Category: Bestiariusz – kto jest kim na Stożkach

BESTIARIUSZ, czyli kto jest kim na Stożkach – aktualizacja

Nowy wpis się tworzy, a dzisiaj odświeżam Spis Ludzi Ważnych, bo trzeba go było troszkę zaktualizować.


POZNANI W REALU (P. każe mi usunąć ostanie słowo, bo on całym sercem za Barcą, a ja mu tu nielojalnie z jakimś Realem wyjeżdżam). Zatem jeszcze raz:


POZNANI W RZECZYWISTOŚCI


Lady Makbet
– ja, znaczy się. Urodzona w połowie lat 80. Szczęśliwa żona niejakiego P. Jeszcze przez czas jakiś właścicielka zwierzęcia marki pies, który niestety w obecności Księżniczki przemienia się w smoka. Na co dzień pracująca z młodzieżą i kochająca to zajęcie (to o mnie, nie o psie). Lubiąca gotować, gadać i pisać, co też tutaj uskutecznia. Po latach starań o dziecko została adopcyjną mamą wspomnianej wyżej Księżniczki.

P. – miłość mojego życia, zaślubiona mi przed Bogiem, Teściową i Bankiem dającym kredyt hipoteczny, a więc forever. Pierwszy i jedyny normalny facet, który ze mną wytrzymał, co też wykorzystałam, przywiązując go do kanapy świętym węzłem małżeńskim i uniemożliwiając ewentualną ucieczkę. Introwertyk, dzielący swój czas pomiędzy pracę, dziecko, żonę, psa, Mamusię, PS4 i Cyngla – dokładnie w tej kolejności.

Reksio - Koniec Świata na czterech łapach. Łaciaty pies o całkiem praktycznych gabarytach. Nie trzeba go składać w kostkę, żeby zmieścić do auta, ale też trudno go przypadkiem nadepnąć. Kocha człowieki, ale ostatnio tylko te wyższe od niego przynajmniej o głowę. Jako szczeniak zjadł nam pół mieszkania, obecnie jedynie okazjonalnie obgryza gościom buty, najwyraźniej jako wyraz hołdu dla ich właścicieli. Prowadzi wojnę podjazdową z kotem sąsiadów i otwartą walkę na śmierć i życie z odkurzaczem. Próbujemy znaleźć mu nowy dom – bez dzieci, za to z dobrymi dorosłymi, ale kiepsko nam idzie.

J. – przyjaciółka z okresu studiów, która mogłaby być krewną pewnej filmowej gwiazdy i zapewne dlatego pracuje w tej właśnie branży. Miłośniczka „Gwiezdnych wojen”, potrafiąca podobno wytresować smoka. Kontaminacja Meridy Walecznej z Lois Lane i przy okazji pomysłodawczyni eksperymentalnych metod wychowawczych, które zamierza testować na moim dziecku. Podróżniczka z uporem maniaka zamagnesowująca naszą lodówkę. Od niedawna matka chrzestna Księżniczki.

M. – przyjaciel, człowiek-zagadka, bratnia dusza. Mistrz w sprowadzaniu mnie na ziemię, choć sam równie często buja w obłokach. Facet, u którego droga od słów do czynów jest krótsza, niż walka Popka z Pudzianem. Jego najwierniejszym towarzyszem pozostaje samochód, którym wyprawia się nawet całe 150 metrów do sklepu za rogiem, łamiąc przy tym wszystkie możliwe przepisy ruchu drogowego. Pozornie cynik, jak sam o sobie mówi „cham i prostak”, ale kiedy już niechcący da się komuś poznać od wewnątrz… to staje się jego przyjacielem. Prywatnie odpowiedzialny partner Bardzo Fajnej Dziewczyny (w skrócie K.) i kochający ojciec.

K.kalos kagathos, jak mawiali starożytni Grecy. Piękna i mądra. Serio. Życiowa partnerka M. i matka chrześniaczki mojego męża (czyli że M. jest owej chrześniaczki ojcem, gdyby ktoś się pogubił). Sympatyczna dziewczyna o bardzo racjonalnym podejściu do życia – taka, w której towarzystwie po prostu lubi się przebywać.

