Category: Takie tam różne

Rodzicielsko-belferska wojenka o Jasia

Pamiętacie, co rodzice Wam mówili, kiedy rozpoczynaliście przedszkole lub podstawówkę? Założę się, że wśród wielu porad znajdowały się między innymi te:

- Zjedz wszystkie kanapki/cały obiad etc.;

- Zakładaj kurtkę przed wyjściem na plac zabaw/boisko;

- Bądź grzeczna/y i słuchaj pani.

Wydawałoby się, że są to zalecenia ponadczasowe, które będzie się powtarzać dzieciom tak długo, jak będą istnieć placówki oświatowe. A jednak nie. Coraz częściej można się spotkać z opiniami negującymi zwłaszcza tę trzecią wskazówkę. Według niektórych rodziców dziecko posłuszne to inaczej bierne, wycofane, zastraszone, niesamodzielne. Ostatnio zetknęłam się z mamą pewnego przedszkolaka, która stwierdziła, że jej czterolatek po usłyszeniu polecenia wychowawczyni sam ma zdecydować, czy je wykona, czy nie. Co prawda nigdy nie pracowałam z tak małymi dziećmi, ale dla mnie, jako bądź co bądź przedstawicielki systemu, takie postawy rodziców są alarmujące i to z trzech powodów.

Salomonowe dziecko, czyli kto jest matką Jasia

http://forumeria.pl/attachment.php?aid=6152

Powyższy obrazek pokonuje już osiemnaste okrążenie w Internecie, ale trudno odmówić mu słuszności. Zastanawiam się, jak doszło do tego, że rodzic i nauczyciel stoją dzisiaj po dwóch stronach barykady, na której ich (jak by nie patrzeć) wspólny wychowanek wymachuje białą flagą, bo znalazł się w krzyżowym ogniu niechcący wywołanej przez siebie wojny… choć bardziej pasuje tu chyba odwołanie do fragmentu Starego Testamentu, w którym dwie kobiety walczyły o niemowlę, a mądry król Salomon zasugerował rozdarcie go na pół. Różnica polega na tym, że w Biblii ustąpiła prawdziwa matka, a w dzisiejszej rzeczywistości prędzej podda się nauczyciel.

Moja edukacja przypadła mniej więcej na przełom stuleci. Bardzo dużo opowiadałam rodzicom o szkole i nauczycielach, także tych nielubianych. Oboje wpajali mi, że mam prawo nie lubić swoich pedagogów, ale jestem im winna szacunek. Słuchali mnie uważnie, kiedy na któregoś się skarżyłam. Czasem przyznawali mi rację, a czasem tłumaczyli, że prawdopodobnie to ja postąpiłam źle. W każdym razie wiedziałam, że w razie poważniejszych problemów mogę liczyć na ich interwencję, ale… nigdy nie było takiej potrzeby. Sama radziłam sobie ze szkolnymi przeciwnościami. Niektórych spośród negatywnie odbieranych belfrów doceniłam po czasie, do innych nadal mam zastrzeżenia, nawet (a może zwłaszcza) znając już ten zawód od wewnątrz. Wydaje mi się, że to, co robili moi rodzice, było właściwe. Nie bagatelizowali moich przeżyć, ale też nie szukali na siłę nieprawidłowości. Podobnie postępowano chyba w większości domów, roszczeniowi opiekunowie byli wówczas niechlubnymi wyjątkami.

Mam wrażenie, iż dzisiaj rodzice coraz mniej ufają wychowawcom swoich dzieci. Uważają ich za osoby niekompetentne, leniwe i autorytarne. Nie wierzą, że zależy im na podopiecznych. Nie potrafię wskazać źródła tego zjawiska. Na pewno zdarzają się nauczyciele bez powołania, nienadający się w istocie do pracy z młodym pokoleniem. Sama też na takich trafiałam… no właśnie. Oni istnieli przecież od zawsze, a jednak postrzeganie zawodu nauczyciela było zupełnie inne. Prawda jest taka, że pedagogom, poza wspomnianymi wyjątkami, zależy przede wszystkim na dobru dziecka, na jego bezpieczeństwie i harmonijnym rozwoju. Nauczyciel i rodzic mają więc wspólny cel, a moim zdaniem mur pomiędzy nimi jest po prostu sztuczny. Nie mam niestety pomysłu, jak go zburzyć (indywidualnie, w kontakcie z konkretnymi rodzicami – owszem, staram się to robić i nawet widzę efekty, ale globalnie… nie mam pojęcia, jak można to zmienić).

Grzeczny, czyli jaki?

Nieufność wobec nauczycieli powoduje, że część rodziców, chyba nie do końca świadomie, obarcza dzieci ogromną odpowiedzialnością za ich własny rozwój. Wracam do mamy tego czterolatka, która upiera się, że jej synek może sam decydować, czy posłucha pani w przedszkolu. Dopóki jego wybór będzie dotyczył tego, w co się bawić albo ile zjeść kanapek, to nie ma o czym mówić. Wyobraźmy sobie jednak sytuację, że wychowawczyni zabroni dziecku na przykład podchodzić pod huśtawkę, na której buja się kolega z grupy. Chłopiec nie posłucha, czego efektem będzie w najlepszym wypadku wstrząśnienie mózgu. Jak myślicie, kogo rodzice będą winili za to zdarzenie i kto może z tego powodu stracić pracę? A jeżeli mały wbiegnie na jezdnię prosto pod samochód, bo zignoruje polecenie pani, każącej stać grzecznie w dwuszeregu i trzymać się za rączki? Wspomniana mama trwa w przekonaniu, że jej potomek jest na tyle mądry, iż zawsze będzie umiał wybierać racjonalnie. Powiem tak… wielu gimnazjalistów i licealistów nie potrafi podejmować właściwych decyzji, a co dopiero taki maluch?

Sama nie lubiłam chodzić do przedszkola właśnie dlatego, że nie odpowiadały mi panujące tam zasady: przymusowe leżakowanie, zmuszanie do jedzenia obrzydliwych posiłków czy kary za każde uchybienie. Poniekąd rozumiem frustrację rodziców, którzy mają podobne wspomnienia i przenoszą je na obecny stosunek do tego typu placówek. Nie wiem, jak wiele się zmieniło od początku lat 90., ale zakładam, że sporo. Jestem natomiast pewna, że znaczna większość przedszkolnych czy wczesnoszkolnych reguł wynika z troski o bezpieczeństwo maluchów. Dzieci w grupie i bez obecności mamy czy taty zachowują się zupełnie inaczej niż w domu pod ich opieką. Ten sam Jaś, który potrafi spędzić całe popołudnie w swoim pokoju, grzecznie układając klocki, może następnego ranka zdejmować dziewczynkom majtki i rzucać w kolegów kamieniami. Maluchy niewiele się w tym różnią od dorosłych – w końcu my też przybieramy różne maski w zależności od tego, gdzie jesteśmy i z kim mamy do czynienia.

Dziecko grzeczne (wedle mojej prywatnej definicji) to nie dziecko bez charakteru i zdolności do refleksji, tylko takie, które potrafi odnaleźć się w grupie i dostosować do otaczających je warunków. Nigdzie nie jest powiedziane, że owa grzeczność ma być rezygnacją z własnego zdania i prowadzić do zbytniej uległości.

Aby reforma nie była deformą

Rodzicielskie ataki na system jako całość nie są jednak do końca pozbawione sensu. Polska oświata zdecydowanie wymaga reform, przede wszystkim takich, dzięki którym dostosuje się do potrzeb i trybu życia współczesnej młodzieży i dzieci. O ile nie wyobrażam sobie przyzwolenia na to, aby przedszkolak miał w głębokim poważaniu to, co mówi wychowawczyni, o tyle jak najbardziej jestem za większą dowolnością w kwestii udziału w różnego typu zajęciach (czyli popieram elementy metody Montessori).

Świat się zmienia, a wraz z nim metody i trendy wychowawcze. Myślę, że w dzisiejszej szkole nie ma już miejsca dla nauczycieli, budujących swój autorytet poprzez wzbudzanie strachu albo całkowitą bezkompromisowość. Musimy, mówiąc potocznie, spuścić trochę powietrza, otworzyć się na bliższy kontakt z podopiecznymi i to tym bardziej, że coraz rzadziej mają ku temu warunki w domu. Niekoniecznie wynika to z winy czy złej woli rodziców – funkcjonujemy w takiej rzeczywistości, że dorośli pracują albo całymi dniami, albo daleko od miejsca zamieszkania. Nawet belfrzy, którym złośliwi wypominają „ciągłe wolne”, bardzo często siedzą w pracy od świtu do nocy, więcej czasu poświęcając obcym pociechom, niźli własnym. A dziecko bez względu na to, czy ma lat 5 czy 15, potrzebuje troski i zainteresowania najbliższych…

Reforma oświaty, zamiast na nowo mieszać elementy tej samej układanki, według mnie powinna się skupić na tym, jak stworzyć uczniom przyjazną przestrzeń do szeroko pojętego rozwoju, ale na to chyba póki co nikt „na górze” nie wpadł.

Marzenia, marzenia, marzenia…

Jako nauczycielka i świeżo upieczona mama marzę o szkole, w jakiej sama chciałabym pracować i do jakiej z chęcią za kilka lat posłałabym Księżniczkę. Gdyby było mi dane zrealizować własną wizję, to przede wszystkim zrezygnowałabym z ławek w części sal. Wiadomo, że podczas wielu zajęć są one niezbędne, ale przecież nie zawsze. Bardzo chętnie pozwoliłabym uczniom przyjmować dowolne pozycje podczas nauki: niech siedzą po turecku, leżą na kanapie albo bujają się w hamaku, jeżeli to stymuluje pracę ich młodych mózgów. Zamiast klasycznych lekcji wychowawczych na z góry narzucone tematy wprowadziłabym inny typ zajęć z wychowawcą: raz niech to będzie wspólna Zumba, kiedy indziej wizyta w schronisku dla zwierząt, a kolejnym razem np. granie w planszówki, w zależności od zainteresowań podopiecznych. Oczywiście obecnie system dopuszcza tego typu aktywności, ale pytanie, kto z tego korzysta częściej niż (maksymalnie) kilka razy w roku? Powywalałabym też połowę ministerialno-kuratoryjnych wymysłów dotyczących biurokracji, ograniczając ją do niezbędnego minimum. Nie raz i nie dwa zdarzyło mi się, że jedno wyjście do pobliskiej galerii sztuki, trwające wraz z pokonaniem trasy godzinę zegarową, musiałam raportować na cztery różne sposoby, co zajęło mi trzy razy tyle, ile sama wycieczka. Zdecydowanie wolałabym wykorzystać ten czas np. na wykonanie ciekawej prezentacji na lekcję albo dodatkowe konsultacje dla uczniów, przygotowujących się do konkursów przedmiotowych.

