Category: Takie tam różne

Obywatel kontra instytucja, epizod III

Zdarza Wam się oglądać „Star Wars”? Mnie owszem, zwłaszcza że moje drugie pół zalicza się do grona wiernych fanów całej sagi. Wspólnie z nim śledzę więc kolejne odsłony walki Republiki z Imperium (czy jakoś tak). Przyznaję, że trochę plączą mi się poszczególne wątki, ale za to ogromną sympatią darzę R2D2, Mistrza Yodę i kilkoro innych bohaterów, dlatego każdy epizod oglądam z przyjemnością.

Być może losy międzygalaktycznych antagonistów są mi tak bliskie, ponieważ czasem odnoszę wrażenie, że gwiezdne wojny to ja mam na co dzień – a przynajmniej wtedy, kiedy muszę załatwić coś w jakimś urzędzie. Tam też panuje przeważnie Ciemna Strona Mocy, poza tym podobnie jak w „Starłorsach” można pogubić się w fabule – co, gdzie, z kim i w jakiej kolejności należy załatwić.

Ostatnio przeznaczenie skierowało mnie na Gwiazdę Śmierci do sądu rejonowego. Pozwólcie jednak, że w przeciwieństwie do producentów „Gwiezdnych wojen” zacznę swoją opowieść od początku.

Dawno, dawno temu, w nieodległej galaktyce, P. uczestniczył w rozprawie sądowej – jednej z tych, przez które człowiek marnuje pół dnia, żeby finalnie złożyć pojedynczy podpis pod papierkiem, który i tak niczego w jego życiu nie zmienia. Tak właściwie to sprawa dotyczyła jego ciotki, ale jako krewny czy tam znajomy przysłowiowego Kenobiego królika musiał się stawić przed wymiarem sprawiedliwości i poświadczyć, że on to on, a ciotka to ciotka. Jak to w instytucjach bywa, sąd obciążył P. kosztami rozprawy w zawrotnej kwocie kilkudziesięciu złotych polskich, którą to kwotę rzeczony obywatel niezwłocznie uiścił… a właściwie troszeczkę zwłocznie, bo najpierw musiał pobiec do bankomatu. Najwyraźniej międzygwiezdna technologia zwana terminalem płatniczym jeszcze do Najwyższego Porządku nie dotarła.

Na tym historia mogłaby się zakończyć, ale niestety Imperium postanowiło kontratakować. Któregoś pięknego dnia mój mąż otrzymał wezwanie do zapłaty. Sygnatura akt, data i kwota idealnie pokrywały się z tym, co już zapłacił i o czym właściwie zdążył zapomnieć. Sąd był tak życzliwy, że założył mu nawet Kartę Dłużnika (wielkimi literami!) z osobnym numerem. (Wiem, wiem, taka jest procedura, co nie zmienia faktu, że przerost formy nad treścią powala…) Cóż było robić? Mój nieustraszony Jedi wyprodukował na poczekaniu kilka dokumentów (kserokopię dowodu wpłaty, sprostowanie na piśmie, upoważnienie dla mnie, dekret przejęcia władzy nad galaktyką, takie tam…) i wysłał swojego ulubionego padawana (żonę znaczy, no bo kogo innego) do siedziby nieprzyjaciela.

                                                         

Nie żebym znajdowała jakąś masochistyczną rozkosz w bieganiu po sądowych korytarzach, po prostu i tak miałam tam coś do załatwienia, więc przy okazji wzięłam też papiery P.  Uzbrojony szturmowiec przy wejściu skierował mnie do odpowiedniego losowego pomieszczenia na drugim piętrze. Sprawę wyłuszczyłam, spotkałam się nawet ze zrozumieniem i życzliwością Pani Zza Biurka, ale na tym lista przyjemności się skończyła. Czekałam 25 (słownie: dwadzieścia pięć) minut, aż urzędniczka znajdzie właściwą teczkę. I wiecie co? Nie znalazła. Beztrosko oznajmiła, że akta tej konkretnej sprawy zaginęły, ale nie ma się czym martwić, bo to się przecież zdarza. Jasne. Tylko że w naszym sądzie „to się przecież zdarza” za często. Kilka lat temu, w wezwaniu na sprawę o uznanie spadku po mojej mamie, oprócz nazwiska taty i mojego znalazły się dane jakiegoś obcego faceta. Kiedy zapytałam sędzinę, kto to jest, odparła, że nie ma pojęcia, pewnie pani Zosi z sekretariatu „się przekopiowało” z szablonu albo z dokumentów innej podobnej sprawy. Całe szczęście, że nie „przekopiował się” jej przy moich danych jakiś wyrok skazujący za morderstwo, bo dopiero byłoby co wnukom opowiadać, kiedy w końcu wyszłabym z więzienia.

No dobra, ale wróćmy do teczki. To znaczy do jej poszukiwań; do teczki nie możemy wrócić, bo się nie znalazła. Pani Zza Biurka coś tam przebąkiwała, że jak Vader wróci z misji, to go zapyta (a może nie Vader, tylko Waldek? Już nie pamiętam dokładnie)… Tymczasem ja zostałam skierowana piętro wyżej do kwestury, bo skoro chodzi o kasę, to tam na pewno będą wiedzieli, co z tym zrobić. Poszłam zatem, dziękując po drodze samej sobie, że jednak zostawiłam Księżniczkę u cioci, bo pokonywanie schodów i korytarzy z niemowlakiem na ręku albo w wózku stanowiłoby w istocie mission impossible (tak, wiem, to nie ta bajka, tak mi się tylko skojarzyło).

W kwesturze Inna Pani Zza Biurka z radością odkryła, że podpis na wezwaniu do zapłaty należy do niej. Pomyślałam, że wreszcie tę sprawę zamkniemy. O, ja naiwna. Urzędniczka owszem, znalazła w komputerze stosowny plik, po czym potwierdziła, że faktycznie takie pismo wysłała. Czyż to nie wspaniałe? Zawsze mogła zasugerować, że P. (aż by się chciało powiedzieć: Łotr 1) sam sobie taki monit wystawił, na przykład żeby sabotować działania Imperium… albo cokolwiek. Położyłam przed nią kopię dowodu dawno uiszczonej opłaty. Ku mojemu rozczarowaniu wyciągnęła z szuflady nie miecz świetlny, a najzwyklejszy ołówek, po czym otworzyła pękaty segregator i postawiła tym ołówkiem parafkę na jakimś dokumencie, wypowiadając jednocześnie słowo: „już”.  Zapytałam, jak to „już”, dodając nieśmiało, że chciałabym jakieś potwierdzenie tego, iż ta wpłata jednak wpłynęła, coby za kilka tygodni znowu nie otrzymać podobnego wezwania. Urzędniczka popatrzyła na mnie, jakbym rzeczywiście przybyła z innego uniwersum. Wyjaśniła jednak cierpliwie, że:
a) przecież mam potwierdzenie, w związku z czym ona nie może wydać potwierdzenia potwierdzenia, bo co tu potwierdzać, skoro jest potwierdzone;

b) jeżeli mąż uiścił opłatę zaraz po rozprawie, to mamy się niczym nie martwić, właściwie to mogłam nawet nie przychodzić, po co sobie (w domyśle: i jej) kłopot robiłam, bo w końcu na co komu udowadnianie, że pismo było bezzasadne…

c) ona pracuje tylko w kwesturze, a kwestura zajmuje się tym, co przyjdzie z księgowości (tutaj moja chora wyobraźnia zaczyna mi wygrywać w głowie „Marsz imperialny”, w rytm którego przychodzą z owej księgowości rozmaite stwory z „Gwiezdnych wojen”, od Ewooków do Sithów, a Inna Pani Zza Biurka musi dzielnie stawiać im czoła… hm… zdecydowanie miecz świetlny sprawdziłby się tu lepiej niż ołówek… ale ja nie o tym). Czyli sprawa zostanie definitywnie zamknięta dopiero w momencie, kiedy z księgowości przyjdzie teczka z oryginalnym dowodem wpłaty. Yyy… czyżby ta zaginiona?

Pozostało mi więc zgarnąć z powrotem wszystkie (bez)wartościowe papiery i wrócić moim, he he, Sokołem Millennium* na własną planetę…

                                                              http://cdn.wegotthiscovered.com/wp-content/uploads/MillenniumFalcon-SWE.jpg

*Muszę mu jutro powtórzyć ten komplement przy wsiadaniu. Jeśli usłyszy, jak go ciepło nazywam, to może te cholerne wtryski przetrzymają do wiosny, bo teraz nie mam za co ich wymienić… a jak padną, to nie dolecę nawet na parking pod Biedronką, o międzygwiezdnych podróżach nie mówiąc. ;)

#MeToo?

Dzisiejszy post może zostać uznany za epigoński, bowiem echa internetowej akcji, mającej uwydatnić skalę molestowania seksualnego, powoli przebrzmiewają. Długo wstrzymywałam się z zabraniem głosu w tej sprawie głównie dlatego, że mój stosunek do powyższego przedsięwzięcia pozostawał ambiwalentny i nieco przypominał sinusoidę.

Otóż w pierwszym odruchu uznałam tagowanie się na Facebooku jako osoby skrzywdzonej za objaw kolejnej mody na szokowanie i postanowiłam w ogóle nie brać w tym udziału. Potem przypomniałam sobie, że ten problem niestety mnie również dotyczy, o czym napiszę niżej. W dalszej kolejności pomyślałam, iż ilość nie przekłada się na jakość, czyli liczba postów z hashtagiem #MeToo jest tak wielka, że cała akcja zwyczajnie przez to powszednieje, bo już nikt nie zwraca na nie uwagi. Moje postrzeganie zmienił jednak szczery i poruszający wpis kolegi ze studiów, który pokazywał, jak ta sprawa może wyglądać z męskiej perspektywy. I wreszcie, kiedy sądziłam, że to całe #MeToo już się zakończyło, uderzyła mnie (niemal dosłownie) nowa fala artykułów z tym oznaczeniem, ale opisująca moim zdaniem sytuacje, którym, mówiąc bez ogródek, do molestowania daleko… Do napisania niniejszego tekstu skłoniła mnie więc nie tyle sama kampania, ile skala paranoi, do jakiej urosła.