Siostra – towarzyszka harcerskich przygód, z którą dzieliłam większość nocnych wart, miejsca w szałasie i uczuciowych sekretów. Wielbicielka zielonego koloru, wafelków „Familijnych” i miętowej czekolady. Moją Siostrą została przez przypadek za sprawą pewnego sprzedawcy noży… no cóż, człowiekowi z nożem się nie odmawia, więc tak jest do dziś. Obecnie Matka Polka x2, która żadnej pracy się nie boi.

Cyngiel – sam sobie kiedyś wybrał ten pseudonim, więc niech mu będzie. Gdyby P. miał się jeszcze raz ożenić, poślubiłby Cyngla. Podczas jego częstych wizyt u nas mam wrażenie, że ktoś sklonował mi męża. Identycznie się wysławiają, piją to samo piwo, jedzą tę samą pizzę i noszą podobne koszulki. A poza tym Cyngiel to taki brat-łata, człowiek od wszystkiego. Zaufany kierowca, DJ i „złota rączka”, a jak trzeba to i fotograf. Właściwie można powiedzieć, że należy do rodziny – teraz to już nawet formalnie, bowiem został ojcem chrzestnym Księżniczki.

Żuczek – mądry i poukładany życiowo facet, który naszym przyjacielem został trochę przy okazji, a różne poplątane okoliczności sprawiły, że zagościł w życiu P. i moim na stałe. Człowiek inteligentny, błyskotliwy, o ciętym dowcipie i zdrowej dawce życiowego realizmu. To taki typ, na którym można polegać, bo prędzej wbije ci ostrą szpilę w cztery litery, niż okłamie albo zawiedzie.

Mamusia – jak nie wiadomo, o kogo chodzi, to chodzi o Teściową. Moja to jest równa babka, całkowicie przecząca stereotypom. No dobra, może nie wszystkim, bo ma chruścianą miotłę i podobno na niej lata, jak nikt nie widzi. Uwielbia ironiczne żarty i sport ekstremalny w postaci wielogodzinnych zakupów. W wolnych chwilach łazi po górach i robi zdjęcia. Poza górami też. Kochana babcia Księżniczki i w ogóle kobieta do rany przyłóż.

A.  - przyjaciółka z pracy, a przy okazji rówieśniczka. Mamy sporo wspólnych doświadczeń i zbliżonych poglądów na wiele spraw. A. jest piękną kobietą o wrażliwej duszy i dobrym sercu. Szczerze mówiąc, za dobrym. Zawsze można na nią liczyć, a cudze szczęście potrafi bez problemu przedłożyć nad własne. Mam wobec niej dług wdzięczności, który mam nadzieję dane mi będzie kiedyś spłacić, a póki co bardzo jej kibicuję w spełnianiu pewnego skrywanego marzenia… :)

POZNANI W WIRTUALU zostali już opisani o, TUTAJ. :)

Co mi dało blogowanie?

Zaczęłam pisać post o grzechach głównych blogerów parentingowych (tak, tak, o swoich też). Właściwie już jest prawie gotowy, ale nie mam odwagi go opublikować; raz, że nikt nie lubi przyznawać się do błędów, dwa, że boję się, iż co niektórzy przestaną mnie czytać po jego lekturze. Odwlekam więc dokańczanie go, znajdując coraz to nowe tematy.

Okazją do zamieszczenia dzisiejszego tekstu jest fakt, że za dwa dni minie półtora roku istnienia tego bloga. Kiedy zaczynałam, nie przypuszczałam, że ktoś poza mną i garstką znajomych w ogóle będzie tu zaglądał, a już tym bardziej nie marzyłam, że zostanie na dłużej. Okazało się jednak, że dzięki moim Stożkom nie tylko ugruntowałam istniejące już znajomości, ale także zawarłam nowe, choć głównie wirtualne.

W związku z powyższym macie przed sobą post zawierający wielokrotne lokowanie produktu, ale niebędący w żaden sposób artykułem sponsorowanym :lol: . Chciałabym Wam przedstawić autorów innych blogów o podobnej tematyce, które okazały się dla mnie ważne i pomocne w drodze do adopcji, a także w początkach rodzicielstwa. Kolejność prawie przypadkowa ;-) .

