Author: Lady Makbet

Zostańmy razem, ja i Ty, Ty i jaaaaa

Krawczyk jakoś ostatnio dał się przetrawić, więc dzisiaj posuwam się o krok dalej i biorę na tapetę Stachurskiego. Żartuję. Jego fanką akurat nigdy nie byłam.

I na tym żarty niestety się kończą. Użytkownicy platformy blog.pl otrzymali dziś rano informację, że w styczniu zostanie ona zamknięta. Nie wiem, jakie są powody takiego posunięcia. Faktem jest natomiast, że Stożki pod obecnym adresem niedługo przestaną istnieć. :(

W związku z powyższym, jak również z faktem, że moja wena twórcza jeszcze się nie wyczerpała, przenoszę swój wirtualny majdan na inną platformę. Stronkę już założyłam. Proszę Was o kilka dni cierpliwości, żebym zdążyła poprzenosić co ważniejsze wpisy i jakoś się urządzić pod nowym adresem. Mam ogromną nadzieję, że pomimo tej zmiany nadal będziecie mi towarzyszyć!

Obiecuję po weekendzie zaprosić Was na parapetówę, a ponieważ zapowiadałam wpis o świątecznych piosenkach, to muzykę na imprezę mamy z głowy ;) .

Idę zatem rozpakowywać swoje posty, nucąc pozbawionym talentu głosem specjalnie dla Was:

„Gdy Cię nie ma, kogoś mi brak,

Czuję pustkę i żal,

Dlatego

Zostańmy razem

Zostańmy razem

Zostańmy razem

Ja i Ty, Ty i jaaaaaa!

Kolędy, prezenty, renifery i inne składowe świątecznej atmosfery

Był początek grudnia, jakoś u progu obecnego tysiąclecia. Pewien licealista przyszedł właśnie w odwiedziny do swojej ukochanej. Już od wejścia (oprócz dziewczyny) powitało go tubalne (i chóralne) „Gdy się Chrystus rodzi” w wykonaniu Zespołu Pieśni i Tańca Mazowsze, wybrzmiewające z komputera na całe mieszkanie.

- Jak tu u was fajnie, tak świątecznie. Twój tata chyba już czuje atmosferę Bożego Narodzenia, co? – zauważył z uśmiechem.

- Atmosferę? Co ty! Tata kupił nowe głośniki do komputera i od wczoraj testuje ich moc… na pierwszej płycie, która akurat była pod ręką.

- No tak, nowa zabawka… – pokiwał głową ze zrozumieniem.

Ów licealista to P.,  jego dziewczyna to oczywiście ja, a prawda o tym wydarzeniu leżała gdzieś pośrodku. Faktycznie, mój tata nie odbiega po tym względem od stereotypowego wyobrażenia mężczyzny, który nie potrafi się oderwać od nowej zabawki. Całe szczęście, że kupił głośniki, a nie na przykład piłę łańcuchową albo młot pneumatyczny. Mazowsze brzmi zdecydowanie przyjemniej. Tylko dlaczego przez 8 godzin dziennie…? Natomiast skutkiem ubocznym testowania wspomnianego nabytku rzeczywiście było stworzenie w domu namiastki gwiazdkowego klimatu.

To wspomnienie cały czas budzi we mnie uśmiech. Z ową świąteczną atmosferą bywało w naszym domu różnie, zwłaszcza w samą Wigilię, ale o tym nie chcę dzisiaj pisać. Do pewnego momentu, póki byłam jeszcze dzieckiem, faktycznie Boże Narodzenie miało dla mnie taką magię, jaką dziś pokazuje się w reklamach. Uwielbiałam ten przedgwiazdkowy klimat: porządki, ubieranie choinki, gotowanie i pieczenie. Większość Wigilii spędzaliśmy z rodzicami tylko we troje (najbliższą rodzinę mieliśmy albo 400 km od domu, albo za granicą) i chociaż zawsze marzyłam o licznych gościach przy stole, to taka kameralna kolacja też miała swój urok.

Odkąd pamiętam, do moich obowiązków należało ubieranie choinki, w czym zwykle towarzyszył mi tata. Kiedy byłam jeszcze zupełnie mała, wytrzasnął skądś dwa czarno-białe szablony aniołków z papieru, które po sklejeniu wieszało się na świątecznym drzewku. Jednego z nich kolorował sam, drugiego dał mnie. Nie wiem, co się stało z tym pierwszym, ale drugi, pogryzmolony przez moje trzyletnie rączki, wisiał na choince każdego roku przez dobre 20 lat. Tata nie pozwolił mi go wyrzucić. Razem z ojcem robiłam również pierogi, co praktykuję po dziś dzień. Mama z kolei zawsze piekła moje ulubione ciasto. Im byłam starsza, tym chętniej uczestniczyłam we wszystkich przygotowaniach, umilanych przez dźwięki jednej z dwóch płyt – oczywiście winylowych – z kolędami. Może nie powinnam się przyznawać, ale w dzieciństwie uwielbiałam tę z utworami Krzysztofa Krawczyka. W noc przed Wigilią przeważnie nie mogłam zasnąć z emocji. Rodzice nucili mi wtedy fragmenty dwóch jego pastorałek: „nie chcesz spać, bo dzisiaj noc, niepodobna żadnej z tych, które przez ten cały rok kołysały nas do snu” albo „jak tu zasnąć w taką noc, gdy świętami pachnie dom?”. Mówcie, co chcecie, ale wciąż mam sentyment do tych piosenek. Już jako mężatka kupiłam mamie ten album w wersji CD. Dziś mam go w domu. Jest jedną z niewielu pamiątek, które zabrałam z mieszkania rodziców po jej śmierci.

Krawczyk24651112_1914484945260917_36890445_o

Krótko przed Bożym Narodzeniem przychodziły do nas dwie paczki. Pierwsza od babci I., zawierająca jakieś upominki i „ciasteczka babuni” – czyli różnokształtne kruche ciastka z cukrem na wierzchu. Co prawda nie przepadałam za nimi, ale ich pojawienie się w domu było nieomylnym znakiem, że święta tuż tuż. Druga przesyłka przybywała prawie z drugiego końca świata od wujka K. Były tam dobra, których w naszym kraju brakowało: pomarańcze, prawdziwe salami (z osła! Do dziś się dziwię, jak ja mogłam to jeść), kawa w charakterystycznym złotym opakowaniu i biała czekolada z kokosem, moja najulubieńsza na świecie. Zmieszanego zapachu tych produktów nie da się porównać z niczym innym. Do dziś Boże Narodzenie kojarzy mi się z wonią pomarańczy i kawy… (i tego salami w sumie też, jak się głębiej zastanowić… miało intrygujący aromat, silniejszy i przyjemniejszy niż popularne u nas wędliny tego typu). Kiedy myślę o współczesnych dzieciakach, mam mieszane uczucia. Z jednej strony świetnie, że dorastają w czasach, kiedy niczego nie brakuje, a luksusowe niegdyś towary są na wyciągnięcie ręki w osiedlowej Biedronce. Z drugiej jednak mam wrażenie, że ulatuje gdzieś ta wyjątkowość, a przesyt wszystkiego sprawia, że mniej docenia się drobne rzeczy i gesty.