Warte przemyślenia są też relacje rodziców z nauczycielami. Większość szkół korzysta dzisiaj z dzienników elektronicznych, opiekunowie nie mają już potrzeby kontaktować się z wychowawcą, żeby poznać postępy pociechy w nauce. Część placówek próbuje podnosić atrakcyjność wywiadówek, zapraszając na nie wszelkiej maści ekspertów od wychowania w celu wygłoszenia prelekcji. Skutki są różne – niektórzy rodzice chętnie w takich wydarzeniach uczestniczą, innych frustruje niepotrzebne zabieranie czasu, którego przecież nam wszystkim brakuje. Nie mam tutaj jakiegoś konkretnego, przemyślanego pomysłu, do głowy przychodzą mi różne koncepcje. Może na przykład zamiast klasycznych zebrań organizować wspólne zajęcia dla całych rodzin, 1-2 razy w semestrze? Byłaby to szansa na wzajemne poznanie się, a dla rodziców dodatkowo okazja do spędzenia czasu z dziećmi i rozejrzenie się w ich środowisku. Być może mówię tak, ponieważ jako wychowawczyni w większości miałam szczęście do rodziców moich podopiecznych. Owszem, zdarzali się opiekunowie przewrażliwieni i roszczeniowi, ale na szczęście udawało się z nimi porozumieć, a w najgorszym wypadku ginęli w tłumie tych sympatycznych i zdroworozsądkowych.

A o jakiej szkole Wy marzycie dla swoich dzieci?

Typy gości na imprezach rodzinnych

Jeżeli organizowaliście kiedykolwiek wesele, chrzciny, komunię, stypę albo chociażby bardziej huczne urodziny w większym gronie krewnych i znajomych, to być może złapaliście się na tym, że konkretnym zaproszonym gościom z góry przypisuje się jakieś role lub określone zachowania. Na przykład: „Stefana to trzeba posadzić gdzieś z brzegu, bo on co chwilę wychodzi gadać przez telefon” albo „Marta będzie, to zajmie się dziećmi, przecież uwielbia maluchy” czy też „Elką się nie przejmujmy, pewnie jak zwykle się spóźni”. Wynika to zapewne ze znajomości nawyków naszych bliskich oraz po prostu z chęci dopięcia wszystkiego na ostatni guzik, aby impreza się udała. Nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale mam wrażenie, że na większości tego rodzaju przyjęć typy gości się powtarzają. I dzisiaj zamierzam im się przyjrzeć – a właściwie ich odbiciom w krzywym zwierciadle.

  1. BIZNESMEN – ma własną firmę albo prowadzi podejrzane interesy, często jedno i drugie. Potrafi w środku weekendowej nocy podczas wesela wisieć na telefonie i negocjować z kontrahentami. W przerwach pomiędzy kolejnymi rozmowami próbuje zdobywać klientów, a nierzadko także wspólników, wśród innych gości. Nawet staremu wujkowi Zbyszkowi proponuje wejście do spółki, przekonując go, że zarobi pięciokrotność swojej emerytury na przykład importując zardzewiałe śrubki z Azerbejdżanu lub inwestując wszystkie zaskórniaki w plantację różowych bananów na Śląsku.
  2. GWIAZDA WIECZORU – jak sama nazwa wskazuje, musi błyszczeć. Spóźnia się minimum pół godziny nawet na komunię własnej córki albo ślub najlepszej przyjaciółki. Przychodzi wystrojona niczym Mickiewiczowska Telimena na ucztę w zamku, od razu skupia na sobie uwagę wszystkich zebranych – i tak już zostaje do końca. Kokietuje, zagaduje, rozdaje uśmiechy i z egzaltacją opowiada o swoich przygodach, choćby najbardziej błahych… Kradnie show pannie młodej na weselu i kuzynce na osiemnastce, nie mówiąc już o tym, że i na poczęstunku po pogrzebie potrafi przyćmić pamięć o zmarłym.
  3. MARUDA – choćby uczestniczył w przyjęciu w prawdziwym pałacu, podczas pięknej pogody i w rewelacyjnej atmosferze, to i tak znajdzie powody do narzekania. A to, że w sałatce jest łosoś, a on nie lubi (i nie ma znaczenia, że to tylko jedna z piętnastu różnych sałatek). A to, że w toalecie męskiej jest waniliowe mydło, no bo kto to widział damski zapach w takim miejscu; a w ogóle to drzwi kabin otwierają się w lewo, a lepiej by było w prawo… A to, że musi siedzieć koło ciotki Kryśki, której nie lubi (chociaż sam to miejsce zajął)… W zależności od okazji głośno wyraża przekonanie, że nowożeńcy wkrótce się rozwiodą, świeżo ochrzczone dziecko okaże się mordercą i gwałcicielem, a dziadkom po złotych godach to już z imprez zostaje tylko stypa. Kiedy kończą mu się powody do krytykowania przyjęcia, jego gospodarzy i gości, przechodzi do polityki. I to jest ostatni dzwonek, aby rozmówca Marudy znalazł gdzieś bezpieczne schronienie, zanim nie daj Boże niechcący przyzna się, że głosował na PiS/PO/Kukiza/Nowoczesną/Partię Ufoludków, bo wtedy już się od typa nie uwolni…
  4. PRAWA RĘKA – każde przyjęcie rodzinne traktuje jak misję, odbierając chleb organizatorom oraz wszelkiej maści drużbom lub chrzestnym. Jako pierwsza/y orientuje się, gdzie w lokalu znajdują się toalety, plac zabaw i palarnia, nawet jeśli sam/a z nich nie korzysta. Nigdy nie pije alkoholu, deklarując, że MUSI być dyżurnym kierowcą, chociaż nikt jej/go o to nie prosił. Robi zdjęcia wszystkim i wszystkiemu (na wszelki wypadek, gdyby wynajęty fotograf w drodze powrotnej utopił aparat w fontannie albo został napadnięty przez Cyganów). Po kwadransie zna każdego z gości, włącznie z ich miejscem zamieszkania, sytuacją rodzinną i alergiami pokarmowymi. Podchodzi więc do gospodarzy, pytając teatralnym szeptem, czy pamiętali o wegańskich przystawkach dla ciotki Helenki i bezglutenowych grzankach dla Kubusia (przy czym zarówno ciotkę Helenkę, jak i Kubusia po raz pierwszy widzi na oczy). Prawa Ręka jest więc nieocenioną pomocą dla organizatorów, a po imprezie opowiada wszystkim znajomym, że bez niej/go to ta komunia/wesele/imieniny byłyby jedną wielką katastrofą.
  5. GOŚĆ WIDMO – zwykle należy do rodziny i jest jedną z tych osób, których nie wypada nie zaprosić. Doskonale o tym wie, dlatego czeka do ostatniej chwili z potwierdzeniem swojej obecności na imprezie lub czyni to dopiero po delikatnym ponagleniu ze strony zainteresowanych. Kompletnie nie liczy się z tym, że organizatorzy chcieliby odpowiednio wcześniej zamknąć listę gości i poinformować o niej lokal. Później możliwe są dwa scenariusze: Gość Widmo albo rozmyśla się na dzień przed uroczystością i z łaską informuje, że jednak nie przybędzie, albo nie informuje wcale i zwyczajnie nie przychodzi. Nie odbiera też telefonów od zaniepokojonych najbliższych, wysyłając ostatecznie sms o treści „coś mi wypadło”. Tak, jasne. W niedzielę o 14… to chyba jedynie dysk albo sztuczna szczęka, bo o tej porze to nawet szóstka w totka nie wypada.
  6. DYŻURNY KSIĘGOWY – chodzący arkusz kalkulacyjny. Interesują go wyłącznie liczby. Prędko zlicza wszystkich gości, a następnie wypytuje gospodarzy, ile musieli zapłacić za osobę. Mnoży tę sumę przez liczbę obecnych, dodaje do tego sobie tylko znane kwoty i na tej podstawie błyskawicznie szacuje koszt całej imprezy. Oprócz pytań o pieniądze, Księgowego można także poznać po uwagach typu: „Takiego kurczaka to w hurtowni można kupić już po 12 złotych za kilogram”, „Gdyby wynajęli taksówki dla gości, to wyszłoby taniej niż ten cały autokar” albo „Nie zwróci im się ta impreza. Kowalscy pewnie nic nie dadzą, Kwiatkowscy może ze stówkę od łebka. No nie ma bata, uzbierają najwyżej połowę tego, co wydali.” 
  7. RUBASZNY WUJASZEK – od razu rzuca się w oczy za sprawą nonszalanckiego stosunku do modowego savoir-vivre’u. Jeżeli impreza ma miejsce latem, Wujaszek potrafi przyjść na nią w sandałach ze skarpetkami, krótkich spodniach typu „bomber” i pamiątkowym T-Shircie z wakacji w Kołobrzegu. Na wyjątkowe okazje (ślub córki, ewentualnie chrzciny wnuka) zakłada co prawda garnitur, ale pamiętający przynajmniej czasy Gomułki. Zanim wszyscy goście na przyjęciu zjedzą rosół, Wujaszek pozbywa się marynarki i krawata, a po drugim daniu siedzi już z rozpiętą i wyciągniętą ze spodni koszulą, częstując otoczenie widokiem gęstych włosów na klacie, ozdobionych łańcuszkiem z Matką Boską Częstochowską. Medalik nie przeszkadza mu jednak w opowiadaniu dowcipów z podtekstem – najczęściej jednocześnie seksualnym i szowinistycznym.
  8. MIMOZA – przez całą imprezę siedzi prosto, jakby połknęła kij. Niechętnie nawiązuje nowe znajomości, właściwie rozmawia tylko ze swoim partnerem lub najbliższą rodziną. Najczęściej wymyka się po angielsku, a kilka tygodni po przyjęciu gospodarze nie umieją sobie przypomnieć, czy w ogóle na nim była.

A z jakimi typami gości Wy macie do czynienia?

Zabójcza profilaktyka, czyli polowanie na czarownice po wichurze

Parę lat temu zostałam wychowawczynią bardzo trudnej klasy. Lubiłam swoich podopiecznych, jednak praca z nimi kosztowała mnie wiele wysiłku i stresu. Byłam wówczas jeszcze bardzo młoda, co na samym początku dodatkowo utrudniało budowanie autorytetu. Podczas pierwszego biwaku klasowego uczniowie wpadli na pomysł zorganizowania ogniska w wyznaczonym do tego miejscu na kempingu. Przez kilka poprzednich dni padał deszcz, zatem przyniesione przez nich drewno było śliskie i wilgotne. Dwaj chłopcy – nazwijmy ich Maćkiem i Piotrkiem – przechwalali się znajomością zasad survivalu (jak się potem okazało, zaczerpniętą wyłącznie z Youtube’a), w związku z czym obwołali się kierownikami imprezy i dowodzili układaniem ogniska. Moich porad i podpowiedzi nie za bardzo chcieli słuchać, a ja z kolei nie zamierzałam wyjść na zrzędę, więc pilnowałam tylko, żeby nikt nie zrobił sobie krzywdy. Kiedy stos był już gotowy, Maciek przystąpił do rozpalania. Specjalnie w tym celu przywiózł ze sobą krzesiwo i na wszelki wypadek zapalniczkę. Ani jedno, ani drugie nie poskutkowało. Mokre gałęzie nie chciały nawet zacząć się tlić, w dodatku po którejś próbie cała konstrukcja po prostu się rozsypała. Część klasy poczęła się niecierpliwić, niektórzy proponowali powrót do domków.

