Category: Takie tam różne

O pieskim życiu raz jeszcze

Dzisiejszy tekst miał być lekkostrawny i dotyczyć naszego życia z Księżniczką, ale dostałam od Was tyle różnych wiadomości z pytaniami o Reksia, że nie wypada się do nich nie odnieść.

Przede wszystkim dziękuję za wszystkie porady i słowa wsparcia. Bałam się publikować poprzedni wpis, bo spodziewałam się, że zostanę zjedzona żywcem za sam pomysł oddania psa. Jestem zaskoczona zrozumieniem, z jakim spotkała się nasza sytuacja. To naprawdę wiele dla mnie znaczy.

Jeżeli chodzi o głównego bohatera tej całej historii, to walka trwa. Nie przerobiliśmy jeszcze Reksia na parówki, choć bywa blisko ;) – czasem nawet bardzo, bo dwa dni temu zwierzak przeszedł kastrację. Nie wiem, czy to coś da, ale tak czy siak przed oddaniem go zabieg był konieczny. Jak widać, działamy dwutorowo: szukamy mu domu, ale jednocześnie nad nim pracujemy. Staramy się konsekwentnie stosować rady behawiorystki, chociaż przyznam szczerze, że mam mieszane uczucia. Nasz pies nie jest może wybitnie mądry, ale na pewno nie brakuje mu sprytu i po prostu uodparnia się na przećwiczone sztuczki. To, co raz i drugi zadziała, aby odwrócić jego uwagę, za trzecim już nie poskutkuje, bo ciapek wie, co jest grane.

Pytaliście także o to, jak ja się czuję. Jak schizofreniczka. Kiedy widzę (i niestety słyszę) tego naszego drącego paszczę potwora, to mam najszczerszą ochotę go „temi rencami” udusić na miejscu i pocałować w pychol jednocześnie, bo wiem, jak on się przy tym stresuje i ogromnie mi go żal… Mało tego, cały czas mam przed oczami sytuacje spotkań Reksia z innymi dziećmi; żadna z nich nie dawała nam poważniejszych powodów do niepokoju. Weźmy pierwszy przykład z brzegu i to dosłownie – w bloku naprzeciwko mieszkają nasi dalecy znajomi, którzy mają córeczkę, obecnie pięcioletnią. Dziewczynka, odkąd zaczęła chodzić, upatrzyła sobie naszego psa (prawdopodobnie dlatego, że przypominał jej ulubioną pluszową zabawkę). Piszczała do niego z daleka, podbiegała i rzucała mu się na szyję. Reksio był zachwycony!!! Pilnowaliśmy tylko, żeby jej z tej radości nie przewrócił. Jedyną „krzywdą”, jaką wyrządził małej, było chwycenie w zęby jej maskotki, którą nieopatrznie machała mu przed nosem. Najwyraźniej odebrał to jako sygnał do zabawy. Do dzisiaj bardzo się oboje lubią… Takie przykłady można by mnożyć. W naszym domu Reksio zawsze był trochę bardziej ostrożny wobec dzieci, ale nigdy żadnego nie zaatakował, nawet nie próbował. Jeżeli już, to ostrzegawczo szczekał.

Z Księżniczką jest inaczej. Nawet po kastracji, kiedy wrócił do domu jeszcze półprzytomny od narkozy – pierwsze co zrobił, to zaczął ujadać na drzwi pokoju małej. Ostatnio niosłam na ręku jej kocyk, pies chyba sądził, że mam w nim dziecko – skoczył i złapał koc zębami. Trafił przy okazji w moją rękę. Ugryzienie nie było Bóg wie jak mocne, nie mam po nim śladu, ale dwumiesięcznemu dziecku mogłoby poważnie zaszkodzić.

I na koniec ciekawostka – może jest tu jakiś psiarz, który rozszyfruje zachowanie czworonoga? Otóż, kiedy szłam zaprowadzić Reksia na kastrację, musiałam zabrać ze sobą córcię w wózku. Pominę całą logistykę i wychodzenie z domu, ale ostatecznie się udało. Początkowo mała spała i wyobraźcie sobie, że pies w ogóle na nią nie reagował. Siedzieliśmy godzinę (!!!) w poczekalni i raz tylko zajrzał do wózka. Ożywił się, gdy Księżniczka zaczęła się budzić; próbował się do niej dostać, ale jego postawa różniła się od tej z domu; był ciekawy, wąchał, ale nie ujadał i nie rzucał się na wózek. Zastanawia mnie, czy to tylko kwestia obcego terenu, czy stresu związanego z wizytą w lecznicy, czy jednego i drugiego? I tak sobie gdybam, że może faktycznie trzeba spróbować na nowo oswoić tych dwoje na neutralnym gruncie. Może poprzednio trwało to za krótko?

Spróbuję zaangażować męża i po weekendzie dam Wam znać, czy jest jakiś rezultat albo chociaż cień nadziei…

Jeszcze raz dziękuję za wszystkie komentarze. Chociaż na pierwszym miejscu jest oczywiście bezpieczeństwo córeczki, to dobro psa nie pozostaje nam obojętne. Próbujemy robić wszystko, żeby w końcu poczuł się dobrze – jeśli nie w naszym domu, to w innym…

DZIECKO i PIES – studium przypadku. Część II

No i stało się, a raczej dzieje. Szukamy domu dla Reksia. Przeżywam to okropnie, dlatego trudno mi zebrać myśli, żeby jakoś logicznie przedstawić Wam całą sytuację. Mimo wszystko czuję, że powinnam to zrobić, więc próbuję.

Nasz pies zawsze kochał dzieci. Właściwie kocha je nadal, bo kiedy na spacerze dopada go jakiś kilkulatek lub nawet gromadka maluchów, bez oporu daje się głaskać, czochrać i przytulać, liżąc przy tym wszystkie części ciała dzieciaków, jakich tylko zdoła dosięgnąć jęzorem. Co prawda spodziewaliśmy się, że naszego potomka może potraktować inaczej, ale niestety rzeczywistość nas przerosła.

Pierwszym sygnałem ostrzegawczym było zachowanie Reksia wobec córeczki M., o którym już gdzieś wcześniej pisałam. Tyle tylko, że pies nie był agresywny, raczej niepewny, na przemian wystraszony i za bardzo natarczywy. Wiedzieliśmy z mężem, że czeka nas sporo pracy i wydawało nam się, że jesteśmy na nią gotowi. Od razu po podjęciu decyzji o adopcji Księżniczki przystąpiliśmy do przygotowywania czworonoga na zmiany. Szczegóły sobie daruję, bo długo by pisać – w każdym razie zastosowaliśmy się do wszystkich książkowych porad dla właścicieli psów i nawet behawioryści uznali, że zrobiliśmy to dobrze. Wystarczyło na jakieś… pół godziny, bo mniej więcej po takim czasie obecności córeczki w domu Reksio zaczął wariować. Początkowo łudziłam się, że pies potrzebuje czasu i naszej uwagi, że się przyzwyczai. Niestety było coraz gorzej… Po kilku dniach musieliśmy całkowicie odciąć zwierzaka od pokoju Księżniczki, bo nie przestawał na nią „polować”.