1. PIKUŚ INCOGNITO – POGOTOWIE RODZINNE – CO TO TAKIEGO?

Blog Pikusia był pierwszym, na który trafiłam po rozpoczęciu przygody z adopcją. Jego autor wraz z żoną prowadzą pogotowie rodzinne, więc mają zawsze pełną chatę w dosłownym znaczeniu tego sformułowania. Pikuś szczegółowo opisuje perypetie kolejnych dzieci, którymi się opiekują – i czyni to z bardzo szerokiej perspektywy: nie tylko własnej, ale również rodziców biologicznych i adopcyjnych. Polecam tę witrynę wszystkim, którzy myślą o przysposobieniu lub o zostaniu rodziną zastępczą. Naprawdę otwiera oczy! A przy tym teksty pisane są z humorem, polotem i nierzadko… ułańską fantazją!

2. KAROLINA – NASZE BĄBELKOWO

Pozycja obowiązkowa (znaczy się blog, nie Karolina…) dla rodziców, moim zdaniem nie tylko adopcyjnych. Mama Bąbla jest osobą o artystycznej duszy, niesamowicie wrażliwą (nie mylić z przewrażliwioną), kreatywną i… rozpoznawalną w blogosferze. Opisuje blaski i cienie (chociaż głównie blaski) życia rodzinnego z adoptowanym synkiem. Recenzuje również różne produkty dla dzieci, dzięki czemu świeżo upieczeni rodzice mogą poznać wady i zalety rozmaitych gadżetów, przydatnych bądź nie w codziennych zmaganiach z pociechami.

3. IZZY – NASZ MAŁY ŚWIATEK

Piszę tu o niej, bo mi kazała. Nie no, żartuję oczywiście. Po prostu wczoraj rozmawiałyśmy na temat promowania naszych blogów i tak jakoś wyszło  8-) . A tak już całkiem poważnie – Izzy jest mamą dwóch adoptowanych córeczek o anielskiej urodzie i małych diabełkach za skórą, czyli dzieci niemal idealnych. Poza tym jest też osobą, z którą aż chce się zaprzyjaźnić: kontaktową i mającą bardzo racjonalne (jeśli wolno mi ocenić) podejście do rodzicielstwa. Zaglądam na jej blog, bo… jeju, od czego by tu zacząć? O, wiem. Bo w przejrzysty i zrozumiały sposób opisuje swoje matczyne doświadczenia, oszczędzając dzięki temu choć trochę stresu tym, którzy dopiero podążają jej śladem. I jeszcze dlatego, że w wielu kwestiach się z nią zgadzam, dzięki czemu łatwo mi się utożsamić z jej podejściem. I w ogóle fajnie pisze.

4. MAMA i TATA TYGRYSA – TYGRYS i MY

Tygrys jest adoptowanym szczęściem swoich rodziców, mającym obecnie niecałe cztery latka. Mama i Tata razem prowadzą blog (choć niekoniecznie w równych proporcjach), na którym oprócz tygrysich przygód recenzują książki dla dzieci i dzielą się doświadczeniami z budowy domu. Zamieszczane przez nich teksty są pełne takiego ciepła i serdeczności, że aż chce się do nich przytulić (do rodziców, nie tekstów… chociaż…?).

5. LITERMATKA – OD ŚRODKA

Autorka tego bloga przez dłuższy czas milczała, ale zachęcam do pogrzebania w archiwum. Na stałe mieszka w Wielkiej Brytanii i tam też zostali z mężem adopcyjnymi rodzicami. Warto poczytać, jak wygląda przysposobienie na Wyspach i jak się żyje polskiej rodzinie za granicą. Poprzednie zdanie brzmi może banalnie, ale pełen niesamowitego humoru język bloga Litermatki sprawia, że każdy wpis czyta się jak rozdział pasjonującej powieści!

6. BEATA – CZARODZIEJ NASZ

Beata została mamą adopcyjną… trzy razy. I to powinno wystarczyć za najlepszą rekomendację. Polecam jej blog każdemu, kto myśli o przysposobieniu drugiego dziecka, bo bardzo szczegółowo opisuje przezwyciężanie przeróżnych trudności – zarówno tych formalnych, jak i emocjonalnych.