- To co, chłopaki? Pozwolicie podziałać doświadczonej harcerce? – zapytałam z uśmiechem.

- Nie da pani rady! – skwitował zaczepnie Piotrek.

- Zobaczymy.

Wspólnie z klasą rozebraliśmy resztki ogniskowego stosu i ułożyliśmy go na nowo, tym razem według sprawdzonych obozowych zasad. Opowiedziałam młodzieży o harcerskiej tradycji, mówiącej, że jeśli ogień nie rozpali się od maksymalnie trzeciej zapałki, to znaczy, że pomiędzy członkami kręgu jest coś nie tak i ognisko się nie odbywa. Widziałam w ich oczach napięcie, kiedy wyciągałam z pudełka pierwszą zapałkę, którą zresztą chwilę później niechcący złamałam o draskę. Na szczęście druga zapłonęła od razu, a od niej powoli zajął się cały stożek (najbardziej popularny typ ogniska).

- Proszę pani, a co się robi na takich harcerskich ogniskach? – zapytała Marysia, kiedy siedzieliśmy już w kręgu, piekąc chleb i kiełbachy.

- Na obrzędowych niczego się nie je. Poszczególne zastępy prezentują różne zabawy, scenki tematyczne, opowiadają o przygodach z minionego dnia – wyjaśniałam cierpliwie – śpiewa się piosenki, uczestniczy w skeczach i pląsach, a ognisko kończy gawęda, czyli historia z morałem, opowiadana najczęściej przez kogoś z kadry.

- Opowie nam pani wieczorem taką gawędę? – poprosiła Kamila.

A chcielibyście?

- Tak! – odezwała się chóralnie większość grupy.

Nie wierzyłam własnym uszom. Moja klasa, którą roznosiła energia, którą trudno było czymkolwiek zainteresować, która notorycznie przyprawiała dyrektora o stan przedzawałowy, a innych nauczycieli o nerwicę, chciała tak po prostu siedzieć grzecznie i słuchać mojego gadania? Ano chciała. I słuchała. Po gawędzie musiałam jeszcze opowiadać o przebiegu zbiórek, o zajęciach podczas obozów, o moich najlepszych wspomnieniach… Ten wieczór był takim przełomowym momentem, kiedy wiele zyskałam w oczach moich wychowanków. Przede wszystkim jednak pokazał mi, jak bardzo współczesna młodzież potrzebuje tego typu aktywności. To nie musi być harcerstwo, może być np. klub żeglarski, bractwo rowerowe albo nawet wspólnota przykościelna… ważne, żeby dawało pole do samorealizacji i, mówiąc kolokwialnie, wyżycia się.

Mama i tata Maćka, tego od krzesiwa, byli zajęci rozwodem i nowymi partnerami, rekompensując synowi swój brak zainteresowania milionem elektronicznych gadżetów. Maciek spędzał więc dnie sam na sam z nowym iPadem, oglądając filmiki na Youtube. Marysię rodzice starali się wychowywać po partnersku, nie stawiając jej kompletnie żadnych granic i wymagań. Pewnie mieli dobre intencje, ale dziewczyna odbierała to tak, że im na niej w ogóle nie zależy. Kamila z kolei była chowana pod kloszem – aż do wspomnianego biwaku nigdy nie jechała pociągiem i nigdy nawet nie była w lesie (!!!) z obawy przed kleszczami, żmijami i innymi mieszkańcami zarośli. Opowieść o harcerstwie pokazała im inny świat – taki, w którym młodzi ludzie mogą pokonywać własne słabości i czuć się potrzebni innym.

Dzisiejszy wpis miał być głosem w obronie instruktorów z obozu w Suszku, na którym podczas nawałnicy zginęły dwie harcerki. Jestem bowiem przekonana, że gdyby kadra miała dostęp do pewnych, potwierdzonych informacji o sile tej burzy, to uczestnicy zostaliby ewakuowani. Sama przejeżdżałam tuż obok tego obozowiska zaledwie kilkanaście godzin po tragedii i NIGDY nie widziałam czegoś takiego. Las został zmieciony z powierzchni ziemi, podobnie jak znaki drogowe, część ogrodzeń posesji, linii energetycznych i innej infrastruktury. Tego nie można było przewidzieć. Co prawda wcześniej czytałam w internecie o nadchodzącej wichurze i oczami wyobraźni widziałam połamane gałęzie i naderwane dachy, ale w najgorszych koszmarach nie śniło mi się urzeczywistnienie apokalipsy…

Chciałam więc opowiedzieć o warunkach, jakie panują na obozach harcerskich. O tym, czym zajmują się wychowawcy i dlaczego postuluje się niekorzystanie z telefonów komórkowych. O sposobach radzenia sobie z przyrodą i zachowaniach w czasie burzy. Nie robię tego jednak z kilku względów. Po pierwsze – w mediach chyba wszystko zostało już powiedziane. Po drugie – głęboko wierzę, że prokuratura pracująca na miejscu ustali, czy ktoś rzeczywiście zawinił i w jakim stopniu. Po trzecie – mocno przeżywam tę tragedię i myślę chyba bardziej sercem, niż rozumem, bo łatwo mi się utożsamić z instruktorami. Jeszcze kilka lat temu sama mogłam być na ich miejscu. Ba! Jako nauczycielka nadal mogę, bo każdy wyjazd z młodzieżą niesie ze sobą jakieś ryzyko.

Postanowiłam jednak napisać przede wszystkim o czymś innym: o zabójczej profilaktyce. Już pojawiają się głosy, żeby zabronić harcerzom rozbijania obozów w lasach, bo to zbyt niebezpieczne. Ciekawy postulat, zwłaszcza że harcerstwo w Polsce istnieje i obozuje już od 100 lat… Co nie znaczy, że w zakresie bezpieczeństwa nie dokonały się żadne zmiany. Podczas mojego pierwszego obozu – równe 20 lat temu – nikogo nie dziwiło, że jedenasto-trzynastoletnie druhenki podróżują tylko w towarzystwie szesnastoletniej zastępowej i że pod jej opieką budują w głębokim lesie szałas, w którym przez dobę lub dwie same śpią i same sobie gotują. Tymczasem na kilku moich ostatnich wyjazdach tego typu, zaledwie przed kilkoma laty, jako komendantka teoretycznie nie mogłam wypuścić harcerek samych nawet do obozowej kuchni, jeżeli nie było jej widać z podobozu; o samodzielnym wyjściu zastępu w teren w ogóle nie mogło już być mowy. Ja wiem, że czasy się zmieniają, że na młodzież czyha coraz więcej zagrożeń. Wiem, że opiekunowie – jak sama nazwa wskazuje – są od opieki, ich obowiązkiem jest więc ruszyć cztery litery i być tam, gdzie wychowankowie. Ale wiem też, że nie da się nauczyć dziecka samodzielności, jeśli będzie się je przez całe życie nosiło na rękach. I wiem, że wszystkiego się nie przewidzi, nawet jeśli jest się doświadczonym, mądrym i odpowiedzialnym człowiekiem, a za takich wbrew medialnej nagonce uważam większość instruktorów harcerskich.

Podam Wam pewien przykład – co prawda nie z harcerstwa, ale za to mój osobisty i to w miarę świeży, bo zaledwie z zeszłego roku. Byłam z klasą – tym razem kochaną i świetnie współpracującą od samego początku – na wycieczce. Młodzież została wyraźnie poinformowana, że bez wychowawcy nie wolno opuszczać terenu ośrodka nawet na krok. I wszystko było ok, póki jeden z chłopaków – załóżmy Łukasz – nie zorientował się, że zgubił gdzieś bardzo drogi obiektyw do aparatu. Był to moment, kiedy poszłam do swojego lokum zmienić spodnie na dłuższe, bo zerwał się zimny wiatr. Druga z opiekunek robiła w tym czasie obchód po pokojach – czyli to, co powinna. Łukasz wykorzystał tę chwilę i samowolnie wyszedł (przez okno!) w stronę oddalonej o prawie kilometr plaży, żeby szukać zguby. Bardzo szybko zorientowałam się, że go nie ma. Koledzy natychmiast pospieszyli z wyjaśnieniem, co się stało. Oczywiście od razu miałam milion myśli, głównie tych najgorszych, bo oczami wyobraźni widziałam już Łukasza w roli topielca, pociętego na organy lub przynajmniej pobitego do nieprzytomności. Na szczęście nic takiego się nie stało. Wyszedłszy go szukać, trafiliśmy na niego całego i zdrowego, a obiektyw odnalazł się… pod łóżkiem w pokoju. Jako wytłumaczenie nastolatek podał argument, że „nie chciał nikomu robić problemów, myślał, że tylko wyskoczy, znajdzie zgubę i niepostrzeżenie wróci”. Grzecznie przyjął konsekwencje, ale chyba nie za bardzo je rozumiał. Obiektywnie rzecz ujmując nie zrobił w końcu niczego niebezpiecznego – na wakacjach z rodzicami pewnie postąpiłby identycznie, choć może za ich zgodą. Właściwie odbył jedynie zwykły, krótki spacer promenadą… Tyle tylko, że gdyby coś mu się stało, to żaden adwokat by mnie nie wybronił. A przecież wychowawca też musi kiedyś spać, myć się, ubierać i korzystać z WC…

Boję się, że ta paniczna obawa o bezpieczeństwo zacznie prowadzić do absurdów; że doczekamy się obozów harcerskich w hotelach, pływackich z zajęciami w brodzikach i żeglarskich, gdzie sterowania łódką będzie się uczyć wyłącznie na sucho albo najdalej dwa metry od brzegu. Wcale nie jestem pewna, czy w tej chwili coś wyolbrzymiam. Spotkałam już w swoim życiu trzynastolatka, który bał się pokroić ciasto, bo nigdy wcześniej nie trzymał w ręku dużego noża. Mama w domu nie pozwalała, żeby nie zrobił sobie krzywdy. Poznałam też ucznia drugiej klasy liceum, bojącego się dotknąć żelazka w obawie przed poparzeniem – nie dlatego, że miał jakiś uraz, tylko po prostu nigdy niczego nie prasował. Mało tego, jestem przekonana, że nawet pomimo nie wiem jak rygorystycznych przepisów wypadki będą się zdarzać. Synek koleżanki mojej mamy utopił się w kałuży we własnym ogródku… Te drzewa, które przygniotły dziewczynki w Suszku, mogły równie dobrze spaść na autobus podczas ewakuacji obozu i spowodować jeszcze więcej ofiar. Wichura nie przeszła nad kawałkiem lasu, tylko nad tysiącami metrów kwadratowych powierzchni… a trwała zaledwie pół godziny!