Wbrew temu, co już od kogoś „życzliwego” usłyszałam, to nie jest tak, że pies nam się znudził albo przestał pasować do koloru zasłon. Nie jest też prawdą, że nie mamy dla niego czasu – przeciwnie, dzięki urlopowi macierzyńskiemu spędzam w domu o wiele więcej godzin niż do tej pory. Kochamy Reksia, jest członkiem naszej rodziny, dotąd był naszym jedynym „dzieckiem”. Fizycznie sobie radzimy, akurat w naszym mieszkaniu odseparowanie psa od maleństwa nie jest trudne.  Tylko co to jest za życie dla takiego aktywnego czworonoga? Przebywanie samemu w pomieszczeniu, daleko od członków rodziny? Nie mówiąc już o tym, że obje z P. boimy się, iż pomimo wszelkich środków ostrożności wystarczy kiedyś chwila nieuwagi, żeby doszło do tragedii… Tak naprawdę nie wiemy, co zrobiłby Reksio, gdyby udało mu się dopaść Księżniczkę – ale jego reakcje wskazują, że nic dobrego.

Nie jest też tak, że decyzję o poszukiwaniu dla niego domu podjęliśmy natychmiast, jednomyślnie i bezboleśnie. Właściwie ona nadal nie jest w 100% podjęta i pewnie nie będzie, zanim ostatecznie nie zamkniemy za futrzakiem drzwi mieszkania. Próbowaliśmy i próbujemy różnych środków – od własnych pomysłów, poprzez korzystanie z porad najbliższych, aż po zatrudnienie behawiorysty i zoopsychologa, a także kontakt z weterynarzem i leczenie farmakologiczne. Jeżeli myślicie teraz „co za zmanierowana baba, najpierw rozpieściła piesiuńcia, a teraz lata z nim po psychologach” – to wcale się Wam nie dziwię, bo sama widzę, że z boku tak to właśnie wygląda. Póki co wszyscy specjaliści zgodnie radzą, żeby oddać Reksia…

Na pewno w całej sytuacji przynajmniej 90% jest naszej winy. Przez 8 lat pies był naszym jedynym pupilem, czworonożnym dzieckiem, któremu na zbyt wiele pozwoliliśmy – choć pierwotnie nie tak to miało wyglądać. Pozostałe 10% zależy zapewne od charakteru zarówno rasy, jak i naszego konkretnego zwierzaka. Reksio od zawsze był niesforny, nawet jeszcze zanim do nas trafił, wyróżniał się indywidualizmem i energią na tle psiego rodzeństwa.

Strasznie nam na nim zależy. Gościłam niedawno przecudowną panią z fundacji pośredniczącej w znajdowaniu psom nowych właścicieli – i przez większość wizyty rozmawiał z nią mój tata, bo ja nie byłam w stanie. Zrobilibyśmy wiele, żeby Reksio z nami został. Obecnie musimy się jednak przyznać do porażki, bo sytuacja nas po prostu przerosła…

Czy ktoś z Was miał podobny problem? Jak sobie poradziliście? Będę wdzięczna za wszelkie wskazówki (może poza kontaktami do behawiorystów, bo tych mam w nadmiarze – chyba że znacie prawdziwego cudotwórcę, wówczas chętnie).

Za hejt również podziękuję, czujemy się z P. już wystarczająco paskudnie…

Lista prezentów dla (rodziców) niemowlęcia

Powoli kończymy etap pierwszych odwiedzin Wszystkich Krewnych i Znajomych Królika. Pisałam już, że bardzo lubimy gości – i dotyczy to całej naszej czwórki; my z mężem jesteśmy mocno związani z naszymi bliskimi, Księżniczka z zaciekawieniem przygląda się nowym twarzom, a Reksio w ogóle kocha człowieki (choć, jak się okazuje, tylko te powyżej metra wzrostu). Nigdy też nie oczekiwaliśmy żadnych podarunków, po prostu cieszyliśmy się, że ktoś znalazł czas, aby do nas przyjechać, często z daleka. M. powiedział niedawno, że jesteśmy takimi ludźmi, których zadowoli nawet pięć złotych w kopercie. Szczerze mówiąc, zadowala nas nawet brak jakiejkolwiek koperty, wolimy obecność jej właścicieli.

Jednak z drugiej strony rozumiem, że niektórym po prostu głupio jest przyjść z pustymi rękami. Sama do takiej grupy należę, tak zostałam wychowana. Wiadomo, że chodzi tu o gest, a nie o cenę podarunku. Właśnie z myślą o takich osobach stworzyłam listę przydatnych upominków, które można ofiarować świeżo upieczonym rodzicom. Jest ona oczywiście subiektywna, ale mam nadzieję, że w komentarzach pomożecie mi ją uzupełnić na bazie Waszych doświadczeń. Do dzieła!

  1. MLEKO! – dotyczy to oczywiście dzieci, które nie są karmione piersią. W naszym przypadku mleko jest jedyną rzeczą, która notorycznie się kończy; Księżniczka ma apetyt po swoim adopcyjnym tatusiu i pochłania jedzenie w takim tempie, że wróżę jej kiedyś sukces w konkursie jedzenia pączków na czas lub podobnych zawodach. W każdym razie mleko cieszy nas bardziej niż tuzin ubranek, o czym za chwilę.
  2. MLEKO!
  3. MLEKO!
  4. PIELUCHY – tak, wiem. E. powiedziała mi ostatnio, że wolałaby kupić „coś takiego fajnego” – czyli pewnie trwałego, co zostanie jako pamiątka. Szczerze? Niemowlak ma w nosie pamiątki, a w przyszłości i tak najbardziej wartościowe pod tym względem okażą się zdjęcia. Natomiast paczka pieluch zawsze się przyda i nie tylko pomoże lekko odciążyć domowy budżet, ale i na pewno zapewni maluszkowi realną przyjemność.  W końcu każdy lubi mieć sucho pod pupą :)
  5. ZMIANA POŚCIELI DO ŁÓŻECZKA – w ferworze błyskawicznych „dzieciowych” zakupów o tym akurat nie pomyśleliśmy. A że niemowlę wymaga częstej wymiany przede wszystkim prześcieradeł, to taki prezent bardzo nam się przydał. Obecnie mamy trzy komplety i na pewno kupimy jeszcze przynajmniej jeden.
  6. TORBA DO WÓZKA Z GADŻETAMI – to pewnie zależy od modelu wózka, ale w naszym oryginalna torba była mało pojemna, brakowało w niej wewnętrznych kieszeni i miała bardzo niewygodne zapięcie. W prezencie od P. dostałam zestaw, w skład którego wchodzą dwie torby, etui na butelkę, mały pojemniczek na pieluchy (mogący też służyć np. jako kosmetyczka albo pudełko na jedzenie) i składana mata do przewijania. Póki co komplet sprawdza się rewelacyjnie, a co ciekawe – wcale nie był drogi.
  7. PIELUCHY TETROWE LUB FLANELOWE – jak pewnie większości niemowlaków, tetra służy Księżniczce do wszystkiego (i to dosłownie, bo próbuje ją nawet jeść). Jest więc ręcznikiem, kocykiem, podkładem do przewijania u lekarza, ochroną przed wiatrem, brudem i jednocześnie zabawką. Akurat nasza mała nie ma kolek (tfu, odpukać!), ale podgrzana żelazkiem tetrowa pielucha może służyć też jako ciepły kompres na bolący brzuszek. Cztery takie pieluchy kupiłam sama, dwie kolejne dostaliśmy od Siostry – i bez przerwy są w użyciu.
  8. ALBUM DO ZDJĘĆ – nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale uważam, że wywołane i uporządkowane w albumie fotografie mają większą wartość, niż setki fotek poupychanych po folderach na komputerze czy w smartfonie. Taki solidny album zmotywuje rodziców do selekcji i wywołania zdjęć, a co za tym idzie – stworzenia pięknego i trwałego zapisu rodzinnej historii. W przypadku Księżniczki, która jest przecież dzieckiem adoptowanym, wydaje mi się to szczególnie ważne. Zamówiłam jej kronikę, w której chcę opisywać najważniejsze momenty naszego wspólnego życia. Niestety kronika idzie do nas pocztą już od miesiąca, więc póki co nie mam się czym pochwalić. Pewnie za jakiś czas wrzucę kilka zdjęć już uzupełnionego albumu.
  9. KSIĄŻECZKA – tu pełna dowolność: z baśniami, życiowymi historyjkami dla najmłodszych, zadaniami do wykonania, efektami dźwiękowymi i czym dusza zapragnie. Wiadomo, że noworodek z niej nie skorzysta, ale kiedy odrobinkę podrośnie, warto mieć przynajmniej częściowo uzupełnioną biblioteczkę. Książeczka z dedykacją będzie jednocześnie trwałą pamiątką i trafionym prezentem, który pomoże maluchowi poznawać świat.
  10. KARTA PREZENTOWA do Rossmanna, Smyka lub sieciówki odzieżowej. Kiedyś wyczytałam, że wręczanie kart prezentowych jest w złym tonie, świadczy o braku kreatywności i gustu oraz o wygodnictwie obdarowującego. Nie wiem, jak Wy, ale ja się z tym nie zgadzam. Rodzice są najlepiej zorientowani, co się przyda ich dziecku. Czasem potrzeby pojawiają się z dnia na dzień (u nas tak było z inhalatorem). Warto mieć wtedy pod ręką dodatkowe fundusze np. w postaci takiej właśnie karty. Zresztą można dzięki temu kupić  maluszkowi również jakiś gadżet, w który pewnie normalnie by się nie zainwestowało.
  11. GOTÓWKA – do niedawna miałam ogromne opory przed wręczaniem pieniędzy, zwłaszcza jeśli nie mogłam ofiarować większej kwoty. Dopiero M. mnie tego oduczył przy okazji roczku ich córeczki. Myślę, że nie zawsze i nie każdemu wypada dać przysłowiową kopertę, ale wśród najbliższych – dlaczego nie? Rodzice chętnie często dołożą parę groszy i kupią dziecku coś, na co sami nie mogliby sobie pozwolić. Zresztą ostatnio wpadł do nas mój tata, położył na stole banknot i powiedział: „Babcia dała, żebym kupił ci kwiaty, ale pomyślałem, że to wam się bardziej przyda”. Miał rację… Wspominałam już, że bez przerwy kupujemy mleko? ;)

CZEGO NIE KUPOWAĆ?

  1. UBRANEK

Po pierwsze większość znanych mi młodych rodziców otrzymuje lub kupuje za grosze całe torby używanych dziecięcych fatałaszków. My dostaliśmy łącznie chyba z 10 worków, w których mnóstwo rzeczy było zupełnie nowych, jeszcze z metkami. I na pewno przekażemy je dalej, bo Księżniczka nawet ich wszystkich nie założy, o zniszczeniu nie mówiąc.

Po drugie rozmiarówki w sklepach są przedziwne i trudno kupić odpowiednią wielkość. Na przykład „ulubiony” pajacyk Księżniczki teoretycznie jest dla noworodka o wzroście 50 cm, a idealnie na nią pasuje. Z kolei w sukienkę na 68 cm córcia już się nie mieści. Zresztą nie ma się co rozpisywać, z ubraniami dla dorosłych jest podobnie.

Po trzecie wiele z tych ślicznych ubranek jest zwyczajnie niepraktycznych. Przeciętny niemowlak nie wytrzyma długo w obcisłych spodenkach ani sztywnej tiulowej sukienusi. Nie dość, że te rzeczy krępują ruchy, to jeszcze przewijanie i przebieranie dziecka ubranego w to ustrojstwo jest torturą zarówno dla niego, jak i dla rodzica.

 2. KOSMETYKÓW

W tym przypadku nacięłam się sama. Nakupowałam oliwek, zasypek, kremików, balsamików, a używam tylko Bepanthenu i czasem oliwki Johnsona, choć podobno lepsza jest zwykła oliwa z oliwek. Skóra niemowlaka zwykle nie potrzebuje aż tak specjalnego traktowania, poza tym wiele kosmetyków uczula maluszki, choć etykiety mówią co innego.

Ode mnie to tyle, ale z chęcią poczytam, co Wam się przydało, co nie,  a co chcielibyście dostać w prezencie dla dziecka. :)

PS. Wspomniane ostatnio dwa wpisy nadal się tworzą, jakby co.

Dlaczego warto zapisać dziecko do harcerstwa?

Od razu uspokajam. Nie mam żadnych niespełnionych ambicji, które będę chciała przelać na moje dziecko. Jeżeli chodzi o zajęcia dodatkowe, to jestem zwolenniczką umiaru: fajnie, jeśli młodzież uczestniczy w jakiejś aktywności poza szkołą, ale nie chcę zrobić z potomka tresowanej małpki, grającej na piętnastu instrumentach, mówiącej biegle w ośmiu językach i uprawiającej wszystkie dostępne dyscypliny sportu, za to niedoświadczającej beztroskiego dzieciństwa.

Nie uważam też, że w ogólnym rozliczeniu inne formy spędzania czasu wypadają od harcerstwa w jakiś sposób gorzej. Ponieważ jednak spędziłam w nim kilkanaście lat, na pewno moje dziecko niejednokrotnie zetknie się z licznymi anegdotami, zdjęciami i innymi pamiątkami z czasów, kiedy jego mama z dumą nosiła szary mundur. Jeżeli wykaże zainteresowanie, to z olbrzymią chęcią zapiszę je do którejś drużyny. A powodów jest wiele…

  1.        Harcerstwo uczy samodzielności i empatii.

Ameryki zapewne tym stwierdzeniem nie odkryłam. Myślę natomiast, że ta nauka coraz bardziej zyskuje na znaczeniu. Smartfony i inne nowoczesne urządzenia potrafią już tyle, że bez nich człowiek – zwłaszcza młody – gubi się w świecie i to niestety czasem zupełnie dosłownie.  Współcześni harcerze korzystają z nowych technologii, nie porzucając przy tym tradycyjnych metod np. orientacji w terenie czy przenoszenia meldunków.  Poza tym skauting zakłada też umiejętność zadbania zarówno o siebie, jak i o innych. Moi uczniowie należący do ZHR lub ZHP wyróżniają się zaradnością widoczną nawet w najdrobniejszych szczegółach, jak choćby odniesienie po sobie talerza do kuchni albo zainteresowanie się, czy np. dla wszystkich wystarczyło podwieczorku. Z niezrzeszonymi bywa różnie. Oczywiście absolutnie nie znaczy to, że dziecko niebędące harcerzem nie wykazuje kultury osobistej. Bardziej chodzi mi o to, że harcerstwo pomaga w wyrabianiu pewnych przydatnych nawyków, które (z różnych powodów) młodzi ludzie nie zawsze wynoszą z domu. A jeśli wynoszą, to skauting dodatkowo je ugruntowuje.

Osobną kwestią jest tutaj tzw. pole służby. Wiele drużyn zajmuje się wolontariatem w hospicjach, domach opieki, szpitalach lub schroniskach dla zwierząt. Taka praca uwrażliwia i otwiera młode serca na potrzeby innych.

 2.       Harcerstwo jest źródłem trwałych przyjaźni.

Nie chciałabym się powtarzać, pisałam już o tym kilka razy. Należałam do różnych organizacji, ale wspólnota harcerska okazała się tą najbardziej trwałą. Jestem jedynaczką, podobnie jak coraz więcej dzisiejszych dzieci. Przyjaciele rekompensowali mi brak rodzeństwa, a atmosfera w moim środowisku była naprawdę rodzinna, co dodatkowo wpływało na budowanie więzi (jak dotąd nierozerwalnych).

 3.     Harcerstwo pozwala odkrywać nowe pasje.

Ta cecha w moim odczuciu różni je od większości wspólnot, klubów i organizacji, które nastawiają się na kształtowanie w dziecku jednej konkretnej lub kilku powiązanych ze sobą umiejętności. Chyba każdy laik słyszał o czymś takim, jak sprawności. Będąc harcerzem, dziecko może rozwijać jednocześnie np. talent wokalny, kulinarny i zainteresowanie informatyką. W próbach na wyższe stopnie znajdują się wymagania dotyczące podejmowania nowych, nieznanych wcześniej wyzwań, np. zdobycia prawa jazdy albo certyfikatu językowego. Istnieją drużyny, które współpracują z instytucjami organizującymi przeróżne kursy.

 4.     Harcerstwo dostarcza przygód.

I to jakich! Wspominałam już o nocnej wyprawie na cmentarz i współpracy z domem dziecka. A co powiecie na dwudniowy wypad do nieznanej wcześniej miejscowości, gdzie trzeba sobie zorganizować nocleg i zapłacić za niego własną pracą? Albo na spędzenie doby w lesie, podczas której buduje się szałas, zegar słoneczny i kuchnię polową? Mam w głowie niewyczerpaną skarbnicę takich historii i pewnie jeszcze nie raz tu o nich opowiem. Na myśl o niektórych z nich do dziś czuję dreszcz emocji.

 5.   Harcerstwo przekazuje ponadczasowe wartości.

Oprócz wspomnianych samodzielności i empatii kładzie nacisk na szacunek do rodziców i przełożonych (wbrew pozorom nietożsamy ze ślepym posłuszeństwem), tolerancję wobec odmienności („Harcerz w każdym widzi bliźniego”), prawdomówność, dotrzymywanie słowa, konsekwencję w działaniu, umiejętność wybaczania, ciekawość świata i zdrowy tryb życia.

 6.  Harcerstwo jest względnie niedrogie.

Kilka lat temu koszt pełnego umundurowania (i to przy założeniu, że mundur chce się kupić porządny, aby wystarczył na długo) wynosił około 200 zł. Dodatkowo za członkostwo w drużynie płaci się comiesięczne składki, średnio po kilka złotych.  I to właściwie tyle, jeśli chodzi o obowiązkowe koszty. Latem można wysłać dziecko na trzytygodniowy obóz już za około 500 zł. Dla rodzica jest to tym lepsze rozwiązanie, że pociecha jedzie z tą samą kadrą, która opiekuje się nim na zbiórkach; powierza więc latorośl opiekunom, których zdążył już poznać w ciągu roku i którzy przy okazji znają też swoich podopiecznych.

Jako podsumowanie (a raczej zamiast niego) zacytuję fragment jednej z moich ulubionych pieśni harcerskich, która w pełni oddaje to, co chciałam przekazać wyżej:

Na ścianie masz kolekcję swych barwnych wspomnień

Suszony liść, naszyjnik wieszasz i kwiat [w innej wersji: suszony kwiat, naszyjnik, wiersz i liść]

Już tyle lat przypinasz szpilką na tej słomie

To wszystko, co cenniejsze jest niż skarb.

 Pośrodku sam generał Robert Baden-Powell, [założyciel skautingu]

Wycięty w drewnie lilijki smukły kształt;

Jest krzyża znak i srebrny orzeł jest w koronie,

A pod nim masz Harcerskich 10 Praw.

Ref. Ramię pręż, słabość krusz i nie zawiedź w potrzebie,

Podaj swą pomocną dłoń tym, co liczą na ciebie;

Zmieniaj świat, zawsze bądź sprawiedliwy i odważny

Śmiało zwalczaj wszelkie zło, niech twym bratem będzie każdy…

CZUWAJ!

Model rodziny

Dyskusja podczas jednej z dzisiejszych lekcji rozwinęła się w dość nieoczekiwanym kierunku, bowiem zeszła na temat zmian w modelu rodziny na przestrzeni kilku ostatnich pokoleń. Zajęcia dotyczyły czegoś zupełnie innego, ale ponieważ uczniowie chętnie brali udział w wymianie poglądów, pozwoliłam na tę dłuższą dygresję. W pewnym uproszczeniu główna myśl tej dysputy brzmiałaby następująco: nasze babcie miały średnio po pięcioro rodzeństwa, ich mamy nie pracowały lub sporadycznie dorabiały szyciem, a ojcowie – od robotnika do profesora – jakimś cudem potrafili zarobić na utrzymanie tak licznej familii, która w dodatku wspomina tamte czasy jako szczęśliwe. Dzisiaj dwoje rodziców pracuje na utrzymanie często tylko jednego dziecka, a wiele małżeństw w ogóle nie decyduje się na potomstwo właśnie z obawy o rodzinne finanse.

Wiadomo, że powyższe stwierdzenia można podważyć. Zależy, jaką grupę badawczą weźmie się pod uwagę i co uznamy za stabilizację finansową; czy będzie to małe mieszkanko na kredyt, używany samochód i umowa o pracę, czy też np. dom, nowe auto i własna dochodowa działalność.

Mnie jednak zastanawia co innego. Jak to się dzieje, że obecnie przy dwóch pensjach nie tylko P. i ja, ale i większość naszych znajomych musi oglądać każdy grosz przed wydaniem i często wybierać chociażby pomiędzy pójściem do dentysty i okulisty, bo na obie wizyty w jednym miesiącu nie wystarcza funduszy? A co by było, gdyby pracowało tylko jedno z małżonków? Strach nawet myśleć.

W kontekście adopcji bardziej niż potencjalne problemy wychowawcze przeraża mnie perspektywa utraty pracy. A jest ona niestety całkiem realna – po pierwsze z powodu reformy systemu edukacji, po drugie ze względu na urlop macierzyński. Kiedy pracowałam jeszcze w poprzedniej firmie, żadna z czterech moich ciężarnych koleżanek nie wróciła po urodzeniu dziecka na poprzednie stanowisko. Jedna albo dwie z wyboru, pozostałe dostały wypowiedzenie. Najbardziej zaangażowana z nich pytała szefa, czy miejsce pracy będzie na nią czekać. Przełożony wskazał tylko jej rosnący brzuch i powiedział: „Zdaje się, że już wybrałaś”. Wbrew powszechnej opinii w szkole wcale pod tym względem nie jest lepiej. Obawiam się wypadnięcia z obiegu i utraty zatrudnienia. Finanse nie pozwalają niestety żadnemu z nas na rzucenie pracy, choć dla dziecka na pewno pozostanie z rodzicem w domu byłoby najkorzystniejsze.

I tak sobie gdybam, że cała ta szumna polityka prorodzinna zamiast osławionego i występującego we wszelkich możliwych kontekstach „500+” mogłaby się skupić na zapewnieniu rodzicom stabilizacji zawodowej: ochrony miejsca pracy, dostępności publicznych żłobków i przedszkoli. Większość ludzi sama zarobi na własne dzieci, jeżeli tylko będzie miała taką możliwość…

Nowy Rok, nowe nadzieje

Co roku powtarzam, że 2 stycznia powinien być dniem ustawowo wolnym od pracy, żeby spokojnie dojść do siebie po pierwszym. Leczący dzisiaj kaca na pewno się ze mną zgodzą, chociaż w moim przypadku wcale nie chodzi o przypadłości poalkoholowe. Jestem z zasady niepijąca. Jako typowy skowronek chadzam za to spać wcześnie i wcześnie też wstaję, dlatego nocne szaleństwa i późniejszą niż zwykle pobudkę najczęściej przypłacam migreną i takim dziwnym poczuciem odrealnienia, które nie opuszcza mnie aż do następnego, roboczego już poranka.

Dziś jest podobnie, ale mimo tego inaczej. Po pierwsze dlatego, że przed chwilą zamknęłam drzwi za naszymi sylwestrowymi gośćmi i właściwie dopiero zaczynam swoją codzienną rutynę (zmywanie, pranie, szykowanie do pracy – wiecie, o co chodzi). Drugim powodem jest natomiast to, że wstałam o w miarę normalnej porze, dlatego mój organizm nie doznał aż takiego szoku czasowego. Czekam więc właśnie aż mi wyschnie podłoga w przedpokoju, co stanowi dobrą okazję do naskrobania kilku przemyśleń i podsumowań. Jako że Nowy Rok sprzyja porządkowaniu spraw i tworzeniu różnych list, moje refleksje również będą w punktach.

  1. Rok 2016 zdecydowanie nie należał do udanych. Choroba taty, ciągnące się miesiącami problemy z autem, telenowela z ogrzewaniem i komplikacje w pracy naprawdę dały się nam obojgu we znaki. Zresztą nie tylko nam. W nocy dostałam wiadomość od E., dla której bilans minionych 12 miesięcy był jeszcze gorszy. Z ulgą więc (choć jak wiadomo tylko symbolicznie) oddzielam poprzednie 366 dni grubą kreską i zaczynam nowy rozdział.
  2. Pomimo powyższego przynajmniej ostatnie chwile zeszłego już roku spędziliśmy najlepiej, jak tylko można, bo w gronie przyjaciół. Cyngiel za pomocą projektora potrafił w naszym zagraconym „salonie” stworzyć iście imprezowy nastrój, którego nie zburzyły nawet wywody o wyższości wakeboardingu nad wyczynową jazdą na nartach ;) M. z K. wreszcie zdecydowali się nas odwiedzić, co już samo w sobie jest pewnego rodzaju świętem. Oboje stanowią ten rodzaj gości (przepraszam za to etykietowanie, tak jest wygodniej :)), których obecność nawet po dłuższym czasie nie męczy, a wydaje się zupełnie naturalna. Obrazu dopełnia ich córeczka – mały, rozczochrany aniołek, bardzo bystry i komunikatywny jak na swoje „rok i trochę”. Dwa dni spędzone w kuchni na gotowaniu i pieczeniu warte były tego spotkania. Zabrakło w naszym gronie jeszcze jednego przyjaciela, który wykruszył się w ostatniej chwili – oby ta z pewnych względów ryzykowna decyzja okazała się dla niego korzystna, czego mu szczerze życzymy.
  3. Reksio znosił huk petard dzielniej niż zwykle i tym razem obyło się bez 24 godzin nieustannego szczekania. Dał się nawet w nocy wyprowadzić na spacer, co w poprzednich latach było nie do pomyślenia. Córeczki naszych gości trochę się bał. Widać, że nie jest przyzwyczajony do takich małych dzieci, bo brakuje mu wyczucia. Albo szczekał na małą z daleka i zrywał się z miejsca, kiedy tylko ona wstawała, albo przeciwnie – podchodził do niej i próbował zalizać ją na śmierć. Już widzę, że czeka nas sporo pracy po TYM telefonie, ale widać przynajmniej światełko w tunelu. :)
  4. Moje noworoczne postanowienie jest takie, żeby… nie formułować żadnych noworocznych postanowień. Pewnie, że coś by się znalazło. Muszę zrzucić kilka kilogramów, zacząć pisać pracę na studiach, chciałabym więcej biegać i częściej odwiedzać babcię – ale nie planuję uczynić z tego żadnej „TO DO LIST”, z której będę musiała się potem sama przed sobą rozliczać. Zamierzam zacząć ten rok z nadzieją i optymizmem.

I tego właśnie Wam wszystkim życzę. Pozytywnego nastawienia do świata przez całe najbliższe 365 dni. „Dobra wola przyciąga dobrą wolę” jak mawiał ojciec mojej Siostry. I oby tak było. Niech MOC będzie z Wami!

Zabawki dla chłopca, zabawki dla dziewczynki…

Pobraliśmy się z P. w połowie studiów. Reakcje otoczenia były w większości pozytywne, chociaż koledzy męża podobno zakładali się, w którym jestem miesiącu ciąży, skoro on tak młodo się żeni. Mnie tylko jedna ze znajomych zapytała, czy na pewno chcę „już do końca życia tylko z jednym”. Cokolwiek miała na myśli, przytaknęłam jej i zrobiłabym to dziś ponownie. W większe zdumienie wprawiły mnie za to reakcje dwóch wykładowczyń, kiedy spotkały mnie w kolejnym roku akademickim już pod zmienionym nazwiskiem. Jedna z nich stwierdziła (chyba półżartem), że my się właściwie nie znamy, bo nowe nazwisko to przecież zupełnie inna tożsamość. Druga uznała bez ogródek, że dałam się zamknąć w ramy wymyślone i narzucane przez patriarchalne społeczeństwo i ona nie wierzy, że mi w tych ramach będzie dobrze. Myślę, że to właśnie od tamtej pory dosyć podejrzliwie przyglądam się wszelkim modom światopoglądowym, a zwłaszcza tym skrajnym. Powodują bowiem, że każdej decyzji przypisuje się jakieś ukryte intencje o zabarwieniu ideologicznym.

Refleksje na ten temat wróciły ostatnio pod wpływem lektury wpisu na blogu Bakusiowo. Przypomniał mi on sytuację z zeszłego roku, kiedy razem z P. szukaliśmy upominku dla jego chrześniaczki. Po raz pierwszy od bardzo dawna weszliśmy do znanego sklepu z zabawkami. Niemal od razu rzuciły nam się w oczy dwie wysepki z propozycjami prezentów: na jednej dla chłopca, na drugiej dla dziewczynki. Pierwsza z nich kusiła różnorodnością kształtów, kolorów i przeznaczenia przedmiotów. Były na niej zestawy Lego (od wozów strażackich po stacje kosmiczne), małe komplety narzędzi, piłki z logami klubów futbolowych i inne akcesoria dla najmłodszych sportowców, figurki postaci z bajek i filmów oraz mnóstwo innych rzeczy. Druga wysepka przyciągała… wszechobecnym różem. Były na niej różowo ubrane lalki w różowych pudełkach, różowe miniaturki pralek automatycznych i różowe zabawkowe żelazka. Na środku siedział wielki biały pluszowy miś polarny… w różowym sweterku. Kontrast pomiędzy obiema tymi wystawkami był porażający. Ich zestawienie zdawało się sugerować, że mali mężczyźni to przyszli odkrywcy świata, a małe kobiety… cóż. Słodkie idiotki, których miejsce jest przy garach.

Wiem, że teraz przesadzam. Wiem, że dziewczynki najchętniej życzą sobie od św. Mikołaja właśnie nowych lalek albo domków dla nich i, że mając do wyboru załóżmy różowego lub niebieskiego misia, wybiorą tego pierwszego. W żaden sposób nie jestem też za zupełnym przemieszaniem ról społecznych, a tym bardziej nie popieram programów typu „równościowe przedszkole”. To piękne, że się od siebie różnimy i mamy odmienne predyspozycje. W końcu mój P. przyciąga mnie właśnie dzięki temu, że świetnie się uzupełniamy. Jakoś nie pasuje mi natomiast banalizacja postrzegania płci pięknej, czego nie widać w przypadku zabawek dla chłopców.

Zresztą może to ja jestem dziwna… Dobre relacje z ojcem i lata spędzone w harcerstwie zrobiły swoje, więc teraz wbijam gwoździe, noszę sukienki, wymieniam uszczelki i żarówki, chodzę w szpilkach, piekę ciasteczka i jestem „etatowym” rodzinnym kierowcą. Mimo tego nie mam wątpliwości co do swojej płci – biologicznej, kulturowej czy jak tam ją jeszcze nazwać.

I w tym momencie dochodzę do wniosku, że miałam bardzo mądrych rodziców. Oprócz uwielbianych przeze mnie (a jakże!) lalek, misiów i plastikowych garnuszków wśród  moich zabawek można było znaleźć m.in. stację benzynową z Lego i zdalnie sterowane auto, które wjeżdżało na ściany i robiło fikołki. Z kolegą z bloku na zmianę budowaliśmy z klocków fortyfikacje, graliśmy w statki na komputerze i bawiliśmy się w dom, czyli można! Najważniejsze to chyba nie dać się zwariować i nie przesadzać w żadną stronę. Tego już dziś życzę sobie na przyszłość…

DZIECKO i PIES – studium przypadku. Część I

Winda w ogromnym szarym wieżowcu na warszawskim Bemowie zaczynała trzeszczeć, jeszcze zanim ruszyła. Przycisk z cyfrą 8, do którego o dziwo sama dosięgałam palcem, świecił niemrawo, jakby z przymusu. Jazda w tej skrzypiącej puszce stanowiła pewien rodzaj atrakcji, ponieważ w moim rodzinnym, niewysokim bloku takie udogodnienia były niepotrzebne. Przesuwające się przed oczami numery kolejnych pięter przede wszystkim jednak wzmagały emocje. Po wyjściu z windy schemat był bowiem przez lata ten sam: dzwonek do drzwi, znajomy szczek po drugiej stronie, wreszcie zgrzyt otwieranego zamka i można było się witać. Najpierw z dziadkami, a potem (jak najszybciej!) z psem.

Mój tata wychowywał się z czworonogami od najmłodszych lat. Dwa z nich znałam z opowiadań, trzy kolejne (z obecnym pupilem babci nawet cztery) osobiście. Mama nigdy nie miała w domu zwierzaka i nie chciała o nim słyszeć. Ja jestem psiarą, odkąd pamiętam. Posiadanie pieska było dla mnie ogromnym i długo niespełnionym marzeniem. Dlatego właśnie odwiedziny u rodziców ojca były świętem podwójnym: pozwalały spotkać się z rodziną i pobawić z psem. Mieliśmy zresztą z dziadkiem taki swój rytuał – gdy tylko przyjeżdżałam, zapinał kudłaczowi smycz i bez względu na pogodę zabierał mnie na długi spacer w okolice osławionego lotniska. Tradycja przetrwała lata, zmieniały się tylko psy.

Z najmłodszych lat pamiętam Pędzla. Był to przygarnięty ze schroniska miks czarnego pudla z jeszcze czarniejszym sznaucerem i w rzeczywistości nosił bardzo dostojne imię. Dziadek jednak przechrzcił go ze względu na ucięty ogon, z którego sterczały jakieś niesforne kosmyki. Czasem też, Bóg raczy wiedzieć dlaczego, nazywał Pędzla Bazylim, ewentualnie Starym Pędzlem Bazylim. Muszę przyznać, że był to najmądrzejszy pies, jakiego miałam okazję poznać (jak dobrze, że Reksio nie umie czytać…). Zachowywał się jak zwierzaki znane z hollywoodzkich produkcji: przynosił kapcie, podawał gazety, uważnie słuchał i patrzył w oczy, gdy się do niego mówiło, a człowieka czcił niczym wcielone bóstwo. W dodatku wszystkie psy na osiedlu czuły przed nim respekt. Mnie, ludzkie szczenię, traktował z pobłażaniem i lekkim zniecierpliwieniem, ale też swoją reakcją potrafił mi pokazać, co wolno robić psu, a czego nie. Jego ostrzegawcze warczenie było o wiele bardziej wymowne, niż rodzicielskie zakazy.