Innym elementem świątecznej magii było to, że pod choinką niemal zawsze znajdowałam wymarzony prezent; zarówno wtedy, kiedy jeszcze wierzyłam w św. Mikołaja, jak i później. Inna rzecz, że rodzice bardzo umiejętnie kierowali moimi dziecięcymi marzeniami. Chyba nie zdarzyło mi się pożądać czegoś, co byłoby poza zasięgiem rodzicielskich możliwości (nie tylko finansowych; listy do Gwiazdora zaczęłam pisać jeszcze wtedy, kiedy w sklepach w ogóle mało co było). Pamiętam, że któregoś roku zapragnęłam czerwonego wózka spacerowego dla lalki. Bóg jeden raczy wiedzieć, dlaczego akurat w tym kolorze. Co gorsza, był najwidoczniej niedostępny ani w naszym mieście, ani w dużo większym, gdzie mieszkały moje babcie. Mama już kilka tygodni przed świętami nastawiała mnie, że być może Mikołaj nie da rady wyprodukować czerwonego, bo jest ryzyko, że zabraknie mu materiału. Chyba faktycznie tak się stało, gdyż w prezencie otrzymałam spacerówkę  w odcieniu przybrudzonej żółci, z której zresztą bardzo się ucieszyłam i która naprawdę długo mi służyła. Trudno zapomnieć radość z odpakowywania wymarzonych upominków. Chciałabym, żeby moje dziecko również mogło jej doświadczyć…

…tylko tu pojawia się pewne „ale”, poruszone ostatnio m.in. na blogu Ahai. Nie chcę, żeby Księżniczka wiązała Boże Narodzenie głównie z prezentami i czekała na nie jedynie z myślą, że dostanie kolejną lalkę albo zestaw klocków. I już wiem, że wychowanie jej w takim duchu będzie naprawdę trudne; nie tylko dlatego, że jest jedyną córką i wnuczką (my z P. też byliśmy w takim położeniu), ale przede wszystkim ze względu na to, iż konsumpcjonizm atakuje z mediów, billboardów, ulotek i witryn sklepowych. Wyznacznikiem „fajności” w grupie rówieśniczej staje się model iPhone’a lub marka obuwia. To szaleństwo widać chyba najwyraźniej w przypadku I komunii świętej, a P. i ja ciągle naiwnie się łudzimy, że przez te parę lat, które dzielą Księżniczkę od wspomnianego sakramentu, jakoś ten wyścig (szczurów? zbrojeń? głupoty?) się zakończy. Mam świadomość, jak ważna dla dorastającego dziecka jest akceptacja przez grono koleżeńskie… i nie chcę, żeby nasze dziecko odstawało od innych wyłącznie dlatego, że tak postanowiliśmy. Doświadczenie mówi mi, że często skutek tego typu działań rodzicielskich jest dokładnie odwrotny do zamierzonego. W każdym razie myślę (może naiwnie), że złoty środek pomiędzy „być” i „mieć” jest możliwy, tylko na pewno niełatwy do osiągnięcia.

Póki co w ramach świątecznych przygotowań zrobiłam Księżniczce playlistę bożonarodzeniowych utworów (kolęd, pastorałek i nie tylko). Puszczam jej już niektóre z nich, wracając wspomnieniami do czasów, kiedy byłam niewiele starsza od niej… ale o gwiazdkowych piosenkach następnym razem. :)

PS. Kiedy szukałam dla Was zdjęcia tej winylowej płyty Krawczyka, Google rzuciło mnie na stronę z aukcjami pt. „Antyki i starocie”. Naprawdę? To już? Mówiąc po internetowemu, jestę antykię. I starocię. Heh.

Wypieki bez lukru

Jechaliście kiedyś w stukilometrowym korku? Znaczy ja wiem, że w korku to się generalnie stoi, a dokładniej porusza w ślimaczym tempie. I że jeśli można jechać przynajmniej 40-50 km na godzinę, to już nie jest korek i właściwie nie ma co narzekać. Chyba że macie obok siebie niemowlę, za sobą wizytę w szpitalu na NFZ, a w sobie końską dawkę Aviomarinu ze względu na chorobę lokomocyjną (tak, mnie też mówili, że z tego się wyrasta. A guzik tam. Nie mogę jeździć jako pasażer i już, chyba że zamarzy mi się, ekhem,  pełny detoks.) Wtedy to już wszystko denerwuje, a niekończąca się kolumna samochodów w obu kierunkach na całej trasie idealnie wieńczy ów jakże emocjonujący dzień.

Po powrocie do domu i doprowadzeniu się do jako takiego porządku znalazłam w skrzynce mailowej wiadomość od redakcji dwumiesięcznika „Dobra Mama” z propozycją współpracy. Miałabym dołączyć do projektu ochrzczonego mianem „Mama nie lukruje”. Być może innego dnia pomyślałabym, że nie jestem dobrą adresatką takiego zaproszenia, bo w końcu Księżniczkę opisuję tutaj w samych superlatywach, ona zresztą jest tak słodka, że ten lukier aż kapie z jej pyzatej buziulki (razem ze śliną i resztkami zupki, ale co tam). Wczoraj jednak nie był „inny dzień”, tylko dzień NFZ.

Gdyby opisywali go twórcy „Ulicy Sezamkowej”, powiedzieliby zapewne, że sponsorami odcinka były literki: N, F i Z. Opisuję go niestety ja, dlatego powiem, że sponsorowały go (również niestety) nasze podatki. Z tego też powodu nasza wczorajsza przygoda zdecydowanie była bez lukru.

Od czego by tu zacząć? Aaa, wiem! Od narodzin Księżniczki, a dokładniej od jej wypisu ze szpitala. Razem z dzieckiem otrzymaliśmy bowiem plik skierowań do przeróżnych specjalistów. Większość wizyt udało nam się odbyć w ciągu pierwszych trzech miesięcy życia małej; część prywatnie, część państwowo, za to wszystkie w naszym mieście lub najbliższych okolicach. Na jednym ze wspomnianych skierowań widniał wielki napis „PILNE” i to właśnie na tę pilną wizytę przyszło nam czekać osiem miesięcy („Pani kochana, my tu już mamy terminy do końca 2018, no ale jak pilne, to trudno, niech będzie koniec listopada”). Pech chciał, że takie poradnie są tylko dwie w całym województwie, więc wybrzydzać nie można.

Sądny dzień nastąpił właśnie wczoraj. Teść zaproponował, że nas zawiezie (pytanie, czy bardziej skłoniła go do tego miłość do wnuczki, czy męska potrzeba zaimponowania nowym autem ;) ). Przystałam na to z ochotą, bo przynajmniej, zamiast pozostawać skupiona na drodze, mogłam spokojnie zająć się dzieckiem. To znaczy w teorii, bo w praktyce wzięłam przecież Aviomarin…

Trasa była nam znana, tata P. zresztą pracował kiedyś w naszym mieście docelowym, co więc mogło pójść nie tak? Wyjechaliśmy dużo wcześniej, wiedząc, że na tej drodze zawsze panuje duży ruch. Tyle tylko, że wczoraj chyba wszyscy mieszkańcy Ziemi postanowili jechać w to samo miejsce, co my… a potem szukać miejsca parkingowego pod tym samym szpitalem. W końcu po prawie trzech godzinach podróży (która powinna zająć półtorej) dotarliśmy do poradni. Znaleźliśmy się pod gabinetem niecałe 20 minut przed czasem, czyli niemal idealnie. Tam czekała nas niespodzianka. Panie z rejestracji anulowały godziny przyjęć i zaczęła obowiązywać stara, dobra kolejka pod tytułem „Kto z państwa ostatni pod siedemnastkę?”. Na początku ostatni byliśmy oczywiście my. Pacjent przed nami ze zbolałą miną poinformował nas, że pani doktor ma dwugodzinne opóźnienie, a w dodatku „wielkość opóźnienia może ulec zmianie”. Kolejarz jak nic!