7. HEPHALUMP – PRZYSPOSOBIENIE DO ŻYCIA

Hephalumpa pokochałam bezkrytycznie za sam nick – ale o tym, że jestem fanką Kubusia Puchatka, to już pewnie wiecie. Jako blogujący tata jest w mniejszości wśród całej rzeszy matek-blogerek, co czyni jego stronę jeszcze bardziej wartościową. Wraz z żoną przysposobili dwie starsze dziewczynki. „Przysposobienie do życia” to wciąż rosnący zbiór wartościowych tekstów o budowaniu więzi, ale także o samym procesie adopcji, który nie zawsze w naszym kraju wygląda różowo. Hephalump jest też wnikliwym i krytycznym komentatorem, za co bardzo go cenię.

8. T.VIK – PRAGNIENIE DZIECKA

Podtytuł bloga brzmi: „Historia blisko dwudziestoletnich starań o dziecko” i to w zasadzie mogłoby zastąpić dalszy opis. Autor – człowiek doświadczony i mądry życiowo – porusza tematy trudne i bolesne, ale dzieli się również radościami związanymi z rodzicielstwem. Wpisów jest bardzo dużo, ale polecam przeczytać od deski do deski. Naprawdę warto.

9. UCZUCIOWA – UCZUCIA NIECHCIANE

Teraz to już w większości chciane, prawda, Uczuciowa? Blog jest wzruszającym pamiętnikiem kobiety pragnącej zostać matką, opisującej wzloty i upadki w nierównej – ale w końcu wygranej – walce z niepłodnością. Jeżeli czytają to osoby starające się o dziecko biologiczne, to bloga uczuciowej nie wypada pominąć. Podtrzymuje na duchu, daje nadzieję, ale i uprzedza, że nie zawsze będzie łatwo.

10. AHAJA – TATAMARA

Blog Ahai jest moim najnowszym odkryciem, chociaż chyba nie powinnam się do tego przyznawać, gdyż ona zagląda do mnie już od dłuższego czasu. Zaczęłam czytać niedawno i wsiąkłam, bo chociaż pochodzimy z innych bajek (m.in. dlatego, że ona jest potrójną mamą biologiczną), to uwielbiam takie lekkie, sarkastyczne poczucie humoru, jakim przesiąknięte są jej wpisy. Wszystko jedno, czy pisze o szkolnej wywiadówce, czy o awarii odkurzacza (tu akurat mamy taką wspólnotę doświadczeń, że ho ho!), robi to w taki sposób, że można boki zrywać.

11. PAULINA - DOKĄD TUPTA NOCĄ JEŻ?

Mea culpa! Nie napisałam wczoraj o blogu Pauliny, a przecież także na niego zaglądam! Autorka jest krok za mną w adopcyjnej procedurze – od kilku miesięcy czeka na ten najważniejszy w życiu telefon. Z wdziękiem i optymizmem opisuje życie rodzinne i przygotowania do przyjęcia nowego członka rodziny. A jak ślicznie urządzili z mężem pokoik dziecięcy! Zresztą… sami zobaczcie :)

Zaglądam również na inne blogi, także te niezwiązane z rodzicielstwem, ale o nich innym razem… Będzie mi miło, jeżeli podzielicie się w komentarzach informacją, dokąd Wy najczęściej zaglądacie :oops: . I wiecie co? Dziękuję, że jesteście!

Rodzeństwo bez więzów krwi. Panie i Panowie, przedstawiam moją Siostrę!

Rozbierałam Księżniczkę z zimowego okrycia. Okazało się to nie lada wyzwaniem, ponieważ po pierwsze nie chciałam przerywać jej błogiego snu, po drugie kombinezonik, w którym jeszcze niedawno się topiła, pasował już na nią na styk i od dwóch dni obiecywałam sobie, że zakładam jej go naprawdę ostatni raz. Gdzieś w połowie tej szamotaniny usłyszałam głośne parsknięcie śmiechem.

- Daj ją – zakomenderowała Siostra – pokażę ci, jak to robi doświadczona matka.