Wspomniałam, że też padłam ofiarą molestowania. Przypominam sobie bez trudu przynajmniej trzy takie sytuacje, w których charakter trudno wątpić:

  1. W podstawówce miałam w klasie kolegę, który w wieku dojrzewania notorycznie łapał dziewczyny za piersi i pośladki, wkładał im ręce pod bluzki etc. Oberwał kiedyś za to w twarz – sądzę, że nie tylko ode mnie. Inna sprawa, że chłopak w ogóle był dosyć… hmm… specyficzny, ale mimo tego sympatyczny. I chociaż to jego obmacywanie zdecydowanie powodowało dyskomfort i irytację, to chyba żadna z dziewczyn nie czuła się tym upokorzona. Uznałyśmy widocznie, że „ten typ tak ma” (nie dlatego, że jest facetem i mu wolno, tylko dlatego, że ten konkretny kolega ma po prostu takie „odchyły”, coś w rodzaju niegroźnego wariata). Owe zachowania zresztą przeszły Arkowi wraz z burzą hormonalną.
  2. Pierwszy rok studiów. Wracamy z Anetą z uczelni tramwajem – takim z pojedynczymi siedzeniami. Siadam tuż za nią, rozmawiamy. Na kolejnym przystanku wsiada facet – podstarzały i obleśny. Obejmuje ramionami nasze siedzenia tak, że odcina nam drogę ucieczki. Zaczyna opowiadać, co by z nami zrobił w łóżku. Szczegółowo. Odpowiadam, że nie ma na co liczyć. On na to, że jest bogaty i takie dzi*ki jak my to bez problemu może kupić i żadna mu się nie oprze. „A jednak!” – mruczy Aneta, na co koleś nachyla się i próbuje ją pocałować w usta. Nie udaje mu się chyba tylko dlatego, że tramwaj gwałtownie hamuje. Facet zwalnia uścisk, jakimś cudem wysiadamy. Wiecie, co było w tym wszystkim najgorsze? Nawet nie ten obrzydliwy typ, bo takich jest pewnie na pęczki. W wagonie pełnym ludzi nie znalazł się nikt, żeby zareagować. Przeciwnie, nasi rówieśnicy stojący nieopodal mieli doskonały ubaw z dwóch przerażonych studentek…
  3. Sytuacja najtrudniejsza, najbardziej osobista i tym razem naprawdę traumatyczna, bo sprawcą był mój dobry znajomy. Ba, przez kilka lat uważałam go nawet za przyjaciela, choć teraz, gdy o tym myślę, dociera do mnie, jak bezdennie byłam wtedy głupia. Tym bardziej, że sygnałów, aby trzymać się od niego z daleka, było aż nadto. Do tej pory nie jestem w stanie szczegółowo opisać tej sytuacji. Grunt, że zostaliśmy kiedyś przez chwilę sami i postanowił ten fakt wykorzystać. Na szczęście nie zdążył…

Wiem, że wiele dziewczyn (może nawet większość) ma za sobą podobne wspomnienia, jeśli nie gorsze. Dlatego taka akcja jak #MeToo jest potrzebna choćby po to, aby pokazać, że nie jesteśmy same. I właśnie z tego powodu okropny niesmak budzi we mnie oznaczanie tym hashtagiem wszystkich męskich zachowań z minimalnym choćby podtekstem seksualnym. Nie rozumiem, jak można porównywać np. próbę gwałtu z sytuacją, kiedy obcy mężczyzna mówi napotkanej przypadkiem kobiecie, że ma piękne nogi.

Ot, chociażby taki przykład: oprócz tego nieszczęsnego pktu 3. zdarzyło mi się jeszcze przynajmniej dwa razy otrzymać propozycje seksualne od bliskich znajomych. Nie wiem, czy któraś z nich była wypowiedziana w 100% serio. Prawdopodobnie nie, ponieważ autorem pierwszej był chłopak nieszczęśliwie we mnie zakochany, który od początku wiedział, że nie ma na co liczyć (nawet żal mi się zrobiło biedaka ;) ); druga natomiast wyszła z ust starego kumpla i raczej stanowiła formę żartu, droczenia się, niż rzeczywistej oferty. Być  może jestem dziwna, zdominowana przez patriarchat czy coś w ten deseń, ale wiecie co? Obie te propozycje potraktowałam jako komplementy. Zgadzam się, że nie w każdym kontekście komunikat „chciałbym pójść z tobą do łóżka” jest stosowny i że w określonych okolicznościach (patrz pkt 2. powyżej) jak najbardziej jest przejawem molestowania. No ale właśnie, nie każdy i nie zawsze.

Mam wrażenie, że przesadzając, niektóre uczestniczki akcji wylewają dziecko z kąpielą. Z jednej strony jako kobiety pragniemy męskiego zainteresowania, a z drugiej wszelkie jego przejawy zaczynamy traktować jako atak na naszą godność i cielesność. Już nie mówiąc o tym, jak musi się czuć ofiara gwałtu, która w dobrej wierze wyznaje, co ją spotkało, a potem czyta komentarz innej dziewczyny w stylu: „nie martw się, #JaTeż, bo kumpel z pracy zaśpiewał na mój widok „Baśka miała fajny biust”…”

A może źle rozumuję? Co myślicie o całej tej akcji?

Smycz nasza powszednia

Już jestem! Dłuższe nieco milczenie było spowodowane koniecznością pisania innych, mniej przyjemnych rzeczy, ale o tym kiedy indziej.

Wpadł mi ostatnio w ręce zeszłoroczny tomik poetycki Marcina Świetlickiego. Znalazłam w nim taką perełkę:
„Spałem    źle.    W    tym    kraju,    w    którym    cała    populacja    nabożnie    kontempluje    przenośne telefony.    Już    niedługo    niemowlęta    będą    nimi    obdarowywane    z    okazji    chrztu.    Spałem źle.    W    tym    kraju,    w    którym    mrok    rozświetlają    błękitne    poświaty    z    ekranów.    Już    nie rozmawiają.    Wpatrują    się    w    zdjęcia    kotków.    Tylko    tyle    mają.    Źle    spałem.”

Przypomniało mi to taką sytuację sprzed kilku lat: niedziela, parę minut po 23. Z rozkosznego zasypiania wyrywa mnie dźwięk telefonu. Nie znam numeru, więc nie odbieram. Za chwilę jednak dzwoni drugi raz, a potem trzeci. Coraz bardziej rozbudzona zaczynam myśleć trzeźwiej… Może coś złego spotkało któregoś z uczniów? Wiele się nie pomyliłam. Kiedy za trzecim razem odebrałam, w słuchawce odezwał się kobiecy głos:
- Dzień dobry! (o dwudziestej, kurde, trzeciej!) Tutaj Iksińska Grażyna, mama Adasia z pani klasy. Kojarzy pani Adasia?

Nie, skądże. Po co miałabym rozpoznawać własnych wychowanków?

- Tak, oczywiście, Adasia – dukam zaspanym głosem – czy coś się stało?

- Stało? Nie, dlaczego? Dzwonię do pani, bo chciałam zapytać, co Adaś ma przynieść na jutro na plastykę.

Nerwowo rozglądam się po sypialni w poszukiwaniu czegoś, co upewni mnie, że nie śnię. Oczywiście nie ma to sensu, bo w pokoju jest ciemno jak wiecie gdzie.

- Przepraszam, ale ja nie uczę plastyki…

- No tak, ale jest pani wychowawcą czy nie? Chyba wie pani takie rzeczy?

- Przykro mi, nie wiem. Młodzież ma plastykę raz w tygodniu, Adaś był przecież w szkole… jeśli nie zapamiętał z lekcji, to zawsze mógł zapytać kolegów. Nawet w weekend, w końcu cała klasa ma Facebooka.

- No widzi pani, ale to wychowawca powinien dbać, żeby uczeń był przygotowany. Proszę, żeby zadzwoniła pani do nauczyciela plastyki i zapytała, co Adaś ma na jutro przynieść.

Już się rozpędziłam, żeby w niedzielę przed północą wydzwaniać do koleżanki, która w dodatku ma małe dziecko i musi rano dojechać 30 km do pracy, z pytaniem o taką pierdołę… Nawet nie jestem pewna, czy w ogóle miałam jej numer telefonu. Swoją drogą nie wiem, co miałoby to dać, skoro nieszczęsna plastyka była w poniedziałek o ósmej rano. Skąd pani Iksińska wzięłaby w ciągu nocy na przykład pomarańczową krepę albo złotą farbę w sprayu. Nieważne zresztą, bowiem grzecznie acz stanowczo odmówiłam.

Podobnych sytuacji zdarzyło mi się w karierze znacznie więcej, ale ta z mamą Adasia była chyba najbardziej ekstremalna. Chociaż może niekoniecznie, bo był jeszcze taki tatuś, który wydzwaniał do mnie w trakcie lekcji, po czym telefonował do dyrekcji ze skargą, że nie odbieram.

Piszę o tym dzisiaj, bo doszłam w życiu do momentu, kiedy marzy mi się choć tymczasowe odcięcie od świata, a w szczególności wszelkich jego elektronicznych dobrodziejstw. Telefony komórkowe zdecydowanie ułatwiają życie, czasem nawet ratują, ale równocześnie stanowią coraz bardziej uwierającą smycz. Ta wieczna potrzeba (a raczej konieczność) bycia w kontakcie  sprawia, że zacierają się granice pomiędzy tym, co publiczne, a tym, co prywatne. I dlatego takie mamy Adasiów nie widzą niczego niewłaściwego w zawracaniu komuś du… głowy w taki sposób, jak wyżej.

Odwrotu już nie ma, wszyscy jesteśmy przypięci do tej technologicznej smyczy. Mój mąż w swojej poprzedniej pracy musiał być pod telefonem 24 na dobę. Odbierał połączenia służbowe nawet w podróży poślubnej i na pogrzebie babci. Miałam ochotę go zamordować (a w tym drugim przypadku pochować jego Blackberry razem z denatką), ale pewnie na jego miejscu postępowałabym tak samo.

Młodzież jest jednak w jeszcze bardziej przykrej i niepokojącej sytuacji. Dzieciaki mają coraz większe problemy z integracją, nie potrafią rozmawiać. Na przerwach siedzą ze wzrokiem wlepionym w ekrany smartfonów. Pół biedy, jeżeli wzajemnie coś sobie na nich pokazują, choćby i te wspomniane przez Świetlickiego koty. Gorzej, jeśli każdy skupia się na własnym. Moja macierzysta szkoła próbowała niedawno wprowadzić zakaz używania komórek przez cały czas trwania zajęć. Rodzice się nie zgodzili, więc jest jak jest.

Nachodzi mnie w tym momencie pewna refleksja, całkowicie poważna. Ostatnio głośno było o samobójczej śmierci nastolatka, któremu rówieśnicy dokuczali ze względu na (wyimaginowany czy nie) homoseksualizm. W medialnych dyskusjach za tę tragedię na przemian oskarżano rodziców (bo nie potrafili dostrzec cierpienia syna oraz zapewnić mu wsparcia) i szkołę (za ignorancję i lenistwo nauczycieli, którzy nie chcieli widzieć, że chłopiec był gnębiony). Zapewne sporo prawdy jest i w jednych, i w drugich zarzutach. Mnie jednak zastanawia, czy przypadkiem nie pominięto sedna problemu. Myśląc o przemocy wśród młodzieży, my, dorośli, często mamy jej stereotypowy obraz, rodem z amerykańskich filmów o licealistach: grupka osiłków znęca się nad słabszymi, wyłudzając pieniądze albo wymuszając określone zachowania. Tymczasem współczesne prześladowania wśród nieletnich coraz częściej przenoszą się do sieci. W szkołach, w których pracuję, na korytarzach – poza pojedynczymi przypadkami – nie ma bójek, przepychanek, kłótni. Dzieciaki załatwiają sprawy między sobą tam, gdzie nie można ich kontrolować – w świecie wirtualnym. Oczywiście nie mam pewności, że tak było też w sytuacji wspomnianego chłopaka… ale myślę, że istnieje duże prawdopodobieństwo.