Opóźnienie istotnie uległo zmianie, oczywiście nie w tę stronę, w którą byśmy sobie życzyli. Czas płynął leniwie, wolno i ciężko (Księżniczka, jak już wiecie, swoje waży). Poza tym było niemożliwie gorąco. Małą rozebraliśmy do bodziaka, a i tak dostała wypieków. W różowym ubranku wyglądała jak zawstydzony Prosiaczek z „Kubusia Puchatka”… albo dorodny donut w różowej polewie, jak kto woli. I kiedy sądziliśmy, że jesteśmy na ostatniej prostej, drzwi gabinetu wydawały tuż na wyciągnięcie ręki, pojawiło się Zamieszanie. Zamieszanie miało blond włosy, elegancką ołówkową sukienkę i na karku wiek, powiedzmy, pobalzakowski. Przyszło i oznajmiło, że według rejestratorek to ona pod siedemnastkę jest pierwsza.

Tłum ożył nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Posypały się pytania i pretensje, że jak to, że niektórzy tu od świtu siedzą, a podobno jedna pani to nawet stacza wynajęła na noc za pół litra żołądkowej gorzkiej, a tu sobie gwiazda przychodzi i chce bez kolejki do doktor X. Zamieszanie stanęło zdziwione, że to pomyłka jakaś jest, bo ona nie do doktor X, tylko do Y, na czternastą, pod siedemnastkę. Powstał więc błyskawicznie Komitet Oburzonych, na czele z Zamieszaniem, jakąś panią w czarnym swetrze i moim teściem (jak na żołnierza przystało, zawsze gotów bronić granic Rzeczypospolitej, konstytucyjnych praw obywateli i miejsca w kolejce swojej wnuczki). Komitet udał się do rejestracji i po dłuższej chwili wrócił z informacją, że lekarki wymieniają się gabinetami, więc ta, co ma dwie już prawie trzy godziny opóźnienia zaraz wyjdzie i jej miejsce o czternastej zajmie dr Y, do której czeka Zamieszanie.

No dobra. Widziałam nie raz, że pacjenci siedzą godzinami w kolejce, aby wejść do odpowiedniego gabinetu. Ale żeby lekarz…? W panice pomyślałam oczywiście, że „nasza” dr X postanowi faktycznie wyjść o czternastej (czyli za pięć minut) i nas nie przyjmie. Otaksowałam wzrokiem teścia. Miał na sobie koszulę, czyli w razie czego nadałby się, żeby odegrać Rejtana i nie wypuścić specjalistki. Moje obawy okazały się na szczęście bezpodstawne. Doczekałyśmy się z córcią swojej kolejki (dwadzieścia po drugiej, kurza jego mać), a pani doktor z gasnącą nadzieją w oczach zapytała, czy może przypadkiem jesteśmy ostatnie. Nie byłyśmy, więc pewnie dlatego mała została przebadana w tempie błyskawicznym i wysłana na pobranie krwi. Tego niestety było już dla Księżniczki zbyt wiele. Popłakała się w końcu z głodu, zmęczenia, strachu i bólu jednocześnie.

Powiem Wam jednak (przepraszam, „Dobra Mamo”, trochę lukru jednak będzie), że i tak jestem dumna z mojej pociechy. Przeczekała z nami grzecznie 2,5 godziny w przegrzanej poczekalni pełnej obcych ludzi, nie mogąc ani nigdzie poraczkować, ani swobodnie się poruszać. Opluła nawet z radości jedną panią i niechcący poderwała półtorarocznego przystojniaka, który głaskał ją po nóżkach, jak tylko zaczynała gaworzyć. Wymiękła równo ze mną, bo po usłyszeniu od lekarki, że mamy czekać w następnej kolejce do laboratorium, sama miałam ochotę się rozpłakać. Tam na szczęście poszło już szybciej i w końcu po trzech godzinach spędzonych w przychodni mogliśmy wracać do domu. Tyle dobrego z tej historii, że Księżniczka padła nam zaraz po włożeniu do wózka i obudziła się dopiero przy wjeździe do rodzinnej miejscowości. Nawet zapomniała, że była głodna.

I tym sposobem dotarłam z powrotem do momentu otrzymania maila od redakcji „Dobrej Mamy”. O macierzyństwie jako takim bez lukru może nie jest łatwo pisać, ale o starciu matki z NFZ-em jak najbardziej!

Conceptual image of exhausted mom with her misbehaving child

Obywatel kontra instytucja, epizod III

Zdarza Wam się oglądać „Star Wars”? Mnie owszem, zwłaszcza że moje drugie pół zalicza się do grona wiernych fanów całej sagi. Wspólnie z nim śledzę więc kolejne odsłony walki Republiki z Imperium (czy jakoś tak). Przyznaję, że trochę plączą mi się poszczególne wątki, ale za to ogromną sympatią darzę R2D2, Mistrza Yodę i kilkoro innych bohaterów, dlatego każdy epizod oglądam z przyjemnością.

Być może losy międzygalaktycznych antagonistów są mi tak bliskie, ponieważ czasem odnoszę wrażenie, że gwiezdne wojny to ja mam na co dzień – a przynajmniej wtedy, kiedy muszę załatwić coś w jakimś urzędzie. Tam też panuje przeważnie Ciemna Strona Mocy, poza tym podobnie jak w „Starłorsach” można pogubić się w fabule – co, gdzie, z kim i w jakiej kolejności należy załatwić.

Ostatnio przeznaczenie skierowało mnie na Gwiazdę Śmierci do sądu rejonowego. Pozwólcie jednak, że w przeciwieństwie do producentów „Gwiezdnych wojen” zacznę swoją opowieść od początku.

Dawno, dawno temu, w nieodległej galaktyce, P. uczestniczył w rozprawie sądowej – jednej z tych, przez które człowiek marnuje pół dnia, żeby finalnie złożyć pojedynczy podpis pod papierkiem, który i tak niczego w jego życiu nie zmienia. Tak właściwie to sprawa dotyczyła jego ciotki, ale jako krewny czy tam znajomy przysłowiowego Kenobiego królika musiał się stawić przed wymiarem sprawiedliwości i poświadczyć, że on to on, a ciotka to ciotka. Jak to w instytucjach bywa, sąd obciążył P. kosztami rozprawy w zawrotnej kwocie kilkudziesięciu złotych polskich, którą to kwotę rzeczony obywatel niezwłocznie uiścił… a właściwie troszeczkę zwłocznie, bo najpierw musiał pobiec do bankomatu. Najwyraźniej międzygwiezdna technologia zwana terminalem płatniczym jeszcze do Najwyższego Porządku nie dotarła.

Na tym historia mogłaby się zakończyć, ale niestety Imperium postanowiło kontratakować. Któregoś pięknego dnia mój mąż otrzymał wezwanie do zapłaty. Sygnatura akt, data i kwota idealnie pokrywały się z tym, co już zapłacił i o czym właściwie zdążył zapomnieć. Sąd był tak życzliwy, że założył mu nawet Kartę Dłużnika (wielkimi literami!) z osobnym numerem. (Wiem, wiem, taka jest procedura, co nie zmienia faktu, że przerost formy nad treścią powala…) Cóż było robić? Mój nieustraszony Jedi wyprodukował na poczekaniu kilka dokumentów (kserokopię dowodu wpłaty, sprostowanie na piśmie, upoważnienie dla mnie, dekret przejęcia władzy nad galaktyką, takie tam…) i wysłał swojego ulubionego padawana (żonę znaczy, no bo kogo innego) do siedziby nieprzyjaciela.

