Category: Bajki adopcyjne

O krasnoludkach i małej dziewczynce

Pierwszy rok studiów. Wykład jednego z tych profesorów, z którymi dla własnego bezpieczeństwa lepiej nie zadzierać. W sali zupełna cisza. Prowadzący (jak zwykle poważny) staje za pulpitem i zaczyna od pytania: Kto z państwa widział krasnoludki? Audytorium w szoku, nikt albo prawie nikt się nie odzywa. Tak myślałem – wzdycha wykładowca i kontynuuje zajęcia. Półtorej godziny później, po ich zakończeniu, niespodziewanie dopowiada: Bo krasnoludki mogą zobaczyć tylko dobrzy ludzie.

Dzisiejsza bajka adopcyjna jest zatem przeznaczona dla dobrych ludzi, bo traktuje właśnie o krasnoludkach.

Krasnoludki żyją wśród ludzi od tak dawna, że świetnie znają ich zwyczaje. Rzadko mieszkają w ludzkich domach, ale chętnie zadomawiają się w przedszkolach, szkołach, urzędach, szpitalach, sklepach, teatrach i innych miejscach, gdzie wiele się dzieje. Nauczyły się więc dzielić nasze społeczeństwo na trzy kategorie:

- Nieskazitelnych – czyli osoby o idealnie czystych sercach; im jako jedynym krasnale mają odwagę się pokazać. Nie istnieje ich zbyt wielu i zwykle nikomu nie mówią o takich spotkaniach, żeby nie zostać uznanymi za szalonych.

- Zwyczajnych – to znaczy przeciętnych, mających sporo wad, ale i mnóstwo zalet. Do tej grupy należy większość ludzi. Nie mogą co prawda zobaczyć krasnoludków, jednak bardzo często doświadczają ich działania.

- Zagubionych – tych, którzy pobłądzili w życiu, przez co zatracili zdolność odróżniania dobra i zła; krzywdzą innych i samych siebie, nie chcąc otworzyć się na piękno świata. Krasnoludki trzymają się od nich z daleka.

Historia, którą tu opowiadam, zdarzyła się u progu wiosny. Po mroźnej zimie świat ponownie odżywał, dlatego skrzaty miały pełne ręce roboty: budziły ze snu cebulki kwiatów i pąki na drzewach, odkurzały skrzydła pszczół i woskowały pióra ptaków. Jedną z najbardziej zajętych społeczności krasnoludków była ta zamieszkująca pewien regionalny szpital. Oprócz zwyczajnego dbania o ogródek krasnale musiały też często malować na niebie naprzeciwko okien tęczę, która dawała pacjentom nadzieję na szybkie wyzdrowienie, zjadać okruszki niedobrego szpitalnego jedzenia, żeby wokół łóżek było czysto, podnosić z podłogi upuszczone tabletki i wreszcie – naciskać na dzwonek wzywający pielęgniarki, kiedy któryś z chorych nagle poczuł się źle.

Krasnoludki jednak słyną z pracowitości i zwykle bardzo lubią swoje obowiązki. Tak było i w tym przypadku. Skrzaty dobrze znały cały personel i szybko przyzwyczajały się do nowych pacjentów, od razu wiedząc, do której kategorii ludzi należą. Miały więc swoją codzienną rutynę, z którą było im bardzo dobrze. Aż nagle pewnego dnia stało się coś niezwykłego. Witek Korleonek, szef wszystkich szpitalnych krasnali, przyjmował właśnie raport o liczbie pacjentów na oddziale położniczym.

- Mamy siedemnaścioro noworodków! – zameldował Rozsądiusz, stukając małym ołóweczkiem w notesik.

- Musiałeś się pomylić! – zaprotestował Skrupulatek, przejeżdżając palcem po równiutko wypełnionej tabelce – Doliczyłem się tylko szesnastu mam, a żadna nie urodziła bliźniaków.

- Sam się pomyliłeś! – odpowiedział niezbyt grzecznie Rozsądiusz.