Tuż przed odejściem na urlop macierzyński zajmowałam się sprawą cyberprzemocy w roczniku mojej klasy. Ze względu na dobro poszkodowanej nie mogę napisać nawet anonimowo, o co chodziło, ale zdradzę Wam, że zarówno ja, jak i pedagog oraz dyrekcja byliśmy w szoku, iż tak młodym ludziom tak okrutne i obrzydliwe rzeczy mogą w ogóle przyjść do głowy. Na szczęście pokrzywdzona dziewczynka miała do mnie na tyle zaufania, że od razu zgłosiła mi problem. Otrzymała też ogromne wsparcie ze strony rodziców, którzy zresztą modelowo wręcz współpracowali ze szkołą przy wyjaśnianiu tej sprawy. Strach pomyśleć, jak potoczyłaby się historia, gdyby ofiara przemocy nikomu o niej nie powiedziała…?

Zdaję sobie sprawę, iż na złoty środek jest już za późno. Nie da się funkcjonować bez komórki i Internetu. Sama łapię się na tym, że zapomnienie telefonu z domu jest dla  mnie jak zgubienie inhalatora przez astmatyka. Dochodzi do tego jeszcze n-te prawo Murphy’ego: zawsze najważniejsze wiadomości i połączenia przychodzą wtedy, kiedy akurat nie można ich odebrać. Marzę jednak o tym, że skoro smyczy nie da się zerwać, to może można by ją chociaż jakoś poluzować? Macie jakiś pomysł, jak to zrobić?

A tymczasem kończę, bo telefon dzwoni… Czyżby znowu niecierpiące zwłoki zaproszenie na superpokaz supergarnków?

Kto dostał belfrzego rozumu, a kto się stoi w belfrze piórka

Wczorajszy Dzień Edukacji Narodowej skłonił mnie – choć to mało oryginalne – do przemyśleń na temat nauczycieli, których spotkałam na swojej drodze, jeszcze po tej drugiej stronie biurka.

Uważam, że miałam szczęście do kadry pedagogicznej. Oczywiście nie całej, zdarzali się przecież i tacy, którzy w szkole znaleźli się chyba przez przypadek i nie wiedzieli, jak z tego wybrnąć. Może przyszli tam na przykład naprawiać kaloryfery, zaś chwacki dyrektor postawił ich za katedrą i kazał nauczać fizyki albo innej biologii, a że głupio im było odmówić, to zostali? W każdym razie trafiłam też na edukatorów z powołania, a wśród nich na przynajmniej troje prawdziwych mistrzów, przed którymi chylę czoła i którym nieudolnie próbuję dorównać. To dzięki nim jestem tym, kim jestem, nie tylko pod względem zawodowym. Obiecuję poświęcić im kiedyś osobny wpis, ale póki co celowo się z tym wstrzymuję – w swoim czasie wyjaśnię, dlaczego.

Rocznica powstania KEN, zwana potocznie (a fuj!) Dniem Nauczyciela, kojarzy mi się jakoś tak patetycznie, ze sztucznymi uśmiechami, niepotrzebnymi kwiatkami i wypominaniem pedagogom przez media luksusowych warunków pracy. Czarę goryczy przepełniają ulotki z supermarketów, krzyczące o powinności (sic!) złożenia pedagogom życzeń, ma się rozumieć z materialnym bonusem w postaci P(ta)siego Mleczka, wiązanki różyczek za 7,99 albo długopisu z promocji 3 w cenie 2, żeby od razu obskoczyć wychowawcę, dyrektora i profilaktycznie tę wredną matematyczkę. Wybaczcie sarkazm, ja po prostu walczę  z wiatrakami z panującym wśród niektórych przekonaniem, że z racji samej profesji coś nam się od uczniów należy. Wolę (po stokroć!) szczere słowo „dziękuję” od wymuszonych kwiatków i czekoladek.

Dzisiaj chcę z tym patosem zerwać choć na chwilę, dlatego przedstawię krótkie szkice kilkorga belfrów z przymrużeniem oka… chociaż po głębszym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że w niektórych przypadkach żadne krzywe zwierciadło nie jest konieczne do uzyskania karykatury.

MIEJSCE TRZECIE

„Wszystkie zwierzęta są równe, ale świnie są równiejsze” – zauważył swego czasu Orwell ustami ryjkami bohaterów znanej książki. Wiem z pedagogicznego doświadczenia, że często bardzo trudno jest zachować obiektywizm. Nie zawsze dysponujemy pełnym obrazem sytuacji, czasem z przyzwyczajenia przypisujemy uczniom określone zachowania, które niekoniecznie muszą występować w rzeczywistości. Ostatnie miejsce na belferskim antypodium zajmuje ex aequo troje pedagogów, którzy wykazali się powalającym wręcz subiektywizmem w ocenianiu podopiecznych.

1.      Nic nie umiesz, ale twoja siostra pięć lat temu umiała, więc stawiam bardzo dobry.

Pewna podstarzała nauczycielka z mojej podstawówki miała świetną pamięć do nazwisk i bardzo dobrze orientowała się w koligacjach rodzinnych uczniów kolejnych klas. Wystarczyło, że jedna Nowakówna okazała się wybitnie zdolna z jej przedmiotu, aby całe młodsze rodzeństwo grzało się w blasku chwały starszej siostry. W dodatku rzeczona belferka nie trudziła się zapamiętywaniem imion, więc jeżeli wspomniana Nowakówna nosiła imię Basia, to wszystkie młodsze siostry również były przez nią nazywane Basiami. Genialne w swej prostocie, czyż nie?

2.      Zdolny to zdolny, co z tego, że leniwy?

Na ocenę niedostateczną zasługuje uczeń, który:

a)      Podczas 30-stopniowego upału przyszedł do szkoły w krótkich spodniach

czy

b)      Nie przeczytał zadanej lektury ani nawet jej streszczenia?

Oczywiście, że prawidłowa jest odpowiedź „a”! W końcu pierwszy z wymienionych to tylko ten gburowaty Rafał, w dodatku niezbyt lotny i w ogóle siadaj, pała! Drugi to co innego, bo to przecież Michałek, uroczy i zdolny, jedynie trochę leniwy jak widać. Pikanterii sytuacji dodaje dialog pomiędzy Michałkiem a panią profesor, która zdążyła właśnie całej klasie wstawić jedynki za nieznajomość lektury, zapowiedzianej zaledwie dzień wcześniej i niedostępnej w żadnej bibliotece (o ebookach nikt jeszcze nawet nie marzył). Michałka nauczycielka zostawiła sobie na deser, a rozmowa wyglądała tak:

- Michale, czy ty przeczytałeś lekturę? (doprawdy trudne pytanie, zwłaszcza że jego poprzednicy musieli odpowiadać, jakiego koloru kwiaty stały na stole u drugoplanowego bohatera)

- Nie, he he, no skądże, he he… ale dla pani profesor mogę zaryzykować odpowiedź na każde pytanie!
- Oj, Michale, jakiś ty dowcipny, lubię ten twój pazur.

Koniec dialogu, Michałek jedynki nie dostał.

 

3.      Są plusy dodatnie i plusy ujemne.

Tym razem sytuacja z uczelni. Pamiętacie z wpisu o Puchatku „Sowę Przemądrzałą”, która kazała studentom przeczytać nieistniejącą książkę? Na zajęciach stawiała nam plusy za aktywność jak w podstawówce. Pod koniec semestru zakomunikowała, że osoby z największą liczbą plusów zostaną zwolnione z egzaminu z oceną bardzo dobrą. Takie indywidua były cztery: Matylda, Agata, Anka i ja. Pani doktor wyczytała, że wszystkie mamy po dziewięć plusów, ale z testu zwolni tylko Matyldę i Agatę, bo tak. Po zajęciach poszłyśmy z Anką dopytać, o co chodzi. Usłyszałyśmy, że są plusy większe i mniejsze, a my niestety mamy te mniejsze, więc sorry, Batory; a w ogóle to jej system oceniania jest sprawiedliwy i właściwy, bo jest jej. Po serii pytań (głównie bardziej asertywnej Anki) wykładowczyni łaskawie zgodziła się wpisać nam 4,5 bez konieczności przystępowania do egzaminu. Ustaliłyśmy z nią, że Anka weźmie indeksy od całej czwórki i przyjdzie po wpis.  Owego sądnego dnia odebrałam od Anki telefon: „Houston, we have a problem! Pani doktor jest oburzona, że ty, Agata ani Matylda nie stawiłyście się na egzaminie. Chciała wam wpisać dwóje, ale zagadałam i w końcu obniżyła wam tylko oceny o pół stopnia”. Na początku żałowałam, że zabiegałam o to zwolnienie, bo w sumie przedmiot nie był trudny, mogłam powalczyć o piątkę. Potem jednak okazało się, że 70% roku nie zdało… bo tak. Widocznie też mieli mniejsze plusy.

MIEJSCE DRUGIE

Bardzo państwa przepraszam!

W przeciwieństwie do poprzedników srebrny medalista mojego rankingu jest bardzo sympatyczny. Bardzo, bardzo, bardzo sympatyczny! I bardzo, bardzo, bardzo niepozorny. Jego charakterystykę dedykuję J. – zakładam, że już zgadła, o kogo chodzi. Pozostałym Czytelnikom spieszę z wyjaśnieniem: wykładowca akademicki, jak najbardziej kompetentny i podobno mający szczęście do pięknych kobiet, jednak za czasów naszych studiów mieszkający jeszcze z matką. Co zatem robi w dzisiejszym zestawieniu? Przeprasza! Jego zajęcia, choć merytorycznie prowadzone doskonale, przeplatane były licznymi komunikatami w stylu: „Panie Krzysztofie, bardzo przepraszam, ale naprawdę nie mogę panu zaliczyć tego kolokwium. Uzyskał pan zero punktów na dwadzieścia, przepraszam!” albo „Przepraszam państwa, czy ja poprzednio mówiłem, czym będziemy się dzisiaj zajmowali? Jeżeli nie, to najmocniej przepraszam!”. Żeby nie było – prócz „przepraszam” znał też inne magiczne słowa. Podając mu indeks do wpisu po zdanym egzaminie, usłyszałam: „Uprzejmie pani dziękuję, że przeczytała pani moją publikację i odwołała się pani do niej w swojej pracy”. Prawdziwą truskawkę na torcie (jak mawia złotousty Tomasz Hajto) stanowiła jednak sytuacja, mająca miejsce około dwóch lat po zakończeniu zajęć z bohaterem tej historii. Czwarty albo piąty (?) rok studiów, wykład z dydaktyki. Siedzimy w największej jedynej auli na wydziale, słuchamy wykładowczyni. Nagle otwierają się drzwi, wchodzi właśnie ów doktor Ch. Staje obok katedry, rozgląda się… audytorium zamiera w ciszy… doktor ogarnia salę wzrokiem raz jeszcze, po czym mówi: „Przepraszam!” i po cichutku wychodzi, chociaż niepotrzebnie, bo salwa śmiechu przyszłych magistrów skutecznie zakłóca nawet skrzypienie klamki. Właściwie na tym mogłabym zakończyć, ale dodam jeszcze, że razem z U. doszłyśmy do wniosku, iż nasz wykładowca przeprosił już okno, drzwi i krzesła w swoim gabinecie, aż w końcu postanowił wyjść do ludzi. Efekt tej karkołomnej eskapady jak wyżej.

AND THE WINNER IS…

Dowcip, przy którym Monty Python to pikuś!