                                                         

Nie żebym znajdowała jakąś masochistyczną rozkosz w bieganiu po sądowych korytarzach, po prostu i tak miałam tam coś do załatwienia, więc przy okazji wzięłam też papiery P.  Uzbrojony szturmowiec przy wejściu skierował mnie do odpowiedniego losowego pomieszczenia na drugim piętrze. Sprawę wyłuszczyłam, spotkałam się nawet ze zrozumieniem i życzliwością Pani Zza Biurka, ale na tym lista przyjemności się skończyła. Czekałam 25 (słownie: dwadzieścia pięć) minut, aż urzędniczka znajdzie właściwą teczkę. I wiecie co? Nie znalazła. Beztrosko oznajmiła, że akta tej konkretnej sprawy zaginęły, ale nie ma się czym martwić, bo to się przecież zdarza. Jasne. Tylko że w naszym sądzie „to się przecież zdarza” za często. Kilka lat temu, w wezwaniu na sprawę o uznanie spadku po mojej mamie, oprócz nazwiska taty i mojego znalazły się dane jakiegoś obcego faceta. Kiedy zapytałam sędzinę, kto to jest, odparła, że nie ma pojęcia, pewnie pani Zosi z sekretariatu „się przekopiowało” z szablonu albo z dokumentów innej podobnej sprawy. Całe szczęście, że nie „przekopiował się” jej przy moich danych jakiś wyrok skazujący za morderstwo, bo dopiero byłoby co wnukom opowiadać, kiedy w końcu wyszłabym z więzienia.

No dobra, ale wróćmy do teczki. To znaczy do jej poszukiwań; do teczki nie możemy wrócić, bo się nie znalazła. Pani Zza Biurka coś tam przebąkiwała, że jak Vader wróci z misji, to go zapyta (a może nie Vader, tylko Waldek? Już nie pamiętam dokładnie)… Tymczasem ja zostałam skierowana piętro wyżej do kwestury, bo skoro chodzi o kasę, to tam na pewno będą wiedzieli, co z tym zrobić. Poszłam zatem, dziękując po drodze samej sobie, że jednak zostawiłam Księżniczkę u cioci, bo pokonywanie schodów i korytarzy z niemowlakiem na ręku albo w wózku stanowiłoby w istocie mission impossible (tak, wiem, to nie ta bajka, tak mi się tylko skojarzyło).

W kwesturze Inna Pani Zza Biurka z radością odkryła, że podpis na wezwaniu do zapłaty należy do niej. Pomyślałam, że wreszcie tę sprawę zamkniemy. O, ja naiwna. Urzędniczka owszem, znalazła w komputerze stosowny plik, po czym potwierdziła, że faktycznie takie pismo wysłała. Czyż to nie wspaniałe? Zawsze mogła zasugerować, że P. (aż by się chciało powiedzieć: Łotr 1) sam sobie taki monit wystawił, na przykład żeby sabotować działania Imperium… albo cokolwiek. Położyłam przed nią kopię dowodu dawno uiszczonej opłaty. Ku mojemu rozczarowaniu wyciągnęła z szuflady nie miecz świetlny, a najzwyklejszy ołówek, po czym otworzyła pękaty segregator i postawiła tym ołówkiem parafkę na jakimś dokumencie, wypowiadając jednocześnie słowo: „już”.  Zapytałam, jak to „już”, dodając nieśmiało, że chciałabym jakieś potwierdzenie tego, iż ta wpłata jednak wpłynęła, coby za kilka tygodni znowu nie otrzymać podobnego wezwania. Urzędniczka popatrzyła na mnie, jakbym rzeczywiście przybyła z innego uniwersum. Wyjaśniła jednak cierpliwie, że:
a) przecież mam potwierdzenie, w związku z czym ona nie może wydać potwierdzenia potwierdzenia, bo co tu potwierdzać, skoro jest potwierdzone;

b) jeżeli mąż uiścił opłatę zaraz po rozprawie, to mamy się niczym nie martwić, właściwie to mogłam nawet nie przychodzić, po co sobie (w domyśle: i jej) kłopot robiłam, bo w końcu na co komu udowadnianie, że pismo było bezzasadne…

c) ona pracuje tylko w kwesturze, a kwestura zajmuje się tym, co przyjdzie z księgowości (tutaj moja chora wyobraźnia zaczyna mi wygrywać w głowie „Marsz imperialny”, w rytm którego przychodzą z owej księgowości rozmaite stwory z „Gwiezdnych wojen”, od Ewooków do Sithów, a Inna Pani Zza Biurka musi dzielnie stawiać im czoła… hm… zdecydowanie miecz świetlny sprawdziłby się tu lepiej niż ołówek… ale ja nie o tym). Czyli sprawa zostanie definitywnie zamknięta dopiero w momencie, kiedy z księgowości przyjdzie teczka z oryginalnym dowodem wpłaty. Yyy… czyżby ta zaginiona?

Pozostało mi więc zgarnąć z powrotem wszystkie (bez)wartościowe papiery i wrócić moim, he he, Sokołem Millennium* na własną planetę…

                                                              http://cdn.wegotthiscovered.com/wp-content/uploads/MillenniumFalcon-SWE.jpg

*Muszę mu jutro powtórzyć ten komplement przy wsiadaniu. Jeśli usłyszy, jak go ciepło nazywam, to może te cholerne wtryski przetrzymają do wiosny, bo teraz nie mam za co ich wymienić… a jak padną, to nie dolecę nawet na parking pod Biedronką, o międzygwiezdnych podróżach nie mówiąc. ;)

5 typowych błędów wychowawczych, których chciałabym uniknąć

M. powiedział ostatnio, że moją pisaninę da się czytać, bo nie wymądrzam się  na temat wychowania. Po dzisiejszym poście chyba więcej tu nie zajrzy… albo po prostu przestanie się do tego przyznawać. ;)

Księżniczka jest jeszcze malutka, dlatego chyba za wcześnie – nawet dla mnie samej – na ocenianie tego, jaką jestem matką. Wiem, że brakuje mi organizacji. Chociaż całkiem nieźle łączę pracę z opieką nad córką, to jednak daleko mi do idealnie zorganizowanych koleżanek, które potrafią trzymać się codziennej rutyny z dokładnością do milisekundy. Na pewno wiele rzeczy zaskoczy mnie w trakcie dorastania pociechy. Potrafię jednak wskazać (z lekkim przymrużeniem oka) znane mi z bliższego lub dalszego doświadczenia błędy wychowawcze, których za wszelką cenę będę się starała unikać. Co oczywiście nie znaczy, że mi się to uda…

  1. Brak dbałości o dietę pociechy

                                                         https://i.imgflip.com/1mya4x.jpg

U ciotki Grażyny na obiad zawsze był bigos i gotowane parówki (tzw. „serdelki”) z musztardą. ZAWSZE. Na Wszystkich Świętych, Nowy Rok, z okazji imienin wujka, odwiedzin dalekiej rodziny, nawet na komunii i urodzinach jej jedynej córki. Jako dziecko zastanawiałam się, czy oni w ogóle jedzą coś poza tym zestawem. Byłam gotowa założyć się  z każdym, że nie. Z kolei u mojej koleżanki ze szkoły, Magdy, królowała sałata. Jej mama postanowiła, że Magda będzie modelką, dlatego nawet w wieku dojrzewania na obiad dostawała suchego ziemniaka i sporą garść endywii czy innego zielska. Kiedyś zaprosiła mnie do siebie na lody, po czym podała w miseczce…  kostki zamrożonej wody z dodatkiem soku owocowego. Na tym tle kuchnia moich rodziców wydawała mi się prawdziwym Eldorado, ale nim nie była. Mama i tata gotowali smacznie, tylko okropnie niezdrowo. Nie wyniosłam z domu żadnych nawyków, dotyczących właściwego żywienia… i konsekwencje tego ponoszę do dzisiaj, choć to o wiele bardziej złożony problem. Wszystko oczywiście jest dla ludzi, chciałabym, żeby moja córka znała smak coli, Big Maca i czekolady, ale przede wszystkim pragnę ją nauczyć podstaw racjonalnego odżywiania.