I pewnie doszłoby do kłótni,  gdyby nie Witek Korleonek, który uspokoił obu podwładnych. Postanowił, że osobiście zweryfikuje liczbę mam i dzieci. Tak też zrobił. Okazało się, że jego pomocnicy mieli rację: na oddziale leżało siedemnaścioro maluszków, a wraz z nimi tylko szesnaście mamuś. Wniosek był prosty w sformułowaniu, ale bardzo trudny do przyjęcia: jeden noworodek nie miał swojej mamy! Błyskawiczne śledztwo przeprowadzone przez Watsonka pozwoliło odkryć, że była to śliczna malutka dziewczynka. Watsonkowi aż ściskało się serduszko, kiedy na nią patrzył. Od razu postanowił więc, że trzeba koniecznie znaleźć jej mamę, a najlepiej oboje rodziców. Gdzieś przecież muszą być!

Krasnoludki oprócz pracowitości słyną też ze świetnej organizacji i doskonałej współpracy, czego dały dowód i tym razem. Zwołały wszystkie ptaki siedzące na szpitalnym dachu, wszystkie motylki obudzone tchnieniem wiosny, wszystkie pszczółki zbierające nektar w pobliskich ogródkach – słowem, wszystko, co żyje i lata. Opowiedziały o swoim odkryciu i poprosiły o pomoc. Ptaki i owady krążyły więc po okolicy, machając ze wszystkich sił skrzydełkami i szukały zagubionych rodziców. Pierwszy dzień wytężonej pracy nie przyniósł rezultatów, dlatego drugiego dnia obudziły się jeszcze przed świtem i postanowiły rozszerzyć obszar poszukiwań. Długo, długo nie przynosiły krasnoludkom żadnych wieści…

Wśród skrzydlatych pomocników krasnali była także pewna młodziutka jaskółka. Bardzo wzruszyła ją historia tej małej dziewczynki. Latała więc niestrudzenie nad pobliskimi miastami, przyglądając się wszystkim napotkanym ludziom. Nagle, zagapiwszy się na jakąś kobietę idącą chodnikiem, nie zauważyła budynku i wleciała wprost w otwarte okno jednego z mieszkań. Co gorsza, zaplątała się w firankę i nie umiała wylecieć. Była przerażona! Okazało się jednak, że niepotrzebnie. Trafiła do domu bardzo życzliwych ludzi, którzy wyplątali ją z firanki, posadzili na parapecie, napoili wodą, nakarmili ziarenkami i dali czas na dojście do siebie, pokazując także drogę, którą będzie mogła swobodnie opuścić ich mieszkanie, nie robiąc sobie przy tym krzywdy. Uspokajając skołatane nerwy, jaskółka usłyszała, jak pani domu mówi do pana: Ciekawe, kiedy odnajdzie się nasze dziecko. Tak długo już czekamy i tęsknimy… Pan przytulił ją i powiedział: Nie martw się. Tyle czasu szukamy, że w końcu znajdziemy nasze małe szczęście. Zobaczysz, będziemy wspaniałą rodziną! Usłyszawszy to, jaskółka zrozumiała, że niechcący wpadła we właściwe okno! Nie dokończyła nawet jedzenia ziarenek. Otrzepała tylko skrzydełka i natychmiast udała się w drogę powrotną do szpitala.

Ależ się wszyscy cieszyli, kiedy usłyszeli jej historię! Krasnoludki zadziałały ekspresowo: Arnoldek, największy twardziel wśród nich, poszedł osobiście do Pani Położnej. Była to kobieta Nieskazitelna, której krasnale mogły się ujawniać, ale zawsze towarzyszył temu pewien stres; w końcu rzadko rozmawiały z ludźmi. Arnoldek jednak zdobył się na odwagę i opowiedział Pani Położnej wszystko od początku: o liczeniu dzieci, poszukiwaniach i odkryciu dokonanym przez jaskółkę. Jego rozmówczyni była zachwycona, bowiem sama też chciała szukać rodziców dla tej małej dziewczynki. Zadzwoniła więc w kilka ważnych miejsc i już niebawem do szpitala zawitali Mama i Tata. Najbardziej cieszyła się jaskółka, która poznała w nich swoich niedawnych wybawicieli: panią i pana z przypadkowo odwiedzonego mieszkania.

Oboje byli bardzo wzruszeni i przejęci, że odnalazła się ich córeczka. Dziewczynka za to czuła się szczęśliwa i bezpieczna, czego dowodzi fakt, że słodko spała, kiedy Mama i Tata zabierali ją do swojego samochodu. Otworzyła tylko na chwilę oczka i szeroko się uśmiechnęła, bowiem zobaczyła cały sztab krasnoludków, który przyszedł ją pożegnać. Emocje były tak wielkie, że nawet Arnoldek i Witek Korleonek ukradkiem ocierali łzy wzruszenia, choć żaden z nich potem nie chciał się do tego przyznać. Pewne jest natomiast, że dziewczynka ich widziała i to do nich się uśmiechała. Wszystkie dzieci rodzą się z nieskazitelnie czystymi serduszkami – i tylko od nich i ich rodziców zależy, czy takie pozostaną.