Wzięła małą na ręce i trzema wprawnymi ruchami ściągnęła z niej kombinezon. Księżniczka mruknęła tylko, wyrażając niezadowolenie z powodu nagłej zmiany pozycji ciała i natychmiast znowu zapadła w sen.

Moja Siostra jest typem zadaniowym. Kiedy trzeba coś zrobić, po prostu to robi, bez zbędnego filozofowania i rozkładania wszystkiego na czynniki pierwsze. Od dawna ją za to podziwiam. Znamy się od wieków i choć różni nas prawie wszystko (od wykształcenia – u niej technicznego, u mnie humanistycznego – poprzez wygląd, styl ubierania i bycia aż po stosunki rodzinne), to połączone niegdyś przez wspólne nocne warty i miętową czekoladę zżyłyśmy się chyba na zawsze.

Kiedyś pisałam, że siostrami ochrzcił nas wędrowny sprzedawca noży i tak już zostało. A że był to czas, kiedy K. przebywała u mnie niemal codziennie, to określenie bardzo pasowało do naszej relacji.

Pamiętam taką scenkę z czasów szkoły średniej, kiedy Siostra przyszła do mnie i dosyć długo dzwoniła domofonem. Otworzył jej mój tata, zwykle nieco zachowawczy wobec moich znajomych. Powitał ją słowami:

- Dlaczego dzwoniłaś? Zapomniałaś kluczy?

K. została więc potraktowana jak swoja i trudno o lepszy dowód, że już wtedy należała do rodziny. Do dziś zresztą podczas odwiedzin u mnie sama robi sobie herbatę i denerwuje się, że brakuje cukru (oboje z P. nie słodzimy napojów i czasem zapominamy uzupełnić zapasy w cukierniczce) albo wyciąga garnek, w którym następnie gotuje synkowi parówki i żadna z nas nie widzi w tym nic dziwnego.

Kiedyś, gdy do niej wpadłam, W. skrzywił się, że w domu bałagan, a ona zaprasza gości. Siostra popatrzyła na niego z politowaniem i poinformowała, iż przeżyłyśmy razem już tyle, że kilka śmieci na podłodze nie jest w stanie mnie wystraszyć. I vice versa zresztą.

W naszej przyjaźni przeszłość świetnie komponuje się z teraźniejszością. Wciąż mówimy do siebie tekstami z dawnych harcerskich wypadów (osławione „zimna woda w niebieskim wiaderku, a czerwona w ciepłym”  albo „miałem szczęśliwe dzieciństwo, a potem poznałem Olkę”[C., pamiętasz to?] ;) ) i wspominamy co ciekawsze przygody, z których kilka już tu opisywałam. Siostra była świadkową na naszym ślubie, jest jedną z pierwszych czytelniczek tego bloga i obecnie moim guru w świecie macierzyństwa. Bo ma tę cudowną właściwość, że konkretnie doradza, a się nie wtrąca. Moje wątpliwości co do opieki nad Księżniczką kwituje zwykle krótkim „głupia jesteś”, które natychmiast sprowadza mnie na ziemię i uspokaja.

K. jest osobą, której prawie od samych narodzin życie nie rozpieszcza. Trochę jak w bajce o Kopciuszku, tylko póki co bez happy endu. Dlatego życzę jej, żeby Wróżka Chrzestna w końcu sobie o niej przypomniała i uruchomiła nieco magii, na którą i ona, i jej cudowne chłopaki w pełni zasługują.

Dzięki, Siostra. Ty wiesz, za co.

BESTIARIUSZ, czyli kto jest kim na Stożkach

Lady Makbet – ja, znaczy się. Urodzona w połowie lat 80. Szczęśliwa żona niejakiego P. Właścicielka zwierzęcia marki pies, też szczęśliwa, póki pupil nie obgryzie kokardek z nowiutkich czarnych szpilek. Na co dzień pracująca z młodzieżą i kochająca to zajęcie. Lubiąca gotować, gadać i pisać, co też tutaj uskutecznia. Od lat starająca się o dziecko, dzięki czemu wkroczyła na drogę adopcyjną, o której jest ten blog.

