Author: Lady Makbet

Obywatel kontra instytucja, epizod III

Zdarza Wam się oglądać „Star Wars”? Mnie owszem, zwłaszcza że moje drugie pół zalicza się do grona wiernych fanów całej sagi. Wspólnie z nim śledzę więc kolejne odsłony walki Republiki z Imperium (czy jakoś tak). Przyznaję, że trochę plączą mi się poszczególne wątki, ale za to ogromną sympatią darzę R2D2, Mistrza Yodę i kilkoro innych bohaterów, dlatego każdy epizod oglądam z przyjemnością.

Być może losy międzygalaktycznych antagonistów są mi tak bliskie, ponieważ czasem odnoszę wrażenie, że gwiezdne wojny to ja mam na co dzień – a przynajmniej wtedy, kiedy muszę załatwić coś w jakimś urzędzie. Tam też panuje przeważnie Ciemna Strona Mocy, poza tym podobnie jak w „Starłorsach” można pogubić się w fabule – co, gdzie, z kim i w jakiej kolejności należy załatwić.

Ostatnio przeznaczenie skierowało mnie na Gwiazdę Śmierci do sądu rejonowego. Pozwólcie jednak, że w przeciwieństwie do producentów „Gwiezdnych wojen” zacznę swoją opowieść od początku.

Dawno, dawno temu, w nieodległej galaktyce, P. uczestniczył w rozprawie sądowej – jednej z tych, przez które człowiek marnuje pół dnia, żeby finalnie złożyć pojedynczy podpis pod papierkiem, który i tak niczego w jego życiu nie zmienia. Tak właściwie to sprawa dotyczyła jego ciotki, ale jako krewny czy tam znajomy przysłowiowego Kenobiego królika musiał się stawić przed wymiarem sprawiedliwości i poświadczyć, że on to on, a ciotka to ciotka. Jak to w instytucjach bywa, sąd obciążył P. kosztami rozprawy w zawrotnej kwocie kilkudziesięciu złotych polskich, którą to kwotę rzeczony obywatel niezwłocznie uiścił… a właściwie troszeczkę zwłocznie, bo najpierw musiał pobiec do bankomatu. Najwyraźniej międzygwiezdna technologia zwana terminalem płatniczym jeszcze do Najwyższego Porządku nie dotarła.

Na tym historia mogłaby się zakończyć, ale niestety Imperium postanowiło kontratakować. Któregoś pięknego dnia mój mąż otrzymał wezwanie do zapłaty. Sygnatura akt, data i kwota idealnie pokrywały się z tym, co już zapłacił i o czym właściwie zdążył zapomnieć. Sąd był tak życzliwy, że założył mu nawet Kartę Dłużnika (wielkimi literami!) z osobnym numerem. (Wiem, wiem, taka jest procedura, co nie zmienia faktu, że przerost formy nad treścią powala…) Cóż było robić? Mój nieustraszony Jedi wyprodukował na poczekaniu kilka dokumentów (kserokopię dowodu wpłaty, sprostowanie na piśmie, upoważnienie dla mnie, dekret przejęcia władzy nad galaktyką, takie tam…) i wysłał swojego ulubionego padawana (żonę znaczy, no bo kogo innego) do siedziby nieprzyjaciela.

                                                         

Nie żebym znajdowała jakąś masochistyczną rozkosz w bieganiu po sądowych korytarzach, po prostu i tak miałam tam coś do załatwienia, więc przy okazji wzięłam też papiery P.  Uzbrojony szturmowiec przy wejściu skierował mnie do odpowiedniego losowego pomieszczenia na drugim piętrze. Sprawę wyłuszczyłam, spotkałam się nawet ze zrozumieniem i życzliwością Pani Zza Biurka, ale na tym lista przyjemności się skończyła. Czekałam 25 (słownie: dwadzieścia pięć) minut, aż urzędniczka znajdzie właściwą teczkę. I wiecie co? Nie znalazła. Beztrosko oznajmiła, że akta tej konkretnej sprawy zaginęły, ale nie ma się czym martwić, bo to się przecież zdarza. Jasne. Tylko że w naszym sądzie „to się przecież zdarza” za często. Kilka lat temu, w wezwaniu na sprawę o uznanie spadku po mojej mamie, oprócz nazwiska taty i mojego znalazły się dane jakiegoś obcego faceta. Kiedy zapytałam sędzinę, kto to jest, odparła, że nie ma pojęcia, pewnie pani Zosi z sekretariatu „się przekopiowało” z szablonu albo z dokumentów innej podobnej sprawy. Całe szczęście, że nie „przekopiował się” jej przy moich danych jakiś wyrok skazujący za morderstwo, bo dopiero byłoby co wnukom opowiadać, kiedy w końcu wyszłabym z więzienia.

No dobra, ale wróćmy do teczki. To znaczy do jej poszukiwań; do teczki nie możemy wrócić, bo się nie znalazła. Pani Zza Biurka coś tam przebąkiwała, że jak Vader wróci z misji, to go zapyta (a może nie Vader, tylko Waldek? Już nie pamiętam dokładnie)… Tymczasem ja zostałam skierowana piętro wyżej do kwestury, bo skoro chodzi o kasę, to tam na pewno będą wiedzieli, co z tym zrobić. Poszłam zatem, dziękując po drodze samej sobie, że jednak zostawiłam Księżniczkę u cioci, bo pokonywanie schodów i korytarzy z niemowlakiem na ręku albo w wózku stanowiłoby w istocie mission impossible (tak, wiem, to nie ta bajka, tak mi się tylko skojarzyło).

W kwesturze Inna Pani Zza Biurka z radością odkryła, że podpis na wezwaniu do zapłaty należy do niej. Pomyślałam, że wreszcie tę sprawę zamkniemy. O, ja naiwna. Urzędniczka owszem, znalazła w komputerze stosowny plik, po czym potwierdziła, że faktycznie takie pismo wysłała. Czyż to nie wspaniałe? Zawsze mogła zasugerować, że P. (aż by się chciało powiedzieć: Łotr 1) sam sobie taki monit wystawił, na przykład żeby sabotować działania Imperium… albo cokolwiek. Położyłam przed nią kopię dowodu dawno uiszczonej opłaty. Ku mojemu rozczarowaniu wyciągnęła z szuflady nie miecz świetlny, a najzwyklejszy ołówek, po czym otworzyła pękaty segregator i postawiła tym ołówkiem parafkę na jakimś dokumencie, wypowiadając jednocześnie słowo: „już”.  Zapytałam, jak to „już”, dodając nieśmiało, że chciałabym jakieś potwierdzenie tego, iż ta wpłata jednak wpłynęła, coby za kilka tygodni znowu nie otrzymać podobnego wezwania. Urzędniczka popatrzyła na mnie, jakbym rzeczywiście przybyła z innego uniwersum. Wyjaśniła jednak cierpliwie, że:
a) przecież mam potwierdzenie, w związku z czym ona nie może wydać potwierdzenia potwierdzenia, bo co tu potwierdzać, skoro jest potwierdzone;

b) jeżeli mąż uiścił opłatę zaraz po rozprawie, to mamy się niczym nie martwić, właściwie to mogłam nawet nie przychodzić, po co sobie (w domyśle: i jej) kłopot robiłam, bo w końcu na co komu udowadnianie, że pismo było bezzasadne…

c) ona pracuje tylko w kwesturze, a kwestura zajmuje się tym, co przyjdzie z księgowości (tutaj moja chora wyobraźnia zaczyna mi wygrywać w głowie „Marsz imperialny”, w rytm którego przychodzą z owej księgowości rozmaite stwory z „Gwiezdnych wojen”, od Ewooków do Sithów, a Inna Pani Zza Biurka musi dzielnie stawiać im czoła… hm… zdecydowanie miecz świetlny sprawdziłby się tu lepiej niż ołówek… ale ja nie o tym). Czyli sprawa zostanie definitywnie zamknięta dopiero w momencie, kiedy z księgowości przyjdzie teczka z oryginalnym dowodem wpłaty. Yyy… czyżby ta zaginiona?