 2. Wyręczanie pociechy ze wszystkim

                                                       https://img8.demotywatoryfb.pl//uploads/201606/1466442690_6dhjoh_600.jpg

Jeżeli będę umiała tego dotrzymać, to sama sobie przyznam Nobla, Pulitzera i Oscara jednocześnie. Ja niestety z tych, którzy wolą zrobić wszystko osobiście, choćby za kogoś, ale po swojemu. Mając zdecydowanie zbyt często do czynienia z nastolatkami, którzy nie potrafią nawet umyć po sobie kubka, mam jednak mocne postanowienie nauczenia Księżniczki samodzielności. Już w tej chwili oboje staramy się pozwalać jej na  jak największą autonomię w poznawaniu świata. Zobaczymy, na ile wystarczy nam energii. :)

3. Idealizowanie swojego dziecka

                                                         Podobny obraz

Oho, za późno. Przecież to oczywiste, że Księżniczka jest najśliczniejszym, najmądrzejszym i najbardziej uroczym bobasem, jaki kiedykolwiek się narodził. A kto twierdzi inaczej, ten się nie zna… i nas też równie dobrze może już nie znać, o! Nie no, żartuję. Pewnie, że dla nas malutka jest dzieckiem idealnym, ale to nie znaczy, że musi budzić zachwyt w całym otoczeniu (chociaż mogłaby… :D ). Obiektywizm wychowawczy to niestety oksymoron, ale chciałabym przynajmniej umieć pozwolić córce ponosić konsekwencje swojego zachowania. Nie uważam też, że musi być we wszystkim najlepsza. Znoszenie porażek to cenna, a przede wszystkim przydatna umiejętność.

4. Dostrzeganie w dziecku samych negatywnych cech

                                                    http://resources2.news.com.au/images/2011/01/18/1225990/557806-granny.jpg

Przeciwieństwo punktu poprzedniego. Są rodzice, którzy wiecznie wytykają potomkom ich słabości. Jeżeli Jasio od małego słyszy, że ma za duży nos i krzywe nogi, a do tego brakuje mu zdolności matematycznych, własnego zdania i w ogóle piątej klepki, to raczej nie wyrośnie z niego szczęśliwy i pewny siebie młody człowiek. Takie zachowania opiekunów – choć w nieco innej odmianie – często widać też w trakcie edukacji pociech. Kiedy nauczyciel mówi na wywiadówce, że w szkole doszło do kradzieży, rodzic-czarnowidz od razu krzyczy: „To na pewno mój Franek! Zabiję gnojka!”. Nie traci rezonu nawet wtedy, gdy zdziwiony wychowawca dopowiada, że skradzionym dobrem było mięso ze stołówki, a złodziejem okazał się kulawy jamnik pani woźnej.

5. Przelewanie na pociechę własnych ambicji

                                          http://i.dailymail.co.uk/i/pix/2014/01/10/article-2537207-009026A3000004B0-652_634x765.jpg

Wydaje mi się, że z tym akurat nie powinnam mieć problemu (ewentualnie przeczytam ten wpis za kilkanaście lat i po cichu go wykasuję, żeby zatrzeć ślady własnej naiwności). Chcielibyśmy z P. pokazać Księżniczce wiele różnych możliwości rozwijania swoich zainteresowań. Pewnie, że chętnie zobaczyłabym ją w mundurze harcerskim, dodatkowo najlepiej z dobrą książką w ręku. Mąż ucieszyłby się, gdyby pojechała z nim na mecz piłki nożnej do jednej z europejskich stolic albo przynajmniej ograła go w coś na konsoli. Jeżeli jednak zamiast tego mała wybierze balet albo kółko origami, a po podstawówce postanowi pójść na przykład do szkoły plastycznej, to też dobrze. W końcu ma szukać własnego miejsca na ziemi, my już swoje znaleźliśmy.

Czas pokaże, na ile udało mi się uniknąć powyższych pułapek!

https://www.turborotfl.com/system/pics/20120723/106886/Heartbroken_Mickey_Mouse.jpg

#MeToo?

Dzisiejszy post może zostać uznany za epigoński, bowiem echa internetowej akcji, mającej uwydatnić skalę molestowania seksualnego, powoli przebrzmiewają. Długo wstrzymywałam się z zabraniem głosu w tej sprawie głównie dlatego, że mój stosunek do powyższego przedsięwzięcia pozostawał ambiwalentny i nieco przypominał sinusoidę.

Otóż w pierwszym odruchu uznałam tagowanie się na Facebooku jako osoby skrzywdzonej za objaw kolejnej mody na szokowanie i postanowiłam w ogóle nie brać w tym udziału. Potem przypomniałam sobie, że ten problem niestety mnie również dotyczy, o czym napiszę niżej. W dalszej kolejności pomyślałam, iż ilość nie przekłada się na jakość, czyli liczba postów z hashtagiem #MeToo jest tak wielka, że cała akcja zwyczajnie przez to powszednieje, bo już nikt nie zwraca na nie uwagi. Moje postrzeganie zmienił jednak szczery i poruszający wpis kolegi ze studiów, który pokazywał, jak ta sprawa może wyglądać z męskiej perspektywy. I wreszcie, kiedy sądziłam, że to całe #MeToo już się zakończyło, uderzyła mnie (niemal dosłownie) nowa fala artykułów z tym oznaczeniem, ale opisująca moim zdaniem sytuacje, którym, mówiąc bez ogródek, do molestowania daleko… Do napisania niniejszego tekstu skłoniła mnie więc nie tyle sama kampania, ile skala paranoi, do jakiej urosła.