Mała bohaterka tej historii żyje wraz z Mamą i Tatą w tym samym mieszkaniu, do którego kiedyś wpadła przestraszona jaskółka. Ona sama zresztą czasami zagląda w okna i zanosi krasnoludkom wiadomości o rodzinnym szczęściu, które z radością obserwuje.

KONIEC.

A teraz przyznać się: kto z Was widział krasnoludki?

Biuro detektywistyczne

Wreszcie doczekałam się momentu, w którym mogę wstawić moją ulubioną bajkę adopcyjną. Napisałam ją jeszcze w trakcie kursu, a dziś zmieniłam tylko kilka szczególików, żeby była bliższa prawdzie. Dedykuję poniższy tekst pani A. z ośrodka, która była pierwowzorem Pani Detektyw… i faktycznie to ona „odnalazła” naszą Małą Księżniczkę!

BIURO DETEKTYWISTYCZNE

W pewnym niewielkim miasteczku mieszkało sobie zgodne małżeństwo: Mąż i Żona. Mieli skromne, lecz ładne mieszkanie, wysłużony samochód i wiernego psa. Bardzo się kochali, ale do pełni szczęścia brakowało im dziecka. Wszędzie dookoła innym rodzicom przybywało córeczek i synków, a oni ciągle byli tylko we dwoje. Żadne z nich nie wiedziało, dlaczego tak się dzieje. Postanowili więc poszukać odpowiedzi.

Najpierw zajrzeli do ogromnej Biblioteki. Przeczytali cały dział Mądrych Książek, ale w ani jednej z nich nie było napisane, co się dzieje z ich dzieckiem. W końcu podeszła do nich stara, siwa i przygarbiona Pani Bibliotekarka. Kazała im wyjść, ponieważ zrobiło się późno i czas już było zamykać. Żona wyjaśniła, że szukają swojego dziecka. Pani popatrzyła na nią zza grubych okularów i powiedziała, że synka ani córeczki nie można znaleźć w książce i że pomóc w tym może tylko lekarz.

Żona z Mężem poszli więc do Pana Doktora. Był to bardzo miły pan w białym fartuchu, z rudą czupryną na głowie i ze śmiesznymi piegami na nosie. Wysłuchał uważnie swoich pacjentów, a potem bardzo dokładnie ich zbadał. Na końcu pokiwał smutno głową i powiedział do Męża:

- Nie wiem, co jest nie tak z brzuszkiem pana Żony, ale wygląda na to, że nie zamieszka w nim dzidziuś.

- Jak w takim razie mamy sprowadzić na świat dziecko? – dopytywał Mąż.

- Zadał mi pan trudną zagadkę – odparł Pan Doktor – a ja jestem od badania brzuszków, a nie rozwiązywania zagadek. Musicie szukać odpowiedzi gdzie indziej.

Małżeństwo bardzo posmutniało. Obojgu wydawało się, że już nigdy nie będą mieli dziecka. Pewnego dnia jednak Żona trafiła w gazecie na ogłoszenie znanej Pani Detektyw, która reklamowała się, że potrafi odkryć każdą tajemnicę. Po rozmowie z Mężem postanowili zaryzykować i pójść do jej biura. Pani Detektyw siedziała w dużym gabinecie za ogromnym biurkiem, na którym piętrzyły się stosy teczek z ważnymi dokumentami. Pomieszczenie wyglądało tak poważnie, że Żona i Mąż weszli tam bardzo onieśmieleni. Pani Detektyw okazała się jednak bardzo sympatyczną osobą. Miała włosy jasne jak promienie słońca i głos dźwięczny jak anioł. W dodatku nosiła okulary, dzięki którym wyglądała na bardzo mądrą. Od razu wzbudziła zaufanie małżeństwa. Wysłuchała uważnie swoich gości, po czym wyciągnęła z dna szuflady Strasznie Grubą Teczkę.

- Znam dużo dzieci, które szukają rodziców – powiedziała tajemniczo – ale nie wiem, czy któreś z nich jest wasze. Jak każdy detektyw, muszę mieć wskazówki, które naprowadzą mnie na ślad waszego maleństwa.