Nie pragnę umniejszać tragedii rodzin tych młodych ofiar. Nie wiem, co myślą i czują ich rodzice.  Nie umiem się nawet domyślać. Nie dziwię się, jeśli szukają winnych i chcą ich ukarania. Nie potrafię sobie wyobrazić, co by było, gdyby żywioł odebrał mi Księżniczkę… Być może oskarżałabym wszystkich wokół bez względu na ich rzeczywisty udział w zdarzeniu. Nie jest mi natomiast trudno wczuć się w sytuację instruktorów. Wierzę, że byli gotowi oddać życie za tę młodzież, bo w takim duchu wychowywani są harcerze.

Pytania, czy tej tragedii można było uniknąć, to jedno. Drugie – jaką młodzież wychowamy, jeżeli zabronimy jej wszystkiego? I dalej – gdzie i jak młodzi ludzie będą pożytkować swoją energię, jeśli zabierze im się kontrolowane ryzyko?

Matka z wózkiem w przestrzeni publicznej

Mam taką złotą zasadę, że nie angażuję się w żadne internetowe kupoburze czy inne obrzucanie błotem ludzi o odmiennych poglądach. Są ku temu trzy powody:

  1. Poziom tych dyskusji jest najczęściej tak żenujący, że zwyczajnie wstydzę się zabierać w nich głos. Zostawienie po sobie śladu w takiej wymianie zdań wydaje mi się gorsze niż przyznanie się do nieznajomości tabliczki mnożenia, niezmieniania bielizny albo sikania do basenu.
  2. Nigdzie nie jest powiedziane, że to ja mam rację, w końcu nie pozjadałam wszystkich rozumów. Nikt mi nie dał prawa do krytykowania, osądzania czy pouczania innych, zwłaszcza ad personam.
  3. W tych nielicznych wyjątkach, kiedy wiem na 100%, że słuszność jest po mojej stronie, dyskusja najczęściej nie ma sensu, jest jak ta przysłowiowa gra w szachy z gołębiem. Niektórzy ludzie wierzą w takie rzeczy, że strach się bać. Tak jest np. z postami o zarobkach nauczycieli. Najwięcej mają o nich do powiedzenia ci, którzy nigdy nie pracowali w szkole, ale ponieważ znajoma kuzynki sąsiada brata pani z warzywniaka była nauczycielką, to wiedzą na pewno, że przeciętny belfer zarabia 5000 na rękę za etat. Zawsze po przeczytaniu takich rewelacji z błyskiem nadziei w oczach sprawdzam konto, ale niestety jakoś te liczby nie chcą się pozamieniać miejscami. I jak było 40% tej kwoty, tak jest. Na macierzyńskim nawet mniej. Podobno kasjer w Lidlu zarabia więcej (przy całym szacunku dla kasjerów z Lidla,  wcale im pracy nie zazdroszczę)…

Przyznaję, że przedwczoraj korciło mnie, aby wbrew postanowieniom w jednym miejscu zabrać głos. Powstrzymałam się jednak i postanowiłam zrobić to tutaj, bo wiem, że nawet jeśli się ze mną nie zgodzicie, to poziom dyskusji będzie o wiele wyższy, niż pod przypadkowym profilem na Facebooku.

Na pewno część z Was zetknęła się z krążącym po sieci już od miesięcy artykułem o matce z wózkiem, która została wyproszona z tzw. ciucholandu i nasłuchała się od sprzedawczyni wielu przykrych rzeczy. Sprawa trafiła do sądu, obsługę sklepu ukarano mandatem w wysokości… 20 złotych. W komentarzach (facebookowych i nie tylko) większość osób nie tylko nie broni tej mamy, ale wręcz wyzywa ją od „świętych krów”, „madek” i „efektów 500+” (nie do końca popieram ten program, ale nie widzę jego związku z powyższą sytuacją). Przyznam Wam szczerze, że przeraża mnie taki brak empatii… Swoje przemyślenia na ten temat pozwoliłam sobie zawrzeć w punktach poniżej. Jestem bardzo ciekawa Waszych spostrzeżeń.

  1. Zgadzam się, że są przestrzenie handlowe nieprzeznaczone dla wózków dziecięcych: ciasne sklepiki, w których nawet samemu trudno się obrócić albo np. lokalne sklepy ze szkłem i porcelaną, gdzie łatwo coś zahaczyć i stłuc. Pchanie się do takich miejsc z wózkiem, o ile nie zachodzi jakaś paląca konieczność, uważam za wysoce nierozsądne. (Co ciekawe, w moim ulubionym centrum handlowym dwa najciaśniejsze sklepy to akurat te z zabawkami; nawet do jubilera można by było spokojnie wejść z wózkiem, a do Smyka nie ma jak.)
  2. Sama nie zabieram córci na zakupy typowo „ubraniowe” ani tym podobne. Trudno byłoby mi się skupić, dziecko marudziłoby znudzone, a (jak pokazała wspomniana dyskusja) mogłybyśmy się jeszcze nasłuchać od osób postronnych. Nigdy nie przyszłoby mi jednak do głowy, aby kogoś za takie zakupy krytykować. Jeżeli z jakichś powodów musiałabym wejść do sklepu odzieżowego lub obuwniczego z wózkiem, to bym weszła, o ile tylko przestrzeń by na to pozwalała.
  3. Nie mam problemu z tym, że niektóre restauracje zakazują wstępu z dziećmi. Ludzie spotykają się w takich miejscach służbowo, towarzysko i/lub dla relaksu, toteż nie muszą wysłuchiwać wrzasków obcych maluchów. Ważne, żeby powstawały również lokale przyjazne rodzinie, bo jednak w podróży czy na wakacjach też trzeba jeść, a dziecko warto uczyć zachowania w tego typu przestrzeni. Jedzenie w domu to jednak nie to samo, choćby ze względu na liczbę bodźców dookoła.
  4. Nie potrafię natomiast pojąć, dlaczego młodemu, zdrowemu człowiekowi przeszkadza matka (ciekawe, że chyba nikt nie wspomniał o ojcach… oni nie wychodzą z dziećmi z domu czy co?) z wózkiem w sklepie? Naprawdę wielkim problemem jest ominięcie wózka, w ostateczności przejście sąsiednią alejką? Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek jakiś pojazd dziecięcy znacznie utrudnił mi zakupy. Zawsze można też powiedzieć „przepraszam” i poprosić rodzica o przestawienie pociechy. To nie boli.
  5. Argument, że „z dziećmi chodzi się do parku, a nie na zakupy” uważam za chybiony i niesprawiedliwy. Jedno przecież drugiego nie wyklucza. Owszem, pracowałam kiedyś w centrum handlowym i widziałam całe rodziny wędrujące po nim od otwarcia do zamknięcia, ale to były (mam nadzieję) wyjątki. Sama wstępuję do sklepów właśnie podczas spaceru, najczęściej w drodze powrotnej… pamiętając o punkcie 1.
  6. Nagonka na kobiety z wózkami najbardziej uderza w samotne matki albo takie, których partnerzy pracują daleko od domu. Naprawdę nie wszyscy mają z kim zostawić dziecko i nie każdego też stać na nianię – a jeść trzeba, posprzątać i ubrać się również, podobnie jak np. wykupić lekarstwa.
  7. Wzywanie do noszenia dzieci w chustach lub nosidełkach jest logiczne, ale nie można nikogo do tego zmuszać. Co mają powiedzieć matki w kolejnej ciąży, z chorym kręgosłupem albo takie, których dzieci zwyczajnie nie cierpią być noszone? Drące się wniebogłosy niemowlę będzie większym utrudnieniem dla innych niż stojący z boku wózek ze śpiącym maluchem… Nie wszyscy mieszkają tuż obok sklepów, czasem trzeba przebyć do nich długą drogę. Ja na przykład nie wyobrażam sobie pokonania – powiedzmy 4 kilometrów – w 34-stopniowym upale z Księżniczką w nosidle. Przede wszystkim ze względu na jej zdrowie, ale na swoje również.
  8. Nie wyobrażam sobie również zostawienia wózka przed sklepem. Ani pustego, ani tym bardziej z dzieckiem. Mam obawy, że po wyjściu już bym go nie zastała.
  9. Matka z wózkiem nie jest świętą krową, dlatego wchodząc do sklepu powinna przynajmniej starać się nie tarasować całego przejścia i uważać na to, żeby kołami nie poniszczyć towaru. To nie jest takie trudne, wystarczy chcieć.
  10. Nie wiem, czy wywieszenie karteczki „Proszę nie wchodzić z wózkami dziecięcymi” jest w naszym kraju legalne, ale jeśli tak, to chyba ułatwiłoby sprawę. Nie wiem jak Wy, ja nie lubię pchać się tam, gdzie nie jestem mile widziana.

Drodzy Rodzice, a Wy jak rozwiązujecie problem zakupów z dzieckiem?

O co chodzi z tymi ojcami?

Kilka lat temu, tuż przed wprowadzeniem tzw. urlopu tacierzyńskiego, przeczytałam w prasie katolickiej artykuł o tym, iż jest to chory pomysł, prowadzący do nadużyć i wynaturzeń, bowiem to tylko matka posiada naturalne predyspozycje do opieki nad niemowlęciem. Poszłam z tym tekstem do zaprzyjaźnionego księdza, który próbował bronić zawartych w nim tez, chociaż chyba sam nie wydawał się przekonany. Już wspominałam na blogu, że byłam dzieckiem w dużej mierze wychowywanym przez tatę i być może dlatego treść artykułu kompletnie do mnie nie przemówiła. Nie uważam też, żeby sam podział funkcji rodzicielskich był moim domu jakoś szczególnie zaburzony: mama była mamą, tata tatą, ale to nie wykluczało tulenia mnie przez ojca, przewijania, kąpania czy czytania mi bajek na dobranoc.

Gdy byłam starsza, mieliśmy z tatą swoje wspólne rytuały, jak wieczorne spacery z psem,  oglądanie „Nocy zbrodni” na Discovery albo przygotowywanie niedzielnego śniadania. Wiele moich wspomnień z dzieciństwa wiąże się właśnie z tatą, bo chociaż dużo pracował, to zawsze znajdował dla mnie czas.