Pozostało mi więc zgarnąć z powrotem wszystkie (bez)wartościowe papiery i wrócić moim, he he, Sokołem Millennium* na własną planetę…

                                                              http://cdn.wegotthiscovered.com/wp-content/uploads/MillenniumFalcon-SWE.jpg

*Muszę mu jutro powtórzyć ten komplement przy wsiadaniu. Jeśli usłyszy, jak go ciepło nazywam, to może te cholerne wtryski przetrzymają do wiosny, bo teraz nie mam za co ich wymienić… a jak padną, to nie dolecę nawet na parking pod Biedronką, o międzygwiezdnych podróżach nie mówiąc. ;)

5 typowych błędów wychowawczych, których chciałabym uniknąć

M. powiedział ostatnio, że moją pisaninę da się czytać, bo nie wymądrzam się  na temat wychowania. Po dzisiejszym poście chyba więcej tu nie zajrzy… albo po prostu przestanie się do tego przyznawać. ;)

Księżniczka jest jeszcze malutka, dlatego chyba za wcześnie – nawet dla mnie samej – na ocenianie tego, jaką jestem matką. Wiem, że brakuje mi organizacji. Chociaż całkiem nieźle łączę pracę z opieką nad córką, to jednak daleko mi do idealnie zorganizowanych koleżanek, które potrafią trzymać się codziennej rutyny z dokładnością do milisekundy. Na pewno wiele rzeczy zaskoczy mnie w trakcie dorastania pociechy. Potrafię jednak wskazać (z lekkim przymrużeniem oka) znane mi z bliższego lub dalszego doświadczenia błędy wychowawcze, których za wszelką cenę będę się starała unikać. Co oczywiście nie znaczy, że mi się to uda…

  1. Brak dbałości o dietę pociechy

                                                         https://i.imgflip.com/1mya4x.jpg

U ciotki Grażyny na obiad zawsze był bigos i gotowane parówki (tzw. „serdelki”) z musztardą. ZAWSZE. Na Wszystkich Świętych, Nowy Rok, z okazji imienin wujka, odwiedzin dalekiej rodziny, nawet na komunii i urodzinach jej jedynej córki. Jako dziecko zastanawiałam się, czy oni w ogóle jedzą coś poza tym zestawem. Byłam gotowa założyć się  z każdym, że nie. Z kolei u mojej koleżanki ze szkoły, Magdy, królowała sałata. Jej mama postanowiła, że Magda będzie modelką, dlatego nawet w wieku dojrzewania na obiad dostawała suchego ziemniaka i sporą garść endywii czy innego zielska. Kiedyś zaprosiła mnie do siebie na lody, po czym podała w miseczce…  kostki zamrożonej wody z dodatkiem soku owocowego. Na tym tle kuchnia moich rodziców wydawała mi się prawdziwym Eldorado, ale nim nie była. Mama i tata gotowali smacznie, tylko okropnie niezdrowo. Nie wyniosłam z domu żadnych nawyków, dotyczących właściwego żywienia… i konsekwencje tego ponoszę do dzisiaj, choć to o wiele bardziej złożony problem. Wszystko oczywiście jest dla ludzi, chciałabym, żeby moja córka znała smak coli, Big Maca i czekolady, ale przede wszystkim pragnę ją nauczyć podstaw racjonalnego odżywiania.

 2. Wyręczanie pociechy ze wszystkim

                                                       https://img8.demotywatoryfb.pl//uploads/201606/1466442690_6dhjoh_600.jpg

Jeżeli będę umiała tego dotrzymać, to sama sobie przyznam Nobla, Pulitzera i Oscara jednocześnie. Ja niestety z tych, którzy wolą zrobić wszystko osobiście, choćby za kogoś, ale po swojemu. Mając zdecydowanie zbyt często do czynienia z nastolatkami, którzy nie potrafią nawet umyć po sobie kubka, mam jednak mocne postanowienie nauczenia Księżniczki samodzielności. Już w tej chwili oboje staramy się pozwalać jej na  jak największą autonomię w poznawaniu świata. Zobaczymy, na ile wystarczy nam energii. :)

3. Idealizowanie swojego dziecka

                                                         Podobny obraz

Oho, za późno. Przecież to oczywiste, że Księżniczka jest najśliczniejszym, najmądrzejszym i najbardziej uroczym bobasem, jaki kiedykolwiek się narodził. A kto twierdzi inaczej, ten się nie zna… i nas też równie dobrze może już nie znać, o! Nie no, żartuję. Pewnie, że dla nas malutka jest dzieckiem idealnym, ale to nie znaczy, że musi budzić zachwyt w całym otoczeniu (chociaż mogłaby… :D ). Obiektywizm wychowawczy to niestety oksymoron, ale chciałabym przynajmniej umieć pozwolić córce ponosić konsekwencje swojego zachowania. Nie uważam też, że musi być we wszystkim najlepsza. Znoszenie porażek to cenna, a przede wszystkim przydatna umiejętność.

4. Dostrzeganie w dziecku samych negatywnych cech

                                                    http://resources2.news.com.au/images/2011/01/18/1225990/557806-granny.jpg

Przeciwieństwo punktu poprzedniego. Są rodzice, którzy wiecznie wytykają potomkom ich słabości. Jeżeli Jasio od małego słyszy, że ma za duży nos i krzywe nogi, a do tego brakuje mu zdolności matematycznych, własnego zdania i w ogóle piątej klepki, to raczej nie wyrośnie z niego szczęśliwy i pewny siebie młody człowiek. Takie zachowania opiekunów – choć w nieco innej odmianie – często widać też w trakcie edukacji pociech. Kiedy nauczyciel mówi na wywiadówce, że w szkole doszło do kradzieży, rodzic-czarnowidz od razu krzyczy: „To na pewno mój Franek! Zabiję gnojka!”. Nie traci rezonu nawet wtedy, gdy zdziwiony wychowawca dopowiada, że skradzionym dobrem było mięso ze stołówki, a złodziejem okazał się kulawy jamnik pani woźnej.

5. Przelewanie na pociechę własnych ambicji

                                          http://i.dailymail.co.uk/i/pix/2014/01/10/article-2537207-009026A3000004B0-652_634x765.jpg

Wydaje mi się, że z tym akurat nie powinnam mieć problemu (ewentualnie przeczytam ten wpis za kilkanaście lat i po cichu go wykasuję, żeby zatrzeć ślady własnej naiwności). Chcielibyśmy z P. pokazać Księżniczce wiele różnych możliwości rozwijania swoich zainteresowań. Pewnie, że chętnie zobaczyłabym ją w mundurze harcerskim, dodatkowo najlepiej z dobrą książką w ręku. Mąż ucieszyłby się, gdyby pojechała z nim na mecz piłki nożnej do jednej z europejskich stolic albo przynajmniej ograła go w coś na konsoli. Jeżeli jednak zamiast tego mała wybierze balet albo kółko origami, a po podstawówce postanowi pójść na przykład do szkoły plastycznej, to też dobrze. W końcu ma szukać własnego miejsca na ziemi, my już swoje znaleźliśmy.

Czas pokaże, na ile udało mi się uniknąć powyższych pułapek!

https://www.turborotfl.com/system/pics/20120723/106886/Heartbroken_Mickey_Mouse.jpg

#MeToo?

Dzisiejszy post może zostać uznany za epigoński, bowiem echa internetowej akcji, mającej uwydatnić skalę molestowania seksualnego, powoli przebrzmiewają. Długo wstrzymywałam się z zabraniem głosu w tej sprawie głównie dlatego, że mój stosunek do powyższego przedsięwzięcia pozostawał ambiwalentny i nieco przypominał sinusoidę.

Otóż w pierwszym odruchu uznałam tagowanie się na Facebooku jako osoby skrzywdzonej za objaw kolejnej mody na szokowanie i postanowiłam w ogóle nie brać w tym udziału. Potem przypomniałam sobie, że ten problem niestety mnie również dotyczy, o czym napiszę niżej. W dalszej kolejności pomyślałam, iż ilość nie przekłada się na jakość, czyli liczba postów z hashtagiem #MeToo jest tak wielka, że cała akcja zwyczajnie przez to powszednieje, bo już nikt nie zwraca na nie uwagi. Moje postrzeganie zmienił jednak szczery i poruszający wpis kolegi ze studiów, który pokazywał, jak ta sprawa może wyglądać z męskiej perspektywy. I wreszcie, kiedy sądziłam, że to całe #MeToo już się zakończyło, uderzyła mnie (niemal dosłownie) nowa fala artykułów z tym oznaczeniem, ale opisująca moim zdaniem sytuacje, którym, mówiąc bez ogródek, do molestowania daleko… Do napisania niniejszego tekstu skłoniła mnie więc nie tyle sama kampania, ile skala paranoi, do jakiej urosła.

Wspomniałam, że też padłam ofiarą molestowania. Przypominam sobie bez trudu przynajmniej trzy takie sytuacje, w których charakter trudno wątpić:

  1. W podstawówce miałam w klasie kolegę, który w wieku dojrzewania notorycznie łapał dziewczyny za piersi i pośladki, wkładał im ręce pod bluzki etc. Oberwał kiedyś za to w twarz – sądzę, że nie tylko ode mnie. Inna sprawa, że chłopak w ogóle był dosyć… hmm… specyficzny, ale mimo tego sympatyczny. I chociaż to jego obmacywanie zdecydowanie powodowało dyskomfort i irytację, to chyba żadna z dziewczyn nie czuła się tym upokorzona. Uznałyśmy widocznie, że „ten typ tak ma” (nie dlatego, że jest facetem i mu wolno, tylko dlatego, że ten konkretny kolega ma po prostu takie „odchyły”, coś w rodzaju niegroźnego wariata). Owe zachowania zresztą przeszły Arkowi wraz z burzą hormonalną.
  2. Pierwszy rok studiów. Wracamy z Anetą z uczelni tramwajem – takim z pojedynczymi siedzeniami. Siadam tuż za nią, rozmawiamy. Na kolejnym przystanku wsiada facet – podstarzały i obleśny. Obejmuje ramionami nasze siedzenia tak, że odcina nam drogę ucieczki. Zaczyna opowiadać, co by z nami zrobił w łóżku. Szczegółowo. Odpowiadam, że nie ma na co liczyć. On na to, że jest bogaty i takie dzi*ki jak my to bez problemu może kupić i żadna mu się nie oprze. „A jednak!” – mruczy Aneta, na co koleś nachyla się i próbuje ją pocałować w usta. Nie udaje mu się chyba tylko dlatego, że tramwaj gwałtownie hamuje. Facet zwalnia uścisk, jakimś cudem wysiadamy. Wiecie, co było w tym wszystkim najgorsze? Nawet nie ten obrzydliwy typ, bo takich jest pewnie na pęczki. W wagonie pełnym ludzi nie znalazł się nikt, żeby zareagować. Przeciwnie, nasi rówieśnicy stojący nieopodal mieli doskonały ubaw z dwóch przerażonych studentek…
  3. Sytuacja najtrudniejsza, najbardziej osobista i tym razem naprawdę traumatyczna, bo sprawcą był mój dobry znajomy. Ba, przez kilka lat uważałam go nawet za przyjaciela, choć teraz, gdy o tym myślę, dociera do mnie, jak bezdennie byłam wtedy głupia. Tym bardziej, że sygnałów, aby trzymać się od niego z daleka, było aż nadto. Do tej pory nie jestem w stanie szczegółowo opisać tej sytuacji. Grunt, że zostaliśmy kiedyś przez chwilę sami i postanowił ten fakt wykorzystać. Na szczęście nie zdążył…