Wspomniałam, że też padłam ofiarą molestowania. Przypominam sobie bez trudu przynajmniej trzy takie sytuacje, w których charakter trudno wątpić:

  1. W podstawówce miałam w klasie kolegę, który w wieku dojrzewania notorycznie łapał dziewczyny za piersi i pośladki, wkładał im ręce pod bluzki etc. Oberwał kiedyś za to w twarz – sądzę, że nie tylko ode mnie. Inna sprawa, że chłopak w ogóle był dosyć… hmm… specyficzny, ale mimo tego sympatyczny. I chociaż to jego obmacywanie zdecydowanie powodowało dyskomfort i irytację, to chyba żadna z dziewczyn nie czuła się tym upokorzona. Uznałyśmy widocznie, że „ten typ tak ma” (nie dlatego, że jest facetem i mu wolno, tylko dlatego, że ten konkretny kolega ma po prostu takie „odchyły”, coś w rodzaju niegroźnego wariata). Owe zachowania zresztą przeszły Arkowi wraz z burzą hormonalną.
  2. Pierwszy rok studiów. Wracamy z Anetą z uczelni tramwajem – takim z pojedynczymi siedzeniami. Siadam tuż za nią, rozmawiamy. Na kolejnym przystanku wsiada facet – podstarzały i obleśny. Obejmuje ramionami nasze siedzenia tak, że odcina nam drogę ucieczki. Zaczyna opowiadać, co by z nami zrobił w łóżku. Szczegółowo. Odpowiadam, że nie ma na co liczyć. On na to, że jest bogaty i takie dzi*ki jak my to bez problemu może kupić i żadna mu się nie oprze. „A jednak!” – mruczy Aneta, na co koleś nachyla się i próbuje ją pocałować w usta. Nie udaje mu się chyba tylko dlatego, że tramwaj gwałtownie hamuje. Facet zwalnia uścisk, jakimś cudem wysiadamy. Wiecie, co było w tym wszystkim najgorsze? Nawet nie ten obrzydliwy typ, bo takich jest pewnie na pęczki. W wagonie pełnym ludzi nie znalazł się nikt, żeby zareagować. Przeciwnie, nasi rówieśnicy stojący nieopodal mieli doskonały ubaw z dwóch przerażonych studentek…
  3. Sytuacja najtrudniejsza, najbardziej osobista i tym razem naprawdę traumatyczna, bo sprawcą był mój dobry znajomy. Ba, przez kilka lat uważałam go nawet za przyjaciela, choć teraz, gdy o tym myślę, dociera do mnie, jak bezdennie byłam wtedy głupia. Tym bardziej, że sygnałów, aby trzymać się od niego z daleka, było aż nadto. Do tej pory nie jestem w stanie szczegółowo opisać tej sytuacji. Grunt, że zostaliśmy kiedyś przez chwilę sami i postanowił ten fakt wykorzystać. Na szczęście nie zdążył…

Wiem, że wiele dziewczyn (może nawet większość) ma za sobą podobne wspomnienia, jeśli nie gorsze. Dlatego taka akcja jak #MeToo jest potrzebna choćby po to, aby pokazać, że nie jesteśmy same. I właśnie z tego powodu okropny niesmak budzi we mnie oznaczanie tym hashtagiem wszystkich męskich zachowań z minimalnym choćby podtekstem seksualnym. Nie rozumiem, jak można porównywać np. próbę gwałtu z sytuacją, kiedy obcy mężczyzna mówi napotkanej przypadkiem kobiecie, że ma piękne nogi.

Ot, chociażby taki przykład: oprócz tego nieszczęsnego pktu 3. zdarzyło mi się jeszcze przynajmniej dwa razy otrzymać propozycje seksualne od bliskich znajomych. Nie wiem, czy któraś z nich była wypowiedziana w 100% serio. Prawdopodobnie nie, ponieważ autorem pierwszej był chłopak nieszczęśliwie we mnie zakochany, który od początku wiedział, że nie ma na co liczyć (nawet żal mi się zrobiło biedaka ;) ); druga natomiast wyszła z ust starego kumpla i raczej stanowiła formę żartu, droczenia się, niż rzeczywistej oferty. Być  może jestem dziwna, zdominowana przez patriarchat czy coś w ten deseń, ale wiecie co? Obie te propozycje potraktowałam jako komplementy. Zgadzam się, że nie w każdym kontekście komunikat „chciałbym pójść z tobą do łóżka” jest stosowny i że w określonych okolicznościach (patrz pkt 2. powyżej) jak najbardziej jest przejawem molestowania. No ale właśnie, nie każdy i nie zawsze.

Mam wrażenie, że przesadzając, niektóre uczestniczki akcji wylewają dziecko z kąpielą. Z jednej strony jako kobiety pragniemy męskiego zainteresowania, a z drugiej wszelkie jego przejawy zaczynamy traktować jako atak na naszą godność i cielesność. Już nie mówiąc o tym, jak musi się czuć ofiara gwałtu, która w dobrej wierze wyznaje, co ją spotkało, a potem czyta komentarz innej dziewczyny w stylu: „nie martw się, #JaTeż, bo kumpel z pracy zaśpiewał na mój widok „Baśka miała fajny biust”…”

A może źle rozumuję? Co myślicie o całej tej akcji?

„Nie bądź pewny, że czas masz, bo pewność niepewna”

Tytułowy cytat pochodzi z wiersza ks. Jana Twardowskiego i odnosi się do przemijania. Pozwolę sobie jednak wyrwać go z macierzystego kontekstu, bo świetnie ilustruje to, o czym chcę teraz pisać.

Kilka dni temu minął nam rok od uzyskania kwalifikacji w ośrodku adopcyjnym. Panie z oceniającej nas komisji powiedziały, że okres oczekiwania na TEN telefon w naszym OA wynosi około półtora roku. I mimo iż wiedzieliśmy, że ten termin ma charakter orientacyjny, w związku z czym nie może być w jakikolwiek sposób wiążący, to jakoś wbiliśmy sobie do głowy te osiemnaście miesięcy i właściwie aż do TEGO dnia żyliśmy tak, jakbyśmy jeszcze mieli czas…

Pisałam już wcześniej, że na sam moment odebrania wiadomości o tym, że jest dziecko, nie da się przygotować. Bez względu na to, ile się czeka, on zawsze przychodzi niespodziewanie i przeważnie w najmniej odpowiedniej chwili; bo końcu większość kandydatów na rodziców adopcyjnych pracuje, ma jakieś zobowiązania rodzinne lub jeszcze inne pootwierane sprawy. Jak to w codziennym życiu – zawsze jesteśmy „w środku czegoś”. Tak było i w naszym przypadku, choć oczywiście udało się (z mniejszym lub większym trudem) wszystko pogodzić.

Ostatnio wspominaliśmy z P. tę zeszłoroczną kwalifikację i doszliśmy do wniosku, że właściwie dopiero teraz powinniśmy zacząć spodziewać się telefonu z propozycją dziecka – a tymczasem nasza „propozycja” nosi już ubranka na 74/80 i zasuwa po domu ruchem, którego rodzaju chyba żaden fizyk nie potrafiłby określić. Największą radochę ma z tego mój teść, bądź co bądź zawodowy żołnierz, który woła do Księżniczki: „czołganiem przez pełzanie – naprzód!” i sam cieszy się jak dziecko, że mała z roześmianą buzią wykonuje rozkaz. ;) Wniosek z tego taki, że nasza pociecha będzie owszem, inżynierem, ale wojskowym.  Jest to tym bardziej prawdopodobne, że opanowała już:

-  technikę kamuflażu poprzez błyskawiczne okrycie się kocem/ręcznikiem/spodniami ojca/nie-chcecie-wiedzieć-czym-jeszcze;

- umiejętność okopywania się w łóżku i ostrzeliwania rodzica przeciwnika amunicją złożoną ze smoczka oraz pomniejszych zabawek;

- skuteczny sposób wysyłania sygnału S.O.S na wszystkich częstotliwościach jednocześnie;

- mechanizm produkcji własnej broni biologicznej o dużej skali rażenia.