Pani magister Sz. prowadziła zajęcia na moich studiach. Jedne z tych „zapchaj-dziur”, które nie służą do niczego poza zapełnianiem rubryk w indeksie. Wyglądała jak dobrotliwa babcia, taka niemal z kreskówki. Trudno powiedzieć, ile naprawdę liczyła sobie wiosen. Być może wcale nie była stara, a lat dodawał jej włóczkowy sweter i dziergana na drutach długa spódnica. Na każde konwersatoria przychodziła ubrana identycznie. Podejrzewaliśmy, że jej garderoba jest równie urozmaicona jak zawartość szafy Batmana:

Całości wizerunku dopełniał beznamiętny, zmęczony i melancholijny ton głosu. Brzmiał tak, że już po kwadransie słuchania go studenci szczegółowo badali wzrokiem sufit w poszukiwaniu jakiegokolwiek ratunku, który niestety nigdy nie nadszedł. Pewnego dnia pani magister postanowiła jednak nas zadziwić. W trakcie zajęć zaproponowała nieśmiało:

- Chciałabym opowiedzieć państwu, hi hi, dowcip. Tylko nie wiem, hi hi, czy mnie tutaj tak wypada…

Bardzo chętnie wyjawiłabym Wam, cóż takiego naprowadziło wykładowczynię na ten trop i skłoniło ją do tak niezwykłego czynu. Niestety nie potrafię, ponieważ przestałam jej słuchać jakieś pół godziny wcześniej, podobnie jak cała reszta grupy. Słowo „dowcip” w jej ustach wraz z nerwowym pohihiwaniem sprowadziły nas jednak natychmiast z różnych wzniosłych marzeń na ziemię, znaczy na obżarte linoleum, a dokładniej na stojące na nim krzesła. Po gorącej i pełnej niedowierzania zachęcie z naszej strony prowadząca w końcu wydusiła z siebie:

- Proszę państwa, mieszkam przy ulicy X. I tam jest niedaleko klub studencki, być może państwu nieobcy. Wieczorem bawi się w nim młodzież akademicka, a potem z niego wychodzi i bardzo hałasuje po nocach… hi hi. I takie różne rzeczy mówi, nie zawsze cenzuralne… no, wiedzą państwo, hi hi. Koniec dowcipu.

No właśnie, moi drodzy. Koniec dowcipu. Czekam na Wasze szkolne wspomnienia!

Niech mi ktoś zrobi sztuczne odpoczywanie i inne rzeczy, które Tygrysy lubią najbardziej

Jeżeli Prosiaczka nie ma tu, to z całą pewnością jest gdzie indziej! – oznajmił Puchatek Tygryskowi podczas poszukiwań przyjaciela.

Tę i inne Kubusiowe mądrości powtarzam bardzo często w różnych codziennych sytuacjach. W pewnym sensie od najmłodszych lat wychowywałam się w lesie – zanim trafiłam do prawdziwego z harcerzami, to wirtualnie dorastałam w Stumilowym. Zarówno książka, jak i kreskówka kojarzą mi się z moim tatą, bowiem to z nim przeżywałam przygody misia i jego bandy. Poprzez analogię do postaw bohaterów ojciec tłumaczył mi rozmaite ludzkie zachowania.

I tak moja mama, która łatwo się wzruszała, zakrywała oczy podczas krwawych scen w filmach i była okropnym zmarzluchem, została przechrzczona na Prosiaczka. Dziadek, słynący w rodzinie z wiecznego niezadowolenia, pedantyzmu i skłonności do pouczania innych, nabył miana Królika. Ja oczywiście funkcjonowałam jako Maleństwo, choć od początku bardziej identyfikowałam się z Tygryskiem… chociaż nie, Tygrysek chyba najpierw przypominał mi mojego tatę: nigdy nie tracił dobrego humoru ani pewności siebie i zawsze znajdował wyjście z trudnych sytuacji.

Ogromną sympatią – Bóg jeden raczy wiedzieć, dlaczego – darzyłam też Gofera (na logikę, czemu nie Gofra???). Może dlatego, że fajnie świszczał i uroczo się jąkał… albo sama miałam jakieś ukryte piromańskie fantazje, kto wie. Ogólnie świstaki kojarzyły mi się pozytywnie nie tylko dzięki bohaterowi Puchatka; lubiłam także słynny film z Billem Murrayem i jeszcze słynniejszą reklamę Milki o zawijaniu w sreberka… a potem w sklepach pojawiły się te wnerwiające maskotki, które świszczały przy każdym otwarciu drzwi przez klienta i czar prysł. Ale to tak na marginesie, bo o reklamach popełnię kiedyś inny wpis.

Wyrosłam zatem na Puchatkowej filozofii, którą zresztą przekładałam na swój stosunek do świata. Wiedziały o tym chociażby moje harcerki, od których raz po raz dostawałam jakieś gadżety z Tygryskiem. Zrobiła się z nich całkiem pokaźna kolekcja i gdyby nie utonęła, to zapewne zdobiłaby dzisiaj pokój Księżniczki. Pamiątek już nie mam, ale złote myśli zostały. Pozwólcie, że podzielę się z Wami moimi ulubionymi (czyli takimi, które, mówiąc może nieco na wyrost, opisują różne aspekty mojego życia i mnie samą).

Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej tam Prosiaczka nie było.

No i powiedzcie tylko, drogie Czytelniczki, że to nie przypomina faceta szukającego plastra w apteczce/serka w lodówce/skarpetek w szufladzie…? Im bardziej zagląda, tym bardziej tego nie ma, a potem przychodzi żona i w ciągu sekundy z wymownym wyrazem twarzy wyciąga tego królika z kapelusza czy tam inny dokument z teczki.

Miałem zamiar zmienić koszulkę, ale zmieniłem zamiar.

O, a to z kolei jest typowo kobiece, czyż nie? I tak bardzo przypomina moje ubieranie się do pracy, że prawie czuję się podglądana przez zdobiące pokój pluszaki. Znaczy, ekhm, nie to, że nie zmieniam koszulek… tylko szykuję sobie coś do założenia, a potem właśnie zmieniam zamiar. I żeby to raz…

– A ty jak się masz? – spytał Puchatek.

– Nie bardzo się mam – odpowiedział Kłapouchy. – Już nie pamiętam czasów, żebym jakoś się miał.

O to, to! I tak co miesiąc, if you know what I mean.

Nie zdziwiłbym się wcale – mówił Kłapouchy – gdyby jutro spadł grad, gdyby rozszalała się zamieć i licho wie co. To, że dziś jest ładnie, to jeszcze nic nie znaczy. Z tego nie można wyciągnąć żadnych wnio… czy jak to się mówi. Ale mniejsza o to. Z tego w ogóle nic nie można wyciągnąć. To jest zaledwie jakiś ślad pogody..

W życiu nie widziałam trafniejszej prognozy. A w odniesieniu do minionego lata – przepraszam, „lata”, to już w ogóle mistrzostwo!

Wypadki to zabawne rzeczy. Nigdy ci się nie przytrafiają, dopóki się nie przytrafią…

Zaczynam od tego cytatu większość klasowych pogadanek o bezpieczeństwie w szkole i poza nią. Mówiąc całkiem poważnie, dzięki swojej prostocie stanowi świetny punkt wyjścia do dyskusji o przewidywaniu i odpowiedzialności. Działa nawet na maturzystów. W końcu wszyscy gdzieś wewnątrz jesteśmy dziećmi…

Albo weźmy Sowę. Sowa właściwie też nie ma wiele Rozumu, ale za to jest Uczona.

Tu się aż prosi o jakiś żart polityczny… ale nie, wyskrobię coś innego. Rozum i wykształcenie niestety nie zawsze idą w parze. Przychodzi mi tu na myśl dwoje dawnych wykładowców akademickich. Najpierw pewna pani doktor, która kazała całej grupie przeczytać nieistniejącą książkę. To znaczy książka istniała, tylko że napisana czterdzieści lat wcześniej w innym języku i nigdy nieprzetłumaczona na polski, mało tego, nawet ta wersja obcojęzyczna była w całym mieście nie do zdobycia. Dwa razy całą grupą prosiliśmy o zmianę lektury, za trzecim wykładowczyni zrobiła niezapowiedziane kolokwium z jej treści. Ta sama kobieta zresztą za aktywność na zajęciach zwolniła mnie z egzaminu końcowego, po czym obniżyła mi ocenę za to, że na owym egzaminie się nie stawiłam. Drugi przykład jest jeszcze ciekawszy, bowiem dotyczy pana profesora zwyczajnego, który dowodził, że kobieta nie może zostać filozofem, ponieważ nie pozwala jej na to budowa mózgu… a także, że osoby stosujące kiedykolwiek jakiekolwiek formy antykoncepcji mają skrzywioną psychikę i nigdy nie będą w stanie stworzyć stałego związku. Dodam, że jest to profesor świeckiej, państwowej uczelni.

Myślenie nie jest łatwe, ale można się do niego przyzwyczaić.

Czyli jest dla mnie nadzieja!

Czasami – powiedział Kubuś – najmniejsze rzeczy zajmują najwięcej miejsca w twoim sercu.

Nie tylko rzeczy. Księżniczki i psy też.

Dzień bez przyjaciela to jak dzbanek, w którym nie została nawet kropelka miodu.

Idę o zakład, że to ten przyjaciel wcześniej zeżarł cały miodek. Nie uważacie, że w pewnym sensie miarą przyjaźni jest swoboda, z jaką druga osoba czuje się u nas w domu? Nie mówię tu rzecz jasna o tych dziwnych i wcale nie tak dobrze znanych jednostkach, które wpadają pierwszy raz w odwiedziny i od razu lustrują zawartość szuflad, bo takich dla własnego spokoju więcej nie zapraszam. Mówię o tych, z którymi łączy nas tak naturalna więź, że sami wyciągają sobie z szafki kapcie dla gości albo wstają na moment od stołu, a po chwili z kuchni dochodzi pytanie: „Gdzie trzymasz kakao?”, względnie: „Dlaczego nie masz zielonej herbaty?”.

Pamiętałem, ale potem, gdy starałem się przypomnieć, to zapomniałem.

Błagam, powiedzcie, że nie tylko my z Puchatkiem tak mamy… Bo ja potrafię czasem wyjść do sklepu po cytrynę, a wrócić z jogurtem, czekoladą, bananami, sokiem żurawinowym i proszkiem z promocji. Bez cytryny rzecz jasna.

I na sam koniec kwintesencja mojego blogowania:

 Kiedy jest się Misiem o Bardzo Małym Rozumku i Myśli się o Rozmaitych Rzeczach, to okazuje się czasami, że rzeczy, które zdawały się bardzo proste, gdy miało się je w głowie, stają się całkiem inne, gdy wychodzą z głowy na świat i inni na nie patrzą.

Rodzicielsko-belferska wojenka o Jasia

Pamiętacie, co rodzice Wam mówili, kiedy rozpoczynaliście przedszkole lub podstawówkę? Założę się, że wśród wielu porad znajdowały się między innymi te:

- Zjedz wszystkie kanapki/cały obiad etc.;

- Zakładaj kurtkę przed wyjściem na plac zabaw/boisko;

- Bądź grzeczna/y i słuchaj pani.