Wiem, że wiele dziewczyn (może nawet większość) ma za sobą podobne wspomnienia, jeśli nie gorsze. Dlatego taka akcja jak #MeToo jest potrzebna choćby po to, aby pokazać, że nie jesteśmy same. I właśnie z tego powodu okropny niesmak budzi we mnie oznaczanie tym hashtagiem wszystkich męskich zachowań z minimalnym choćby podtekstem seksualnym. Nie rozumiem, jak można porównywać np. próbę gwałtu z sytuacją, kiedy obcy mężczyzna mówi napotkanej przypadkiem kobiecie, że ma piękne nogi.

Ot, chociażby taki przykład: oprócz tego nieszczęsnego pktu 3. zdarzyło mi się jeszcze przynajmniej dwa razy otrzymać propozycje seksualne od bliskich znajomych. Nie wiem, czy któraś z nich była wypowiedziana w 100% serio. Prawdopodobnie nie, ponieważ autorem pierwszej był chłopak nieszczęśliwie we mnie zakochany, który od początku wiedział, że nie ma na co liczyć (nawet żal mi się zrobiło biedaka ;) ); druga natomiast wyszła z ust starego kumpla i raczej stanowiła formę żartu, droczenia się, niż rzeczywistej oferty. Być  może jestem dziwna, zdominowana przez patriarchat czy coś w ten deseń, ale wiecie co? Obie te propozycje potraktowałam jako komplementy. Zgadzam się, że nie w każdym kontekście komunikat „chciałbym pójść z tobą do łóżka” jest stosowny i że w określonych okolicznościach (patrz pkt 2. powyżej) jak najbardziej jest przejawem molestowania. No ale właśnie, nie każdy i nie zawsze.

Mam wrażenie, że przesadzając, niektóre uczestniczki akcji wylewają dziecko z kąpielą. Z jednej strony jako kobiety pragniemy męskiego zainteresowania, a z drugiej wszelkie jego przejawy zaczynamy traktować jako atak na naszą godność i cielesność. Już nie mówiąc o tym, jak musi się czuć ofiara gwałtu, która w dobrej wierze wyznaje, co ją spotkało, a potem czyta komentarz innej dziewczyny w stylu: „nie martw się, #JaTeż, bo kumpel z pracy zaśpiewał na mój widok „Baśka miała fajny biust”…”

A może źle rozumuję? Co myślicie o całej tej akcji?

„Nie bądź pewny, że czas masz, bo pewność niepewna”

Tytułowy cytat pochodzi z wiersza ks. Jana Twardowskiego i odnosi się do przemijania. Pozwolę sobie jednak wyrwać go z macierzystego kontekstu, bo świetnie ilustruje to, o czym chcę teraz pisać.

Kilka dni temu minął nam rok od uzyskania kwalifikacji w ośrodku adopcyjnym. Panie z oceniającej nas komisji powiedziały, że okres oczekiwania na TEN telefon w naszym OA wynosi około półtora roku. I mimo iż wiedzieliśmy, że ten termin ma charakter orientacyjny, w związku z czym nie może być w jakikolwiek sposób wiążący, to jakoś wbiliśmy sobie do głowy te osiemnaście miesięcy i właściwie aż do TEGO dnia żyliśmy tak, jakbyśmy jeszcze mieli czas…

Pisałam już wcześniej, że na sam moment odebrania wiadomości o tym, że jest dziecko, nie da się przygotować. Bez względu na to, ile się czeka, on zawsze przychodzi niespodziewanie i przeważnie w najmniej odpowiedniej chwili; bo końcu większość kandydatów na rodziców adopcyjnych pracuje, ma jakieś zobowiązania rodzinne lub jeszcze inne pootwierane sprawy. Jak to w codziennym życiu – zawsze jesteśmy „w środku czegoś”. Tak było i w naszym przypadku, choć oczywiście udało się (z mniejszym lub większym trudem) wszystko pogodzić.

Ostatnio wspominaliśmy z P. tę zeszłoroczną kwalifikację i doszliśmy do wniosku, że właściwie dopiero teraz powinniśmy zacząć spodziewać się telefonu z propozycją dziecka – a tymczasem nasza „propozycja” nosi już ubranka na 74/80 i zasuwa po domu ruchem, którego rodzaju chyba żaden fizyk nie potrafiłby określić. Największą radochę ma z tego mój teść, bądź co bądź zawodowy żołnierz, który woła do Księżniczki: „czołganiem przez pełzanie – naprzód!” i sam cieszy się jak dziecko, że mała z roześmianą buzią wykonuje rozkaz. ;) Wniosek z tego taki, że nasza pociecha będzie owszem, inżynierem, ale wojskowym.  Jest to tym bardziej prawdopodobne, że opanowała już:

-  technikę kamuflażu poprzez błyskawiczne okrycie się kocem/ręcznikiem/spodniami ojca/nie-chcecie-wiedzieć-czym-jeszcze;

- umiejętność okopywania się w łóżku i ostrzeliwania rodzica przeciwnika amunicją złożoną ze smoczka oraz pomniejszych zabawek;

- skuteczny sposób wysyłania sygnału S.O.S na wszystkich częstotliwościach jednocześnie;

- mechanizm produkcji własnej broni biologicznej o dużej skali rażenia.

Póki co ma niestety zdecydowany problem z karnością, zwłaszcza z komendami nakazującymi szeroko rozumiany odwrót, ale pracujemy i nad tym. :)

No cóż… gdyby rok temu ktoś nam powiedział, że w naszym salonie wyląduje dywan w gwiazdki, a na nim dmuchane klocki, grająca małpka i pluszowy miś w bawarskich spodenkach, to pewnie uznalibyśmy, że ma bujną fantazję albo po prostu myśli życzeniowo. Tymczasem po tym obślinionym dywanie w gwiazdki tarza się nasze największe szczęście. :)

Poranna kawa z kulkami na mole i inne aromaty

Niesamowite, jak ludzki mózg kojarzy i zapamiętuje zapachy. Wystarczy lekka woń czegoś znanego i już myśli wędrują w przeszłość, odkopując spod gruzów przedziwne i pozornie dawno zapomniane sytuacje.

Na przykład jedziecie sobie autobusem do pracy, na przystanku koło ryneczku wsiada kobiecina z torbą truskawek i od razu w głowie otwiera Wam się, powiedzmy, wspomnienie tego durnego Krzyśka z klatki obok, który dłubał w nosie i strasznie się pocił, ale za to jego mama robiła najlepsze ciasto truskawkowe, jakie kiedykolwiek jedliście. O, albo przechodzicie koło czyjegoś okna, czujecie zapach gorącej pomidorówki i mimowolnie zaczynacie wspominać lato sprzed ćwierć wieku, a konkretnie popołudnie, kiedy Baśka zleciała z drzewa i skręciła kostkę. Tak się złożyło, że Nowakowa spod ósemki gotowała akurat wtedy zupę pomidorową, którą czuć było na całym podwórku.

U mnie pierwszym takim zapachem jest aromat kawy. I nie tam żadnej kolumbijskiej bezglutenowej latte machiatto z mlekiem kokosowym i stewią, tylko zwykłej, parzonej w szklance z uchem albo i z koszyczkiem. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ta woń przenosi mnie… w las. Pisałam niedawno w komentarzu u Izzy, że dosyć wcześnie zaczęłam pić kawę. Było to jeszcze pod koniec podstawówki, a wszystko za sprawą Mamuchy, czyli pani T., naszej ukochanej obozowej kucharki. Kiedy bladym świtem wstawałyśmy z zastępem na dyżur w kuchni, w stosownym namiocie czekała już na nas Mamucha z gorącą kawą, żeby dodać nam energii do pracy. Rozumiem, że co niektórych może to oburzać. Dla nas też ta kawa miała posmak zakazanego owocu, może dlatego tak nam smakowała… Razem z rozpalanym właśnie ogniem pod kuchnią polową, kromkami świeżego chleba prosto od piekarza, zapachem drewna i porannej rosy tworzyła klimat, którego po prostu nie da się podrobić.