Ten pozytywny obraz ojca utrwala także M. (który potrafił jednocześnie jedną ręką przewijać córkę, drugą trzymać telefon, przez który gadał, trzecią zmieniać kanały w telewizorze,  czwartą przygotowywać małej mleko, a piątą włączać jej grającą zabawkę, ale to inna para kaloszy ;) ). Powiedziałam mu zresztą już lata temu, że będzie dobrym tatą, bo widziałam, jak opiekował się swoją gromadą zuchową. Chyba nie było granicy śmieszności albo bezpieczeństwa, której by dla podopiecznych nie przekroczył. No i miałam rację.

Jeżeli czytaliście mój tegoroczny wpis z okazji Dnia Ojca, to wiecie, że byłam również świadkiem (choć nie zawsze naocznym) zachowań zupełnie przeciwnych – ojców, którzy znęcali się nad dziećmi lub nie żywili do nich żadnych uczuć. I gdzieś w tym wszystkim chyba zgubiłam środek, co dobitnie mi niektórzy uświadamiają.

Zaczęło się krótko po adopcji. Pani kierownik OA podczas wizytacji pytała P. o to, czy są rzeczy, których przy córce nie zrobi (co znamienne  – w moją stronę takie pytanie nie padło). Ze strony samego ośrodka słyszałam podobne dociekania jeszcze kilka razy.

Moja kochana klasa wychowawcza zaprosiła mnie na bal z okazji zakończenia szkoły. Gdy się na nim pojawiłam, pierwsze pytania koleżanek z pracy dotyczyły właśnie tego, z kim zostawiłam dziecko. I wcale nierzadką reakcją było: „Ale jak to z ojcem? Samym?”. Jedna z dziewczyn, także matka maluchów, powiedziała współczująco: „Oj, to pewnie wracasz na 19.00, żeby wykąpać i położyć spać?”. No nie, nie wróciłam ani na 19.00, ani nawet na 20.00. Co prawda po powrocie zastałam Księżniczkę wbrew oczekiwaniom nie w łóżku, a w leżaczku i to bawiącą się w najlepsze z tatusiem, ale w końcu zasady są od tego, żeby je czasem łamać, prawda? ;)

Kilka moich znajomych – bliższych i dalszych – dzieliło się ze mną historiami o tym, jak to ich mężowie brzydzili się niemowlęcej kupy albo bali się wziąć noworodka na ręce, twierdząc, że na pewno zrobiliby mu krzywdę.

I tak się zastanawiam, czy w takim razie naprawdę nadal pokutuje mit o tym, że to wyłącznie matka jest od opieki nad dzieckiem, a ojciec od okazyjnego zapewniania rozrywki? Być może to ze względu na moje relacje z tatą od początku było dla mnie oczywistym, iż oboje małżonkowie powinni się angażować w pielęgnację i wychowanie. Może niekoniecznie  w równych proporcjach, zwłaszcza kiedy jedno z rodziców pracuje na pełen etat, a drugie zostaje w domu, ale na pewno z takim samym poświęceniem.

A jak jest u Was? Kto kąpie, przewija i wstaje w nocy?

Otworzyć się na dziecko…? Odc. 3 i ostatni

ROZDZIAŁ V – Rewolucja

      Chłopiec przyjął ich pierwszą wizytę zupełnie obojętnie. Obejrzał pluszowy samochodzik, który kupili mu zaraz po wyjściu z kawiarni i wrócił do zabawy blaszanymi pudełkami, wkładając jedno w drugie. Na próby nawiązania kontaktu reagował zwróceniem głowy w stronę osoby mówiącej i czasem uśmiechem, niezdradzającym jednak głębszych emocji. Kindze było przykro, choć sama ganiła się w duchu za to uczucie. Przecież nie spodziewała się, że Krzyś na jej widok – obcej w istocie kobiety -  od razu wtuli się w nią z okrzykiem „Mamo!” na ustach… Patrząc na malucha, z łatwością jednak mogła sobie wyobrazić go na kolorowym dywanie u nich w domu, układającego te swoje pudełka i przekonującego się do nich każdego dnia odrobinkę bardziej… Już po wyjściu z pogotowia rodzinnego dowiedziała się, że Konrad myślał podobnie.

      Wizyta w szpitalu u malutkiej wydawała się tylko formalnością. Kiedy jednak położna przyniosła im zaspaną i kompletnie zdezorientowaną kruszynkę, nie mogli powstrzymać łez. Była taka bezbronna, a przy tym naprawdę urocza. Wydawała im się najpiękniejszym noworodkiem na świecie.  Nie pozostawało więc małżonkom nic innego, jak poinformować najpierw ośrodek adopcyjny, a potem rodzinę i przyjaciół, że oto zostali rodzicami.

       Karolinkę wzięli do domu w ramach preadopcji już po kilku dniach. Jej biologiczna matka rzeczywiście dobrowolnie zrzekła się praw do córki. Krzysia oswajali ze sobą stopniowo, aby zrozumiał, że są i będą stałym punktem w jego życiu. Nieocenieni okazali się „ciocia” i „wujek” z pogotowia, którzy pomagali chłopcu w oswajaniu się z nową sytuacją i cierpliwie odpowiadali na wszystkie pytania przyszłych rodziców. Kindze szczególnie imponowało to, że właściwie rezygnują ze swojej prywatności, otwierając swój dom dla niej i Konrada niemal o każdej porze. Krzyś przeprowadził się do nowej rodziny po ponad dwóch miesiącach od pierwszego spotkania. Kompletnie nie rozumiał relacji międzyludzkich ani hierarchii rodzinnej, nie pojmował znaczenia wielu prozaicznych czynności. Brak głównego opiekuna oraz należytej troski odcisnął na nim widoczne piętno. Świeżo upieczeni rodzice wiedzieli, że czekają ich lata niełatwej pracy, ale po poznaniu Krzysia nie wyobrażali sobie, że mogliby się wycofać.

       Zdarzały się jednak momenty, gdy małżonkowie byli bliscy pożałowania swojej decyzji o podwójnej adopcji. Kiedy Karolinka płakała przez kolki, rozbudzony z drzemki brat zaczynał jej wtórować, błyskawicznie przechodząc do histerii, trwającej godzinami i niemal niemożliwej do opanowania. Gdy Konrad był w pracy, a Kinga zajmowała się małą, chłopiec robił wszystko, żeby skupić jej uwagę na sobie. Młoda mama adopcyjna bała się, że kiedyś go nie upilnuje i dojdzie do jakiejś tragedii.

      Nic takiego się na szczęście nie wydarzyło, zresztą Kinga pocieszała się, że w rodzinach biologicznych rodzice napotykają na podobne trudności. Krzyś powoli robił postępy. U jego siostrzyczki zdiagnozowano niewielkie problemy neurologiczne, ale rozwijała się prawidłowo. Kiedy podczas rozprawy sędzia zapytał, czy podtrzymują chęć przysposobienia, żadne z nich nie miało wątpliwości. W końcu byli rodziną!

EPILOG

      Krzysztof właśnie skończył czwartą klasę szkoły podstawowej. Przyniósł świadectwo z czerwonym paskiem, choć do ostatniej chwili nie było wiadomo, czy wychowawczyni nie obniży mu oceny z zachowania ze względu na niesubordynację. Ostatecznie uznała jednak, że należy nagrodzić jego widoczną pracę nad sobą. Chłopiec mówi, że chce w przyszłości zostać architektem i zaprojektować rodzicom oraz siostrze piękny dom.

      Karolinka idzie do trzeciej klasy. Ma trudności w uczeniu się, wolno przyswaja nowe informacje. Jest to najprawdopodobniej skutek FAE, czyli picia przez matkę biologiczną alkoholu w czasie ciąży. Dzięki staraniom rodziców i samozaparciu stara się jednak nadrabiać braki, dlatego jest szansa, że razem z rówieśnikami ukończy zwyczajną szkołę. Lubi prace plastyczne i manualne. Kinga i Konrad marzą o tym, że ich córeczka zdobędzie kiedyś ciekawy zawód. Może zostanie kucharką albo florystką?

       W salonie na honorowym miejscu wisi wspólne zdjęcie całej czwórki. Uśmiechnięte miny i blask w oczach każdego z członków rodziny nie pozostawia odwiedzającym wątpliwości co do natury ich wzajemnych relacji…

POSŁOWIE AUTORKI

       Dziękuję tym, którzy dobrnęli do końca, a w szczególności mojej kochanej pani krytyk ;) . Celem powyższego opowiadania nie było przekonywanie kogokolwiek na siłę ani do podjęcia decyzji o adopcji, ani tym bardziej do przyjęcia wbrew sobie konkretnego dziecka. Doskonale wiem, że ze strony ośrodków padają również takie propozycje, których po prostu nie da się przyjąć (pisałam już o tym nie raz). Tworzyłam tę historię z myślą o tych, których blokują ich własne lęki; którzy słysząc słowa „alkohol” i „zaniedbanie” od razu myślą „FAS” i „RAD”. Zdradzę Wam coś: karta Księżniczki naprawdę pozostawiała wiele do życzenia. Nie podam szczegółów ze względu na szacunek do prywatności mojego dziecka, ale powiem tyle, że gdybyśmy z P. chcieli znaleźć w jej dokumentach argumenty przeciwko adopcji, to byśmy znaleźli. Nasza córka jest zdrowa, pięknie się rozwija, lecz wcale nie musiało tak być. Nadal nie wiemy, co przyniesie przyszłość… jednak wiemy, że spędzimy ją razem. Nie wyobrażamy sobie dalszego życia bez naszej pociechy!

Okołochrzcielne rozważania o rodzicach chrzestnych i nie tylko

Większość sakramentów świętych ma w naszej kulturze podwójny, a nawet potrójny wymiar: oprócz aspektu religijnego są elementem tradycji scalającej rodzinę (czyli prawie świeckiej), a także niestety okazją do wręczania coraz droższych prezentów.

O pierwszym z tych aspektów trudno mi się wypowiadać, ponieważ uważam, że wiara zawsze jest kwestią indywidualną. Każdy człowiek relacje z Bogiem (bądź ich brak) przeżywa inaczej. Jestem wierząca, swoją drużynę harcerską prowadziłam przy jednej z lokalnych parafii. Mój mąż przez wiele lat był ministrantem. Dla nas, jako osób związanych z Kościołem, chrzest dziecka jest ważnym przeżyciem duchowym, prawdziwym włączeniem córki do wspólnoty Dzieci Bożych. Czujemy też, że nadanie maleństwu imienia podczas chrztu ma większą moc, jest jakieś takie „pełniejsze”, niż zrobienie tego w urzędzie lub – jak w przypadku Księżniczki – sądownie. Nie zamierzam jednak nikogo w tym miejscu do niczego przekonywać ani nawracać, a już tym bardziej nie na blogu.