Drugi pies, Ferdek (tym razem imię prawdziwe, inne nie przechodzi mi przez klawiaturę), był przybłędą, skatowaną przez chuliganów z blokowiska. Młodsza siostra taty przyprowadziła go kiedyś do domu i został. Mimo że w żaden sposób nie był moim psem, ja byłam jego człowiekiem. Nie odstępował mnie na krok, a gdy zasypiałam, warował przy moich nogach, nie pozwalając nikomu choćby zbliżyć się do łóżka. Dziadek narzekał, że zagłaszczę mu psa na śmierć, bo Ferdek faktycznie nigdy nie miał dosyć pieszczot. Był to sporych rozmiarów czarno-podpalany kundel, który pokazał mi tę specyficzną więź, jaka rodzi się między człowiekiem i psem. Kto z Was ma czworonoga, ten wie, o czym mówię.

Losy Ferdzia niestety nie skończyły się szczęśliwie. Wielokrotnie bity i kopany przed zamieszkaniem u moich dziadków, miał uszkodzoną wątrobę i chyba jeszcze jakieś narządy wewnętrzne. Któregoś dnia po prostu  ku rozpaczy państwa zakończył swój żywot… Dziadkowie wkrótce potem przywieźli ze schroniska Tchórza – teoretycznie mieszańca, praktycznie owczarka niemieckiego z trochę krótszą i nieco bardziej rudą sierścią, niż u rodowodowych kuzynów. Zwierzak miał piękne i bardzo melodyjne imię, ale określenie Tchórz idealnie oddaje jego charakter. Dość napisać, że uciekał przez pół mieszkania przed… zwykłą muchą, aby w końcu zakopać się w kocu pod stołem i nie wyjść, póki dziadek nie unicestwił owada. Zostawiony sam w domu, Tchórz płakał tak rzewnie, że stawiał na nogi dwie trzecie budynku. Nie pomagały żadne behawiorystyczne sztuczki, skuteczne w przypadku innych zwierząt. Weterynarz był zamawiany na wizyty domowe, a dziadek przyjmował go dodatkowo w asyście mojego taty, bo Tchórz dostawał ataku paniki na widok strzykawki. Całe szczęście, że u niego strach nie przeradzał się w agresję. Mnie w każdym razie ten psiak nauczył łączenia siły z delikatnością; z jednej strony trzeba było krzepy, żeby nad nim zapanować, z drugiej subtelności, aby zdobyć jego zaufanie.

Tego przeglądu wszystkich nieobojętnych mi łap i pysków dokonuję głównie dlatego, że coraz częściej zastanawiamy się z P., jak Reksio zareaguje na nowego domownika. O naszym pupilu i jego dotychczasowych relacjach z dziećmi jeszcze napiszę. Póki co tak sobie luźno myślę, że to jednak dobrze, kiedy dziecko wychowuje się z psem. Uczy się empatii, odpowiedzialności, a wtulenie się w gęste futro oswojonego szczekacza przynosi ukojenie i pomaga budować poczucie bezpieczeństwa… Tę sielankową wizję przerywa dobijająca się uporczywie do świadomości myśl, że choć mój kudłacz poluje na muchy, a nie na odwrót, z kolei weterynarza całuje w usta przy każdej nadarzającej się okazji, to jednak mimo swoich siedmiu lat ma więcej energii niż Pędzel, Ferdek i Tchórz razem wzięci. W połączeniu z temperamentem naszej przyszłej pociechy może powstać lokalny Armagedon, ale o tym następnym razem…

A Wy jakie macie doświadczenia w tej materii?

Śmierdząca sprawa

Jako że jestem niepoprawnym zwierzolubem, podczas przeglądania Facebooka zwykle zwracam uwagę na posty o niechcianych pieskach, kotkach i innych gekonach. Pod jednym z nich rozwinęła się ostatnio burzliwa dyskusja, w większości jałowa i nie na temat, bowiem wymiana zdań dotyczyła nie losów tego konkretnego czworonoga, a… powszechnego w narodzie (nie)sprzątania po psach.

Gwoli jasności: wyprowadzam Reksia na smyczy, noszę woreczki na odchody i korzystam z nich, kiedy trzeba. Podczas spacerów omijam też place zabaw, równo przystrzyżone trawniczki przy posesjach i inne tego typu miejsca, o ile oczywiście nie wymaga to teleportacji (żadne z nas jej jeszcze nie opanowało, ale pracujemy nad tym, przysięgam!). Ogólnie rzecz ujmując, sprzątanie po psie uważam za dowód własnej przyzwoitości i szacunku do innych. Skoro mam zwierzaka, muszę być za niego odpowiedzialna. I tyle.

Wybaczcie, ale za diabła jednak nie rozumiem, dlaczego do tak prozaicznej i – umówmy się – mało przyjemnej czynności dorabia się obecnie całą ideologię. Według części uczestników wspomnianej dyskusji zbieranie psiej kupy jest aktem głębokiego patriotyzmu, a nawet świadectwem moralności i… inteligencji. Niezbieranie zaś stanowi przejaw czystego chamstwa, buractwa, cebulactwa, …………….(w miejsce kropek wstawcie dowolny synonim), a w dodatku powoduje realne zagrożenie wybuchem bomby ekologicznej czy Bóg raczy wiedzieć jakiej epidemii. Stąd już prosta droga do gróźb w stylu: „Takiemu, co nie posprząta, to trzeba to g***o rozsmarować na twarzy” lub bardziej racjonalnych typu: „Nagrać delikwenta i wysłać video do straży miejskiej, niech ma!”.

Zadziwiające (choć może już nie…), jak łatwo w Internecie zostać samozwańczym szeryfem. Ciekawe tylko, czy jeden z drugim pomyślał, że być może ten facet, któremu zgodnie z komentarzem „Należałoby wrzucić  tę s***ę za kołnierz”, wychodzi z psem 1200 razy w roku i zawsze sprząta, a akurat dziś, ten jeden jedyny raz nie zabrał woreczka. Zapomniał? Nie zauważył, że na rolce ma już ostatni? Nieistotne. Ważne, że można go za to obrzucić odchodami – i tymi wirtualnymi, i prawdziwymi. Tak jakby od tej jednej więcej psiej kupy na trawniku miał się zawalić świat.