Drugą nostalgiczną wonią jest właśnie las. Nic na świecie nie pachnie tak, jak leśna flora, zwłaszcza późną wiosną. Możecie się śmiać, ale mnie ten zapach… wzrusza. W pełnym znaczeniu tego słowa. Odejmuje mi lat i przenosi w czasy wolności, przyjaźni, młodzieńczych marzeń i wyzwań. Ech…

Żeby jednak nie było, że ja tu tylko tak ekologicznie i harcersko, to teraz będzie o frytkach. J. nazywa ten zapach (i smak) „frytkami przystankowymi”, bo kojarzy jej się z budą przy  lokalnym PeKaeSie. Chodzi o woń grubo krojonych ziemniaków, smażonych w głębokim oleju (na którym zapewne jeździł później – albo co gorsza wcześniej – wspomniany PKS), parzących palce albo jedzonych tymi małymi plastikowymi widelczykami. Mimo że nie przepadam za fast foodem, to trochę tęsknię za czasami, kiedy wracało się z rodzicami znad jeziora i po drodze wstępowało właśnie na takie rarytasy. Pewnie dlatego w latach studenckich polowałyśmy z J. na „frytki przystankowe” w naszym akademickim mieście i cieszyłyśmy się za każdym razem, kiedy jakaś podejrzana gastrobuda nam nimi zapachniała.

O, i jeszcze kulki na mole! Moja śp. babcia mieszkała w dużej starej kamienicy. Dziś widnieje ona już na liście zabytków (kamienica, nie babcia), ale niestety do niedawna (przez całe lata!) o budynek nikt nie dbał, więc zadomawiały się w nim szczury, mrówki, pluskwy i inne dziadostwa (Dziubasowa, coś dla Ciebie! ;) ). Dziadkowie walczyli z nimi domowymi sposobami, wśród których znajdowały się nieśmiertelne naftalinowe kulki. Babcia dodatkowo starała się zamaskować ich zapach kwiatowym mydłem. Razem tworzyło to mieszankę tyleż mdłą, co intrygującą. Mój ojciec chrzestny, a zarazem syn owej babci, przywiózł mi ostatnio torbę moich własnych ubranek niemowlęcych, przezornie upchniętych przez babcię w czeluściach szafy, w których to przeleżały jakieś trzydzieści osiemnaście lat. Kiedy otworzyłam pakunek, uderzył mnie właśnie ten mydlano-kulkowy aromat. I chociaż większość rzeczy zdecydowanie nie nadaje się do noszenia przez Księżniczkę, to jednak miło było odbyć tę sentymentalną podróż do krainy dzieciństwa.

Listę – przynajmniej tymczasowo, póki sobie czegoś nie przypomnę – zamyka zapach taniej pasty do podłogi. Tym razem akurat nie przywodzi żadnych pozytywnych wspomnień, tylko traumę związaną z przedszkolem. Nie lubiłam do niego chodzić, a posadzki zawsze rano cuchnęły tym ustrojstwem, które w dodatku jakoś nie chciało wywietrzeć. Do tej pory, kiedy czuję gdzieś – na szczęście coraz rzadziej – tę ostrą woń, ściska mi się żołądek. I coś mi mówi, że gdy będę szła zapisać do przedszkola Księżniczkę, to taki aromat od progu może niechcący zdyskwalifikować w moich nozdrzach (czy tam oczach) całą placówkę z personelem włącznie. ;)

Ciekawe, co do tego zestawienia za parę(naście) lat dołoży moja córa, bo póki co nie robi na niej wrażenia nawet zapach własnej kupy, o innych rzeczach nie wspominając. ;)

Smycz nasza powszednia

Już jestem! Dłuższe nieco milczenie było spowodowane koniecznością pisania innych, mniej przyjemnych rzeczy, ale o tym kiedy indziej.

Wpadł mi ostatnio w ręce zeszłoroczny tomik poetycki Marcina Świetlickiego. Znalazłam w nim taką perełkę:
„Spałem    źle.    W    tym    kraju,    w    którym    cała    populacja    nabożnie    kontempluje    przenośne telefony.    Już    niedługo    niemowlęta    będą    nimi    obdarowywane    z    okazji    chrztu.    Spałem źle.    W    tym    kraju,    w    którym    mrok    rozświetlają    błękitne    poświaty    z    ekranów.    Już    nie rozmawiają.    Wpatrują    się    w    zdjęcia    kotków.    Tylko    tyle    mają.    Źle    spałem.”

Przypomniało mi to taką sytuację sprzed kilku lat: niedziela, parę minut po 23. Z rozkosznego zasypiania wyrywa mnie dźwięk telefonu. Nie znam numeru, więc nie odbieram. Za chwilę jednak dzwoni drugi raz, a potem trzeci. Coraz bardziej rozbudzona zaczynam myśleć trzeźwiej… Może coś złego spotkało któregoś z uczniów? Wiele się nie pomyliłam. Kiedy za trzecim razem odebrałam, w słuchawce odezwał się kobiecy głos:
- Dzień dobry! (o dwudziestej, kurde, trzeciej!) Tutaj Iksińska Grażyna, mama Adasia z pani klasy. Kojarzy pani Adasia?

Nie, skądże. Po co miałabym rozpoznawać własnych wychowanków?

- Tak, oczywiście, Adasia – dukam zaspanym głosem – czy coś się stało?

- Stało? Nie, dlaczego? Dzwonię do pani, bo chciałam zapytać, co Adaś ma przynieść na jutro na plastykę.

Nerwowo rozglądam się po sypialni w poszukiwaniu czegoś, co upewni mnie, że nie śnię. Oczywiście nie ma to sensu, bo w pokoju jest ciemno jak wiecie gdzie.

- Przepraszam, ale ja nie uczę plastyki…

- No tak, ale jest pani wychowawcą czy nie? Chyba wie pani takie rzeczy?

- Przykro mi, nie wiem. Młodzież ma plastykę raz w tygodniu, Adaś był przecież w szkole… jeśli nie zapamiętał z lekcji, to zawsze mógł zapytać kolegów. Nawet w weekend, w końcu cała klasa ma Facebooka.

- No widzi pani, ale to wychowawca powinien dbać, żeby uczeń był przygotowany. Proszę, żeby zadzwoniła pani do nauczyciela plastyki i zapytała, co Adaś ma na jutro przynieść.

Już się rozpędziłam, żeby w niedzielę przed północą wydzwaniać do koleżanki, która w dodatku ma małe dziecko i musi rano dojechać 30 km do pracy, z pytaniem o taką pierdołę… Nawet nie jestem pewna, czy w ogóle miałam jej numer telefonu. Swoją drogą nie wiem, co miałoby to dać, skoro nieszczęsna plastyka była w poniedziałek o ósmej rano. Skąd pani Iksińska wzięłaby w ciągu nocy na przykład pomarańczową krepę albo złotą farbę w sprayu. Nieważne zresztą, bowiem grzecznie acz stanowczo odmówiłam.

Podobnych sytuacji zdarzyło mi się w karierze znacznie więcej, ale ta z mamą Adasia była chyba najbardziej ekstremalna. Chociaż może niekoniecznie, bo był jeszcze taki tatuś, który wydzwaniał do mnie w trakcie lekcji, po czym telefonował do dyrekcji ze skargą, że nie odbieram.

Piszę o tym dzisiaj, bo doszłam w życiu do momentu, kiedy marzy mi się choć tymczasowe odcięcie od świata, a w szczególności wszelkich jego elektronicznych dobrodziejstw. Telefony komórkowe zdecydowanie ułatwiają życie, czasem nawet ratują, ale równocześnie stanowią coraz bardziej uwierającą smycz. Ta wieczna potrzeba (a raczej konieczność) bycia w kontakcie  sprawia, że zacierają się granice pomiędzy tym, co publiczne, a tym, co prywatne. I dlatego takie mamy Adasiów nie widzą niczego niewłaściwego w zawracaniu komuś du… głowy w taki sposób, jak wyżej.

Odwrotu już nie ma, wszyscy jesteśmy przypięci do tej technologicznej smyczy. Mój mąż w swojej poprzedniej pracy musiał być pod telefonem 24 na dobę. Odbierał połączenia służbowe nawet w podróży poślubnej i na pogrzebie babci. Miałam ochotę go zamordować (a w tym drugim przypadku pochować jego Blackberry razem z denatką), ale pewnie na jego miejscu postępowałabym tak samo.

Młodzież jest jednak w jeszcze bardziej przykrej i niepokojącej sytuacji. Dzieciaki mają coraz większe problemy z integracją, nie potrafią rozmawiać. Na przerwach siedzą ze wzrokiem wlepionym w ekrany smartfonów. Pół biedy, jeżeli wzajemnie coś sobie na nich pokazują, choćby i te wspomniane przez Świetlickiego koty. Gorzej, jeśli każdy skupia się na własnym. Moja macierzysta szkoła próbowała niedawno wprowadzić zakaz używania komórek przez cały czas trwania zajęć. Rodzice się nie zgodzili, więc jest jak jest.