Następnie Pani Detektyw wyciągnęła ze Strasznie Grubej Teczki ogromny plik dokumentów. Było tam bardzo dużo testów, które kazała wypełnić Żonie i Mężowi. Znajdowały się w nich pytania o to, czy naprawdę mocno się kochają i jakie jest to dziecko, którego od tak dawna szukają. Czasem pytania były bardzo, bardzo trudne i małżonkowie obawiali się, że znowu z ich poszukiwań nic nie wyjdzie. Pani Detektyw uważnie przeczytała wszystkie odpowiedzi. Co chwilę notowała coś w specjalnym zeszycie, aż w końcu oznajmiła:

- Mówicie prawdę. Szczerze się kochacie i chcecie być dobrymi rodzicami. Mam już wszystkie wskazówki, a teraz idę szukać waszego dziecka. Pamiętajcie, że to niełatwe zadanie i może zająć dużo czasu, ale obiecuję, że się uda.

Mąż i Żona uspokojeni wrócili do domu. Czekanie bardzo im się dłużyło. Wierzyli jednak Pani Detektyw i nie tracili nadziei. Pewnego marcowego dnia, kiedy oboje byli bardzo zajęci w pracy, do Męża zadzwonił telefon. Anielski głos po drugiej stronie słuchawki oznajmił, że właśnie odnalazła się ich Córeczka. Mąż zadzwonił do Żony, która wybiegła z ostatniej lekcji jeszcze przed dzwonkiem. Nie chciała czekać ani chwili dłużej. Razem z Mężem popędzili swoim wysłużonym samochodem do Pani Detektyw, a ona opowiedziała im o pewnej malutkiej dziewczynce, która bardzo potrzebuje rodziców. Żadne z nich nie miało nawet cienia wątpliwości, że to jest ich Córka. Najszybciej jak to było możliwe pojechali do szpitala, gdzie przebywała zagubiona dziewczynka. Tak się ucieszyli na jej widok, że aż zabrakło im słów, żeby wyrazić swoją radość.

Niedługo później zabrali Córeczkę do swojego mieszkania i odtąd stanowią już pełną, kochającą się rodzinę. Czasami odwiedzają razem Panią Detektyw, żeby jej podziękować i pokazać, jak bardzo są razem szczęśliwi.

Najpiękniejszy prezent

Zbliżało się kolejne Boże Narodzenie. W sklepach pełno było już świątecznych dekoracji i upominków, a po zmroku ulice miast tonęły w blasku kolorowych iluminacji. Wszyscy sprzątali mieszkania, kupowali prezenty i piekli pachnące pierniczki.

Daleko na Biegunie Północnym Święty Mikołaj siedział w wielkim czerwonym fotelu i z uwagą czytał listy od dzieci z całego świata. Tak naprawdę większość z nich była do siebie podobna. Na przykład Lisa z Londynu prosiła o lalkę Elzę – tak samo jak 20784 dziewczynki z różnych krajów. Michałek z Wrocławia wymarzył sobie zestaw klocków Lego z postaciami z „Gwiezdnych wojen”. 33862 innych chłopców chciało dostać to samo. Każde z dzieci zapewniało, że było grzeczne i zasłużyło na upominek pod choinką. Mikołaj dopisywał więc do swojej listy kolejne imiona, adresy i nazwy prezentów, po czym przekazywał je Elfom, które pracowały w jego fabryce.

W pewnym momencie, kiedy był już bardzo, bardzo zmęczony i właśnie zamierzał iść spać, w jego ręce wpadł nietypowy list, zapakowany w zwykłą białą kopertę, opatrzony znaczkiem z Polski i zaadresowany dorosłym pismem. Często się zdarzało, że rodzice wyręczali najmłodsze dzieci w pisaniu do Mikołaja, ale tym razem staruszek czuł, że było inaczej. Koperty od maluchów pachną kaszką albo kremem Bambino, czasem są poklejone od czekolady lub lizaków. Ta natomiast była czyściutka i pachniała szczerymi łzami. Święty otworzył ją i był już pewien, że się nie pomylił. List rzeczywiście napisali dorośli, a brzmiał on tak:

Szanowny Panie Mikołaju!