Wiele osób niewierzących także chrzci swoje dzieci. I tutaj na plan pierwszy wysuwa się ten drugi aspekt sakramentu – rodzinny. Przyjęcie po uroczystości jest dobrą okazją do spotkania dawno niewidzianych krewnych, odnowienia więzi z tymi, którzy mieszkają daleko, a przede wszystkim razem z samym chrztem pełni funkcję inicjacyjną, jest momentem oficjalnego wprowadzenia dziecka do rodziny. Zanim to jednak nastąpi, młodzi rodzice muszą się nieźle nagłowić (choć pewnie nie we wszystkich przypadkach) nad wyborem rodziców chrzestnych. Próbuję sobie przypomnieć, kim byli chrzestni mojej mamy i mojego taty. Przychodzi mi to z trudem, stąd wnioskuję, że nie byli z nimi bardzo związani. Wiem, że i dla niektórych moich znajomych ich chrzestni (zna ktoś synonim tego słowa? Denerwuje mnie to powtarzanie, a nie umiem go zastąpić…) to tylko figury, nic nieznaczące nazwiska w akcie chrztu. Mnie się jednak udało. Można powiedzieć, że moi rodzice dokonali dosyć typowego wyboru: na matkę chrzestną wybrali siostrę taty, na ojca brata mamy. Do dziś mam z obojgiem świetny kontakt. Nie mają własnych dzieci, ale zapewne nie tylko dlatego zawsze o mnie pamiętają, choć dzieli nas naprawdę wiele kilometrów. Zresztą z wzajemnością. U mojego męża sytuacja jest nieco bardziej złożona. Byliśmy jednak zgodni, że rodzicami chrzestnymi Księżniczki powinny zostać osoby, które zechcą być ważną częścią jej życia jeszcze przez długie lata, nie tylko w dniu sakramentu.

Wybór od początku był trudny, ponieważ nie mamy ani rodzeństwa, ani kuzynostwa. Posiadamy za to wielu sprawdzonych przyjaciół. Od początku było wiadomo, że to spośród nich będziemy wyłaniać „drugą parę rodziców” dla naszego potomstwa. Na jakiej podstawie jednak zdecydować, że X będzie lepszym kandydatem od Y? Czy tak się w ogóle da? Braliśmy pod uwagę kilka kryteriów, oczywiście w formie dyskusji, a nie castingu  8-) . Oto one:

  1. Osobowość. Jeżeli ktoś nie lubi dzieci, nie chce ich mieć i nie znosi spotkań rodzinnych, to obarczanie go taką funkcją po prostu mija się z celem. Uszczęśliwianie kogoś na siłę zwykle nie kończy się dobrze.
  2. Status związku. Kandydaci na rodziców chrzestnych muszą dostarczyć zaświadczenie z parafii o braku przeciwwskazań do podjęcia tej roli. Nie dostaną go np. osoby rozwiedzione i/lub żyjące w związkach niesakramentalnych (przyznaję, że nie do końca się zgadzam z tą polityką, ale cóż). Mogą co prawda zostać tzw. świadkami chrztu, ale to jednak nie to samo… a szkoda.
  3. Sytuacja rodzinna i materialna. Nie, nie, nie jesteśmy cyniczni ani wyrachowani. Nie patrzymy na to, że X zarabia więcej od Y, dlatego będzie ją czy go stać na droższe prezenty. Moja wyobraźnia nie sięga nawet w tej chwili tak daleko, żeby się zastanawiać, co i kiedy mała od kogo dostanie.  Działa to natomiast w drugą stronę: jeżeli X (przykład czysto teoretyczny, zmyślony na poczekaniu) ma troje swoich dzieci, dwoje chrześniaków i w dodatku zarabia najniższą krajową, to obarczanie jej dodatkowym (choć przecież dobrowolnym) zobowiązaniem wydaje nam się nie w porządku. Czy się to komuś podoba, czy nie, bycie chrzestnym wiąże się przecież z wydatkami – nawet jeśli niewielkimi i w istocie przyjemnymi, to jednak regularnymi. Patrzyliśmy też na to, czy ktoś nie ma już dziecka lub chrześniaka w wieku bardzo zbliżonym do naszej córy, żeby nie zbiegły się np. dwie komunie w jednym roku albo, co gorsza, w tym samym dniu.
  4. Nasze wzajemne relacje. Ten punkt właściwie powinien być na początku. Nie chcieliśmy dla Księżniczki chrzestnego (chrzestnej), który(a) jest naszym przyjacielem tylko z nazwy, a wspólne kontakty ograniczają się do smsów na święta. Mój tata dał się kiedyś namówić jednemu z kolegów z pracy na bycie ojcem chrzestnym jego syna. Od początku czuł, że to kiepski pomysł, ale chyba głupio mu było odmówić; bądź co bądź, jest to w pewnym sensie zaszczyt. Jako taki kontakt z rodzicami chrześniaka mieli przez pierwszy rok. Potem tamci przestali odbierać telefony albo odwoływali umówione spotkania. Nigdy nie mieli czasu. Tata w końcu dał za wygraną – nie wiem, może niesłusznie. Kilka lat później otrzymał zaproszenie na komunię z żądaniem (tak to brzmiało!) kupna roweru górskiego. Pamiętam, że zamiast niego kupił zegarek i zaproponował, że do roweru się dorzuci. Nie mam pojęcia, jak to się skończyło, sama na tę uroczystość nie pojechałam. Oczywiście od tamtej pory znowu nie mają kontaktu. Nie chcę takich chrzestnych dla mojego dziecka, jak również nie chcę być rodzicem, który będzie ich traktował jak bankomat.

I wreszcie aspekt materialny. Wiecie co? Wkurza mnie ten przerost formy nad treścią, zwłaszcza jeśli chodzi o przyjęcia i prezenty komunijne. O ile lubię same imprezy związane z sakramentami lub np. czyimiś okrągłymi urodzinami, to uważam, że ich organizacja leży wyłącznie w gestii rodziców lub w przypadku dorosłych – samych zainteresowanych. Nigdy nie miewam za złe, jeśli ktoś mnie nie zaprosił – to jego sprawa. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie rozliczać moich gości z tego, jakie prezenty wręczyli. Nawet głupio mi cokolwiek im sugerować, kiedy pytają (choć to akurat robię, bo jeśli już mają wydać pieniądze, to faktycznie czasem lepiej coś podpowiedzieć, żeby wszyscy mieli z tego satysfakcję). Ostatnio wyczytałam w Internecie, że np. gość weselny powinien włożyć w kopertę przynajmniej tyle, żeby się zwróciło „za talerzyk”. My braliśmy ślub 10 lat temu, wtedy chyba się o tym nie mówiło, a przynajmniej nie tak głośno. Naszymi gośćmi w połowie byli rówieśnicy w wieku studenckim, dla których już sam przyjazd z różnych krańców kraju stanowił nie lada wydatek. Nie wyobrażałam sobie żądać od nich jakiejkolwiek kwoty, a już tym bardziej wyliczonej. Brr… Do tej pory uważam, że jeśli kogoś zapraszam (na chrzest, urodziny, ślub albo niedzielną kawkę u mnie w domu), to po prostu chcę, żebyśmy razem miło spędzili czas; pragnę pokazać, że ta osoba jest kimś ważnym w życiu naszej rodziny. Nigdy nie zastanawiam się, czy ktoś w ogóle coś przyniesie, a tym bardziej co to będzie. (Chyba że ciotka J. przyjeżdża z paczką większą od niej samej, wtedy ciekawość bierze górę ;) ). Kiedy sami z P. gościmy na cudzych imprezach, dajemy tyle, ile możemy. Nie skąpimy, ale też nie przekraczamy znacznie domowego budżetu, bo zwyczajnie nas na to nie stać. Nie potrafilibyśmy się zadłużyć tylko po to, żeby pokazać niewidzianej od dekady gałęzi rodziny, że ciotka z wujkiem mają gest. Na dłuższą metę nie płyną z tego żadne korzyści…

Jeżeli ktoś z Was wybiera się na chrzciny Księżniczki, to mam prośbę: kupcie ładną pamiątkę. Albo zróbcie sami. Napiszcie od siebie kilka słów. Myślę, że w przyszłości będzie to dla niej ważniejsze od setek gadżetów. Jeśli chcecie włożyć coś w kopertę – pewnie, przyjmiemy. I na pewno wydamy na dziecko. Nie jest to jednak dla nas najważniejsze i nikogo z niczego nie będziemy rozliczać… no, może poza Waszą obecnością, na którą szczerze liczymy :) .

Siedem grzechów głównych blogerów parentingowych

Zakładając moje „Stożki”, nie sądziłam, że w ogóle ktoś poza mną będzie to czytał. Liczba wyświetleń jednak nie kłamie – naprawdę mam Czytelników! Sama również zaglądam do wielu z Was, posiadam swoje ulubione blogi – takie do porannej kawy, do głębszej refleksji albo obu jednocześnie. Pisałam o większości z nich w poprzednim poście. Ponieważ podobne witryny mnożą się jak grzyby po deszczu, trafiam czasem i na takie teksty, które wybitnie mnie irytują – najczęściej z tych samych powodów. Co więcej, sama nie jestem tu bez winy. Również czasami popełniam grzechy główne rodzicielskiego blogowania…

1. Udawanie eksperta od wszystkiego

Nie oszukujmy się – nasza blogerska wiedza o wychowaniu dzieci bierze się głównie z własnego (i to często pojedynczego!) doświadczenia, zaprzyjaźnionych blogów oraz innych czeluści Internetu, o wiele rzadziej z publikacji naukowych czy szerszej perspektywy, jaką daje np. praca w przedszkolu albo domu dziecka. Mimo tego czasem jesteśmy święcie przekonani, że znamy się na wszystkich aspektach rodzicielstwa – od jakości pieluch poszczególnych marek aż po najskuteczniejsze metody dyscyplinujące.

2. Generalizowanie

Punkt pierwszy bierze się stąd, że (często nieświadomie) rozszerzamy jednostkowe doświadczenia na ogół rodziców; ergo, jeżeli nasze dziecko nie toleruje mleka marki X, to zakładamy, że mleko X jest złe i szczerze odradzamy jego zakup. I odwrotnie – skoro nasza pociecha uwielbia zasypiać przy dźwiękach (załóżmy) Disco Polo, to polecamy Zenka Martyniuka jako panaceum na wszystkie problemy ze snem, dziecięcym i nie tylko. Wynika to oczywiście z dobrej woli: chcemy doradzić i ustrzec innych przed błędami, ale stąd już tylko krok do grzechu numer 3.