Nachodzi mnie w tym momencie pewna refleksja, całkowicie poważna. Ostatnio głośno było o samobójczej śmierci nastolatka, któremu rówieśnicy dokuczali ze względu na (wyimaginowany czy nie) homoseksualizm. W medialnych dyskusjach za tę tragedię na przemian oskarżano rodziców (bo nie potrafili dostrzec cierpienia syna oraz zapewnić mu wsparcia) i szkołę (za ignorancję i lenistwo nauczycieli, którzy nie chcieli widzieć, że chłopiec był gnębiony). Zapewne sporo prawdy jest i w jednych, i w drugich zarzutach. Mnie jednak zastanawia, czy przypadkiem nie pominięto sedna problemu. Myśląc o przemocy wśród młodzieży, my, dorośli, często mamy jej stereotypowy obraz, rodem z amerykańskich filmów o licealistach: grupka osiłków znęca się nad słabszymi, wyłudzając pieniądze albo wymuszając określone zachowania. Tymczasem współczesne prześladowania wśród nieletnich coraz częściej przenoszą się do sieci. W szkołach, w których pracuję, na korytarzach – poza pojedynczymi przypadkami – nie ma bójek, przepychanek, kłótni. Dzieciaki załatwiają sprawy między sobą tam, gdzie nie można ich kontrolować – w świecie wirtualnym. Oczywiście nie mam pewności, że tak było też w sytuacji wspomnianego chłopaka… ale myślę, że istnieje duże prawdopodobieństwo.

Tuż przed odejściem na urlop macierzyński zajmowałam się sprawą cyberprzemocy w roczniku mojej klasy. Ze względu na dobro poszkodowanej nie mogę napisać nawet anonimowo, o co chodziło, ale zdradzę Wam, że zarówno ja, jak i pedagog oraz dyrekcja byliśmy w szoku, iż tak młodym ludziom tak okrutne i obrzydliwe rzeczy mogą w ogóle przyjść do głowy. Na szczęście pokrzywdzona dziewczynka miała do mnie na tyle zaufania, że od razu zgłosiła mi problem. Otrzymała też ogromne wsparcie ze strony rodziców, którzy zresztą modelowo wręcz współpracowali ze szkołą przy wyjaśnianiu tej sprawy. Strach pomyśleć, jak potoczyłaby się historia, gdyby ofiara przemocy nikomu o niej nie powiedziała…?

Zdaję sobie sprawę, iż na złoty środek jest już za późno. Nie da się funkcjonować bez komórki i Internetu. Sama łapię się na tym, że zapomnienie telefonu z domu jest dla  mnie jak zgubienie inhalatora przez astmatyka. Dochodzi do tego jeszcze n-te prawo Murphy’ego: zawsze najważniejsze wiadomości i połączenia przychodzą wtedy, kiedy akurat nie można ich odebrać. Marzę jednak o tym, że skoro smyczy nie da się zerwać, to może można by ją chociaż jakoś poluzować? Macie jakiś pomysł, jak to zrobić?

A tymczasem kończę, bo telefon dzwoni… Czyżby znowu niecierpiące zwłoki zaproszenie na superpokaz supergarnków?

Kto dostał belfrzego rozumu, a kto się stoi w belfrze piórka

Wczorajszy Dzień Edukacji Narodowej skłonił mnie – choć to mało oryginalne – do przemyśleń na temat nauczycieli, których spotkałam na swojej drodze, jeszcze po tej drugiej stronie biurka.

Uważam, że miałam szczęście do kadry pedagogicznej. Oczywiście nie całej, zdarzali się przecież i tacy, którzy w szkole znaleźli się chyba przez przypadek i nie wiedzieli, jak z tego wybrnąć. Może przyszli tam na przykład naprawiać kaloryfery, zaś chwacki dyrektor postawił ich za katedrą i kazał nauczać fizyki albo innej biologii, a że głupio im było odmówić, to zostali? W każdym razie trafiłam też na edukatorów z powołania, a wśród nich na przynajmniej troje prawdziwych mistrzów, przed którymi chylę czoła i którym nieudolnie próbuję dorównać. To dzięki nim jestem tym, kim jestem, nie tylko pod względem zawodowym. Obiecuję poświęcić im kiedyś osobny wpis, ale póki co celowo się z tym wstrzymuję – w swoim czasie wyjaśnię, dlaczego.

Rocznica powstania KEN, zwana potocznie (a fuj!) Dniem Nauczyciela, kojarzy mi się jakoś tak patetycznie, ze sztucznymi uśmiechami, niepotrzebnymi kwiatkami i wypominaniem pedagogom przez media luksusowych warunków pracy. Czarę goryczy przepełniają ulotki z supermarketów, krzyczące o powinności (sic!) złożenia pedagogom życzeń, ma się rozumieć z materialnym bonusem w postaci P(ta)siego Mleczka, wiązanki różyczek za 7,99 albo długopisu z promocji 3 w cenie 2, żeby od razu obskoczyć wychowawcę, dyrektora i profilaktycznie tę wredną matematyczkę. Wybaczcie sarkazm, ja po prostu walczę  z wiatrakami z panującym wśród niektórych przekonaniem, że z racji samej profesji coś nam się od uczniów należy. Wolę (po stokroć!) szczere słowo „dziękuję” od wymuszonych kwiatków i czekoladek.

Dzisiaj chcę z tym patosem zerwać choć na chwilę, dlatego przedstawię krótkie szkice kilkorga belfrów z przymrużeniem oka… chociaż po głębszym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że w niektórych przypadkach żadne krzywe zwierciadło nie jest konieczne do uzyskania karykatury.

MIEJSCE TRZECIE

„Wszystkie zwierzęta są równe, ale świnie są równiejsze” – zauważył swego czasu Orwell ustami ryjkami bohaterów znanej książki. Wiem z pedagogicznego doświadczenia, że często bardzo trudno jest zachować obiektywizm. Nie zawsze dysponujemy pełnym obrazem sytuacji, czasem z przyzwyczajenia przypisujemy uczniom określone zachowania, które niekoniecznie muszą występować w rzeczywistości. Ostatnie miejsce na belferskim antypodium zajmuje ex aequo troje pedagogów, którzy wykazali się powalającym wręcz subiektywizmem w ocenianiu podopiecznych.

1.      Nic nie umiesz, ale twoja siostra pięć lat temu umiała, więc stawiam bardzo dobry.

Pewna podstarzała nauczycielka z mojej podstawówki miała świetną pamięć do nazwisk i bardzo dobrze orientowała się w koligacjach rodzinnych uczniów kolejnych klas. Wystarczyło, że jedna Nowakówna okazała się wybitnie zdolna z jej przedmiotu, aby całe młodsze rodzeństwo grzało się w blasku chwały starszej siostry. W dodatku rzeczona belferka nie trudziła się zapamiętywaniem imion, więc jeżeli wspomniana Nowakówna nosiła imię Basia, to wszystkie młodsze siostry również były przez nią nazywane Basiami. Genialne w swej prostocie, czyż nie?

2.      Zdolny to zdolny, co z tego, że leniwy?

Na ocenę niedostateczną zasługuje uczeń, który:

a)      Podczas 30-stopniowego upału przyszedł do szkoły w krótkich spodniach

czy

b)      Nie przeczytał zadanej lektury ani nawet jej streszczenia?

Oczywiście, że prawidłowa jest odpowiedź „a”! W końcu pierwszy z wymienionych to tylko ten gburowaty Rafał, w dodatku niezbyt lotny i w ogóle siadaj, pała! Drugi to co innego, bo to przecież Michałek, uroczy i zdolny, jedynie trochę leniwy jak widać. Pikanterii sytuacji dodaje dialog pomiędzy Michałkiem a panią profesor, która zdążyła właśnie całej klasie wstawić jedynki za nieznajomość lektury, zapowiedzianej zaledwie dzień wcześniej i niedostępnej w żadnej bibliotece (o ebookach nikt jeszcze nawet nie marzył). Michałka nauczycielka zostawiła sobie na deser, a rozmowa wyglądała tak:

- Michale, czy ty przeczytałeś lekturę? (doprawdy trudne pytanie, zwłaszcza że jego poprzednicy musieli odpowiadać, jakiego koloru kwiaty stały na stole u drugoplanowego bohatera)

- Nie, he he, no skądże, he he… ale dla pani profesor mogę zaryzykować odpowiedź na każde pytanie!
- Oj, Michale, jakiś ty dowcipny, lubię ten twój pazur.

Koniec dialogu, Michałek jedynki nie dostał.

 

3.      Są plusy dodatnie i plusy ujemne.

Tym razem sytuacja z uczelni. Pamiętacie z wpisu o Puchatku „Sowę Przemądrzałą”, która kazała studentom przeczytać nieistniejącą książkę? Na zajęciach stawiała nam plusy za aktywność jak w podstawówce. Pod koniec semestru zakomunikowała, że osoby z największą liczbą plusów zostaną zwolnione z egzaminu z oceną bardzo dobrą. Takie indywidua były cztery: Matylda, Agata, Anka i ja. Pani doktor wyczytała, że wszystkie mamy po dziewięć plusów, ale z testu zwolni tylko Matyldę i Agatę, bo tak. Po zajęciach poszłyśmy z Anką dopytać, o co chodzi. Usłyszałyśmy, że są plusy większe i mniejsze, a my niestety mamy te mniejsze, więc sorry, Batory; a w ogóle to jej system oceniania jest sprawiedliwy i właściwy, bo jest jej. Po serii pytań (głównie bardziej asertywnej Anki) wykładowczyni łaskawie zgodziła się wpisać nam 4,5 bez konieczności przystępowania do egzaminu. Ustaliłyśmy z nią, że Anka weźmie indeksy od całej czwórki i przyjdzie po wpis.  Owego sądnego dnia odebrałam od Anki telefon: „Houston, we have a problem! Pani doktor jest oburzona, że ty, Agata ani Matylda nie stawiłyście się na egzaminie. Chciała wam wpisać dwóje, ale zagadałam i w końcu obniżyła wam tylko oceny o pół stopnia”. Na początku żałowałam, że zabiegałam o to zwolnienie, bo w sumie przedmiot nie był trudny, mogłam powalczyć o piątkę. Potem jednak okazało się, że 70% roku nie zdało… bo tak. Widocznie też mieli mniejsze plusy.