Przepraszamy, że zawracamy Panu głowę tuż przed Bożym Narodzeniem. Wiemy, że przychodzi Pan tylko do dzieci, w dodatku grzecznych. Od dawna już sami kupujemy sobie prezenty. Niestety, jest taki jeden podarunek, którym pomimo chęci nie potrafimy siebie obdarować. Nie możemy mieć dziecka… W ten wigilijny wieczór puste nakrycie przy stole po raz kolejny będzie przypominało, że kogoś wśród nas brakuje. I zamiast się cieszyć świętami, będziemy na pewno bardzo smutni. Próbowaliśmy już wszystkiego, żeby mieć potomka! Byliśmy u Pani Doktor, Dobrej Wróżki i w Biurze Rzeczy Zaginionych. Bezskutecznie. Braliśmy nawet udział w licznych konkursach, ale niestety udało nam się wygrać tylko parę skarpetek i garść cukierków, które rozdaliśmy pociechom sąsiadów. Jest Pan więc naszą ostatnią nadzieją! Wiemy, że obserwuje Pan wszystkie dzieci świata. Może jest gdzieś takie, które potrzebuje rodziców? Tak bardzo pragnęlibyśmy się nim zaopiekować… Prosimy, Panie Mikołaju, niech nam Pan pomoże!

Z poważaniem

Mama i Tata

Święty Mikołaj bardzo się wzruszył. Pamiętał nadawców listu jeszcze z czasów ich dzieciństwa i wiedział, że mają dobre serduszka. Pomimo zmęczenia i późnej pory postanowił więc im pomóc. Wezwał do siebie Elfy i kazał im na nowo poustawiać wszystkie lunety, a potem patrzeć przez nie tak długo, aż zobaczą dziecko, które nie ma swoich rodziców. Elfy patrzyły, szukały, przecierały soczewki i tysiące razy ustawiały ostrość obrazu, aż w końcu znalazły małego chłopca, który najpierw długo leżał w szpitalu, a potem zamieszkał z ciocią, wujkiem i wieloma innymi dziećmi w Pogotowiu Opiekuńczym. Nie mógł tam jednak zostać na zawsze, dlatego trzeba było szybko odnaleźć jego rodziców. Elfy natychmiast zameldowały o tym Mikołajowi. Staruszek zaś od razu zadzwonił do Śnieżynki – swojej pomocnicy w mieście, w którym mieszkali Mama i Tata. Wystarczyło jedno słowo, żeby wiedziała, co ma robić. Prędziutko pozałatwiała Pilne Sprawy, wypełniła Ważne Dokumenty i powiadomiła Mamę i Tatę, że w Boże Narodzenie ich rodzina się powiększy.

W ten sposób dzięki pomocy Świętego Mikołaja, Elfów i Śnieżynki Mama i Tata dostali pod choinkę najwspanialszy prezent na świecie. Zostali rodzicami cudownego chłopczyka. Od tamtej pory żyją sobie szczęśliwie we troje jako pełna rodzina i co roku wspólnie obchodzą Gwiazdkę, a Święty Mikołaj zawsze o nich pamięta i przesyła im jakiś mały podarek.

Bajkoterapia… na grypę żołądkową ;)

Od kilku dni walczę z paskudnym choróbskiem. Dawno żadne mnie tak nie rozłożyło. Za chwilę idę do przychodni po pierwsze od ponad czterech lat zwolnienie lekarskie. Sama konieczność poinformowania dyrekcji, że nie przyjdę do pracy, wywołuje u mnie taki stres, że wolę chodzić do szkoły z gorączką i podobnymi przypadłościami, ale tym razem ten numer nie przejdzie. Cały długi weekend przespałam i to dosłownie, a dzisiaj wreszcie oprzytomniałam na tyle, żeby porobić cokolwiek – pod warunkiem, że to „cokolwiek” nie wymaga przyjmowania na dłużej pozycji pionowej lub choćby siedzącej. W każdym razie jest to dobry dzień, żeby wrzucić kolejną bajkę adopcyjną. Dzisiejsza jest wierszowana. Przyznam szczerze, że mnie się podoba najmniej ze wszystkich moich wypocin, ale z kolei paniom z ośrodka przypadła do gustu najbardziej.

DZIECIOSTACJA

Od lat kilku całkiem blisko

Żyje sobie mądre psisko.

Nos ma czarny, futro w łaty,

Jak owieczka jest kudłaty.

Nie za duży, nie za mały,

Oczka ma jak dwa migdały.

Psisko wszyscy zowią Reksiem

- i klasycznie to, i śmiesznie.