P. – miłość mojego życia, zaślubiona mi przed Bogiem, Teściową i Bankiem dającym kredyt hipoteczny, a więc forever. Pierwszy i jedyny normalny facet, który ze mną wytrzymał, co też wykorzystałam, przywiązując go do kanapy świętym węzłem małżeńskim i uniemożliwiając ewentualną ucieczkę. Introwertyk, dzielący swój czas pomiędzy pracę, żonę, psa, Mamusię, PS4 i Cyngla – dokładnie w tej kolejności.

Reksio - Koniec Świata na czterech łapach. Łaciaty pies o całkiem praktycznych gabarytach. Nie trzeba go składać w kostkę, żeby zmieścić do auta, ale też trudno go przypadkiem nadepnąć. Kocha człowieki, im mniejsze, tym bardziej. Jako szczeniak zjadł nam pół mieszkania, obecnie tylko okazjonalnie obgryza gościom buty, najwyraźniej jako wyraz hołdu dla ich właścicieli. Prowadzi wojnę podjazdową z kotem sąsiadów i otwartą walkę na śmierć i życie z odkurzaczem. 

J. – przyjaciółka z okresu studiów, która mogłaby być krewną pewnej filmowej gwiazdy i zapewne dlatego pracuje w tej właśnie branży. Miłośniczka „Gwiezdnych wojen”, potrafiąca podobno wytresować smoka. Kontaminacja Meridy Walecznej z Lois Lane i przy okazji pomysłodawczyni eksperymentalnych metod wychowawczych, które zamierza testować na moim dziecku.

M. – przyjaciel, człowiek-zagadka, bratnia dusza. Mistrz w sprowadzaniu mnie na ziemię, choć sam równie często buja w obłokach. Facet, u którego droga od słów do czynów jest krótsza, niż kolejka do kasy w Biedronce. Jego najwierniejszym towarzyszem pozostaje samochód, którym wyprawia się nawet całe 150 metrów do sklepu za rogiem, łamiąc przy tym wszystkie możliwe przepisy ruchu drogowego. Pozornie cynik, jak sam o sobie mówi „cham i prostak”, ale kiedy już niechcący da się komuś poznać od wewnątrz… to staje się jego przyjacielem. Prywatnie odpowiedzialny partner Bardzo Fajnej Dziewczyny i kochający ojciec.

Siostra – towarzyszka harcerskich przygód, z którą dzieliłam większość nocnych wart, miejsca w szałasie i uczuciowych sekretów. Wielbicielka zielonego koloru i wafelków „Familijnych”. Moją Siostrą została przez przypadek za sprawą pewnego sprzedawcy noży… no cóż, człowiekowi z nożem się nie odmawia, więc tak jest do dziś. Obecnie Matka Polka, która żadnej pracy się nie boi.

Cyngiel – sam sobie kiedyś wybrał ten pseudonim, więc niech mu będzie. Gdyby P. miał się jeszcze raz ożenić, poślubiłby Cyngla. Podczas jego częstych wizyt u nas mam wrażenie, że ktoś sklonował mi męża. Identycznie się wysławiają, piją to samo piwo, jedzą tę samą pizzę i noszą podobne koszulki. A poza tym Cyngiel to taki brat-łata, człowiek od wszystkiego. Zaufany kierowca, DJ i „złota rączka”, a jak trzeba to i fotograf. Właściwie można powiedzieć, że należy do rodziny.

Żuczek – mądry i poukładany życiowo facet, który naszym przyjacielem został trochę przy okazji, a różne poplątane okoliczności sprawiły, że zagościł w życiu P. i moim na stałe. Człowiek inteligentny, błyskotliwy, o ciętym dowcipie i zdrowej dawce życiowego realizmu. To taki typ, na którym można polegać, bo prędzej wbije ci ostrą szpilę w cztery litery, niż okłamie albo zawiedzie.

Pikuś Incognito – człowiek znany z sieci i tylko z sieci. Wraz z żoną prowadzą pogotowie rodzinne, którego funkcjonowanie Pikuś relacjonuje na swoim blogu. Bardzo wiele się dzięki niemu dowiedziałam o procedurze adopcyjnej… od strony dziecka.

                                                        Ciąg dalszy nastąpi…