MIEJSCE DRUGIE

Bardzo państwa przepraszam!

W przeciwieństwie do poprzedników srebrny medalista mojego rankingu jest bardzo sympatyczny. Bardzo, bardzo, bardzo sympatyczny! I bardzo, bardzo, bardzo niepozorny. Jego charakterystykę dedykuję J. – zakładam, że już zgadła, o kogo chodzi. Pozostałym Czytelnikom spieszę z wyjaśnieniem: wykładowca akademicki, jak najbardziej kompetentny i podobno mający szczęście do pięknych kobiet, jednak za czasów naszych studiów mieszkający jeszcze z matką. Co zatem robi w dzisiejszym zestawieniu? Przeprasza! Jego zajęcia, choć merytorycznie prowadzone doskonale, przeplatane były licznymi komunikatami w stylu: „Panie Krzysztofie, bardzo przepraszam, ale naprawdę nie mogę panu zaliczyć tego kolokwium. Uzyskał pan zero punktów na dwadzieścia, przepraszam!” albo „Przepraszam państwa, czy ja poprzednio mówiłem, czym będziemy się dzisiaj zajmowali? Jeżeli nie, to najmocniej przepraszam!”. Żeby nie było – prócz „przepraszam” znał też inne magiczne słowa. Podając mu indeks do wpisu po zdanym egzaminie, usłyszałam: „Uprzejmie pani dziękuję, że przeczytała pani moją publikację i odwołała się pani do niej w swojej pracy”. Prawdziwą truskawkę na torcie (jak mawia złotousty Tomasz Hajto) stanowiła jednak sytuacja, mająca miejsce około dwóch lat po zakończeniu zajęć z bohaterem tej historii. Czwarty albo piąty (?) rok studiów, wykład z dydaktyki. Siedzimy w największej jedynej auli na wydziale, słuchamy wykładowczyni. Nagle otwierają się drzwi, wchodzi właśnie ów doktor Ch. Staje obok katedry, rozgląda się… audytorium zamiera w ciszy… doktor ogarnia salę wzrokiem raz jeszcze, po czym mówi: „Przepraszam!” i po cichutku wychodzi, chociaż niepotrzebnie, bo salwa śmiechu przyszłych magistrów skutecznie zakłóca nawet skrzypienie klamki. Właściwie na tym mogłabym zakończyć, ale dodam jeszcze, że razem z U. doszłyśmy do wniosku, iż nasz wykładowca przeprosił już okno, drzwi i krzesła w swoim gabinecie, aż w końcu postanowił wyjść do ludzi. Efekt tej karkołomnej eskapady jak wyżej.

AND THE WINNER IS…

Dowcip, przy którym Monty Python to pikuś!

Pani magister Sz. prowadziła zajęcia na moich studiach. Jedne z tych „zapchaj-dziur”, które nie służą do niczego poza zapełnianiem rubryk w indeksie. Wyglądała jak dobrotliwa babcia, taka niemal z kreskówki. Trudno powiedzieć, ile naprawdę liczyła sobie wiosen. Być może wcale nie była stara, a lat dodawał jej włóczkowy sweter i dziergana na drutach długa spódnica. Na każde konwersatoria przychodziła ubrana identycznie. Podejrzewaliśmy, że jej garderoba jest równie urozmaicona jak zawartość szafy Batmana:

Całości wizerunku dopełniał beznamiętny, zmęczony i melancholijny ton głosu. Brzmiał tak, że już po kwadransie słuchania go studenci szczegółowo badali wzrokiem sufit w poszukiwaniu jakiegokolwiek ratunku, który niestety nigdy nie nadszedł. Pewnego dnia pani magister postanowiła jednak nas zadziwić. W trakcie zajęć zaproponowała nieśmiało:

- Chciałabym opowiedzieć państwu, hi hi, dowcip. Tylko nie wiem, hi hi, czy mnie tutaj tak wypada…

Bardzo chętnie wyjawiłabym Wam, cóż takiego naprowadziło wykładowczynię na ten trop i skłoniło ją do tak niezwykłego czynu. Niestety nie potrafię, ponieważ przestałam jej słuchać jakieś pół godziny wcześniej, podobnie jak cała reszta grupy. Słowo „dowcip” w jej ustach wraz z nerwowym pohihiwaniem sprowadziły nas jednak natychmiast z różnych wzniosłych marzeń na ziemię, znaczy na obżarte linoleum, a dokładniej na stojące na nim krzesła. Po gorącej i pełnej niedowierzania zachęcie z naszej strony prowadząca w końcu wydusiła z siebie:

- Proszę państwa, mieszkam przy ulicy X. I tam jest niedaleko klub studencki, być może państwu nieobcy. Wieczorem bawi się w nim młodzież akademicka, a potem z niego wychodzi i bardzo hałasuje po nocach… hi hi. I takie różne rzeczy mówi, nie zawsze cenzuralne… no, wiedzą państwo, hi hi. Koniec dowcipu.

No właśnie, moi drodzy. Koniec dowcipu. Czekam na Wasze szkolne wspomnienia!

Dzień z życia matki pracującej

Trzynasty piątek ma to do siebie, że nie zawsze wypada trzynastego. Ani w piątek. Mnie się na przykład przydarzył w ostatnią niedzielę.

Zaczęło się od tego, że Księżniczka zapomniała obudzić mnie do pracy. Nie to, że zaspałam, czy coś. Mój telefon zagrał Marsz Imperialny dokładnie o czasie. Rzecz w tym, że już dawno przywykłam do wcześniejszych pobudek za sprawą córy, budzik był tylko jak szelki przy spodniach – na SZELKI wypadek. A ów zdarzył się właśnie wczorajszego ranka.

Wyskoczyłam więc z łóżka z radosnym „cholera, miałam umyć głowę!” na ustach i pognałam pod kran… nie myć włosy, rzecz jasna, tylko grzać wodę na Księżniczkowe mleko. Potem gdzieś pomiędzy zakładaniem rajstop a malowaniem rzęs upewniłam się jeszcze, że P. już wstał, żeby zająć się małą i pognałam do szkoły. Piechotą, coby się z rana trochę dotlenić. Jakoś w połowie drogi dotarło do mnie, że owszem, dziecku zrobiłam śniadanie, ale sobie jakimś cudem nie. Wpadłam więc w biegu do mijanej Żabki, myśląc przy okazji, że ja to mam jednak bajkowe życie – w domu księżniczka, za domem żabka, w pracy cała gromada chochlików (a i ogry by się znalazły), tylko mój rumak trochę nie teges, ale może dlatego, że w Dieslu.

Pierwsza lekcja płynęła jak krew z nosa, połowa grupy nie przyszła, druga mentalnie była jeszcze na sobotniej imprezie za miastem. Znudzona monologowaniem do prawie pustej sali i obsypana białym pyłem niczym piekarz albo początkujący dealer kokainy postanowiłam w czasie przerwy skonsumować moje kupione przed godziną „śniadanie”, złożone z wody mineralnej i paczuszki wafelków ryżowych z czekoladą. Chrupnęłam z lubością pierwszy kęs i dokładnie w tym momencie dosiadła się do mnie Marlena. Znacie tę nauczycielską przypadłość, zwaną w skrócie „zawsze-mam-rację-i-muszę-objawić-ją-całemu-światu”? Prawie wszyscy w tym zawodzie na to cierpimy, ale Marlena jest już w IV (nieuleczalnym) stadium, z ostrymi przerzutami na otoczenie. Od początku taksowała wzrokiem mój posiłek, ale wytrzymała w ten sposób tylko kilka sekund.

- Och, Lady Makbet, ty pewnie nie wiesz, jakie to jest niezdrowe, prawda?

Przełknęłam powoli odgryziony kawałek, łudząc się naiwnie, że koleżanka ma na myśli pracę  w niedzielę o ósmej rano, ale nie…

- No niestety, moja droga, niestety. Ja rozumiem, że to jest smaczne, ale ty nie powinnaś tego jeść.

Zabrzmiało co najmniej tak, jak gdybym ważyła 150 kg i w dodatku miała zaawansowaną cukrzycę, a do tego wcinała chrupki, przy których produkcji ucierpiały minimum ze cztery pandy albo przedstawiciele innych zagrożonych gatunków. Marlena niezrażona kontynuowała:

- Nie przejmuj się, też kiedyś sądziłam, że one mają jakieś wartości odżywcze. Dopiero lekarz z Kliniki XYZ mi powiedział, że to śmierć dla organizmu!

- Dziękuję za troskę, ale wiesz… ja i bez lekarza potrafię przeczytać skład wafli ryżowych w polewie czy tam bez. O, zobacz: „ryż brązowy, czekolada deserowa, w tym: cukier, tłuszcz kaka…”

- No to ja nie rozumiem! – wtrąciła zdegustowana – Jesteś świadoma, że to świństwo i mimo tego się trujesz? Równie dobrze mogłabyś palić papierosy!