Wydawałoby się, że są to zalecenia ponadczasowe, które będzie się powtarzać dzieciom tak długo, jak będą istnieć placówki oświatowe. A jednak nie. Coraz częściej można się spotkać z opiniami negującymi zwłaszcza tę trzecią wskazówkę. Według niektórych rodziców dziecko posłuszne to inaczej bierne, wycofane, zastraszone, niesamodzielne. Ostatnio zetknęłam się z mamą pewnego przedszkolaka, która stwierdziła, że jej czterolatek po usłyszeniu polecenia wychowawczyni sam ma zdecydować, czy je wykona, czy nie. Co prawda nigdy nie pracowałam z tak małymi dziećmi, ale dla mnie, jako bądź co bądź przedstawicielki systemu, takie postawy rodziców są alarmujące i to z trzech powodów.

Salomonowe dziecko, czyli kto jest matką Jasia

http://forumeria.pl/attachment.php?aid=6152

Powyższy obrazek pokonuje już osiemnaste okrążenie w Internecie, ale trudno odmówić mu słuszności. Zastanawiam się, jak doszło do tego, że rodzic i nauczyciel stoją dzisiaj po dwóch stronach barykady, na której ich (jak by nie patrzeć) wspólny wychowanek wymachuje białą flagą, bo znalazł się w krzyżowym ogniu niechcący wywołanej przez siebie wojny… choć bardziej pasuje tu chyba odwołanie do fragmentu Starego Testamentu, w którym dwie kobiety walczyły o niemowlę, a mądry król Salomon zasugerował rozdarcie go na pół. Różnica polega na tym, że w Biblii ustąpiła prawdziwa matka, a w dzisiejszej rzeczywistości prędzej podda się nauczyciel.

Moja edukacja przypadła mniej więcej na przełom stuleci. Bardzo dużo opowiadałam rodzicom o szkole i nauczycielach, także tych nielubianych. Oboje wpajali mi, że mam prawo nie lubić swoich pedagogów, ale jestem im winna szacunek. Słuchali mnie uważnie, kiedy na któregoś się skarżyłam. Czasem przyznawali mi rację, a czasem tłumaczyli, że prawdopodobnie to ja postąpiłam źle. W każdym razie wiedziałam, że w razie poważniejszych problemów mogę liczyć na ich interwencję, ale… nigdy nie było takiej potrzeby. Sama radziłam sobie ze szkolnymi przeciwnościami. Niektórych spośród negatywnie odbieranych belfrów doceniłam po czasie, do innych nadal mam zastrzeżenia, nawet (a może zwłaszcza) znając już ten zawód od wewnątrz. Wydaje mi się, że to, co robili moi rodzice, było właściwe. Nie bagatelizowali moich przeżyć, ale też nie szukali na siłę nieprawidłowości. Podobnie postępowano chyba w większości domów, roszczeniowi opiekunowie byli wówczas niechlubnymi wyjątkami.

Mam wrażenie, iż dzisiaj rodzice coraz mniej ufają wychowawcom swoich dzieci. Uważają ich za osoby niekompetentne, leniwe i autorytarne. Nie wierzą, że zależy im na podopiecznych. Nie potrafię wskazać źródła tego zjawiska. Na pewno zdarzają się nauczyciele bez powołania, nienadający się w istocie do pracy z młodym pokoleniem. Sama też na takich trafiałam… no właśnie. Oni istnieli przecież od zawsze, a jednak postrzeganie zawodu nauczyciela było zupełnie inne. Prawda jest taka, że pedagogom, poza wspomnianymi wyjątkami, zależy przede wszystkim na dobru dziecka, na jego bezpieczeństwie i harmonijnym rozwoju. Nauczyciel i rodzic mają więc wspólny cel, a moim zdaniem mur pomiędzy nimi jest po prostu sztuczny. Nie mam niestety pomysłu, jak go zburzyć (indywidualnie, w kontakcie z konkretnymi rodzicami – owszem, staram się to robić i nawet widzę efekty, ale globalnie… nie mam pojęcia, jak można to zmienić).

Grzeczny, czyli jaki?

Nieufność wobec nauczycieli powoduje, że część rodziców, chyba nie do końca świadomie, obarcza dzieci ogromną odpowiedzialnością za ich własny rozwój. Wracam do mamy tego czterolatka, która upiera się, że jej synek może sam decydować, czy posłucha pani w przedszkolu. Dopóki jego wybór będzie dotyczył tego, w co się bawić albo ile zjeść kanapek, to nie ma o czym mówić. Wyobraźmy sobie jednak sytuację, że wychowawczyni zabroni dziecku na przykład podchodzić pod huśtawkę, na której buja się kolega z grupy. Chłopiec nie posłucha, czego efektem będzie w najlepszym wypadku wstrząśnienie mózgu. Jak myślicie, kogo rodzice będą winili za to zdarzenie i kto może z tego powodu stracić pracę? A jeżeli mały wbiegnie na jezdnię prosto pod samochód, bo zignoruje polecenie pani, każącej stać grzecznie w dwuszeregu i trzymać się za rączki? Wspomniana mama trwa w przekonaniu, że jej potomek jest na tyle mądry, iż zawsze będzie umiał wybierać racjonalnie. Powiem tak… wielu gimnazjalistów i licealistów nie potrafi podejmować właściwych decyzji, a co dopiero taki maluch?

Sama nie lubiłam chodzić do przedszkola właśnie dlatego, że nie odpowiadały mi panujące tam zasady: przymusowe leżakowanie, zmuszanie do jedzenia obrzydliwych posiłków czy kary za każde uchybienie. Poniekąd rozumiem frustrację rodziców, którzy mają podobne wspomnienia i przenoszą je na obecny stosunek do tego typu placówek. Nie wiem, jak wiele się zmieniło od początku lat 90., ale zakładam, że sporo. Jestem natomiast pewna, że znaczna większość przedszkolnych czy wczesnoszkolnych reguł wynika z troski o bezpieczeństwo maluchów. Dzieci w grupie i bez obecności mamy czy taty zachowują się zupełnie inaczej niż w domu pod ich opieką. Ten sam Jaś, który potrafi spędzić całe popołudnie w swoim pokoju, grzecznie układając klocki, może następnego ranka zdejmować dziewczynkom majtki i rzucać w kolegów kamieniami. Maluchy niewiele się w tym różnią od dorosłych – w końcu my też przybieramy różne maski w zależności od tego, gdzie jesteśmy i z kim mamy do czynienia.

Dziecko grzeczne (wedle mojej prywatnej definicji) to nie dziecko bez charakteru i zdolności do refleksji, tylko takie, które potrafi odnaleźć się w grupie i dostosować do otaczających je warunków. Nigdzie nie jest powiedziane, że owa grzeczność ma być rezygnacją z własnego zdania i prowadzić do zbytniej uległości.

Aby reforma nie była deformą

Rodzicielskie ataki na system jako całość nie są jednak do końca pozbawione sensu. Polska oświata zdecydowanie wymaga reform, przede wszystkim takich, dzięki którym dostosuje się do potrzeb i trybu życia współczesnej młodzieży i dzieci. O ile nie wyobrażam sobie przyzwolenia na to, aby przedszkolak miał w głębokim poważaniu to, co mówi wychowawczyni, o tyle jak najbardziej jestem za większą dowolnością w kwestii udziału w różnego typu zajęciach (czyli popieram elementy metody Montessori).

Świat się zmienia, a wraz z nim metody i trendy wychowawcze. Myślę, że w dzisiejszej szkole nie ma już miejsca dla nauczycieli, budujących swój autorytet poprzez wzbudzanie strachu albo całkowitą bezkompromisowość. Musimy, mówiąc potocznie, spuścić trochę powietrza, otworzyć się na bliższy kontakt z podopiecznymi i to tym bardziej, że coraz rzadziej mają ku temu warunki w domu. Niekoniecznie wynika to z winy czy złej woli rodziców – funkcjonujemy w takiej rzeczywistości, że dorośli pracują albo całymi dniami, albo daleko od miejsca zamieszkania. Nawet belfrzy, którym złośliwi wypominają „ciągłe wolne”, bardzo często siedzą w pracy od świtu do nocy, więcej czasu poświęcając obcym pociechom, niźli własnym. A dziecko bez względu na to, czy ma lat 5 czy 15, potrzebuje troski i zainteresowania najbliższych…

Reforma oświaty, zamiast na nowo mieszać elementy tej samej układanki, według mnie powinna się skupić na tym, jak stworzyć uczniom przyjazną przestrzeń do szeroko pojętego rozwoju, ale na to chyba póki co nikt „na górze” nie wpadł.

Marzenia, marzenia, marzenia…

Jako nauczycielka i świeżo upieczona mama marzę o szkole, w jakiej sama chciałabym pracować i do jakiej z chęcią za kilka lat posłałabym Księżniczkę. Gdyby było mi dane zrealizować własną wizję, to przede wszystkim zrezygnowałabym z ławek w części sal. Wiadomo, że podczas wielu zajęć są one niezbędne, ale przecież nie zawsze. Bardzo chętnie pozwoliłabym uczniom przyjmować dowolne pozycje podczas nauki: niech siedzą po turecku, leżą na kanapie albo bujają się w hamaku, jeżeli to stymuluje pracę ich młodych mózgów. Zamiast klasycznych lekcji wychowawczych na z góry narzucone tematy wprowadziłabym inny typ zajęć z wychowawcą: raz niech to będzie wspólna Zumba, kiedy indziej wizyta w schronisku dla zwierząt, a kolejnym razem np. granie w planszówki, w zależności od zainteresowań podopiecznych. Oczywiście obecnie system dopuszcza tego typu aktywności, ale pytanie, kto z tego korzysta częściej niż (maksymalnie) kilka razy w roku? Powywalałabym też połowę ministerialno-kuratoryjnych wymysłów dotyczących biurokracji, ograniczając ją do niezbędnego minimum. Nie raz i nie dwa zdarzyło mi się, że jedno wyjście do pobliskiej galerii sztuki, trwające wraz z pokonaniem trasy godzinę zegarową, musiałam raportować na cztery różne sposoby, co zajęło mi trzy razy tyle, ile sama wycieczka. Zdecydowanie wolałabym wykorzystać ten czas np. na wykonanie ciekawej prezentacji na lekcję albo dodatkowe konsultacje dla uczniów, przygotowujących się do konkursów przedmiotowych.

Warte przemyślenia są też relacje rodziców z nauczycielami. Większość szkół korzysta dzisiaj z dzienników elektronicznych, opiekunowie nie mają już potrzeby kontaktować się z wychowawcą, żeby poznać postępy pociechy w nauce. Część placówek próbuje podnosić atrakcyjność wywiadówek, zapraszając na nie wszelkiej maści ekspertów od wychowania w celu wygłoszenia prelekcji. Skutki są różne – niektórzy rodzice chętnie w takich wydarzeniach uczestniczą, innych frustruje niepotrzebne zabieranie czasu, którego przecież nam wszystkim brakuje. Nie mam tutaj jakiegoś konkretnego, przemyślanego pomysłu, do głowy przychodzą mi różne koncepcje. Może na przykład zamiast klasycznych zebrań organizować wspólne zajęcia dla całych rodzin, 1-2 razy w semestrze? Byłaby to szansa na wzajemne poznanie się, a dla rodziców dodatkowo okazja do spędzenia czasu z dziećmi i rozejrzenie się w ich środowisku. Być może mówię tak, ponieważ jako wychowawczyni w większości miałam szczęście do rodziców moich podopiecznych. Owszem, zdarzali się opiekunowie przewrażliwieni i roszczeniowi, ale na szczęście udawało się z nimi porozumieć, a w najgorszym wypadku ginęli w tłumie tych sympatycznych i zdroworozsądkowych.

A o jakiej szkole Wy marzycie dla swoich dzieci?

Typy gości na imprezach rodzinnych

Jeżeli organizowaliście kiedykolwiek wesele, chrzciny, komunię, stypę albo chociażby bardziej huczne urodziny w większym gronie krewnych i znajomych, to być może złapaliście się na tym, że konkretnym zaproszonym gościom z góry przypisuje się jakieś role lub określone zachowania. Na przykład: „Stefana to trzeba posadzić gdzieś z brzegu, bo on co chwilę wychodzi gadać przez telefon” albo „Marta będzie, to zajmie się dziećmi, przecież uwielbia maluchy” czy też „Elką się nie przejmujmy, pewnie jak zwykle się spóźni”. Wynika to zapewne ze znajomości nawyków naszych bliskich oraz po prostu z chęci dopięcia wszystkiego na ostatni guzik, aby impreza się udała. Nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale mam wrażenie, że na większości tego rodzaju przyjęć typy gości się powtarzają. I dzisiaj zamierzam im się przyjrzeć – a właściwie ich odbiciom w krzywym zwierciadle.

  1. BIZNESMEN – ma własną firmę albo prowadzi podejrzane interesy, często jedno i drugie. Potrafi w środku weekendowej nocy podczas wesela wisieć na telefonie i negocjować z kontrahentami. W przerwach pomiędzy kolejnymi rozmowami próbuje zdobywać klientów, a nierzadko także wspólników, wśród innych gości. Nawet staremu wujkowi Zbyszkowi proponuje wejście do spółki, przekonując go, że zarobi pięciokrotność swojej emerytury na przykład importując zardzewiałe śrubki z Azerbejdżanu lub inwestując wszystkie zaskórniaki w plantację różowych bananów na Śląsku.
  2. GWIAZDA WIECZORU – jak sama nazwa wskazuje, musi błyszczeć. Spóźnia się minimum pół godziny nawet na komunię własnej córki albo ślub najlepszej przyjaciółki. Przychodzi wystrojona niczym Mickiewiczowska Telimena na ucztę w zamku, od razu skupia na sobie uwagę wszystkich zebranych – i tak już zostaje do końca. Kokietuje, zagaduje, rozdaje uśmiechy i z egzaltacją opowiada o swoich przygodach, choćby najbardziej błahych… Kradnie show pannie młodej na weselu i kuzynce na osiemnastce, nie mówiąc już o tym, że i na poczęstunku po pogrzebie potrafi przyćmić pamięć o zmarłym.
  3. MARUDA – choćby uczestniczył w przyjęciu w prawdziwym pałacu, podczas pięknej pogody i w rewelacyjnej atmosferze, to i tak znajdzie powody do narzekania. A to, że w sałatce jest łosoś, a on nie lubi (i nie ma znaczenia, że to tylko jedna z piętnastu różnych sałatek). A to, że w toalecie męskiej jest waniliowe mydło, no bo kto to widział damski zapach w takim miejscu; a w ogóle to drzwi kabin otwierają się w lewo, a lepiej by było w prawo… A to, że musi siedzieć koło ciotki Kryśki, której nie lubi (chociaż sam to miejsce zajął)… W zależności od okazji głośno wyraża przekonanie, że nowożeńcy wkrótce się rozwiodą, świeżo ochrzczone dziecko okaże się mordercą i gwałcicielem, a dziadkom po złotych godach to już z imprez zostaje tylko stypa. Kiedy kończą mu się powody do krytykowania przyjęcia, jego gospodarzy i gości, przechodzi do polityki. I to jest ostatni dzwonek, aby rozmówca Marudy znalazł gdzieś bezpieczne schronienie, zanim nie daj Boże niechcący przyzna się, że głosował na PiS/PO/Kukiza/Nowoczesną/Partię Ufoludków, bo wtedy już się od typa nie uwolni…
  4. PRAWA RĘKA – każde przyjęcie rodzinne traktuje jak misję, odbierając chleb organizatorom oraz wszelkiej maści drużbom lub chrzestnym. Jako pierwsza/y orientuje się, gdzie w lokalu znajdują się toalety, plac zabaw i palarnia, nawet jeśli sam/a z nich nie korzysta. Nigdy nie pije alkoholu, deklarując, że MUSI być dyżurnym kierowcą, chociaż nikt jej/go o to nie prosił. Robi zdjęcia wszystkim i wszystkiemu (na wszelki wypadek, gdyby wynajęty fotograf w drodze powrotnej utopił aparat w fontannie albo został napadnięty przez Cyganów). Po kwadransie zna każdego z gości, włącznie z ich miejscem zamieszkania, sytuacją rodzinną i alergiami pokarmowymi. Podchodzi więc do gospodarzy, pytając teatralnym szeptem, czy pamiętali o wegańskich przystawkach dla ciotki Helenki i bezglutenowych grzankach dla Kubusia (przy czym zarówno ciotkę Helenkę, jak i Kubusia po raz pierwszy widzi na oczy). Prawa Ręka jest więc nieocenioną pomocą dla organizatorów, a po imprezie opowiada wszystkim znajomym, że bez niej/go to ta komunia/wesele/imieniny byłyby jedną wielką katastrofą.
  5. GOŚĆ WIDMO – zwykle należy do rodziny i jest jedną z tych osób, których nie wypada nie zaprosić. Doskonale o tym wie, dlatego czeka do ostatniej chwili z potwierdzeniem swojej obecności na imprezie lub czyni to dopiero po delikatnym ponagleniu ze strony zainteresowanych. Kompletnie nie liczy się z tym, że organizatorzy chcieliby odpowiednio wcześniej zamknąć listę gości i poinformować o niej lokal. Później możliwe są dwa scenariusze: Gość Widmo albo rozmyśla się na dzień przed uroczystością i z łaską informuje, że jednak nie przybędzie, albo nie informuje wcale i zwyczajnie nie przychodzi. Nie odbiera też telefonów od zaniepokojonych najbliższych, wysyłając ostatecznie sms o treści „coś mi wypadło”. Tak, jasne. W niedzielę o 14… to chyba jedynie dysk albo sztuczna szczęka, bo o tej porze to nawet szóstka w totka nie wypada.
  6. DYŻURNY KSIĘGOWY – chodzący arkusz kalkulacyjny. Interesują go wyłącznie liczby. Prędko zlicza wszystkich gości, a następnie wypytuje gospodarzy, ile musieli zapłacić za osobę. Mnoży tę sumę przez liczbę obecnych, dodaje do tego sobie tylko znane kwoty i na tej podstawie błyskawicznie szacuje koszt całej imprezy. Oprócz pytań o pieniądze, Księgowego można także poznać po uwagach typu: „Takiego kurczaka to w hurtowni można kupić już po 12 złotych za kilogram”, „Gdyby wynajęli taksówki dla gości, to wyszłoby taniej niż ten cały autokar” albo „Nie zwróci im się ta impreza. Kowalscy pewnie nic nie dadzą, Kwiatkowscy może ze stówkę od łebka. No nie ma bata, uzbierają najwyżej połowę tego, co wydali.” 
  7. RUBASZNY WUJASZEK – od razu rzuca się w oczy za sprawą nonszalanckiego stosunku do modowego savoir-vivre’u. Jeżeli impreza ma miejsce latem, Wujaszek potrafi przyjść na nią w sandałach ze skarpetkami, krótkich spodniach typu „bomber” i pamiątkowym T-Shircie z wakacji w Kołobrzegu. Na wyjątkowe okazje (ślub córki, ewentualnie chrzciny wnuka) zakłada co prawda garnitur, ale pamiętający przynajmniej czasy Gomułki. Zanim wszyscy goście na przyjęciu zjedzą rosół, Wujaszek pozbywa się marynarki i krawata, a po drugim daniu siedzi już z rozpiętą i wyciągniętą ze spodni koszulą, częstując otoczenie widokiem gęstych włosów na klacie, ozdobionych łańcuszkiem z Matką Boską Częstochowską. Medalik nie przeszkadza mu jednak w opowiadaniu dowcipów z podtekstem – najczęściej jednocześnie seksualnym i szowinistycznym.
  8. MIMOZA – przez całą imprezę siedzi prosto, jakby połknęła kij. Niechętnie nawiązuje nowe znajomości, właściwie rozmawia tylko ze swoim partnerem lub najbliższą rodziną. Najczęściej wymyka się po angielsku, a kilka tygodni po przyjęciu gospodarze nie umieją sobie przypomnieć, czy w ogóle na nim była.

A z jakimi typami gości Wy macie do czynienia?

Zabójcza profilaktyka, czyli polowanie na czarownice po wichurze

Parę lat temu zostałam wychowawczynią bardzo trudnej klasy. Lubiłam swoich podopiecznych, jednak praca z nimi kosztowała mnie wiele wysiłku i stresu. Byłam wówczas jeszcze bardzo młoda, co na samym początku dodatkowo utrudniało budowanie autorytetu. Podczas pierwszego biwaku klasowego uczniowie wpadli na pomysł zorganizowania ogniska w wyznaczonym do tego miejscu na kempingu. Przez kilka poprzednich dni padał deszcz, zatem przyniesione przez nich drewno było śliskie i wilgotne. Dwaj chłopcy – nazwijmy ich Maćkiem i Piotrkiem – przechwalali się znajomością zasad survivalu (jak się potem okazało, zaczerpniętą wyłącznie z Youtube’a), w związku z czym obwołali się kierownikami imprezy i dowodzili układaniem ogniska. Moich porad i podpowiedzi nie za bardzo chcieli słuchać, a ja z kolei nie zamierzałam wyjść na zrzędę, więc pilnowałam tylko, żeby nikt nie zrobił sobie krzywdy. Kiedy stos był już gotowy, Maciek przystąpił do rozpalania. Specjalnie w tym celu przywiózł ze sobą krzesiwo i na wszelki wypadek zapalniczkę. Ani jedno, ani drugie nie poskutkowało. Mokre gałęzie nie chciały nawet zacząć się tlić, w dodatku po którejś próbie cała konstrukcja po prostu się rozsypała. Część klasy poczęła się niecierpliwić, niektórzy proponowali powrót do domków.

- To co, chłopaki? Pozwolicie podziałać doświadczonej harcerce? – zapytałam z uśmiechem.

- Nie da pani rady! – skwitował zaczepnie Piotrek.

- Zobaczymy.

Wspólnie z klasą rozebraliśmy resztki ogniskowego stosu i ułożyliśmy go na nowo, tym razem według sprawdzonych obozowych zasad. Opowiedziałam młodzieży o harcerskiej tradycji, mówiącej, że jeśli ogień nie rozpali się od maksymalnie trzeciej zapałki, to znaczy, że pomiędzy członkami kręgu jest coś nie tak i ognisko się nie odbywa. Widziałam w ich oczach napięcie, kiedy wyciągałam z pudełka pierwszą zapałkę, którą zresztą chwilę później niechcący złamałam o draskę. Na szczęście druga zapłonęła od razu, a od niej powoli zajął się cały stożek (najbardziej popularny typ ogniska).

- Proszę pani, a co się robi na takich harcerskich ogniskach? – zapytała Marysia, kiedy siedzieliśmy już w kręgu, piekąc chleb i kiełbachy.

- Na obrzędowych niczego się nie je. Poszczególne zastępy prezentują różne zabawy, scenki tematyczne, opowiadają o przygodach z minionego dnia – wyjaśniałam cierpliwie – śpiewa się piosenki, uczestniczy w skeczach i pląsach, a ognisko kończy gawęda, czyli historia z morałem, opowiadana najczęściej przez kogoś z kadry.

- Opowie nam pani wieczorem taką gawędę? – poprosiła Kamila.

A chcielibyście?

- Tak! – odezwała się chóralnie większość grupy.

Nie wierzyłam własnym uszom. Moja klasa, którą roznosiła energia, którą trudno było czymkolwiek zainteresować, która notorycznie przyprawiała dyrektora o stan przedzawałowy, a innych nauczycieli o nerwicę, chciała tak po prostu siedzieć grzecznie i słuchać mojego gadania? Ano chciała. I słuchała. Po gawędzie musiałam jeszcze opowiadać o przebiegu zbiórek, o zajęciach podczas obozów, o moich najlepszych wspomnieniach… Ten wieczór był takim przełomowym momentem, kiedy wiele zyskałam w oczach moich wychowanków. Przede wszystkim jednak pokazał mi, jak bardzo współczesna młodzież potrzebuje tego typu aktywności. To nie musi być harcerstwo, może być np. klub żeglarski, bractwo rowerowe albo nawet wspólnota przykościelna… ważne, żeby dawało pole do samorealizacji i, mówiąc kolokwialnie, wyżycia się.

Mama i tata Maćka, tego od krzesiwa, byli zajęci rozwodem i nowymi partnerami, rekompensując synowi swój brak zainteresowania milionem elektronicznych gadżetów. Maciek spędzał więc dnie sam na sam z nowym iPadem, oglądając filmiki na Youtube. Marysię rodzice starali się wychowywać po partnersku, nie stawiając jej kompletnie żadnych granic i wymagań. Pewnie mieli dobre intencje, ale dziewczyna odbierała to tak, że im na niej w ogóle nie zależy. Kamila z kolei była chowana pod kloszem – aż do wspomnianego biwaku nigdy nie jechała pociągiem i nigdy nawet nie była w lesie (!!!) z obawy przed kleszczami, żmijami i innymi mieszkańcami zarośli. Opowieść o harcerstwie pokazała im inny świat – taki, w którym młodzi ludzie mogą pokonywać własne słabości i czuć się potrzebni innym.

Dzisiejszy wpis miał być głosem w obronie instruktorów z obozu w Suszku, na którym podczas nawałnicy zginęły dwie harcerki. Jestem bowiem przekonana, że gdyby kadra miała dostęp do pewnych, potwierdzonych informacji o sile tej burzy, to uczestnicy zostaliby ewakuowani. Sama przejeżdżałam tuż obok tego obozowiska zaledwie kilkanaście godzin po tragedii i NIGDY nie widziałam czegoś takiego. Las został zmieciony z powierzchni ziemi, podobnie jak znaki drogowe, część ogrodzeń posesji, linii energetycznych i innej infrastruktury. Tego nie można było przewidzieć. Co prawda wcześniej czytałam w internecie o nadchodzącej wichurze i oczami wyobraźni widziałam połamane gałęzie i naderwane dachy, ale w najgorszych koszmarach nie śniło mi się urzeczywistnienie apokalipsy…

Chciałam więc opowiedzieć o warunkach, jakie panują na obozach harcerskich. O tym, czym zajmują się wychowawcy i dlaczego postuluje się niekorzystanie z telefonów komórkowych. O sposobach radzenia sobie z przyrodą i zachowaniach w czasie burzy. Nie robię tego jednak z kilku względów. Po pierwsze – w mediach chyba wszystko zostało już powiedziane. Po drugie – głęboko wierzę, że prokuratura pracująca na miejscu ustali, czy ktoś rzeczywiście zawinił i w jakim stopniu. Po trzecie – mocno przeżywam tę tragedię i myślę chyba bardziej sercem, niż rozumem, bo łatwo mi się utożsamić z instruktorami. Jeszcze kilka lat temu sama mogłam być na ich miejscu. Ba! Jako nauczycielka nadal mogę, bo każdy wyjazd z młodzieżą niesie ze sobą jakieś ryzyko.

Postanowiłam jednak napisać przede wszystkim o czymś innym: o zabójczej profilaktyce. Już pojawiają się głosy, żeby zabronić harcerzom rozbijania obozów w lasach, bo to zbyt niebezpieczne. Ciekawy postulat, zwłaszcza że harcerstwo w Polsce istnieje i obozuje już od 100 lat… Co nie znaczy, że w zakresie bezpieczeństwa nie dokonały się żadne zmiany. Podczas mojego pierwszego obozu – równe 20 lat temu – nikogo nie dziwiło, że jedenasto-trzynastoletnie druhenki podróżują tylko w towarzystwie szesnastoletniej zastępowej i że pod jej opieką budują w głębokim lesie szałas, w którym przez dobę lub dwie same śpią i same sobie gotują. Tymczasem na kilku moich ostatnich wyjazdach tego typu, zaledwie przed kilkoma laty, jako komendantka teoretycznie nie mogłam wypuścić harcerek samych nawet do obozowej kuchni, jeżeli nie było jej widać z podobozu; o samodzielnym wyjściu zastępu w teren w ogóle nie mogło już być mowy. Ja wiem, że czasy się zmieniają, że na młodzież czyha coraz więcej zagrożeń. Wiem, że opiekunowie – jak sama nazwa wskazuje – są od opieki, ich obowiązkiem jest więc ruszyć cztery litery i być tam, gdzie wychowankowie. Ale wiem też, że nie da się nauczyć dziecka samodzielności, jeśli będzie się je przez całe życie nosiło na rękach. I wiem, że wszystkiego się nie przewidzi, nawet jeśli jest się doświadczonym, mądrym i odpowiedzialnym człowiekiem, a za takich wbrew medialnej nagonce uważam większość instruktorów harcerskich.

Podam Wam pewien przykład – co prawda nie z harcerstwa, ale za to mój osobisty i to w miarę świeży, bo zaledwie z zeszłego roku. Byłam z klasą – tym razem kochaną i świetnie współpracującą od samego początku – na wycieczce. Młodzież została wyraźnie poinformowana, że bez wychowawcy nie wolno opuszczać terenu ośrodka nawet na krok. I wszystko było ok, póki jeden z chłopaków – załóżmy Łukasz – nie zorientował się, że zgubił gdzieś bardzo drogi obiektyw do aparatu. Był to moment, kiedy poszłam do swojego lokum zmienić spodnie na dłuższe, bo zerwał się zimny wiatr. Druga z opiekunek robiła w tym czasie obchód po pokojach – czyli to, co powinna. Łukasz wykorzystał tę chwilę i samowolnie wyszedł (przez okno!) w stronę oddalonej o prawie kilometr plaży, żeby szukać zguby. Bardzo szybko zorientowałam się, że go nie ma. Koledzy natychmiast pospieszyli z wyjaśnieniem, co się stało. Oczywiście od razu miałam milion myśli, głównie tych najgorszych, bo oczami wyobraźni widziałam już Łukasza w roli topielca, pociętego na organy lub przynajmniej pobitego do nieprzytomności. Na szczęście nic takiego się nie stało. Wyszedłszy go szukać, trafiliśmy na niego całego i zdrowego, a obiektyw odnalazł się… pod łóżkiem w pokoju. Jako wytłumaczenie nastolatek podał argument, że „nie chciał nikomu robić problemów, myślał, że tylko wyskoczy, znajdzie zgubę i niepostrzeżenie wróci”. Grzecznie przyjął konsekwencje, ale chyba nie za bardzo je rozumiał. Obiektywnie rzecz ujmując nie zrobił w końcu niczego niebezpiecznego – na wakacjach z rodzicami pewnie postąpiłby identycznie, choć może za ich zgodą. Właściwie odbył jedynie zwykły, krótki spacer promenadą… Tyle tylko, że gdyby coś mu się stało, to żaden adwokat by mnie nie wybronił. A przecież wychowawca też musi kiedyś spać, myć się, ubierać i korzystać z WC…

Boję się, że ta paniczna obawa o bezpieczeństwo zacznie prowadzić do absurdów; że doczekamy się obozów harcerskich w hotelach, pływackich z zajęciami w brodzikach i żeglarskich, gdzie sterowania łódką będzie się uczyć wyłącznie na sucho albo najdalej dwa metry od brzegu. Wcale nie jestem pewna, czy w tej chwili coś wyolbrzymiam. Spotkałam już w swoim życiu trzynastolatka, który bał się pokroić ciasto, bo nigdy wcześniej nie trzymał w ręku dużego noża. Mama w domu nie pozwalała, żeby nie zrobił sobie krzywdy. Poznałam też ucznia drugiej klasy liceum, bojącego się dotknąć żelazka w obawie przed poparzeniem – nie dlatego, że miał jakiś uraz, tylko po prostu nigdy niczego nie prasował. Mało tego, jestem przekonana, że nawet pomimo nie wiem jak rygorystycznych przepisów wypadki będą się zdarzać. Synek koleżanki mojej mamy utopił się w kałuży we własnym ogródku… Te drzewa, które przygniotły dziewczynki w Suszku, mogły równie dobrze spaść na autobus podczas ewakuacji obozu i spowodować jeszcze więcej ofiar. Wichura nie przeszła nad kawałkiem lasu, tylko nad tysiącami metrów kwadratowych powierzchni… a trwała zaledwie pół godziny!

Nie pragnę umniejszać tragedii rodzin tych młodych ofiar. Nie wiem, co myślą i czują ich rodzice.  Nie umiem się nawet domyślać. Nie dziwię się, jeśli szukają winnych i chcą ich ukarania. Nie potrafię sobie wyobrazić, co by było, gdyby żywioł odebrał mi Księżniczkę… Być może oskarżałabym wszystkich wokół bez względu na ich rzeczywisty udział w zdarzeniu. Nie jest mi natomiast trudno wczuć się w sytuację instruktorów. Wierzę, że byli gotowi oddać życie za tę młodzież, bo w takim duchu wychowywani są harcerze.

Pytania, czy tej tragedii można było uniknąć, to jedno. Drugie – jaką młodzież wychowamy, jeżeli zabronimy jej wszystkiego? I dalej – gdzie i jak młodzi ludzie będą pożytkować swoją energię, jeśli zabierze im się kontrolowane ryzyko?