Razem z nim Rodzina mieszka:

Pani, Pan i ich Córeczka.

Kocha trójkę tę wspaniałą,

Lecz nie zawsze tak bywało…

Dawniej Reksia Pan i Pani

Wciąż chodzili zatroskani.

Bardzo serce ich bolało,

Że aż płakać im się chciało.

Pusty pokój mieli w domu

 Chyba chcieli go dać komuś.

Pies nic z tego nie rozumiał,

Lecz pocieszał ich, jak umiał:

Nosił piłkę, szarpał kapcie

I po twarzy lizał Babcię,

Ale to było za mało,

Państwu nic nie pomagało.

Aż tu raz pewnego czwartku,

Gdy we troje szli po parku,

Bystry piesek zauważył,

Co się jego Państwu marzy.

Gdy mijali małe dzieci,

W oczach Pani blask zaświecił,

Pan zaś się uśmiechał szczerze

Do maluchów na spacerze.

Teraz Reksio pojąć musiał:

Państwo pragną mieć Dzidziusia!

Przytknął mokry nos do trawy,

By poczytać „Pieskie sprawy”.

Znalazł wnet w nich informację,

Jak trafić na Dzieciostację!

Miejsce było to magiczne:

Gwarne, tłumne, ale śliczne;

Dworzec niby kolejowy,

Lecz uroczy i bajkowy.

Na peronie z czekolady

Rosły wafelkowe lady.

Przy jednej z nich Wróżka stała

I pieseczka pogłaskała.

Poprawiła okulary,

Zawołała: „czary-mary”

I pojęła zaraz wszystko,

O co się martwiło psisko.

Popatrzyła na Rodzinkę,

Zrobiła radosną minkę,

Poskakała po peronie,

Zaklaskała w śliczne dłonie,

Po czym nagle spoważniała

I swym gościom powiedziała:

„W waszych dobrych serduszkach

Mieszka Reksio… i pustka!

Nie zalewajcie się łzami,

Staniecie się Rodzicami!

Przez Dzieciostację torami

Jeżdżą pociągi z malcami.

Zatem uważnie, pomału,

Szukajcie swego przedziału.

Gdy się do niego zbliżycie,

Wskaże go wam serca bicie

I ten czarny mokry nochal

zwierzaka, który was kocha.”

Piesek więc z Panem i Panią

Oddali się wnet działaniom,

By sprawdzić móc każdy wagon,

Zanim pociągi odjadą.

W żadnym jednak nie było

Miejsca, gdzie serce by biło…

Nadzieja z wolna pryskała,

A Pani znowu smutniała.

Dopiero późnym wieczorem

Przy pierwszym peronie torem

Przejeżdżał ostatni pociąg,

Sapiąc, świszcząc, gwiżdżąc z mocą.

Reksio biegał jak szalony,

Obwąchał wszystkie wagony,

W końcu stanął i zaszczekał,

By iść za nim i nie zwlekać.

Pan i Pani popędzili,

Drzwi wagonu otworzyli

I znaleźli w nim dziewczynkę

Tak słodziutką jak landrynkę.

Siedziała sama w przedziale,

Ale nie bała się wcale.

Pogłaskała zaraz psiaka,

W ucho dała mu buziaka.

Państwo wzięli ją za ręce,

Lecz nie mówili nic więcej.

Mocno im biły serduszka

Na znak, że to ich dziewuszka!

Choć długo siebie szukali,

Są wszyscy zdrowi i cali.

Nie można odmówić racji

Dobrej Wróżce z Dzieciostacji,

Co wiedziała, że na świecie

Każdy Rodzic ma swe dziecię.

Później, pewnym popołudniem

Los psa się odmienił cudnie,

Bo owa dziewczynka mała

Z nim na zawsze zamieszkała.

Odtąd żyje ich już czwórka:

                                                                       Pies, Mama, Tata i Córka.

RÓŻE I KAKTUS

Podobnie jak większość ośrodków, również nasz OA zlecił nam napisanie w domu bajki adopcyjnej. Lubię tego typu zadania (choć zwykle nie jestem zadowolona z ich realizacji), dlatego stworzyłam takich kilka. Paniom z OA się spodobały, co dodało mi nieco odwagi do zamieszczenia ich tutaj. Dzisiaj prezentuję pierwszą z nich. Może akurat komuś się przyda…? 