3. Pouczanie innych rodziców (i reszty świata)

Do napisania dzisiejszego tekstu skłoniło mnie przede wszystkim kilka linków do popularnych blogów, atakujących moją tablicę na Facebooku nagłówkami w stylu: „Nie rób tego swojemu dziecku!”, „Sprawdź, czy nie rujnujesz córce dzieciństwa!” etc. Pół biedy, kiedy po kliknięciu w taki tytuł trafia się na naprawdę wartościowy i/lub odkrywczy tekst (na przykład na temat tego, jak dziecko tonie – ostatnio poruszany przez wielu autorów, moim zdaniem słusznie). Gorzej, że często rzekomą krzywdą dla malucha okazuje się każda metoda wychowawcza, która nie pasuje autorce lub autorowi podlinkowanego wpisu. Niedawno zirytował mnie pewien post o tym, że dobre matki śpią ze swoimi dziećmi, a pozostałe są złe, bowiem zmuszają dziecko do przebywania samotnie w ciemnościach. Przyznaję, odebrałam to w pewien sposób personalnie. Księżniczka od pierwszej doby u nas usypia w swoim łóżeczku i nie widzę powodu, żeby to na siłę zmieniać. Do tej pory dwa razy obudziła się w nocy niespokojna i nie chciała zasnąć – wtedy oczywiście wzięliśmy ją do siebie bez żadnego „ale”. I będziemy to robić za każdym razem, kiedy zajdzie potrzeba. Nie uważam jednak, żebym robiła córce krzywdę, pozwalając jej spać samodzielnie, skoro ona nie ma nic przeciwko temu. Oczywiście jednak są blogerzy, którzy wiedzą lepiej, co jest dobre dla mojego dziecka. I żeby nie było: ja też pewnie mam na koncie takie teksty, chociaż staram się tego grzechu nie popełniać.

 4. Pochopne ocenianie

O, w tym to ja niestety jestem mistrzynią. Bardzo często wpisy na blogach (nie tylko moim) powstają pod wpływem impulsu, wywołanego jakąś jednostkową sytuacją. Ot, widzieliśmy gdzieś matkę krzyczącą na dziecko, więc napiszmy o tym, jak to dorośli wykorzystują swoją przewagę fizyczną i symboliczną, wrzeszcząc, zamiast rozmawiać i tłumaczyć. I oczywiście obsmarujmy tę matkę, a co tam. Nieważne, że kontekst spostrzeżonej sytuacji może być zupełnie inny, niż sobie wyobrażamy. Ocenianie efektu przychodzi nam świetnie, kto by się tam przejmował przyczyną. My przecież jesteśmy idealni, nie popełniamy błędów wychowawczych, więc niech to inni się martwią.

 5. Lokowanie produktu w każdym zdaniu

Nie mam nic przeciwko artykułom sponsorowanym, zawierającym np. recenzje jakichś gadżetów dla dzieci. Chętnie korzystam z doświadczeń innych blogerów, planując zakupy dla Księżniczki. Wiele z tych tekstów jest napisanych ciekawie, z humorem, dobrze się je czyta. Nawet trochę zazdroszczę autorom, bo też bym coś chętnie zrecenzowała, a nie wiem, jak się do tego zabrać. Problem zaczyna się wówczas, kiedy nazwa produktu (opatrzona milionem hashtagów i hiperlinków) pojawia się w każdym wersie. Mam na myśli wpisy w takim stylu:

Obudziłam się w puszystej i hipoalergicznej pościeli firmy Stary Baran #StaryBaran, #Pościel, #Kołdra, #Poduszka, #ZdrowySen, #BioEkoNatural, #WcaleNieŚmierdziZagrodą. Wstałam, wsunęłam stopy w ekstrasupermegahiperdupermiękkie kapcie z najnowszej kolekcji SeSeSe #SeSeSe, #Kapcie, #Miękko, #Wygodnie, #WymarzoneObuwie, #NieMamGrzybicyHurra. Podeszłam do synka, śpiącego w niebieskiej piżamce z Ą&Ę #Ą&Ę, #Piżama, #KidsCollection, #Instakid (koniecznie!), #BawełnaZPólElizejskichAlboZSamegoRaju i stwierdziłam, że czas sprawdzić stan jego super chłonnej ekstra miękkiej i niezastąpionej pieluszki, oczywiście tylko firmy Bamber #BamberSensitive, #Pieluszka, #Instababy, #Instakid (drugi raz nie zaszkodzi dla pewności), #Instaboy, #Siku, #Kupa, #Hashtag na wszelki wypadek.

Przecież przez to się nie da przebrnąć!!!

6. Brak dbałości o język

Wiadomo, że nie każdy musi być Mickiewiczem ani pisać pentametrem jambicznym. Nie mówię też o sporadycznych literówkach, nielicznych powtórzeniach czy drobnych potknięciach interpunkcyjnych, bo te zdarzają się każdemu, pewnie z szanow(a)nym prof. Miodkiem włącznie. Sporo jest jednak blogów, straszących ortografią porównywalną z dyktandem niezbyt pracowitego pierwszoklasisty i składnią na poziomie początkującego cudzoziemca, dopiero zgłębiającego tajniki polszczyzny. Mamy dzisiaj tyle pomocnych i łatwo dostępnych narzędzi (choćby zwykła autokorekta w Wordzie, o tradycyjnym słowniku nie mówiąc!), że językowe niechlujstwo świadczy moim zdaniem o braku szacunku do Czytelnika. Jego zresztą dotyczy także siódmy, ostatni grzech główny.

7. Nieliczenie się z Czytelnikiem

Zdradzę coś tym z Was, którzy nie prowadzą swoich blogów. O wiele łatwiej (co nie znaczy, że przyjemniej!) pisało mi się na początku, kiedy zaglądało tu tylko kilka osób poza mną. Pisałam, co chcę, w mniejszym stopniu myśląc o tym, co ktoś po drugiej stronie ekranu chce przeczytać. Teraz przed każdym postem zastanawiam się, co właściwie mam zamiar przekazać, w jakim celu i czy to w ogóle jest potrzebne. Pozwalam sobie również na osobiste historie lub dłuższe dygresje, zresztą bardzo lubię je czytać także u innych. Trudno jednak zachować równowagę pomiędzy byciem sobą, a byciem autorem. Niektórym blogerom ta sztuka kompletnie się nie udaje. Są tak bardzo przekonani o swoim geniuszu i własnej nieomylności, że piszą chaotycznie, nie na temat, stosują niezrozumiałe dla odbiorcy skróty myślowe albo nie biorą pod uwagę, że mogą kogoś nieświadomie urazić. Być może mój dzisiejszy tekst też jest tego przykładem, choć mam na myśli kwestię nieco odmienną. Ostatnio wyczytałam na jednym z blogów, że (wybaczcie, pominę kontekst, aby nie przedłużać – okoliczności tej wypowiedzi są nieistotne dla zrozumienia sedna sprawy) żony mogłyby wytykać mężom, iż zarabiają tylko „cztery tysie” na rękę i od roku nie dostali podwyżki. Wiecie… mieszkam w niewielkim mieście, w którym te „cztery tysie” na rękę to niedoścignione marzenie większości mieszkańców, bez względu na zawód, wykształcenie i doświadczenie. Po lekturze takiego tekstu mam wrażenie, że ktoś właśnie przyłożył mi w twarz.

Co o tym myślicie? Jestem otwarta na krytykę! :oops:

Co mi dało blogowanie?

Zaczęłam pisać post o grzechach głównych blogerów parentingowych (tak, tak, o swoich też). Właściwie już jest prawie gotowy, ale nie mam odwagi go opublikować; raz, że nikt nie lubi przyznawać się do błędów, dwa, że boję się, iż co niektórzy przestaną mnie czytać po jego lekturze. Odwlekam więc dokańczanie go, znajdując coraz to nowe tematy.

Okazją do zamieszczenia dzisiejszego tekstu jest fakt, że za dwa dni minie półtora roku istnienia tego bloga. Kiedy zaczynałam, nie przypuszczałam, że ktoś poza mną i garstką znajomych w ogóle będzie tu zaglądał, a już tym bardziej nie marzyłam, że zostanie na dłużej. Okazało się jednak, że dzięki moim Stożkom nie tylko ugruntowałam istniejące już znajomości, ale także zawarłam nowe, choć głównie wirtualne.

W związku z powyższym macie przed sobą post zawierający wielokrotne lokowanie produktu, ale niebędący w żaden sposób artykułem sponsorowanym :lol: . Chciałabym Wam przedstawić autorów innych blogów o podobnej tematyce, które okazały się dla mnie ważne i pomocne w drodze do adopcji, a także w początkach rodzicielstwa. Kolejność prawie przypadkowa ;-) .

1. PIKUŚ INCOGNITO – POGOTOWIE RODZINNE – CO TO TAKIEGO?

Blog Pikusia był pierwszym, na który trafiłam po rozpoczęciu przygody z adopcją. Jego autor wraz z żoną prowadzą pogotowie rodzinne, więc mają zawsze pełną chatę w dosłownym znaczeniu tego sformułowania. Pikuś szczegółowo opisuje perypetie kolejnych dzieci, którymi się opiekują – i czyni to z bardzo szerokiej perspektywy: nie tylko własnej, ale również rodziców biologicznych i adopcyjnych. Polecam tę witrynę wszystkim, którzy myślą o przysposobieniu lub o zostaniu rodziną zastępczą. Naprawdę otwiera oczy! A przy tym teksty pisane są z humorem, polotem i nierzadko… ułańską fantazją!

2. KAROLINA – NASZE BĄBELKOWO

Pozycja obowiązkowa (znaczy się blog, nie Karolina…) dla rodziców, moim zdaniem nie tylko adopcyjnych. Mama Bąbla jest osobą o artystycznej duszy, niesamowicie wrażliwą (nie mylić z przewrażliwioną), kreatywną i… rozpoznawalną w blogosferze. Opisuje blaski i cienie (chociaż głównie blaski) życia rodzinnego z adoptowanym synkiem. Recenzuje również różne produkty dla dzieci, dzięki czemu świeżo upieczeni rodzice mogą poznać wady i zalety rozmaitych gadżetów, przydatnych bądź nie w codziennych zmaganiach z pociechami.

3. IZZY – NASZ MAŁY ŚWIATEK

Piszę tu o niej, bo mi kazała. Nie no, żartuję oczywiście. Po prostu wczoraj rozmawiałyśmy na temat promowania naszych blogów i tak jakoś wyszło  8-) . A tak już całkiem poważnie – Izzy jest mamą dwóch adoptowanych córeczek o anielskiej urodzie i małych diabełkach za skórą, czyli dzieci niemal idealnych. Poza tym jest też osobą, z którą aż chce się zaprzyjaźnić: kontaktową i mającą bardzo racjonalne (jeśli wolno mi ocenić) podejście do rodzicielstwa. Zaglądam na jej blog, bo… jeju, od czego by tu zacząć? O, wiem. Bo w przejrzysty i zrozumiały sposób opisuje swoje matczyne doświadczenia, oszczędzając dzięki temu choć trochę stresu tym, którzy dopiero podążają jej śladem. I jeszcze dlatego, że w wielu kwestiach się z nią zgadzam, dzięki czemu łatwo mi się utożsamić z jej podejściem. I w ogóle fajnie pisze.