Matka z wózkiem w przestrzeni publicznej

Mam taką złotą zasadę, że nie angażuję się w żadne internetowe kupoburze czy inne obrzucanie błotem ludzi o odmiennych poglądach. Są ku temu trzy powody:

  1. Poziom tych dyskusji jest najczęściej tak żenujący, że zwyczajnie wstydzę się zabierać w nich głos. Zostawienie po sobie śladu w takiej wymianie zdań wydaje mi się gorsze niż przyznanie się do nieznajomości tabliczki mnożenia, niezmieniania bielizny albo sikania do basenu.
  2. Nigdzie nie jest powiedziane, że to ja mam rację, w końcu nie pozjadałam wszystkich rozumów. Nikt mi nie dał prawa do krytykowania, osądzania czy pouczania innych, zwłaszcza ad personam.
  3. W tych nielicznych wyjątkach, kiedy wiem na 100%, że słuszność jest po mojej stronie, dyskusja najczęściej nie ma sensu, jest jak ta przysłowiowa gra w szachy z gołębiem. Niektórzy ludzie wierzą w takie rzeczy, że strach się bać. Tak jest np. z postami o zarobkach nauczycieli. Najwięcej mają o nich do powiedzenia ci, którzy nigdy nie pracowali w szkole, ale ponieważ znajoma kuzynki sąsiada brata pani z warzywniaka była nauczycielką, to wiedzą na pewno, że przeciętny belfer zarabia 5000 na rękę za etat. Zawsze po przeczytaniu takich rewelacji z błyskiem nadziei w oczach sprawdzam konto, ale niestety jakoś te liczby nie chcą się pozamieniać miejscami. I jak było 40% tej kwoty, tak jest. Na macierzyńskim nawet mniej. Podobno kasjer w Lidlu zarabia więcej (przy całym szacunku dla kasjerów z Lidla,  wcale im pracy nie zazdroszczę)…

Przyznaję, że przedwczoraj korciło mnie, aby wbrew postanowieniom w jednym miejscu zabrać głos. Powstrzymałam się jednak i postanowiłam zrobić to tutaj, bo wiem, że nawet jeśli się ze mną nie zgodzicie, to poziom dyskusji będzie o wiele wyższy, niż pod przypadkowym profilem na Facebooku.

Na pewno część z Was zetknęła się z krążącym po sieci już od miesięcy artykułem o matce z wózkiem, która została wyproszona z tzw. ciucholandu i nasłuchała się od sprzedawczyni wielu przykrych rzeczy. Sprawa trafiła do sądu, obsługę sklepu ukarano mandatem w wysokości… 20 złotych. W komentarzach (facebookowych i nie tylko) większość osób nie tylko nie broni tej mamy, ale wręcz wyzywa ją od „świętych krów”, „madek” i „efektów 500+” (nie do końca popieram ten program, ale nie widzę jego związku z powyższą sytuacją). Przyznam Wam szczerze, że przeraża mnie taki brak empatii… Swoje przemyślenia na ten temat pozwoliłam sobie zawrzeć w punktach poniżej. Jestem bardzo ciekawa Waszych spostrzeżeń.

  1. Zgadzam się, że są przestrzenie handlowe nieprzeznaczone dla wózków dziecięcych: ciasne sklepiki, w których nawet samemu trudno się obrócić albo np. lokalne sklepy ze szkłem i porcelaną, gdzie łatwo coś zahaczyć i stłuc. Pchanie się do takich miejsc z wózkiem, o ile nie zachodzi jakaś paląca konieczność, uważam za wysoce nierozsądne. (Co ciekawe, w moim ulubionym centrum handlowym dwa najciaśniejsze sklepy to akurat te z zabawkami; nawet do jubilera można by było spokojnie wejść z wózkiem, a do Smyka nie ma jak.)
  2. Sama nie zabieram córci na zakupy typowo „ubraniowe” ani tym podobne. Trudno byłoby mi się skupić, dziecko marudziłoby znudzone, a (jak pokazała wspomniana dyskusja) mogłybyśmy się jeszcze nasłuchać od osób postronnych. Nigdy nie przyszłoby mi jednak do głowy, aby kogoś za takie zakupy krytykować. Jeżeli z jakichś powodów musiałabym wejść do sklepu odzieżowego lub obuwniczego z wózkiem, to bym weszła, o ile tylko przestrzeń by na to pozwalała.
  3. Nie mam problemu z tym, że niektóre restauracje zakazują wstępu z dziećmi. Ludzie spotykają się w takich miejscach służbowo, towarzysko i/lub dla relaksu, toteż nie muszą wysłuchiwać wrzasków obcych maluchów. Ważne, żeby powstawały również lokale przyjazne rodzinie, bo jednak w podróży czy na wakacjach też trzeba jeść, a dziecko warto uczyć zachowania w tego typu przestrzeni. Jedzenie w domu to jednak nie to samo, choćby ze względu na liczbę bodźców dookoła.
  4. Nie potrafię natomiast pojąć, dlaczego młodemu, zdrowemu człowiekowi przeszkadza matka (ciekawe, że chyba nikt nie wspomniał o ojcach… oni nie wychodzą z dziećmi z domu czy co?) z wózkiem w sklepie? Naprawdę wielkim problemem jest ominięcie wózka, w ostateczności przejście sąsiednią alejką? Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek jakiś pojazd dziecięcy znacznie utrudnił mi zakupy. Zawsze można też powiedzieć „przepraszam” i poprosić rodzica o przestawienie pociechy. To nie boli.
  5. Argument, że „z dziećmi chodzi się do parku, a nie na zakupy” uważam za chybiony i niesprawiedliwy. Jedno przecież drugiego nie wyklucza. Owszem, pracowałam kiedyś w centrum handlowym i widziałam całe rodziny wędrujące po nim od otwarcia do zamknięcia, ale to były (mam nadzieję) wyjątki. Sama wstępuję do sklepów właśnie podczas spaceru, najczęściej w drodze powrotnej… pamiętając o punkcie 1.
  6. Nagonka na kobiety z wózkami najbardziej uderza w samotne matki albo takie, których partnerzy pracują daleko od domu. Naprawdę nie wszyscy mają z kim zostawić dziecko i nie każdego też stać na nianię – a jeść trzeba, posprzątać i ubrać się również, podobnie jak np. wykupić lekarstwa.
  7. Wzywanie do noszenia dzieci w chustach lub nosidełkach jest logiczne, ale nie można nikogo do tego zmuszać. Co mają powiedzieć matki w kolejnej ciąży, z chorym kręgosłupem albo takie, których dzieci zwyczajnie nie cierpią być noszone? Drące się wniebogłosy niemowlę będzie większym utrudnieniem dla innych niż stojący z boku wózek ze śpiącym maluchem… Nie wszyscy mieszkają tuż obok sklepów, czasem trzeba przebyć do nich długą drogę. Ja na przykład nie wyobrażam sobie pokonania – powiedzmy 4 kilometrów – w 34-stopniowym upale z Księżniczką w nosidle. Przede wszystkim ze względu na jej zdrowie, ale na swoje również.
  8. Nie wyobrażam sobie również zostawienia wózka przed sklepem. Ani pustego, ani tym bardziej z dzieckiem. Mam obawy, że po wyjściu już bym go nie zastała.
  9. Matka z wózkiem nie jest świętą krową, dlatego wchodząc do sklepu powinna przynajmniej starać się nie tarasować całego przejścia i uważać na to, żeby kołami nie poniszczyć towaru. To nie jest takie trudne, wystarczy chcieć.
  10. Nie wiem, czy wywieszenie karteczki „Proszę nie wchodzić z wózkami dziecięcymi” jest w naszym kraju legalne, ale jeśli tak, to chyba ułatwiłoby sprawę. Nie wiem jak Wy, ja nie lubię pchać się tam, gdzie nie jestem mile widziana.

Drodzy Rodzice, a Wy jak rozwiązujecie problem zakupów z dzieckiem?

O co chodzi z tymi ojcami?

Kilka lat temu, tuż przed wprowadzeniem tzw. urlopu tacierzyńskiego, przeczytałam w prasie katolickiej artykuł o tym, iż jest to chory pomysł, prowadzący do nadużyć i wynaturzeń, bowiem to tylko matka posiada naturalne predyspozycje do opieki nad niemowlęciem. Poszłam z tym tekstem do zaprzyjaźnionego księdza, który próbował bronić zawartych w nim tez, chociaż chyba sam nie wydawał się przekonany. Już wspominałam na blogu, że byłam dzieckiem w dużej mierze wychowywanym przez tatę i być może dlatego treść artykułu kompletnie do mnie nie przemówiła. Nie uważam też, żeby sam podział funkcji rodzicielskich był moim domu jakoś szczególnie zaburzony: mama była mamą, tata tatą, ale to nie wykluczało tulenia mnie przez ojca, przewijania, kąpania czy czytania mi bajek na dobranoc.

Gdy byłam starsza, mieliśmy z tatą swoje wspólne rytuały, jak wieczorne spacery z psem,  oglądanie „Nocy zbrodni” na Discovery albo przygotowywanie niedzielnego śniadania. Wiele moich wspomnień z dzieciństwa wiąże się właśnie z tatą, bo chociaż dużo pracował, to zawsze znajdował dla mnie czas.

Ten pozytywny obraz ojca utrwala także M. (który potrafił jednocześnie jedną ręką przewijać córkę, drugą trzymać telefon, przez który gadał, trzecią zmieniać kanały w telewizorze,  czwartą przygotowywać małej mleko, a piątą włączać jej grającą zabawkę, ale to inna para kaloszy ;) ). Powiedziałam mu zresztą już lata temu, że będzie dobrym tatą, bo widziałam, jak opiekował się swoją gromadą zuchową. Chyba nie było granicy śmieszności albo bezpieczeństwa, której by dla podopiecznych nie przekroczył. No i miałam rację.

Jeżeli czytaliście mój tegoroczny wpis z okazji Dnia Ojca, to wiecie, że byłam również świadkiem (choć nie zawsze naocznym) zachowań zupełnie przeciwnych – ojców, którzy znęcali się nad dziećmi lub nie żywili do nich żadnych uczuć. I gdzieś w tym wszystkim chyba zgubiłam środek, co dobitnie mi niektórzy uświadamiają.

Zaczęło się krótko po adopcji. Pani kierownik OA podczas wizytacji pytała P. o to, czy są rzeczy, których przy córce nie zrobi (co znamienne  – w moją stronę takie pytanie nie padło). Ze strony samego ośrodka słyszałam podobne dociekania jeszcze kilka razy.

Moja kochana klasa wychowawcza zaprosiła mnie na bal z okazji zakończenia szkoły. Gdy się na nim pojawiłam, pierwsze pytania koleżanek z pracy dotyczyły właśnie tego, z kim zostawiłam dziecko. I wcale nierzadką reakcją było: „Ale jak to z ojcem? Samym?”. Jedna z dziewczyn, także matka maluchów, powiedziała współczująco: „Oj, to pewnie wracasz na 19.00, żeby wykąpać i położyć spać?”. No nie, nie wróciłam ani na 19.00, ani nawet na 20.00. Co prawda po powrocie zastałam Księżniczkę wbrew oczekiwaniom nie w łóżku, a w leżaczku i to bawiącą się w najlepsze z tatusiem, ale w końcu zasady są od tego, żeby je czasem łamać, prawda? ;)

Kilka moich znajomych – bliższych i dalszych – dzieliło się ze mną historiami o tym, jak to ich mężowie brzydzili się niemowlęcej kupy albo bali się wziąć noworodka na ręce, twierdząc, że na pewno zrobiliby mu krzywdę.

I tak się zastanawiam, czy w takim razie naprawdę nadal pokutuje mit o tym, że to wyłącznie matka jest od opieki nad dzieckiem, a ojciec od okazyjnego zapewniania rozrywki? Być może to ze względu na moje relacje z tatą od początku było dla mnie oczywistym, iż oboje małżonkowie powinni się angażować w pielęgnację i wychowanie. Może niekoniecznie  w równych proporcjach, zwłaszcza kiedy jedno z rodziców pracuje na pełen etat, a drugie zostaje w domu, ale na pewno z takim samym poświęceniem.

A jak jest u Was? Kto kąpie, przewija i wstaje w nocy?