Po…ebało Od Hajsu). A konkretnie od władzy i pieniędzy. I przypadłość ta dopada często ludzi, którzy nagle dostali możliwość władzy nad innymi. Nie jest to przypadłość wyłącznie męska, ale objaw w postaci tzw „d4 na boku” już tak. Tak wyłażą z samca pierwotne (często prymitywne) instynkty.
      Tak władza wyzwala w nas instynkty godne krasnoarmiejca w zdobytym Berlinie. Tylko, że „zdobyczne” często są koleżanki z pracy lub każda inna, która wydaje się być zależna od władzy.

      Miałem się nie rozpisywać na ten temat. Ale widać dałem się sprowokować.

      Pozdr
      M

  6. 14 listopada 2017 o 19:37

    Hephalump, nie spojrzałam na to nigdy z tej perspektywy, ale zgadzam się co do jednego – na pewno nie jest to czarno-białe.
    T – Czy jestem szczęściarą? W jakim sensie? Jeśli w takim, że nigdy nie znalazłam się w podobnej sytuacji, to akurat nieprawda – ale nie chcę o tym pisać. Ze swojej strony mogę tylko dodać, że trzeba pamiętać to, co mówili nam rodzice już w dzieciństwie – żeby uważać na nieznajomych i świadomie nie narażać się na takie sytuacje, bo nigdy nie wiadomo z kim mamy do czynienia.
    Jeśli chodzi o głośne mówienie o takich sprawach – dobrze! Może to uświadomi zbokom, że już nie będą tacy bezkarni.
    Ale sytuacje o których pisze Lady dotyczące relacji z uczniami są ewidentnym przegięciem – przedobrzenie niestety nie zmieni niczego na lepsze a wręcz przeciwnie.

  7. ~t
    17 listopada 2017 o 15:16

    No dobra, a czy mąż molestowanej kobiety też ma prawo powiedzieć „me too”? Pytanie całkiem serio, bo przecież „nie są już dwojgiem, ale jednym ciałem”, więc jej rany mogą też być jego ranami? Trochę szkoda, że temat wygasa.

    • 17 listopada 2017 o 15:37

      Myślę, że ma prawo, chociaż na pewno w ograniczonym zakresie.

  8. ~t
    17 listopada 2017 o 16:27

    „Jedynie” emocjonale, czyli nie fizyczne, jak w jej przypadku. Ale skala tego urazu może być dużo wyższa, niż w niektórych przesadzonych opisach kampanii „me too”. Np. mąż kobiety zgwałconej na plaży we Włoszech. (Ciekaw jestem czy w ogóle było to poruszane na rozprawie).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *