Category: Takie tam różne

Otworzyć się na dziecko…? Odc. 3 i ostatni

ROZDZIAŁ V – Rewolucja

      Chłopiec przyjął ich pierwszą wizytę zupełnie obojętnie. Obejrzał pluszowy samochodzik, który kupili mu zaraz po wyjściu z kawiarni i wrócił do zabawy blaszanymi pudełkami, wkładając jedno w drugie. Na próby nawiązania kontaktu reagował zwróceniem głowy w stronę osoby mówiącej i czasem uśmiechem, niezdradzającym jednak głębszych emocji. Kindze było przykro, choć sama ganiła się w duchu za to uczucie. Przecież nie spodziewała się, że Krzyś na jej widok – obcej w istocie kobiety -  od razu wtuli się w nią z okrzykiem „Mamo!” na ustach… Patrząc na malucha, z łatwością jednak mogła sobie wyobrazić go na kolorowym dywanie u nich w domu, układającego te swoje pudełka i przekonującego się do nich każdego dnia odrobinkę bardziej… Już po wyjściu z pogotowia rodzinnego dowiedziała się, że Konrad myślał podobnie.

      Wizyta w szpitalu u malutkiej wydawała się tylko formalnością. Kiedy jednak położna przyniosła im zaspaną i kompletnie zdezorientowaną kruszynkę, nie mogli powstrzymać łez. Była taka bezbronna, a przy tym naprawdę urocza. Wydawała im się najpiękniejszym noworodkiem na świecie.  Nie pozostawało więc małżonkom nic innego, jak poinformować najpierw ośrodek adopcyjny, a potem rodzinę i przyjaciół, że oto zostali rodzicami.

       Karolinkę wzięli do domu w ramach preadopcji już po kilku dniach. Jej biologiczna matka rzeczywiście dobrowolnie zrzekła się praw do córki. Krzysia oswajali ze sobą stopniowo, aby zrozumiał, że są i będą stałym punktem w jego życiu. Nieocenieni okazali się „ciocia” i „wujek” z pogotowia, którzy pomagali chłopcu w oswajaniu się z nową sytuacją i cierpliwie odpowiadali na wszystkie pytania przyszłych rodziców. Kindze szczególnie imponowało to, że właściwie rezygnują ze swojej prywatności, otwierając swój dom dla niej i Konrada niemal o każdej porze. Krzyś przeprowadził się do nowej rodziny po ponad dwóch miesiącach od pierwszego spotkania. Kompletnie nie rozumiał relacji międzyludzkich ani hierarchii rodzinnej, nie pojmował znaczenia wielu prozaicznych czynności. Brak głównego opiekuna oraz należytej troski odcisnął na nim widoczne piętno. Świeżo upieczeni rodzice wiedzieli, że czekają ich lata niełatwej pracy, ale po poznaniu Krzysia nie wyobrażali sobie, że mogliby się wycofać.

       Zdarzały się jednak momenty, gdy małżonkowie byli bliscy pożałowania swojej decyzji o podwójnej adopcji. Kiedy Karolinka płakała przez kolki, rozbudzony z drzemki brat zaczynał jej wtórować, błyskawicznie przechodząc do histerii, trwającej godzinami i niemal niemożliwej do opanowania. Gdy Konrad był w pracy, a Kinga zajmowała się małą, chłopiec robił wszystko, żeby skupić jej uwagę na sobie. Młoda mama adopcyjna bała się, że kiedyś go nie upilnuje i dojdzie do jakiejś tragedii.

      Nic takiego się na szczęście nie wydarzyło, zresztą Kinga pocieszała się, że w rodzinach biologicznych rodzice napotykają na podobne trudności. Krzyś powoli robił postępy. U jego siostrzyczki zdiagnozowano niewielkie problemy neurologiczne, ale rozwijała się prawidłowo. Kiedy podczas rozprawy sędzia zapytał, czy podtrzymują chęć przysposobienia, żadne z nich nie miało wątpliwości. W końcu byli rodziną!

EPILOG

      Krzysztof właśnie skończył czwartą klasę szkoły podstawowej. Przyniósł świadectwo z czerwonym paskiem, choć do ostatniej chwili nie było wiadomo, czy wychowawczyni nie obniży mu oceny z zachowania ze względu na niesubordynację. Ostatecznie uznała jednak, że należy nagrodzić jego widoczną pracę nad sobą. Chłopiec mówi, że chce w przyszłości zostać architektem i zaprojektować rodzicom oraz siostrze piękny dom.

      Karolinka idzie do trzeciej klasy. Ma trudności w uczeniu się, wolno przyswaja nowe informacje. Jest to najprawdopodobniej skutek FAE, czyli picia przez matkę biologiczną alkoholu w czasie ciąży. Dzięki staraniom rodziców i samozaparciu stara się jednak nadrabiać braki, dlatego jest szansa, że razem z rówieśnikami ukończy zwyczajną szkołę. Lubi prace plastyczne i manualne. Kinga i Konrad marzą o tym, że ich córeczka zdobędzie kiedyś ciekawy zawód. Może zostanie kucharką albo florystką?

       W salonie na honorowym miejscu wisi wspólne zdjęcie całej czwórki. Uśmiechnięte miny i blask w oczach każdego z członków rodziny nie pozostawia odwiedzającym wątpliwości co do natury ich wzajemnych relacji…

POSŁOWIE AUTORKI

       Dziękuję tym, którzy dobrnęli do końca, a w szczególności mojej kochanej pani krytyk ;) . Celem powyższego opowiadania nie było przekonywanie kogokolwiek na siłę ani do podjęcia decyzji o adopcji, ani tym bardziej do przyjęcia wbrew sobie konkretnego dziecka. Doskonale wiem, że ze strony ośrodków padają również takie propozycje, których po prostu nie da się przyjąć (pisałam już o tym nie raz). Tworzyłam tę historię z myślą o tych, których blokują ich własne lęki; którzy słysząc słowa „alkohol” i „zaniedbanie” od razu myślą „FAS” i „RAD”. Zdradzę Wam coś: karta Księżniczki naprawdę pozostawiała wiele do życzenia. Nie podam szczegółów ze względu na szacunek do prywatności mojego dziecka, ale powiem tyle, że gdybyśmy z P. chcieli znaleźć w jej dokumentach argumenty przeciwko adopcji, to byśmy znaleźli. Nasza córka jest zdrowa, pięknie się rozwija, lecz wcale nie musiało tak być. Nadal nie wiemy, co przyniesie przyszłość… jednak wiemy, że spędzimy ją razem. Nie wyobrażamy sobie dalszego życia bez naszej pociechy!

Okołochrzcielne rozważania o rodzicach chrzestnych i nie tylko

Większość sakramentów świętych ma w naszej kulturze podwójny, a nawet potrójny wymiar: oprócz aspektu religijnego są elementem tradycji scalającej rodzinę (czyli prawie świeckiej), a także niestety okazją do wręczania coraz droższych prezentów.

O pierwszym z tych aspektów trudno mi się wypowiadać, ponieważ uważam, że wiara zawsze jest kwestią indywidualną. Każdy człowiek relacje z Bogiem (bądź ich brak) przeżywa inaczej. Jestem wierząca, swoją drużynę harcerską prowadziłam przy jednej z lokalnych parafii. Mój mąż przez wiele lat był ministrantem. Dla nas, jako osób związanych z Kościołem, chrzest dziecka jest ważnym przeżyciem duchowym, prawdziwym włączeniem córki do wspólnoty Dzieci Bożych. Czujemy też, że nadanie maleństwu imienia podczas chrztu ma większą moc, jest jakieś takie „pełniejsze”, niż zrobienie tego w urzędzie lub – jak w przypadku Księżniczki – sądownie. Nie zamierzam jednak nikogo w tym miejscu do niczego przekonywać ani nawracać, a już tym bardziej nie na blogu.

Wiele osób niewierzących także chrzci swoje dzieci. I tutaj na plan pierwszy wysuwa się ten drugi aspekt sakramentu – rodzinny. Przyjęcie po uroczystości jest dobrą okazją do spotkania dawno niewidzianych krewnych, odnowienia więzi z tymi, którzy mieszkają daleko, a przede wszystkim razem z samym chrztem pełni funkcję inicjacyjną, jest momentem oficjalnego wprowadzenia dziecka do rodziny. Zanim to jednak nastąpi, młodzi rodzice muszą się nieźle nagłowić (choć pewnie nie we wszystkich przypadkach) nad wyborem rodziców chrzestnych. Próbuję sobie przypomnieć, kim byli chrzestni mojej mamy i mojego taty. Przychodzi mi to z trudem, stąd wnioskuję, że nie byli z nimi bardzo związani. Wiem, że i dla niektórych moich znajomych ich chrzestni (zna ktoś synonim tego słowa? Denerwuje mnie to powtarzanie, a nie umiem go zastąpić…) to tylko figury, nic nieznaczące nazwiska w akcie chrztu. Mnie się jednak udało. Można powiedzieć, że moi rodzice dokonali dosyć typowego wyboru: na matkę chrzestną wybrali siostrę taty, na ojca brata mamy. Do dziś mam z obojgiem świetny kontakt. Nie mają własnych dzieci, ale zapewne nie tylko dlatego zawsze o mnie pamiętają, choć dzieli nas naprawdę wiele kilometrów. Zresztą z wzajemnością. U mojego męża sytuacja jest nieco bardziej złożona. Byliśmy jednak zgodni, że rodzicami chrzestnymi Księżniczki powinny zostać osoby, które zechcą być ważną częścią jej życia jeszcze przez długie lata, nie tylko w dniu sakramentu.

Wybór od początku był trudny, ponieważ nie mamy ani rodzeństwa, ani kuzynostwa. Posiadamy za to wielu sprawdzonych przyjaciół. Od początku było wiadomo, że to spośród nich będziemy wyłaniać „drugą parę rodziców” dla naszego potomstwa. Na jakiej podstawie jednak zdecydować, że X będzie lepszym kandydatem od Y? Czy tak się w ogóle da? Braliśmy pod uwagę kilka kryteriów, oczywiście w formie dyskusji, a nie castingu  8-) . Oto one:

  1. Osobowość. Jeżeli ktoś nie lubi dzieci, nie chce ich mieć i nie znosi spotkań rodzinnych, to obarczanie go taką funkcją po prostu mija się z celem. Uszczęśliwianie kogoś na siłę zwykle nie kończy się dobrze.
  2. Status związku. Kandydaci na rodziców chrzestnych muszą dostarczyć zaświadczenie z parafii o braku przeciwwskazań do podjęcia tej roli. Nie dostaną go np. osoby rozwiedzione i/lub żyjące w związkach niesakramentalnych (przyznaję, że nie do końca się zgadzam z tą polityką, ale cóż). Mogą co prawda zostać tzw. świadkami chrztu, ale to jednak nie to samo… a szkoda.
  3. Sytuacja rodzinna i materialna. Nie, nie, nie jesteśmy cyniczni ani wyrachowani. Nie patrzymy na to, że X zarabia więcej od Y, dlatego będzie ją czy go stać na droższe prezenty. Moja wyobraźnia nie sięga nawet w tej chwili tak daleko, żeby się zastanawiać, co i kiedy mała od kogo dostanie.  Działa to natomiast w drugą stronę: jeżeli X (przykład czysto teoretyczny, zmyślony na poczekaniu) ma troje swoich dzieci, dwoje chrześniaków i w dodatku zarabia najniższą krajową, to obarczanie jej dodatkowym (choć przecież dobrowolnym) zobowiązaniem wydaje nam się nie w porządku. Czy się to komuś podoba, czy nie, bycie chrzestnym wiąże się przecież z wydatkami – nawet jeśli niewielkimi i w istocie przyjemnymi, to jednak regularnymi. Patrzyliśmy też na to, czy ktoś nie ma już dziecka lub chrześniaka w wieku bardzo zbliżonym do naszej córy, żeby nie zbiegły się np. dwie komunie w jednym roku albo, co gorsza, w tym samym dniu.
  4. Nasze wzajemne relacje. Ten punkt właściwie powinien być na początku. Nie chcieliśmy dla Księżniczki chrzestnego (chrzestnej), który(a) jest naszym przyjacielem tylko z nazwy, a wspólne kontakty ograniczają się do smsów na święta. Mój tata dał się kiedyś namówić jednemu z kolegów z pracy na bycie ojcem chrzestnym jego syna. Od początku czuł, że to kiepski pomysł, ale chyba głupio mu było odmówić; bądź co bądź, jest to w pewnym sensie zaszczyt. Jako taki kontakt z rodzicami chrześniaka mieli przez pierwszy rok. Potem tamci przestali odbierać telefony albo odwoływali umówione spotkania. Nigdy nie mieli czasu. Tata w końcu dał za wygraną – nie wiem, może niesłusznie. Kilka lat później otrzymał zaproszenie na komunię z żądaniem (tak to brzmiało!) kupna roweru górskiego. Pamiętam, że zamiast niego kupił zegarek i zaproponował, że do roweru się dorzuci. Nie mam pojęcia, jak to się skończyło, sama na tę uroczystość nie pojechałam. Oczywiście od tamtej pory znowu nie mają kontaktu. Nie chcę takich chrzestnych dla mojego dziecka, jak również nie chcę być rodzicem, który będzie ich traktował jak bankomat.

I wreszcie aspekt materialny. Wiecie co? Wkurza mnie ten przerost formy nad treścią, zwłaszcza jeśli chodzi o przyjęcia i prezenty komunijne. O ile lubię same imprezy związane z sakramentami lub np. czyimiś okrągłymi urodzinami, to uważam, że ich organizacja leży wyłącznie w gestii rodziców lub w przypadku dorosłych – samych zainteresowanych. Nigdy nie miewam za złe, jeśli ktoś mnie nie zaprosił – to jego sprawa. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie rozliczać moich gości z tego, jakie prezenty wręczyli. Nawet głupio mi cokolwiek im sugerować, kiedy pytają (choć to akurat robię, bo jeśli już mają wydać pieniądze, to faktycznie czasem lepiej coś podpowiedzieć, żeby wszyscy mieli z tego satysfakcję). Ostatnio wyczytałam w Internecie, że np. gość weselny powinien włożyć w kopertę przynajmniej tyle, żeby się zwróciło „za talerzyk”. My braliśmy ślub 10 lat temu, wtedy chyba się o tym nie mówiło, a przynajmniej nie tak głośno. Naszymi gośćmi w połowie byli rówieśnicy w wieku studenckim, dla których już sam przyjazd z różnych krańców kraju stanowił nie lada wydatek. Nie wyobrażałam sobie żądać od nich jakiejkolwiek kwoty, a już tym bardziej wyliczonej. Brr… Do tej pory uważam, że jeśli kogoś zapraszam (na chrzest, urodziny, ślub albo niedzielną kawkę u mnie w domu), to po prostu chcę, żebyśmy razem miło spędzili czas; pragnę pokazać, że ta osoba jest kimś ważnym w życiu naszej rodziny. Nigdy nie zastanawiam się, czy ktoś w ogóle coś przyniesie, a tym bardziej co to będzie. (Chyba że ciotka J. przyjeżdża z paczką większą od niej samej, wtedy ciekawość bierze górę ;) ). Kiedy sami z P. gościmy na cudzych imprezach, dajemy tyle, ile możemy. Nie skąpimy, ale też nie przekraczamy znacznie domowego budżetu, bo zwyczajnie nas na to nie stać. Nie potrafilibyśmy się zadłużyć tylko po to, żeby pokazać niewidzianej od dekady gałęzi rodziny, że ciotka z wujkiem mają gest. Na dłuższą metę nie płyną z tego żadne korzyści…

Jeżeli ktoś z Was wybiera się na chrzciny Księżniczki, to mam prośbę: kupcie ładną pamiątkę. Albo zróbcie sami. Napiszcie od siebie kilka słów. Myślę, że w przyszłości będzie to dla niej ważniejsze od setek gadżetów. Jeśli chcecie włożyć coś w kopertę – pewnie, przyjmiemy. I na pewno wydamy na dziecko. Nie jest to jednak dla nas najważniejsze i nikogo z niczego nie będziemy rozliczać… no, może poza Waszą obecnością, na którą szczerze liczymy :) .

Siedem grzechów głównych blogerów parentingowych

Zakładając moje „Stożki”, nie sądziłam, że w ogóle ktoś poza mną będzie to czytał. Liczba wyświetleń jednak nie kłamie – naprawdę mam Czytelników! Sama również zaglądam do wielu z Was, posiadam swoje ulubione blogi – takie do porannej kawy, do głębszej refleksji albo obu jednocześnie. Pisałam o większości z nich w poprzednim poście. Ponieważ podobne witryny mnożą się jak grzyby po deszczu, trafiam czasem i na takie teksty, które wybitnie mnie irytują – najczęściej z tych samych powodów. Co więcej, sama nie jestem tu bez winy. Również czasami popełniam grzechy główne rodzicielskiego blogowania…

1. Udawanie eksperta od wszystkiego

Nie oszukujmy się – nasza blogerska wiedza o wychowaniu dzieci bierze się głównie z własnego (i to często pojedynczego!) doświadczenia, zaprzyjaźnionych blogów oraz innych czeluści Internetu, o wiele rzadziej z publikacji naukowych czy szerszej perspektywy, jaką daje np. praca w przedszkolu albo domu dziecka. Mimo tego czasem jesteśmy święcie przekonani, że znamy się na wszystkich aspektach rodzicielstwa – od jakości pieluch poszczególnych marek aż po najskuteczniejsze metody dyscyplinujące.

2. Generalizowanie

Punkt pierwszy bierze się stąd, że (często nieświadomie) rozszerzamy jednostkowe doświadczenia na ogół rodziców; ergo, jeżeli nasze dziecko nie toleruje mleka marki X, to zakładamy, że mleko X jest złe i szczerze odradzamy jego zakup. I odwrotnie – skoro nasza pociecha uwielbia zasypiać przy dźwiękach (załóżmy) Disco Polo, to polecamy Zenka Martyniuka jako panaceum na wszystkie problemy ze snem, dziecięcym i nie tylko. Wynika to oczywiście z dobrej woli: chcemy doradzić i ustrzec innych przed błędami, ale stąd już tylko krok do grzechu numer 3.

3. Pouczanie innych rodziców (i reszty świata)

Do napisania dzisiejszego tekstu skłoniło mnie przede wszystkim kilka linków do popularnych blogów, atakujących moją tablicę na Facebooku nagłówkami w stylu: „Nie rób tego swojemu dziecku!”, „Sprawdź, czy nie rujnujesz córce dzieciństwa!” etc. Pół biedy, kiedy po kliknięciu w taki tytuł trafia się na naprawdę wartościowy i/lub odkrywczy tekst (na przykład na temat tego, jak dziecko tonie – ostatnio poruszany przez wielu autorów, moim zdaniem słusznie). Gorzej, że często rzekomą krzywdą dla malucha okazuje się każda metoda wychowawcza, która nie pasuje autorce lub autorowi podlinkowanego wpisu. Niedawno zirytował mnie pewien post o tym, że dobre matki śpią ze swoimi dziećmi, a pozostałe są złe, bowiem zmuszają dziecko do przebywania samotnie w ciemnościach. Przyznaję, odebrałam to w pewien sposób personalnie. Księżniczka od pierwszej doby u nas usypia w swoim łóżeczku i nie widzę powodu, żeby to na siłę zmieniać. Do tej pory dwa razy obudziła się w nocy niespokojna i nie chciała zasnąć – wtedy oczywiście wzięliśmy ją do siebie bez żadnego „ale”. I będziemy to robić za każdym razem, kiedy zajdzie potrzeba. Nie uważam jednak, żebym robiła córce krzywdę, pozwalając jej spać samodzielnie, skoro ona nie ma nic przeciwko temu. Oczywiście jednak są blogerzy, którzy wiedzą lepiej, co jest dobre dla mojego dziecka. I żeby nie było: ja też pewnie mam na koncie takie teksty, chociaż staram się tego grzechu nie popełniać.

 4. Pochopne ocenianie

O, w tym to ja niestety jestem mistrzynią. Bardzo często wpisy na blogach (nie tylko moim) powstają pod wpływem impulsu, wywołanego jakąś jednostkową sytuacją. Ot, widzieliśmy gdzieś matkę krzyczącą na dziecko, więc napiszmy o tym, jak to dorośli wykorzystują swoją przewagę fizyczną i symboliczną, wrzeszcząc, zamiast rozmawiać i tłumaczyć. I oczywiście obsmarujmy tę matkę, a co tam. Nieważne, że kontekst spostrzeżonej sytuacji może być zupełnie inny, niż sobie wyobrażamy. Ocenianie efektu przychodzi nam świetnie, kto by się tam przejmował przyczyną. My przecież jesteśmy idealni, nie popełniamy błędów wychowawczych, więc niech to inni się martwią.

 5. Lokowanie produktu w każdym zdaniu

Nie mam nic przeciwko artykułom sponsorowanym, zawierającym np. recenzje jakichś gadżetów dla dzieci. Chętnie korzystam z doświadczeń innych blogerów, planując zakupy dla Księżniczki. Wiele z tych tekstów jest napisanych ciekawie, z humorem, dobrze się je czyta. Nawet trochę zazdroszczę autorom, bo też bym coś chętnie zrecenzowała, a nie wiem, jak się do tego zabrać. Problem zaczyna się wówczas, kiedy nazwa produktu (opatrzona milionem hashtagów i hiperlinków) pojawia się w każdym wersie. Mam na myśli wpisy w takim stylu:

Obudziłam się w puszystej i hipoalergicznej pościeli firmy Stary Baran #StaryBaran, #Pościel, #Kołdra, #Poduszka, #ZdrowySen, #BioEkoNatural, #WcaleNieŚmierdziZagrodą. Wstałam, wsunęłam stopy w ekstrasupermegahiperdupermiękkie kapcie z najnowszej kolekcji SeSeSe #SeSeSe, #Kapcie, #Miękko, #Wygodnie, #WymarzoneObuwie, #NieMamGrzybicyHurra. Podeszłam do synka, śpiącego w niebieskiej piżamce z Ą&Ę #Ą&Ę, #Piżama, #KidsCollection, #Instakid (koniecznie!), #BawełnaZPólElizejskichAlboZSamegoRaju i stwierdziłam, że czas sprawdzić stan jego super chłonnej ekstra miękkiej i niezastąpionej pieluszki, oczywiście tylko firmy Bamber #BamberSensitive, #Pieluszka, #Instababy, #Instakid (drugi raz nie zaszkodzi dla pewności), #Instaboy, #Siku, #Kupa, #Hashtag na wszelki wypadek.

Przecież przez to się nie da przebrnąć!!!

6. Brak dbałości o język

Wiadomo, że nie każdy musi być Mickiewiczem ani pisać pentametrem jambicznym. Nie mówię też o sporadycznych literówkach, nielicznych powtórzeniach czy drobnych potknięciach interpunkcyjnych, bo te zdarzają się każdemu, pewnie z szanow(a)nym prof. Miodkiem włącznie. Sporo jest jednak blogów, straszących ortografią porównywalną z dyktandem niezbyt pracowitego pierwszoklasisty i składnią na poziomie początkującego cudzoziemca, dopiero zgłębiającego tajniki polszczyzny. Mamy dzisiaj tyle pomocnych i łatwo dostępnych narzędzi (choćby zwykła autokorekta w Wordzie, o tradycyjnym słowniku nie mówiąc!), że językowe niechlujstwo świadczy moim zdaniem o braku szacunku do Czytelnika. Jego zresztą dotyczy także siódmy, ostatni grzech główny.

7. Nieliczenie się z Czytelnikiem

Zdradzę coś tym z Was, którzy nie prowadzą swoich blogów. O wiele łatwiej (co nie znaczy, że przyjemniej!) pisało mi się na początku, kiedy zaglądało tu tylko kilka osób poza mną. Pisałam, co chcę, w mniejszym stopniu myśląc o tym, co ktoś po drugiej stronie ekranu chce przeczytać. Teraz przed każdym postem zastanawiam się, co właściwie mam zamiar przekazać, w jakim celu i czy to w ogóle jest potrzebne. Pozwalam sobie również na osobiste historie lub dłuższe dygresje, zresztą bardzo lubię je czytać także u innych. Trudno jednak zachować równowagę pomiędzy byciem sobą, a byciem autorem. Niektórym blogerom ta sztuka kompletnie się nie udaje. Są tak bardzo przekonani o swoim geniuszu i własnej nieomylności, że piszą chaotycznie, nie na temat, stosują niezrozumiałe dla odbiorcy skróty myślowe albo nie biorą pod uwagę, że mogą kogoś nieświadomie urazić. Być może mój dzisiejszy tekst też jest tego przykładem, choć mam na myśli kwestię nieco odmienną. Ostatnio wyczytałam na jednym z blogów, że (wybaczcie, pominę kontekst, aby nie przedłużać – okoliczności tej wypowiedzi są nieistotne dla zrozumienia sedna sprawy) żony mogłyby wytykać mężom, iż zarabiają tylko „cztery tysie” na rękę i od roku nie dostali podwyżki. Wiecie… mieszkam w niewielkim mieście, w którym te „cztery tysie” na rękę to niedoścignione marzenie większości mieszkańców, bez względu na zawód, wykształcenie i doświadczenie. Po lekturze takiego tekstu mam wrażenie, że ktoś właśnie przyłożył mi w twarz.

Co o tym myślicie? Jestem otwarta na krytykę! :oops:

Co mi dało blogowanie?

Zaczęłam pisać post o grzechach głównych blogerów parentingowych (tak, tak, o swoich też). Właściwie już jest prawie gotowy, ale nie mam odwagi go opublikować; raz, że nikt nie lubi przyznawać się do błędów, dwa, że boję się, iż co niektórzy przestaną mnie czytać po jego lekturze. Odwlekam więc dokańczanie go, znajdując coraz to nowe tematy.

Okazją do zamieszczenia dzisiejszego tekstu jest fakt, że za dwa dni minie półtora roku istnienia tego bloga. Kiedy zaczynałam, nie przypuszczałam, że ktoś poza mną i garstką znajomych w ogóle będzie tu zaglądał, a już tym bardziej nie marzyłam, że zostanie na dłużej. Okazało się jednak, że dzięki moim Stożkom nie tylko ugruntowałam istniejące już znajomości, ale także zawarłam nowe, choć głównie wirtualne.

W związku z powyższym macie przed sobą post zawierający wielokrotne lokowanie produktu, ale niebędący w żaden sposób artykułem sponsorowanym :lol: . Chciałabym Wam przedstawić autorów innych blogów o podobnej tematyce, które okazały się dla mnie ważne i pomocne w drodze do adopcji, a także w początkach rodzicielstwa. Kolejność prawie przypadkowa ;-) .

1. PIKUŚ INCOGNITO – POGOTOWIE RODZINNE – CO TO TAKIEGO?

Blog Pikusia był pierwszym, na który trafiłam po rozpoczęciu przygody z adopcją. Jego autor wraz z żoną prowadzą pogotowie rodzinne, więc mają zawsze pełną chatę w dosłownym znaczeniu tego sformułowania. Pikuś szczegółowo opisuje perypetie kolejnych dzieci, którymi się opiekują – i czyni to z bardzo szerokiej perspektywy: nie tylko własnej, ale również rodziców biologicznych i adopcyjnych. Polecam tę witrynę wszystkim, którzy myślą o przysposobieniu lub o zostaniu rodziną zastępczą. Naprawdę otwiera oczy! A przy tym teksty pisane są z humorem, polotem i nierzadko… ułańską fantazją!

2. KAROLINA – NASZE BĄBELKOWO

Pozycja obowiązkowa (znaczy się blog, nie Karolina…) dla rodziców, moim zdaniem nie tylko adopcyjnych. Mama Bąbla jest osobą o artystycznej duszy, niesamowicie wrażliwą (nie mylić z przewrażliwioną), kreatywną i… rozpoznawalną w blogosferze. Opisuje blaski i cienie (chociaż głównie blaski) życia rodzinnego z adoptowanym synkiem. Recenzuje również różne produkty dla dzieci, dzięki czemu świeżo upieczeni rodzice mogą poznać wady i zalety rozmaitych gadżetów, przydatnych bądź nie w codziennych zmaganiach z pociechami.

3. IZZY – NASZ MAŁY ŚWIATEK

Piszę tu o niej, bo mi kazała. Nie no, żartuję oczywiście. Po prostu wczoraj rozmawiałyśmy na temat promowania naszych blogów i tak jakoś wyszło  8-) . A tak już całkiem poważnie – Izzy jest mamą dwóch adoptowanych córeczek o anielskiej urodzie i małych diabełkach za skórą, czyli dzieci niemal idealnych. Poza tym jest też osobą, z którą aż chce się zaprzyjaźnić: kontaktową i mającą bardzo racjonalne (jeśli wolno mi ocenić) podejście do rodzicielstwa. Zaglądam na jej blog, bo… jeju, od czego by tu zacząć? O, wiem. Bo w przejrzysty i zrozumiały sposób opisuje swoje matczyne doświadczenia, oszczędzając dzięki temu choć trochę stresu tym, którzy dopiero podążają jej śladem. I jeszcze dlatego, że w wielu kwestiach się z nią zgadzam, dzięki czemu łatwo mi się utożsamić z jej podejściem. I w ogóle fajnie pisze.

4. MAMA i TATA TYGRYSA – TYGRYS i MY

Tygrys jest adoptowanym szczęściem swoich rodziców, mającym obecnie niecałe cztery latka. Mama i Tata razem prowadzą blog (choć niekoniecznie w równych proporcjach), na którym oprócz tygrysich przygód recenzują książki dla dzieci i dzielą się doświadczeniami z budowy domu. Zamieszczane przez nich teksty są pełne takiego ciepła i serdeczności, że aż chce się do nich przytulić (do rodziców, nie tekstów… chociaż…?).

5. LITERMATKA – OD ŚRODKA

Autorka tego bloga przez dłuższy czas milczała, ale zachęcam do pogrzebania w archiwum. Na stałe mieszka w Wielkiej Brytanii i tam też zostali z mężem adopcyjnymi rodzicami. Warto poczytać, jak wygląda przysposobienie na Wyspach i jak się żyje polskiej rodzinie za granicą. Poprzednie zdanie brzmi może banalnie, ale pełen niesamowitego humoru język bloga Litermatki sprawia, że każdy wpis czyta się jak rozdział pasjonującej powieści!

6. BEATA – CZARODZIEJ NASZ

Beata została mamą adopcyjną… trzy razy. I to powinno wystarczyć za najlepszą rekomendację. Polecam jej blog każdemu, kto myśli o przysposobieniu drugiego dziecka, bo bardzo szczegółowo opisuje przezwyciężanie przeróżnych trudności – zarówno tych formalnych, jak i emocjonalnych.

7. HEPHALUMP – PRZYSPOSOBIENIE DO ŻYCIA

Hephalumpa pokochałam bezkrytycznie za sam nick – ale o tym, że jestem fanką Kubusia Puchatka, to już pewnie wiecie. Jako blogujący tata jest w mniejszości wśród całej rzeszy matek-blogerek, co czyni jego stronę jeszcze bardziej wartościową. Wraz z żoną przysposobili dwie starsze dziewczynki. „Przysposobienie do życia” to wciąż rosnący zbiór wartościowych tekstów o budowaniu więzi, ale także o samym procesie adopcji, który nie zawsze w naszym kraju wygląda różowo. Hephalump jest też wnikliwym i krytycznym komentatorem, za co bardzo go cenię.

8. T.VIK – PRAGNIENIE DZIECKA

Podtytuł bloga brzmi: „Historia blisko dwudziestoletnich starań o dziecko” i to w zasadzie mogłoby zastąpić dalszy opis. Autor – człowiek doświadczony i mądry życiowo – porusza tematy trudne i bolesne, ale dzieli się również radościami związanymi z rodzicielstwem. Wpisów jest bardzo dużo, ale polecam przeczytać od deski do deski. Naprawdę warto.

9. UCZUCIOWA – UCZUCIA NIECHCIANE

Teraz to już w większości chciane, prawda, Uczuciowa? Blog jest wzruszającym pamiętnikiem kobiety pragnącej zostać matką, opisującej wzloty i upadki w nierównej – ale w końcu wygranej – walce z niepłodnością. Jeżeli czytają to osoby starające się o dziecko biologiczne, to bloga uczuciowej nie wypada pominąć. Podtrzymuje na duchu, daje nadzieję, ale i uprzedza, że nie zawsze będzie łatwo.

10. AHAJA – TATAMARA

Blog Ahai jest moim najnowszym odkryciem, chociaż chyba nie powinnam się do tego przyznawać, gdyż ona zagląda do mnie już od dłuższego czasu. Zaczęłam czytać niedawno i wsiąkłam, bo chociaż pochodzimy z innych bajek (m.in. dlatego, że ona jest potrójną mamą biologiczną), to uwielbiam takie lekkie, sarkastyczne poczucie humoru, jakim przesiąknięte są jej wpisy. Wszystko jedno, czy pisze o szkolnej wywiadówce, czy o awarii odkurzacza (tu akurat mamy taką wspólnotę doświadczeń, że ho ho!), robi to w taki sposób, że można boki zrywać.

11. PAULINA - DOKĄD TUPTA NOCĄ JEŻ?

Mea culpa! Nie napisałam wczoraj o blogu Pauliny, a przecież także na niego zaglądam! Autorka jest krok za mną w adopcyjnej procedurze – od kilku miesięcy czeka na ten najważniejszy w życiu telefon. Z wdziękiem i optymizmem opisuje życie rodzinne i przygotowania do przyjęcia nowego członka rodziny. A jak ślicznie urządzili z mężem pokoik dziecięcy! Zresztą… sami zobaczcie :)

Zaglądam również na inne blogi, także te niezwiązane z rodzicielstwem, ale o nich innym razem… Będzie mi miło, jeżeli podzielicie się w komentarzach informacją, dokąd Wy najczęściej zaglądacie :oops: . I wiecie co? Dziękuję, że jesteście!

O przemocy wobec najmłodszych

Znałam ją. Tę matkę, na której internauci – lokalni i nie tylko – od kilku miesięcy wieszają psy za to, że nie pojechała od razu  na pogotowie z córeczką rzuconą o ścianę przez męża. Nie byłyśmy koleżankami, ale mówiłyśmy sobie „cześć”. Zawsze była specyficzna, inna, trzymała się na uboczu – choć to oczywiście nie zbrodnia. Miała i nadal ma bardzo sympatyczną, nieco dziecinną buzię, która znacznie odejmuje jej lat. Kiedyś chciałam zwerbować ją do harcerstwa, jednak bez powodzenia. Zdziwiłam się, gdy zobaczyłam ją w pierwszej ciąży, bo nie wiedziałam, że ma jakiegoś chłopaka. Na zdziwieniu się jednak skończyło; w końcu co mnie to obchodzi, kto z kim i z jakim skutkiem. Nie wiem, może to był błąd. Może powinnam zapytać, czy czegoś nie potrzebuje. Może… Zresztą kto mógł przypuszczać, że po paru latach dojdzie do takiej tragedii? Dwuletnia dziewczynka, której pomoc medyczna została udzielona o kilka dni za późno, nie przeżyła… Na usta i pod palce cisną się różne komentarze pod adresem matki – niektóre sztampowe i podchodzące pod hejt. Tylko co to da? Nie wiem na pewno, co działo się w tej rodzinie, że postąpiła tak, a nie inaczej. Strach przed partnerem? Obojętność wobec cierpienia dziecka? Nieświadomość konsekwencji zdrowotnych dla malutkiej albo prawnych wobec siebie? Każda z tych wersji jest jednakowo przerażająca.

Ta historia, oczywiście rozdmuchana przez media, poruszyła mnie głębiej niż inne. Po pierwsze właśnie dlatego, że jej „bohaterka” nie była mi obca. Po drugie, ponieważ miała miejsce mniej więcej w czasie, gdy zabieraliśmy do domu Księżniczkę. Patrzę właśnie na jej małe stópki fikające na macie w pistacjowych skarpetkach; na delikatne rączki, przyciągające do siebie pluszową owcę, zwisającą z pałąka maty. I nie umiem sobie wyobrazić, jakim trzeba być człowiekiem, żeby uderzyć niemowlę. Owszem, nasza córcia jest jeszcze malutka i bardzo spokojna. Wiem, że w miarę dorastania coraz bardziej będzie testować cierpliwość otoczenia. Nie potrafię sobie przysiąc, że nigdy na nią nie nawrzeszczę ani nie dam jej klapsa. Nie jestem idealna… ale na Boga, rzucić dwulatką o drzwi? Albo tłuc trzymiesięczne niemowlę po głowie, bo płacze? Według mnie takim opiekunom powinno się dożywotnio odbierać prawa rodzicielskie – a przynajmniej do czasu, kiedy skończą długą i skuteczną terapię, o ile taka istnieje. Kiedy Księżniczka ma gorsze chwile i płacze pomimo nakarmienia, przewinięcia, tulenia i innych zabiegów, to owszem, rośnie we mnie frustracja. Rzecz w tym, że jej ostrze wymierzone jest we mnie, nie w dziecko. Wściekam się na siebie, że nie potrafię pomóc córce. I raczej prowadzi to do poczucia rezygnacji niż wybuchu agresji. Czasem dla rozładowania napięcia obracam sytuację w żart, komentując jej zachowanie z przymrużeniem oka i łagodnym tonem – na przykład mówiąc, że jeśli zaraz się nie uspokoi i nie pozwoli mamie się napić kawy, to za chwilę będziemy tu obie leżeć i wrzeszczeć. ;) Małej to raczej nie pomaga, ale mi owszem. I o to w tym chodzi.

Kiedyś napisałam na Bocianie, że my, czyli społeczeństwo, zainteresowanie krzywdą najmłodszych traktujemy wybiórczo. Koleżanka, której zdarzyło się klepnąć synka w pupę na ulicy, została wulgarnie(!) zbesztana przez obcego faceta, który kompletnie nie znał kontekstu sytuacji. Groził jej wezwaniem policji, opieki społecznej, odebraniem dziecka etc. Tylko dziwne, że kiedy za ścianą sąsiad leje żonę i potomstwo do nieprzytomności, to nagle nie jesteśmy już tacy odważni. W końcu anonimowa samotna matka na ulicy jest bezbronna, łatwo przy niej zostać strażnikiem moralności. Nie porysuje auta, nie podpali mieszkania, nie pobije. Co innego dwumetrowy damski bokser z piętra niżej…

I jeszcze jedno. Kiedy już chce się coś z tym zrobić, zareagować właściwie – to niejednokrotnie trafia się na mur nie do przebicia. Jakiś czas temu miałam ucznia maltretowanego przez ojca. Ze względu na jego dobro daruję sobie szczegóły. Ważne, że próbowałam mu pomóc. Niestety wszędzie żądano ode mnie namacalnych dowodów. Nie wystarczyły nawet zeznania świadków, do których sama dotarłam. Matka tego chłopaka kategorycznie zaprzeczyła słowom syna, ale była przy tym tak przerażona i roztrzęsiona, że od razu było widać, iż mowa ciała nie współgra z przedstawianą przez nią wersją. Tylko co z tego? Sprawa została zamieciona pod dywan, a ja dostałam reprymendę, że się wtrącam w nie swoje życie. Dzisiaj ten uczeń jest już dorosły. Mam nadzieję, że nie będzie powielał zachowań ojca w założonej przez siebie rodzinie…

Oby nasi prawodawcy – mniejsza z tym, z której opcji politycznej – wzięli się poważnie za wyciąganie konsekwencji ze znęcania się nad dziećmi. Niech maluchy nie cierpią przez emocjonalne niedorozwinięcie rodziców…

O pieskim życiu raz jeszcze

Dzisiejszy tekst miał być lekkostrawny i dotyczyć naszego życia z Księżniczką, ale dostałam od Was tyle różnych wiadomości z pytaniami o Reksia, że nie wypada się do nich nie odnieść.

Przede wszystkim dziękuję za wszystkie porady i słowa wsparcia. Bałam się publikować poprzedni wpis, bo spodziewałam się, że zostanę zjedzona żywcem za sam pomysł oddania psa. Jestem zaskoczona zrozumieniem, z jakim spotkała się nasza sytuacja. To naprawdę wiele dla mnie znaczy.

Jeżeli chodzi o głównego bohatera tej całej historii, to walka trwa. Nie przerobiliśmy jeszcze Reksia na parówki, choć bywa blisko ;) – czasem nawet bardzo, bo dwa dni temu zwierzak przeszedł kastrację. Nie wiem, czy to coś da, ale tak czy siak przed oddaniem go zabieg był konieczny. Jak widać, działamy dwutorowo: szukamy mu domu, ale jednocześnie nad nim pracujemy. Staramy się konsekwentnie stosować rady behawiorystki, chociaż przyznam szczerze, że mam mieszane uczucia. Nasz pies nie jest może wybitnie mądry, ale na pewno nie brakuje mu sprytu i po prostu uodparnia się na przećwiczone sztuczki. To, co raz i drugi zadziała, aby odwrócić jego uwagę, za trzecim już nie poskutkuje, bo ciapek wie, co jest grane.

Pytaliście także o to, jak ja się czuję. Jak schizofreniczka. Kiedy widzę (i niestety słyszę) tego naszego drącego paszczę potwora, to mam najszczerszą ochotę go „temi rencami” udusić na miejscu i pocałować w pychol jednocześnie, bo wiem, jak on się przy tym stresuje i ogromnie mi go żal… Mało tego, cały czas mam przed oczami sytuacje spotkań Reksia z innymi dziećmi; żadna z nich nie dawała nam poważniejszych powodów do niepokoju. Weźmy pierwszy przykład z brzegu i to dosłownie – w bloku naprzeciwko mieszkają nasi dalecy znajomi, którzy mają córeczkę, obecnie pięcioletnią. Dziewczynka, odkąd zaczęła chodzić, upatrzyła sobie naszego psa (prawdopodobnie dlatego, że przypominał jej ulubioną pluszową zabawkę). Piszczała do niego z daleka, podbiegała i rzucała mu się na szyję. Reksio był zachwycony!!! Pilnowaliśmy tylko, żeby jej z tej radości nie przewrócił. Jedyną „krzywdą”, jaką wyrządził małej, było chwycenie w zęby jej maskotki, którą nieopatrznie machała mu przed nosem. Najwyraźniej odebrał to jako sygnał do zabawy. Do dzisiaj bardzo się oboje lubią… Takie przykłady można by mnożyć. W naszym domu Reksio zawsze był trochę bardziej ostrożny wobec dzieci, ale nigdy żadnego nie zaatakował, nawet nie próbował. Jeżeli już, to ostrzegawczo szczekał.

Z Księżniczką jest inaczej. Nawet po kastracji, kiedy wrócił do domu jeszcze półprzytomny od narkozy – pierwsze co zrobił, to zaczął ujadać na drzwi pokoju małej. Ostatnio niosłam na ręku jej kocyk, pies chyba sądził, że mam w nim dziecko – skoczył i złapał koc zębami. Trafił przy okazji w moją rękę. Ugryzienie nie było Bóg wie jak mocne, nie mam po nim śladu, ale dwumiesięcznemu dziecku mogłoby poważnie zaszkodzić.

I na koniec ciekawostka – może jest tu jakiś psiarz, który rozszyfruje zachowanie czworonoga? Otóż, kiedy szłam zaprowadzić Reksia na kastrację, musiałam zabrać ze sobą córcię w wózku. Pominę całą logistykę i wychodzenie z domu, ale ostatecznie się udało. Początkowo mała spała i wyobraźcie sobie, że pies w ogóle na nią nie reagował. Siedzieliśmy godzinę (!!!) w poczekalni i raz tylko zajrzał do wózka. Ożywił się, gdy Księżniczka zaczęła się budzić; próbował się do niej dostać, ale jego postawa różniła się od tej z domu; był ciekawy, wąchał, ale nie ujadał i nie rzucał się na wózek. Zastanawia mnie, czy to tylko kwestia obcego terenu, czy stresu związanego z wizytą w lecznicy, czy jednego i drugiego? I tak sobie gdybam, że może faktycznie trzeba spróbować na nowo oswoić tych dwoje na neutralnym gruncie. Może poprzednio trwało to za krótko?