4. MAMA i TATA TYGRYSA – TYGRYS i MY

Tygrys jest adoptowanym szczęściem swoich rodziców, mającym obecnie niecałe cztery latka. Mama i Tata razem prowadzą blog (choć niekoniecznie w równych proporcjach), na którym oprócz tygrysich przygód recenzują książki dla dzieci i dzielą się doświadczeniami z budowy domu. Zamieszczane przez nich teksty są pełne takiego ciepła i serdeczności, że aż chce się do nich przytulić (do rodziców, nie tekstów… chociaż…?).

5. LITERMATKA – OD ŚRODKA

Autorka tego bloga przez dłuższy czas milczała, ale zachęcam do pogrzebania w archiwum. Na stałe mieszka w Wielkiej Brytanii i tam też zostali z mężem adopcyjnymi rodzicami. Warto poczytać, jak wygląda przysposobienie na Wyspach i jak się żyje polskiej rodzinie za granicą. Poprzednie zdanie brzmi może banalnie, ale pełen niesamowitego humoru język bloga Litermatki sprawia, że każdy wpis czyta się jak rozdział pasjonującej powieści!

6. BEATA – CZARODZIEJ NASZ

Beata została mamą adopcyjną… trzy razy. I to powinno wystarczyć za najlepszą rekomendację. Polecam jej blog każdemu, kto myśli o przysposobieniu drugiego dziecka, bo bardzo szczegółowo opisuje przezwyciężanie przeróżnych trudności – zarówno tych formalnych, jak i emocjonalnych.

7. HEPHALUMP – PRZYSPOSOBIENIE DO ŻYCIA

Hephalumpa pokochałam bezkrytycznie za sam nick – ale o tym, że jestem fanką Kubusia Puchatka, to już pewnie wiecie. Jako blogujący tata jest w mniejszości wśród całej rzeszy matek-blogerek, co czyni jego stronę jeszcze bardziej wartościową. Wraz z żoną przysposobili dwie starsze dziewczynki. „Przysposobienie do życia” to wciąż rosnący zbiór wartościowych tekstów o budowaniu więzi, ale także o samym procesie adopcji, który nie zawsze w naszym kraju wygląda różowo. Hephalump jest też wnikliwym i krytycznym komentatorem, za co bardzo go cenię.

8. T.VIK – PRAGNIENIE DZIECKA

Podtytuł bloga brzmi: „Historia blisko dwudziestoletnich starań o dziecko” i to w zasadzie mogłoby zastąpić dalszy opis. Autor – człowiek doświadczony i mądry życiowo – porusza tematy trudne i bolesne, ale dzieli się również radościami związanymi z rodzicielstwem. Wpisów jest bardzo dużo, ale polecam przeczytać od deski do deski. Naprawdę warto.

9. UCZUCIOWA – UCZUCIA NIECHCIANE

Teraz to już w większości chciane, prawda, Uczuciowa? Blog jest wzruszającym pamiętnikiem kobiety pragnącej zostać matką, opisującej wzloty i upadki w nierównej – ale w końcu wygranej – walce z niepłodnością. Jeżeli czytają to osoby starające się o dziecko biologiczne, to bloga uczuciowej nie wypada pominąć. Podtrzymuje na duchu, daje nadzieję, ale i uprzedza, że nie zawsze będzie łatwo.

10. AHAJA – TATAMARA

Blog Ahai jest moim najnowszym odkryciem, chociaż chyba nie powinnam się do tego przyznawać, gdyż ona zagląda do mnie już od dłuższego czasu. Zaczęłam czytać niedawno i wsiąkłam, bo chociaż pochodzimy z innych bajek (m.in. dlatego, że ona jest potrójną mamą biologiczną), to uwielbiam takie lekkie, sarkastyczne poczucie humoru, jakim przesiąknięte są jej wpisy. Wszystko jedno, czy pisze o szkolnej wywiadówce, czy o awarii odkurzacza (tu akurat mamy taką wspólnotę doświadczeń, że ho ho!), robi to w taki sposób, że można boki zrywać.

11. PAULINA - DOKĄD TUPTA NOCĄ JEŻ?

Mea culpa! Nie napisałam wczoraj o blogu Pauliny, a przecież także na niego zaglądam! Autorka jest krok za mną w adopcyjnej procedurze – od kilku miesięcy czeka na ten najważniejszy w życiu telefon. Z wdziękiem i optymizmem opisuje życie rodzinne i przygotowania do przyjęcia nowego członka rodziny. A jak ślicznie urządzili z mężem pokoik dziecięcy! Zresztą… sami zobaczcie :)

Zaglądam również na inne blogi, także te niezwiązane z rodzicielstwem, ale o nich innym razem… Będzie mi miło, jeżeli podzielicie się w komentarzach informacją, dokąd Wy najczęściej zaglądacie :oops: . I wiecie co? Dziękuję, że jesteście!

O przemocy wobec najmłodszych

Znałam ją. Tę matkę, na której internauci – lokalni i nie tylko – od kilku miesięcy wieszają psy za to, że nie pojechała od razu  na pogotowie z córeczką rzuconą o ścianę przez męża. Nie byłyśmy koleżankami, ale mówiłyśmy sobie „cześć”. Zawsze była specyficzna, inna, trzymała się na uboczu – choć to oczywiście nie zbrodnia. Miała i nadal ma bardzo sympatyczną, nieco dziecinną buzię, która znacznie odejmuje jej lat. Kiedyś chciałam zwerbować ją do harcerstwa, jednak bez powodzenia. Zdziwiłam się, gdy zobaczyłam ją w pierwszej ciąży, bo nie wiedziałam, że ma jakiegoś chłopaka. Na zdziwieniu się jednak skończyło; w końcu co mnie to obchodzi, kto z kim i z jakim skutkiem. Nie wiem, może to był błąd. Może powinnam zapytać, czy czegoś nie potrzebuje. Może… Zresztą kto mógł przypuszczać, że po paru latach dojdzie do takiej tragedii? Dwuletnia dziewczynka, której pomoc medyczna została udzielona o kilka dni za późno, nie przeżyła… Na usta i pod palce cisną się różne komentarze pod adresem matki – niektóre sztampowe i podchodzące pod hejt. Tylko co to da? Nie wiem na pewno, co działo się w tej rodzinie, że postąpiła tak, a nie inaczej. Strach przed partnerem? Obojętność wobec cierpienia dziecka? Nieświadomość konsekwencji zdrowotnych dla malutkiej albo prawnych wobec siebie? Każda z tych wersji jest jednakowo przerażająca.

Ta historia, oczywiście rozdmuchana przez media, poruszyła mnie głębiej niż inne. Po pierwsze właśnie dlatego, że jej „bohaterka” nie była mi obca. Po drugie, ponieważ miała miejsce mniej więcej w czasie, gdy zabieraliśmy do domu Księżniczkę. Patrzę właśnie na jej małe stópki fikające na macie w pistacjowych skarpetkach; na delikatne rączki, przyciągające do siebie pluszową owcę, zwisającą z pałąka maty. I nie umiem sobie wyobrazić, jakim trzeba być człowiekiem, żeby uderzyć niemowlę. Owszem, nasza córcia jest jeszcze malutka i bardzo spokojna. Wiem, że w miarę dorastania coraz bardziej będzie testować cierpliwość otoczenia. Nie potrafię sobie przysiąc, że nigdy na nią nie nawrzeszczę ani nie dam jej klapsa. Nie jestem idealna… ale na Boga, rzucić dwulatką o drzwi? Albo tłuc trzymiesięczne niemowlę po głowie, bo płacze? Według mnie takim opiekunom powinno się dożywotnio odbierać prawa rodzicielskie – a przynajmniej do czasu, kiedy skończą długą i skuteczną terapię, o ile taka istnieje. Kiedy Księżniczka ma gorsze chwile i płacze pomimo nakarmienia, przewinięcia, tulenia i innych zabiegów, to owszem, rośnie we mnie frustracja. Rzecz w tym, że jej ostrze wymierzone jest we mnie, nie w dziecko. Wściekam się na siebie, że nie potrafię pomóc córce. I raczej prowadzi to do poczucia rezygnacji niż wybuchu agresji. Czasem dla rozładowania napięcia obracam sytuację w żart, komentując jej zachowanie z przymrużeniem oka i łagodnym tonem – na przykład mówiąc, że jeśli zaraz się nie uspokoi i nie pozwoli mamie się napić kawy, to za chwilę będziemy tu obie leżeć i wrzeszczeć. ;) Małej to raczej nie pomaga, ale mi owszem. I o to w tym chodzi.

Kiedyś napisałam na Bocianie, że my, czyli społeczeństwo, zainteresowanie krzywdą najmłodszych traktujemy wybiórczo. Koleżanka, której zdarzyło się klepnąć synka w pupę na ulicy, została wulgarnie(!) zbesztana przez obcego faceta, który kompletnie nie znał kontekstu sytuacji. Groził jej wezwaniem policji, opieki społecznej, odebraniem dziecka etc. Tylko dziwne, że kiedy za ścianą sąsiad leje żonę i potomstwo do nieprzytomności, to nagle nie jesteśmy już tacy odważni. W końcu anonimowa samotna matka na ulicy jest bezbronna, łatwo przy niej zostać strażnikiem moralności. Nie porysuje auta, nie podpali mieszkania, nie pobije. Co innego dwumetrowy damski bokser z piętra niżej…

I jeszcze jedno. Kiedy już chce się coś z tym zrobić, zareagować właściwie – to niejednokrotnie trafia się na mur nie do przebicia. Jakiś czas temu miałam ucznia maltretowanego przez ojca. Ze względu na jego dobro daruję sobie szczegóły. Ważne, że próbowałam mu pomóc. Niestety wszędzie żądano ode mnie namacalnych dowodów. Nie wystarczyły nawet zeznania świadków, do których sama dotarłam. Matka tego chłopaka kategorycznie zaprzeczyła słowom syna, ale była przy tym tak przerażona i roztrzęsiona, że od razu było widać, iż mowa ciała nie współgra z przedstawianą przez nią wersją. Tylko co z tego? Sprawa została zamieciona pod dywan, a ja dostałam reprymendę, że się wtrącam w nie swoje życie. Dzisiaj ten uczeń jest już dorosły. Mam nadzieję, że nie będzie powielał zachowań ojca w założonej przez siebie rodzinie…

Oby nasi prawodawcy – mniejsza z tym, z której opcji politycznej – wzięli się poważnie za wyciąganie konsekwencji ze znęcania się nad dziećmi. Niech maluchy nie cierpią przez emocjonalne niedorozwinięcie rodziców…