Póki co ma niestety zdecydowany problem z karnością, zwłaszcza z komendami nakazującymi szeroko rozumiany odwrót, ale pracujemy i nad tym. :)

No cóż… gdyby rok temu ktoś nam powiedział, że w naszym salonie wyląduje dywan w gwiazdki, a na nim dmuchane klocki, grająca małpka i pluszowy miś w bawarskich spodenkach, to pewnie uznalibyśmy, że ma bujną fantazję albo po prostu myśli życzeniowo. Tymczasem po tym obślinionym dywanie w gwiazdki tarza się nasze największe szczęście. :)

Poranna kawa z kulkami na mole i inne aromaty

Niesamowite, jak ludzki mózg kojarzy i zapamiętuje zapachy. Wystarczy lekka woń czegoś znanego i już myśli wędrują w przeszłość, odkopując spod gruzów przedziwne i pozornie dawno zapomniane sytuacje.

Na przykład jedziecie sobie autobusem do pracy, na przystanku koło ryneczku wsiada kobiecina z torbą truskawek i od razu w głowie otwiera Wam się, powiedzmy, wspomnienie tego durnego Krzyśka z klatki obok, który dłubał w nosie i strasznie się pocił, ale za to jego mama robiła najlepsze ciasto truskawkowe, jakie kiedykolwiek jedliście. O, albo przechodzicie koło czyjegoś okna, czujecie zapach gorącej pomidorówki i mimowolnie zaczynacie wspominać lato sprzed ćwierć wieku, a konkretnie popołudnie, kiedy Baśka zleciała z drzewa i skręciła kostkę. Tak się złożyło, że Nowakowa spod ósemki gotowała akurat wtedy zupę pomidorową, którą czuć było na całym podwórku.

U mnie pierwszym takim zapachem jest aromat kawy. I nie tam żadnej kolumbijskiej bezglutenowej latte machiatto z mlekiem kokosowym i stewią, tylko zwykłej, parzonej w szklance z uchem albo i z koszyczkiem. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ta woń przenosi mnie… w las. Pisałam niedawno w komentarzu u Izzy, że dosyć wcześnie zaczęłam pić kawę. Było to jeszcze pod koniec podstawówki, a wszystko za sprawą Mamuchy, czyli pani T., naszej ukochanej obozowej kucharki. Kiedy bladym świtem wstawałyśmy z zastępem na dyżur w kuchni, w stosownym namiocie czekała już na nas Mamucha z gorącą kawą, żeby dodać nam energii do pracy. Rozumiem, że co niektórych może to oburzać. Dla nas też ta kawa miała posmak zakazanego owocu, może dlatego tak nam smakowała… Razem z rozpalanym właśnie ogniem pod kuchnią polową, kromkami świeżego chleba prosto od piekarza, zapachem drewna i porannej rosy tworzyła klimat, którego po prostu nie da się podrobić.

Drugą nostalgiczną wonią jest właśnie las. Nic na świecie nie pachnie tak, jak leśna flora, zwłaszcza późną wiosną. Możecie się śmiać, ale mnie ten zapach… wzrusza. W pełnym znaczeniu tego słowa. Odejmuje mi lat i przenosi w czasy wolności, przyjaźni, młodzieńczych marzeń i wyzwań. Ech…

Żeby jednak nie było, że ja tu tylko tak ekologicznie i harcersko, to teraz będzie o frytkach. J. nazywa ten zapach (i smak) „frytkami przystankowymi”, bo kojarzy jej się z budą przy  lokalnym PeKaeSie. Chodzi o woń grubo krojonych ziemniaków, smażonych w głębokim oleju (na którym zapewne jeździł później – albo co gorsza wcześniej – wspomniany PKS), parzących palce albo jedzonych tymi małymi plastikowymi widelczykami. Mimo że nie przepadam za fast foodem, to trochę tęsknię za czasami, kiedy wracało się z rodzicami znad jeziora i po drodze wstępowało właśnie na takie rarytasy. Pewnie dlatego w latach studenckich polowałyśmy z J. na „frytki przystankowe” w naszym akademickim mieście i cieszyłyśmy się za każdym razem, kiedy jakaś podejrzana gastrobuda nam nimi zapachniała.

O, i jeszcze kulki na mole! Moja śp. babcia mieszkała w dużej starej kamienicy. Dziś widnieje ona już na liście zabytków (kamienica, nie babcia), ale niestety do niedawna (przez całe lata!) o budynek nikt nie dbał, więc zadomawiały się w nim szczury, mrówki, pluskwy i inne dziadostwa (Dziubasowa, coś dla Ciebie! ;) ). Dziadkowie walczyli z nimi domowymi sposobami, wśród których znajdowały się nieśmiertelne naftalinowe kulki. Babcia dodatkowo starała się zamaskować ich zapach kwiatowym mydłem. Razem tworzyło to mieszankę tyleż mdłą, co intrygującą. Mój ojciec chrzestny, a zarazem syn owej babci, przywiózł mi ostatnio torbę moich własnych ubranek niemowlęcych, przezornie upchniętych przez babcię w czeluściach szafy, w których to przeleżały jakieś trzydzieści osiemnaście lat. Kiedy otworzyłam pakunek, uderzył mnie właśnie ten mydlano-kulkowy aromat. I chociaż większość rzeczy zdecydowanie nie nadaje się do noszenia przez Księżniczkę, to jednak miło było odbyć tę sentymentalną podróż do krainy dzieciństwa.

Listę – przynajmniej tymczasowo, póki sobie czegoś nie przypomnę – zamyka zapach taniej pasty do podłogi. Tym razem akurat nie przywodzi żadnych pozytywnych wspomnień, tylko traumę związaną z przedszkolem. Nie lubiłam do niego chodzić, a posadzki zawsze rano cuchnęły tym ustrojstwem, które w dodatku jakoś nie chciało wywietrzeć. Do tej pory, kiedy czuję gdzieś – na szczęście coraz rzadziej – tę ostrą woń, ściska mi się żołądek. I coś mi mówi, że gdy będę szła zapisać do przedszkola Księżniczkę, to taki aromat od progu może niechcący zdyskwalifikować w moich nozdrzach (czy tam oczach) całą placówkę z personelem włącznie. ;)

Ciekawe, co do tego zestawienia za parę(naście) lat dołoży moja córa, bo póki co nie robi na niej wrażenia nawet zapach własnej kupy, o innych rzeczach nie wspominając. ;)

Smycz nasza powszednia

Już jestem! Dłuższe nieco milczenie było spowodowane koniecznością pisania innych, mniej przyjemnych rzeczy, ale o tym kiedy indziej.

Wpadł mi ostatnio w ręce zeszłoroczny tomik poetycki Marcina Świetlickiego. Znalazłam w nim taką perełkę:
„Spałem    źle.    W    tym    kraju,    w    którym    cała    populacja    nabożnie    kontempluje    przenośne telefony.    Już    niedługo    niemowlęta    będą    nimi    obdarowywane    z    okazji    chrztu.    Spałem źle.    W    tym    kraju,    w    którym    mrok    rozświetlają    błękitne    poświaty    z    ekranów.    Już    nie rozmawiają.    Wpatrują    się    w    zdjęcia    kotków.    Tylko    tyle    mają.    Źle    spałem.”