Mogłabym… – pomyślałam – przynajmniej miałabym pretekst, żeby zakończyć tę dyskusję i jak najszybciej stąd wyjść. W tym momencie mój wzrok padł na dyndający z wieszaczka klucz od pracowniczej toalety, z której natychmiast postanowiłam skorzystać. Niedojedzone wafelki (razem z cukrem, tłuszczem kakaowym, lecytyną sojową i innymi witaminami) zostawiłam na później, kiedy akurat Marleny nie będzie w pobliżu. Chwała niebiosom, że nie widziała, jak dosypuję sobie do kawy (o zgrozo, rozpuszczalnej!) śmietankę w proszku…

Dalsze lekcje minęły całkiem przyjemnie i prędko, aż w końcu pozostało tylko odłożyć książki, założyć kurtkę i można było wracać do domku. Wspominałam, iż przyszłam pieszo, prawda? A pisałam, że bez parasolki? Nie? No, to już wiecie. I jak się słusznie domyślacie, gdy wracałam, lało jak z cebra. W dodatku niosłam prezent dla Księżniczki. Kilka miesięcy temu pomagałam córce znajomej w przygotowaniach do matury. Nie wzięłam od niej pieniędzy, więc wcisnęła mi dla małej sporych rozmiarów pluszowego słonia… w ślicznej, ekologicznej, papierowej torbie. Nawet bardzo ekologicznej, bo w deszczu rozłożyła się w półtorej minuty. W ręku zostały mi tylko kartonowe uszy, no i ten słoń (znaczy słoń też miał uszy, ale pluszowe i na swoim miejscu). I tyle dobrego, że to był słoń, bo słonie lubią się taplać. Taki kot na przykład miałby bardziej przechlapane i to dosłownie. W mieszkaniu znaleźliśmy się więc przemoczeni do suchej nitki. Okazało się, że nie tylko my, bo rozszczelniła się rura pod zlewem i zastałam P. walczącego z kopą zalanych ścierek.

Księżniczka fikała radośnie na dywanie, najwyraźniej pływająca kuchnia i przedpokój nie zrobiły na niej wrażenia. Na szczęście na sąsiadach z dołu też nie, czyli tatuś w porę uratował sytuację. Ku mojej radości popołudnie minęło już bez większych atrakcji. No, może z wyjątkiem tego, że córci wychodzą dwa ząbki, w związku z powyższym wkłada sobie do buzi wszystko, co się nada… a jeszcze chętniej to, co się nie nada. Oznacza to mniej więcej tyle, że moja komunikacja z P. weszła na poziom znany chyba wszystkim rodzicom maluchów:

P: Jaki film chciałabyś wieczorem obejrzeć?

Ja: Nie jedz dywanu!

P: Tego nie znam, a coś innego?

Ja: Jakąś komedię? Na przykład… Kochanie, zostaw to krzesło! Ech, nie wiem, a co mam do wyboru?

P: Czekaj, sprawdzę… Księżniczko, tylko nie kapcie!

I tak dalej…

Jak widać, niedzielny repertuar był bardzo ciekawy. I to nie tylko ten filmowy. A jak Wam minął weekend?

Pół życia pożycia

Nasze dziecko zostanie inżynierem. Na bank. Przyłapaliśmy ją już na rozkręcaniu zaworu grzejnika, włączaniu i wyłączaniu Playstation, rozmontowywaniu listew podłogowych i testowaniu zawiasów bramki bezpieczeństwa w drzwiach swojego pokoju. Ze wszystkich zabawek najbardziej lubi wózek dla lalek, a dokładniej jego kółka, które skręca, toczy i obraca na wszystkie sposoby. Teraz, kiedy piszę, leży przede mną na podłodze i bawi się kółkami krzesła obrotowego, które dopadła zaraz po tym, jak rozłożyła na części pierwsze całą matę puzzlową (24 elementy). Przypominam, że ma 7 miesięcy. Na roczek dostanie chyba Lego Technics… albo nie, po co się szczypać, lepiej od razu skrzynkę z narzędziami i kilka desek, żeby meble i ściany nie ucierpiały w wyniku przeprowadzanych przez nią prób i doświadczeń.

Mgr inż. Księżniczka (Izzy, jeżeli Twoja E. może być Księżniczką Przedszkolaczkiem, to moja może być Księżniczką Inżynierem, czyż nie?) jest jednak tylko wisienką na torcie podczas jutrzejszego przyjęcia – i to niemal dosłownie.

W czym rzecz? Otóż jutro P. i mnie stuknie kolejna rocznica związku i pomimo tego, że nie jest okrągła, to jednak bardzo ważna. Z moich wyliczeń (skomplikowanych niczym równania Sheldona Coopera z „Teorii wielkiego podrywu”, nie myślcie sobie!) wynika, że mój małżonek i ja stanowimy parę równo przez pół naszego życia! Powiem Wam, że brzmi to dla mnie jak jakaś totalna, kosmiczna abstrakcja. Doskonale pamiętam czasy „sprzed P.” i wcale nie wydaje mi się, żeby to było jakoś strasznie dawno. A tu się okazuje, że za chwilę będziemy mieć na koncie więcej czasu spędzonego razem niż osobno.

Jeśli czytaliście historię naszego poznania się, to wiecie, że można ją uznać za romantyczną. Natomiast początek naszego związku nie był ani oryginalny, ani wzruszający. Trudno z niego zrobić ciekawą opowieść, ale spróbuję.

Nadchodziły wakacje. Myśl o nich niezbyt mnie cieszyła. Miałam złamane serce… zostałam podle potraktowana przez chłopaka, którego – jak mi się wówczas wydawało – kochałam. Z P. łączyły mnie wtedy relacje przyjacielskie, chociaż nie wiem, czy to jest dobre określenie. Wiedziałam, że nie jestem mu obojętna, zresztą ja też darzyłam go uczuciem, którego chyba w tamtym czasie po prostu nie chciałam nazywać. Życie (zwłaszcza nastolatka) bywa pokrętne, więc stanęło na tym, że leczyłam rany po byłym (nazwijmy go X.), a P. zaczął się spotykać z naszą wspólną koleżanką. Ich związek od początku nie był udany, ale to temat na odcinek „Trudnych spraw”, a nie na Stożki ;) .

Stopniowo zaczęliśmy się do siebie zbliżać, mimo że uparcie się tego wypierałam. P. był ministrantem, w niedzielę zawsze służył na mszy młodzieżowej, na którą też chodziłam. Wspólne spacery po wyjściu z kościoła stawały się naszą tradycją. Nie umknęło to oczywiście uwadze moich przyjaciółek, zwłaszcza C., która chyba jako pierwsza przewidziała finał tej historii. Pisywaliśmy do siebie listy, rozmawialiśmy godzinami przez telefon. P. rozstał się ze swoją dziewczyną. Wszystko wskazywało na to, że się zejdziemy.

Pod koniec wakacji dostałam list od X. Przepraszał, żałował, obiecywał, chciał się spotkać. Niejednej dorosłej kobiecie takie słowa przewróciłyby w głowie, a co dopiero licealistce. Zgodziłam się na jego przyjazd, ale ku własnemu zaskoczeniu wyszłam z tej pseudorandki silniejsza. Postanowiłam, że nie będę marnować młodości dla faceta, który sam nie wie, czego chce. X. pisywał do mnie jeszcze przez jakiś czas, potem kontakt nam się urwał. Dziś ma żonę i dzieci, chyba jest szczęśliwy… rozmawiałam z nim nawet ostatnio przez chwilę, głównie o sprawach zawodowych. Niech mu się wiedzie.

Od czasu tego spotkania z X. miałam już pewność, z kim chcę się związać… tylko nie umiałam tego odpowiednio rozegrać. Wiedziałam, że P. czeka na sygnał ode mnie, mówił mi to wprost. No ale jak to? Tak paść facetowi w ramiona i powiedzieć „chciałeś, to masz?”. Nieee, co to, to nie ja. Zrobiłam więc to, co każda szanująca się nastolatka, czyli zwierzyłam się ze swoich wątpliwości przyjaciółce. E. odparła, że upadłam na głowę. Nie przepadała wówczas za P. i chyba nie była pewna, czy wyleczyłam się z X. (Tak sobie właśnie czytam te moje wypociny i mam wrażenie, że brzmią trochę jak list do „Bravo”… no niestety, wiele rzeczy potrafię, ale za Chiny Ludowe nie zmienię tego, kim byłam pół życia temu). Zostałam więc z mętlikiem w głowie i jeszcze większymi wątpliwościami.

Pewnej październikowej niedzieli P. siedział u mnie w pokoju, jak zwykle na podłodze. W ogóle wszyscy u mnie siadali na podłodze, co nawet miało swój specyficzny klimat. Rozmowa jakoś się nie kleiła. W pewnym momencie, chyba dla rozładowania atmosfery, mój gość sobie ze mnie zażartował – ot, jakiś koleżeński docinek, już nie pamiętam, co to było. Postanowiłam wykorzystać moment… i powiedziałam, że ma uważać, jak się zwraca do swojej dziewczyny.

I już. Złapał mnie za rękę i tak zostało, a kilka lat później wziął sobie tę rękę i całą resztę na dobre. Oczywiście nie zawsze było różowo czy tam błękitno w jednorożce, bez przesady. Uczniowie podpytują czasami, czy mój mąż mnie denerwuje. Odpowiadam, że osiem razy dziennie, a w weekendy to nawet dwanaście. I pewnie vice versa. Bywa, iż mam go szczerze dosyć, ale nigdy naprawdę nie żałowałam decyzji, której rocznicę będziemy jutro świętować. Nikt nie zna mnie tak dobrze, jak on. Czasem się zastanawiam, czy umiałabym do tego stopnia otworzyć się przed kimkolwiek innym i dochodzę do wniosku, że nie.