RÓŻE i KAKTUS

Daleko stąd, w odległej krainie, znajdował się piękny ogród. Rosło w nim mnóstwo wyjątkowych kwiatów: kolorowe frezje i bratki, nieśmiałe stokrotki, dumne irysy i błękitne niezapominajki, a także wiele, wiele innych gatunków. Każdy z nich miał przeznaczoną dla siebie część ogrodu. Najładniejszą grządkę, położoną nad chłodnym, przejrzystym strumykiem, zajmowały dwa wspaniałe krzewy różane, nazywane przez Ogrodników po prostu Róż i Róża. Były to bardzo lubiane rośliny, szanowane przez innych mieszkańców ogrodu i podziwiane przez gości. Róże dobrze się czuły w tym ogrodzie, ale na ich grządce było jeszcze tak dużo miejsca, że coraz częściej rozmawiały o tym, że chciałyby, aby zamieszkał z nimi ktoś jeszcze, kto by do nich pasował i kogo mogłyby pokochać z wzajemnością.

            Pewnego dnia Róże podzieliły się swoim pragnieniem z Ogrodnikiem, który pokiwał tylko głową i nic nie powiedział. Kilka miesięcy później Ogrodnik przyniósł nową, małą roślinkę, którą zasadził na ich grządce. Oba krzewy różane od razu się nią zainteresowały. Róża schyliła się, żeby na powitanie delikatnie musnąć przybysza swoimi białymi płatkami. Roślinka jednak nie pozwoliła na te czułości, mocno kłując ją kolcami. Róż powyciągał kolce z płatków swojej ukochanej i sam spróbował zaprzyjaźnić się z nową roślinką. Niestety, został pokłuty jeszcze mocniej. Aż do wieczora ani Róża, ani Róż nie dali rady zbliżyć się do gościa. Nie odpowiadał na ich pytania, a kiedy próbowali go dotknąć – wystawiał ostre kolce. Różom było smutno, bo przecież tak bardzo się starały.

            Tymczasem nadeszła noc, a wraz z nią straszna burza. Błyskawice rozświetlały niebo, ziemia trzęsła się od gromów, okropna ulewa rozmywała grządki. Wszystkie kwiaty w ogrodzie zamykały pąki i tuliły płatki, aby uchronić się przed nawałnicą. Róże spojrzały na nową roślinkę, która cała drżała ze strachu. Była jeszcze taka malutka, poza tym pierwszy raz widziała burzę! Niewiele myśląc, oba krzewy – Róża i Róż – splotły nad roślinką swoje gałęzie, żeby osłonić ją przed deszczem i wiatrem. Same też mocno się trzymały. Dzięki temu cała trójka przetrwała tę straszną pogodę. Nad ranem z powrotem wyszło słońce. Róża wysuszyła białe płatki i jeszcze raz pochyliła się nad małą roślinką, która tym razem jej nie pokłuła, ale nadal pokazywała swoje kolce.

- Dlaczego to robisz? – zapytał troskliwie Róż – W naszym ogrodzie nie spotka cię żadna krzywda, obiecuję!

- Nie pasuję tutaj… – roślinka po raz pierwszy się odezwała. Jej głos brzmiał bardzo, bardzo smutno.

- Dlaczego tak myślisz? – zapytała Róża.

- Jestem Kaktusem – przedstawiła się roślinka – a to znaczy, że mam okropne kolce. Przez nie nikt nie może się do mnie zbliżyć…

- To wspaniale się składa! – zawołała radośnie Róża – Zobacz, Kaktusku, my też mamy kolce! Pasujesz do nas idealnie!

- Nauczymy cię, jak używać kolców, żeby nie kłuć nimi każdego. – zapewnił spokojnie Róż.

- I nie martw się tym, że nie masz płatków. Pewnego dnia ci wyrosną… – uspokoiła Róża.

            Kaktus postanowił zaufać Róży i Różowi, choć na początku bardzo się bał. Czasami zdarzało mu się pokłuć któregoś z opiekunów, mimo że wcale tego nie chciał. Róże były jednak bardzo cierpliwe i wyrozumiałe. Z czasem Kaktus przestał odczuwać, że do nich nie pasuje. Poczuł, że ich wspólna grządka to jego wymarzony dom. Pewnego ranka zakwitł tak pięknie, że inne kwiaty nie mogły oderwać od niego wzroku! Róża i Róż byli z niego bardzo, bardzo dumni.