Przypomniało mi to taką sytuację sprzed kilku lat: niedziela, parę minut po 23. Z rozkosznego zasypiania wyrywa mnie dźwięk telefonu. Nie znam numeru, więc nie odbieram. Za chwilę jednak dzwoni drugi raz, a potem trzeci. Coraz bardziej rozbudzona zaczynam myśleć trzeźwiej… Może coś złego spotkało któregoś z uczniów? Wiele się nie pomyliłam. Kiedy za trzecim razem odebrałam, w słuchawce odezwał się kobiecy głos:
- Dzień dobry! (o dwudziestej, kurde, trzeciej!) Tutaj Iksińska Grażyna, mama Adasia z pani klasy. Kojarzy pani Adasia?

Nie, skądże. Po co miałabym rozpoznawać własnych wychowanków?

- Tak, oczywiście, Adasia – dukam zaspanym głosem – czy coś się stało?

- Stało? Nie, dlaczego? Dzwonię do pani, bo chciałam zapytać, co Adaś ma przynieść na jutro na plastykę.

Nerwowo rozglądam się po sypialni w poszukiwaniu czegoś, co upewni mnie, że nie śnię. Oczywiście nie ma to sensu, bo w pokoju jest ciemno jak wiecie gdzie.

- Przepraszam, ale ja nie uczę plastyki…

- No tak, ale jest pani wychowawcą czy nie? Chyba wie pani takie rzeczy?

- Przykro mi, nie wiem. Młodzież ma plastykę raz w tygodniu, Adaś był przecież w szkole… jeśli nie zapamiętał z lekcji, to zawsze mógł zapytać kolegów. Nawet w weekend, w końcu cała klasa ma Facebooka.

- No widzi pani, ale to wychowawca powinien dbać, żeby uczeń był przygotowany. Proszę, żeby zadzwoniła pani do nauczyciela plastyki i zapytała, co Adaś ma na jutro przynieść.

Już się rozpędziłam, żeby w niedzielę przed północą wydzwaniać do koleżanki, która w dodatku ma małe dziecko i musi rano dojechać 30 km do pracy, z pytaniem o taką pierdołę… Nawet nie jestem pewna, czy w ogóle miałam jej numer telefonu. Swoją drogą nie wiem, co miałoby to dać, skoro nieszczęsna plastyka była w poniedziałek o ósmej rano. Skąd pani Iksińska wzięłaby w ciągu nocy na przykład pomarańczową krepę albo złotą farbę w sprayu. Nieważne zresztą, bowiem grzecznie acz stanowczo odmówiłam.

Podobnych sytuacji zdarzyło mi się w karierze znacznie więcej, ale ta z mamą Adasia była chyba najbardziej ekstremalna. Chociaż może niekoniecznie, bo był jeszcze taki tatuś, który wydzwaniał do mnie w trakcie lekcji, po czym telefonował do dyrekcji ze skargą, że nie odbieram.

Piszę o tym dzisiaj, bo doszłam w życiu do momentu, kiedy marzy mi się choć tymczasowe odcięcie od świata, a w szczególności wszelkich jego elektronicznych dobrodziejstw. Telefony komórkowe zdecydowanie ułatwiają życie, czasem nawet ratują, ale równocześnie stanowią coraz bardziej uwierającą smycz. Ta wieczna potrzeba (a raczej konieczność) bycia w kontakcie  sprawia, że zacierają się granice pomiędzy tym, co publiczne, a tym, co prywatne. I dlatego takie mamy Adasiów nie widzą niczego niewłaściwego w zawracaniu komuś du… głowy w taki sposób, jak wyżej.

Odwrotu już nie ma, wszyscy jesteśmy przypięci do tej technologicznej smyczy. Mój mąż w swojej poprzedniej pracy musiał być pod telefonem 24 na dobę. Odbierał połączenia służbowe nawet w podróży poślubnej i na pogrzebie babci. Miałam ochotę go zamordować (a w tym drugim przypadku pochować jego Blackberry razem z denatką), ale pewnie na jego miejscu postępowałabym tak samo.

Młodzież jest jednak w jeszcze bardziej przykrej i niepokojącej sytuacji. Dzieciaki mają coraz większe problemy z integracją, nie potrafią rozmawiać. Na przerwach siedzą ze wzrokiem wlepionym w ekrany smartfonów. Pół biedy, jeżeli wzajemnie coś sobie na nich pokazują, choćby i te wspomniane przez Świetlickiego koty. Gorzej, jeśli każdy skupia się na własnym. Moja macierzysta szkoła próbowała niedawno wprowadzić zakaz używania komórek przez cały czas trwania zajęć. Rodzice się nie zgodzili, więc jest jak jest.

Nachodzi mnie w tym momencie pewna refleksja, całkowicie poważna. Ostatnio głośno było o samobójczej śmierci nastolatka, któremu rówieśnicy dokuczali ze względu na (wyimaginowany czy nie) homoseksualizm. W medialnych dyskusjach za tę tragedię na przemian oskarżano rodziców (bo nie potrafili dostrzec cierpienia syna oraz zapewnić mu wsparcia) i szkołę (za ignorancję i lenistwo nauczycieli, którzy nie chcieli widzieć, że chłopiec był gnębiony). Zapewne sporo prawdy jest i w jednych, i w drugich zarzutach. Mnie jednak zastanawia, czy przypadkiem nie pominięto sedna problemu. Myśląc o przemocy wśród młodzieży, my, dorośli, często mamy jej stereotypowy obraz, rodem z amerykańskich filmów o licealistach: grupka osiłków znęca się nad słabszymi, wyłudzając pieniądze albo wymuszając określone zachowania. Tymczasem współczesne prześladowania wśród nieletnich coraz częściej przenoszą się do sieci. W szkołach, w których pracuję, na korytarzach – poza pojedynczymi przypadkami – nie ma bójek, przepychanek, kłótni. Dzieciaki załatwiają sprawy między sobą tam, gdzie nie można ich kontrolować – w świecie wirtualnym. Oczywiście nie mam pewności, że tak było też w sytuacji wspomnianego chłopaka… ale myślę, że istnieje duże prawdopodobieństwo.

Tuż przed odejściem na urlop macierzyński zajmowałam się sprawą cyberprzemocy w roczniku mojej klasy. Ze względu na dobro poszkodowanej nie mogę napisać nawet anonimowo, o co chodziło, ale zdradzę Wam, że zarówno ja, jak i pedagog oraz dyrekcja byliśmy w szoku, iż tak młodym ludziom tak okrutne i obrzydliwe rzeczy mogą w ogóle przyjść do głowy. Na szczęście pokrzywdzona dziewczynka miała do mnie na tyle zaufania, że od razu zgłosiła mi problem. Otrzymała też ogromne wsparcie ze strony rodziców, którzy zresztą modelowo wręcz współpracowali ze szkołą przy wyjaśnianiu tej sprawy. Strach pomyśleć, jak potoczyłaby się historia, gdyby ofiara przemocy nikomu o niej nie powiedziała…?

Zdaję sobie sprawę, iż na złoty środek jest już za późno. Nie da się funkcjonować bez komórki i Internetu. Sama łapię się na tym, że zapomnienie telefonu z domu jest dla  mnie jak zgubienie inhalatora przez astmatyka. Dochodzi do tego jeszcze n-te prawo Murphy’ego: zawsze najważniejsze wiadomości i połączenia przychodzą wtedy, kiedy akurat nie można ich odebrać. Marzę jednak o tym, że skoro smyczy nie da się zerwać, to może można by ją chociaż jakoś poluzować? Macie jakiś pomysł, jak to zrobić?

A tymczasem kończę, bo telefon dzwoni… Czyżby znowu niecierpiące zwłoki zaproszenie na superpokaz supergarnków?