Widziałam kiedyś, jak strażnicy miejscy spisywali dane babuleńki, która nie schyliła się po miniaturową kupkę miniaturowego ratlerka, z wyglądu równie wiekowego jak ona sama. Zakładam, że kręgosłup odmawiał kobiecinie posłuszeństwa. Przyznam, że zrobiło mi się jej żal. Chyba zresztą nie dostała mandatu, tylko jakieś upomnienie. Strażnik też człowiek… Znamienne jednak, że ten sam patrol miejskich stróżów dziwnym trafem nie dostrzegł siedzącej 100 metrów dalej na ławce grupki wyrostków, pijących piwo i rzucających na oślep butelkami. Najwyraźniej osiemdziesięciolatka z Pimpusiem stanowi większe zagrożenie dla mieszkańców osiedla. Ta sytuacja przypomniała mi wówczas pewną mocną w wyrazie (i skądinąd słuszną) kampanię społeczną, której twarzą stało się dziecko jedzące taką właśnie niesprzątniętą psią kupę. W opisanym powyżej przypadku, gdybym miała wybierać, wolałabym jednak wdepnąć nawet i bosą stopą  w „minę” po czworonogu niż w rozbite szkło, które w dodatku przed chwilą znajdowało się w dłoniach i ustach osiedlowego żula. Zaryzykuję przypuszczenie (czy jest na sali lekarz? Niech mnie poprawi, jeśli się mylę), że w razie dostania się do organizmu dziecka, mimo wszystko zwierzęca kupa może wyrządzić mniej szkód, niż połknięcie szkła z takiej butelki. Zakładając oczywiście, że zrobiłby ją (kupę, nie butelkę) domowy pupil, szczepiony i odrobaczony – ale przecież to do właścicieli takich właśnie szczekaczy adresuje się podobne kampanie.

Nie, nie usprawiedliwiam lekceważenia dobrych obyczajów. Po psach należy sprzątać, a strażnicy miejscy są po to, żeby reagować. Mierzi mnie natomiast traktowanie wszystkich jedną miarą, a jeszcze bardziej ta nomen omen gówniana afera wokół psiej kupy, która w końcu jest TYLKO psią kupą, a więc raczej niewystarczającym powodem, by skakać sobie do gardeł. I temu chciałam dać tutaj upust.

O prezentach i historiach z babcinej torby w kratkę

1 listopada kojarzy mi się z czerwoną podróżną torbą w kratę, zielonymi kapciami i brązowym fartuchem w żółtawe kwiatki. Te trzy rzeczy składały się na obowiązkowy zestaw wyjazdowy mojej babci, a ich pojawienie się w przedpokoju niezbicie dowodziło, że zbliża się Wszystkich Świętych. Mama mojej mamy, czyli właśnie babcia I., mieszkająca na co dzień 350 kilometrów dalej, przyjeżdżała zawsze kilka dni przed tą uroczystością, aby osobiście zadbać o grób swoich rodziców.

W nieśmiertelnej kraciastej torbie oprócz fartucha i kapci przywoziła także moje ulubione ciemne ciasto (do dziś nie umiem go nazwać, ale smak zapamiętam do końca życia) i liczne prezenty, które przyprawiały o zawrót głowy. Nie dlatego, że babcia dysponowała milionami. Mieszkaliśmy w niewielkim mieście, gdzie zwłaszcza wówczas, na przełomie lat 80. i 90., trudno było kupić coś oryginalnego. Wszystkie wyjmowane z tej torby upominki przypominały więc królika wyciąganego przez magika z czarodziejskiego kapelusza.

Święto Zmarłych (nie przepadam za tą nazwą, ale babcia to właśnie jej używała najczęściej) rozpoczynaliśmy, jak pewnie w wielu polskich domach, od… nerwówki. Seniorka chodziła po mieszkaniu niczym kapral i chociaż zamiast rozkazów wyrzucała z siebie pytania, to skutek był jeden. Ordnung muss sein!

- Matka, a bilety autobusowe wzięłaś? Portfel masz?

- A te małe znicze to dla kogo kupiliście? Dla Kowalskich? Nie będą pasować, bo Wiolka zawsze na fioletowo przystraja.

- Ojciec, dlaczego wieńce są nadal w piwnicy? Kto ma je przynieść? Lady Makbet? Toż one są większe od niej.

- Ciastka zapakowane? Po cmentarzu jedziemy przecież do Wojciecha, nie wypada tak z pustymi rękami. A dla małej coś macie?

- Jak długo jeszcze zamierzacie się zbierać? Potem będą tłumy i znowu się nastoimy w kolejce do autobusu.

I tak dalej… Wiem, wiem, okropne, prawda? A jednak te wizyty babci nadawały świętu specyficznego, niepowtarzalnego charakteru. Z perspektywy czasu bardzo doceniam zwłaszcza postawę taty, który umiał każde gderanie teściowej obrócić w żart albo chociaż umiejętnie zbagatelizować.

Po tej porannej przeprawie następował punkt kulminacyjny, czyli wizyta na cmentarzu. Muszę przyznać, że moi rodzice potrafili unikać nagrobnej tandety rodem z odpustowego jarmarku, dzięki czemu mogiły nie świeciły się jak choinki, ale były przystrojone po prostu estetycznie. Lubiłam te spacery po nekropolii. Rodzice pochodzą z innego regionu Polski, dlatego miejsc wiecznego spoczynku do odwiedzenia nie było za dużo. Babcia okraszała tę wędrówkę historiami o przodkach – czasem zabawnymi, kiedy indziej wzruszającymi albo nawet budzącymi grozę. Wiele z nich się powtarzało, ale to nie zakłócało odbioru.

Najlepiej zapamiętałam opowieść o „dobrym Niemcu”. Podczas II wojny światowej nasi krewni mieszkali na terenach wcielonych do III Rzeszy. Planowano jakąś akcję wysiedleńczą, w ramach której Polacy mieli zostać wywiezieni na roboty w głąb Niemiec. Do moich pradziadków podobno przyszedł wówczas sąsiad, zawodowo oficer SS, a prywatnie człowiek cieszący się dobrą opinią (ot, taki paradoks). Podpowiedział im, że jeśli chcą zachować dom i względne bezpieczeństwo, prababcia powinna zajść w ciążę, co rzekomo miałoby chronić i ją, i męża przed wywózką. Sprawa nie była wcale prosta, bowiem moja przodkini miała już ponad 40 lat, w dodatku jej pierwsza ciąża przebiegała z komplikacjami, a pierworodną córkę – moją babcię – lekarze cudem odratowali. Plan się jednak powiódł i w ten sposób w połowie wojny przyszedł na świat Wojciech, brat babci, który niechcący jeszcze w łonie matki stał się rodzinnym bohaterem. Jego pojawienie się rzeczywiście ocaliło czteroosobową familię przed wysiedleniem, a może i gorszym losem.

Takich historii zresztą było mnóstwo. Słuchałam ich z zapartym tchem i chętnie powtórzę je kiedyś mojemu dziecku.

Do dziś 1 listopada jest dla mnie przede wszystkim świętem rodzinnym. Stanowi okazję, żeby choć na chwilę zapomnieć o pracy, wsunąć zmarznięte palce w dłoń męża i powędrować rozświetlonymi alejkami nekropolii… w przeszłość. W pewnym sensie oboje kontynuujemy rodzinne tradycje z dzieciństwa, bowiem po odwiedzeniu cmentarza umawiamy się zawsze na wspólny obiad z najbliższymi. Dziś wybieramy się do moich teściów. Jest to czas, aby bardziej niż zwykle docenić tych, którzy wciąż są z nami. Chłoniemy wspólne chwile, skrzętnie notując je w pamięci, żeby potem przekazać przyszłym pokoleniom.

I właśnie takiego dnia Wam życzę – a przynajmniej tym, którzy tego chcą: pełnego zadumy, spokoju, miłości i odpoczynku.