Nie da się w jednym wpisie zawrzeć tego, co razem przeżyliśmy… Wspólne podróże, przeprowadzki i starania o dziecko to tylko część doświadczeń. Zwieńczeniem tej współdzielonej połowy życia okazała się Księżniczka, która w trakcie pisania tego tekstu zdążyła się już wybawić i wyspać. Przed chwilą ściągnęła sobie śpioszki i właśnie zaczyna domagać się jedzenia, więc kończę.

Następne kilkanaście lat mojego związku z P. zapowiada się jak widać równie emocjonująco :) .

Niech mi ktoś zrobi sztuczne odpoczywanie i inne rzeczy, które Tygrysy lubią najbardziej

Jeżeli Prosiaczka nie ma tu, to z całą pewnością jest gdzie indziej! – oznajmił Puchatek Tygryskowi podczas poszukiwań przyjaciela.

Tę i inne Kubusiowe mądrości powtarzam bardzo często w różnych codziennych sytuacjach. W pewnym sensie od najmłodszych lat wychowywałam się w lesie – zanim trafiłam do prawdziwego z harcerzami, to wirtualnie dorastałam w Stumilowym. Zarówno książka, jak i kreskówka kojarzą mi się z moim tatą, bowiem to z nim przeżywałam przygody misia i jego bandy. Poprzez analogię do postaw bohaterów ojciec tłumaczył mi rozmaite ludzkie zachowania.

I tak moja mama, która łatwo się wzruszała, zakrywała oczy podczas krwawych scen w filmach i była okropnym zmarzluchem, została przechrzczona na Prosiaczka. Dziadek, słynący w rodzinie z wiecznego niezadowolenia, pedantyzmu i skłonności do pouczania innych, nabył miana Królika. Ja oczywiście funkcjonowałam jako Maleństwo, choć od początku bardziej identyfikowałam się z Tygryskiem… chociaż nie, Tygrysek chyba najpierw przypominał mi mojego tatę: nigdy nie tracił dobrego humoru ani pewności siebie i zawsze znajdował wyjście z trudnych sytuacji.

Ogromną sympatią – Bóg jeden raczy wiedzieć, dlaczego – darzyłam też Gofera (na logikę, czemu nie Gofra???). Może dlatego, że fajnie świszczał i uroczo się jąkał… albo sama miałam jakieś ukryte piromańskie fantazje, kto wie. Ogólnie świstaki kojarzyły mi się pozytywnie nie tylko dzięki bohaterowi Puchatka; lubiłam także słynny film z Billem Murrayem i jeszcze słynniejszą reklamę Milki o zawijaniu w sreberka… a potem w sklepach pojawiły się te wnerwiające maskotki, które świszczały przy każdym otwarciu drzwi przez klienta i czar prysł. Ale to tak na marginesie, bo o reklamach popełnię kiedyś inny wpis.

Wyrosłam zatem na Puchatkowej filozofii, którą zresztą przekładałam na swój stosunek do świata. Wiedziały o tym chociażby moje harcerki, od których raz po raz dostawałam jakieś gadżety z Tygryskiem. Zrobiła się z nich całkiem pokaźna kolekcja i gdyby nie utonęła, to zapewne zdobiłaby dzisiaj pokój Księżniczki. Pamiątek już nie mam, ale złote myśli zostały. Pozwólcie, że podzielę się z Wami moimi ulubionymi (czyli takimi, które, mówiąc może nieco na wyrost, opisują różne aspekty mojego życia i mnie samą).

Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej tam Prosiaczka nie było.

No i powiedzcie tylko, drogie Czytelniczki, że to nie przypomina faceta szukającego plastra w apteczce/serka w lodówce/skarpetek w szufladzie…? Im bardziej zagląda, tym bardziej tego nie ma, a potem przychodzi żona i w ciągu sekundy z wymownym wyrazem twarzy wyciąga tego królika z kapelusza czy tam inny dokument z teczki.

Miałem zamiar zmienić koszulkę, ale zmieniłem zamiar.

O, a to z kolei jest typowo kobiece, czyż nie? I tak bardzo przypomina moje ubieranie się do pracy, że prawie czuję się podglądana przez zdobiące pokój pluszaki. Znaczy, ekhm, nie to, że nie zmieniam koszulek… tylko szykuję sobie coś do założenia, a potem właśnie zmieniam zamiar. I żeby to raz…

– A ty jak się masz? – spytał Puchatek.

– Nie bardzo się mam – odpowiedział Kłapouchy. – Już nie pamiętam czasów, żebym jakoś się miał.

O to, to! I tak co miesiąc, if you know what I mean.

Nie zdziwiłbym się wcale – mówił Kłapouchy – gdyby jutro spadł grad, gdyby rozszalała się zamieć i licho wie co. To, że dziś jest ładnie, to jeszcze nic nie znaczy. Z tego nie można wyciągnąć żadnych wnio… czy jak to się mówi. Ale mniejsza o to. Z tego w ogóle nic nie można wyciągnąć. To jest zaledwie jakiś ślad pogody..

W życiu nie widziałam trafniejszej prognozy. A w odniesieniu do minionego lata – przepraszam, „lata”, to już w ogóle mistrzostwo!

Wypadki to zabawne rzeczy. Nigdy ci się nie przytrafiają, dopóki się nie przytrafią…

Zaczynam od tego cytatu większość klasowych pogadanek o bezpieczeństwie w szkole i poza nią. Mówiąc całkiem poważnie, dzięki swojej prostocie stanowi świetny punkt wyjścia do dyskusji o przewidywaniu i odpowiedzialności. Działa nawet na maturzystów. W końcu wszyscy gdzieś wewnątrz jesteśmy dziećmi…

Albo weźmy Sowę. Sowa właściwie też nie ma wiele Rozumu, ale za to jest Uczona.

Tu się aż prosi o jakiś żart polityczny… ale nie, wyskrobię coś innego. Rozum i wykształcenie niestety nie zawsze idą w parze. Przychodzi mi tu na myśl dwoje dawnych wykładowców akademickich. Najpierw pewna pani doktor, która kazała całej grupie przeczytać nieistniejącą książkę. To znaczy książka istniała, tylko że napisana czterdzieści lat wcześniej w innym języku i nigdy nieprzetłumaczona na polski, mało tego, nawet ta wersja obcojęzyczna była w całym mieście nie do zdobycia. Dwa razy całą grupą prosiliśmy o zmianę lektury, za trzecim wykładowczyni zrobiła niezapowiedziane kolokwium z jej treści. Ta sama kobieta zresztą za aktywność na zajęciach zwolniła mnie z egzaminu końcowego, po czym obniżyła mi ocenę za to, że na owym egzaminie się nie stawiłam. Drugi przykład jest jeszcze ciekawszy, bowiem dotyczy pana profesora zwyczajnego, który dowodził, że kobieta nie może zostać filozofem, ponieważ nie pozwala jej na to budowa mózgu… a także, że osoby stosujące kiedykolwiek jakiekolwiek formy antykoncepcji mają skrzywioną psychikę i nigdy nie będą w stanie stworzyć stałego związku. Dodam, że jest to profesor świeckiej, państwowej uczelni.

Myślenie nie jest łatwe, ale można się do niego przyzwyczaić.

Czyli jest dla mnie nadzieja!

Czasami – powiedział Kubuś – najmniejsze rzeczy zajmują najwięcej miejsca w twoim sercu.

Nie tylko rzeczy. Księżniczki i psy też.

Dzień bez przyjaciela to jak dzbanek, w którym nie została nawet kropelka miodu.

Idę o zakład, że to ten przyjaciel wcześniej zeżarł cały miodek. Nie uważacie, że w pewnym sensie miarą przyjaźni jest swoboda, z jaką druga osoba czuje się u nas w domu? Nie mówię tu rzecz jasna o tych dziwnych i wcale nie tak dobrze znanych jednostkach, które wpadają pierwszy raz w odwiedziny i od razu lustrują zawartość szuflad, bo takich dla własnego spokoju więcej nie zapraszam. Mówię o tych, z którymi łączy nas tak naturalna więź, że sami wyciągają sobie z szafki kapcie dla gości albo wstają na moment od stołu, a po chwili z kuchni dochodzi pytanie: „Gdzie trzymasz kakao?”, względnie: „Dlaczego nie masz zielonej herbaty?”.

Pamiętałem, ale potem, gdy starałem się przypomnieć, to zapomniałem.

Błagam, powiedzcie, że nie tylko my z Puchatkiem tak mamy… Bo ja potrafię czasem wyjść do sklepu po cytrynę, a wrócić z jogurtem, czekoladą, bananami, sokiem żurawinowym i proszkiem z promocji. Bez cytryny rzecz jasna.

I na sam koniec kwintesencja mojego blogowania:

 Kiedy jest się Misiem o Bardzo Małym Rozumku i Myśli się o Rozmaitych Rzeczach, to okazuje się czasami, że rzeczy, które zdawały się bardzo proste, gdy miało się je w głowie, stają się całkiem inne, gdy wychodzą z głowy na świat i inni na nie patrzą.