Spróbuję zaangażować męża i po weekendzie dam Wam znać, czy jest jakiś rezultat albo chociaż cień nadziei…

Jeszcze raz dziękuję za wszystkie komentarze. Chociaż na pierwszym miejscu jest oczywiście bezpieczeństwo córeczki, to dobro psa nie pozostaje nam obojętne. Próbujemy robić wszystko, żeby w końcu poczuł się dobrze – jeśli nie w naszym domu, to w innym…

DZIECKO i PIES – studium przypadku. Część II

No i stało się, a raczej dzieje. Szukamy domu dla Reksia. Przeżywam to okropnie, dlatego trudno mi zebrać myśli, żeby jakoś logicznie przedstawić Wam całą sytuację. Mimo wszystko czuję, że powinnam to zrobić, więc próbuję.

Nasz pies zawsze kochał dzieci. Właściwie kocha je nadal, bo kiedy na spacerze dopada go jakiś kilkulatek lub nawet gromadka maluchów, bez oporu daje się głaskać, czochrać i przytulać, liżąc przy tym wszystkie części ciała dzieciaków, jakich tylko zdoła dosięgnąć jęzorem. Co prawda spodziewaliśmy się, że naszego potomka może potraktować inaczej, ale niestety rzeczywistość nas przerosła.

Pierwszym sygnałem ostrzegawczym było zachowanie Reksia wobec córeczki M., o którym już gdzieś wcześniej pisałam. Tyle tylko, że pies nie był agresywny, raczej niepewny, na przemian wystraszony i za bardzo natarczywy. Wiedzieliśmy z mężem, że czeka nas sporo pracy i wydawało nam się, że jesteśmy na nią gotowi. Od razu po podjęciu decyzji o adopcji Księżniczki przystąpiliśmy do przygotowywania czworonoga na zmiany. Szczegóły sobie daruję, bo długo by pisać – w każdym razie zastosowaliśmy się do wszystkich książkowych porad dla właścicieli psów i nawet behawioryści uznali, że zrobiliśmy to dobrze. Wystarczyło na jakieś… pół godziny, bo mniej więcej po takim czasie obecności córeczki w domu Reksio zaczął wariować. Początkowo łudziłam się, że pies potrzebuje czasu i naszej uwagi, że się przyzwyczai. Niestety było coraz gorzej… Po kilku dniach musieliśmy całkowicie odciąć zwierzaka od pokoju Księżniczki, bo nie przestawał na nią „polować”.

Wbrew temu, co już od kogoś „życzliwego” usłyszałam, to nie jest tak, że pies nam się znudził albo przestał pasować do koloru zasłon. Nie jest też prawdą, że nie mamy dla niego czasu – przeciwnie, dzięki urlopowi macierzyńskiemu spędzam w domu o wiele więcej godzin niż do tej pory. Kochamy Reksia, jest członkiem naszej rodziny, dotąd był naszym jedynym „dzieckiem”. Fizycznie sobie radzimy, akurat w naszym mieszkaniu odseparowanie psa od maleństwa nie jest trudne.  Tylko co to jest za życie dla takiego aktywnego czworonoga? Przebywanie samemu w pomieszczeniu, daleko od członków rodziny? Nie mówiąc już o tym, że obje z P. boimy się, iż pomimo wszelkich środków ostrożności wystarczy kiedyś chwila nieuwagi, żeby doszło do tragedii… Tak naprawdę nie wiemy, co zrobiłby Reksio, gdyby udało mu się dopaść Księżniczkę – ale jego reakcje wskazują, że nic dobrego.

Nie jest też tak, że decyzję o poszukiwaniu dla niego domu podjęliśmy natychmiast, jednomyślnie i bezboleśnie. Właściwie ona nadal nie jest w 100% podjęta i pewnie nie będzie, zanim ostatecznie nie zamkniemy za futrzakiem drzwi mieszkania. Próbowaliśmy i próbujemy różnych środków – od własnych pomysłów, poprzez korzystanie z porad najbliższych, aż po zatrudnienie behawiorysty i zoopsychologa, a także kontakt z weterynarzem i leczenie farmakologiczne. Jeżeli myślicie teraz „co za zmanierowana baba, najpierw rozpieściła piesiuńcia, a teraz lata z nim po psychologach” – to wcale się Wam nie dziwię, bo sama widzę, że z boku tak to właśnie wygląda. Póki co wszyscy specjaliści zgodnie radzą, żeby oddać Reksia…

Na pewno w całej sytuacji przynajmniej 90% jest naszej winy. Przez 8 lat pies był naszym jedynym pupilem, czworonożnym dzieckiem, któremu na zbyt wiele pozwoliliśmy – choć pierwotnie nie tak to miało wyglądać. Pozostałe 10% zależy zapewne od charakteru zarówno rasy, jak i naszego konkretnego zwierzaka. Reksio od zawsze był niesforny, nawet jeszcze zanim do nas trafił, wyróżniał się indywidualizmem i energią na tle psiego rodzeństwa.

Strasznie nam na nim zależy. Gościłam niedawno przecudowną panią z fundacji pośredniczącej w znajdowaniu psom nowych właścicieli – i przez większość wizyty rozmawiał z nią mój tata, bo ja nie byłam w stanie. Zrobilibyśmy wiele, żeby Reksio z nami został. Obecnie musimy się jednak przyznać do porażki, bo sytuacja nas po prostu przerosła…

Czy ktoś z Was miał podobny problem? Jak sobie poradziliście? Będę wdzięczna za wszelkie wskazówki (może poza kontaktami do behawiorystów, bo tych mam w nadmiarze – chyba że znacie prawdziwego cudotwórcę, wówczas chętnie).

Za hejt również podziękuję, czujemy się z P. już wystarczająco paskudnie…

Lista prezentów dla (rodziców) niemowlęcia

Powoli kończymy etap pierwszych odwiedzin Wszystkich Krewnych i Znajomych Królika. Pisałam już, że bardzo lubimy gości – i dotyczy to całej naszej czwórki; my z mężem jesteśmy mocno związani z naszymi bliskimi, Księżniczka z zaciekawieniem przygląda się nowym twarzom, a Reksio w ogóle kocha człowieki (choć, jak się okazuje, tylko te powyżej metra wzrostu). Nigdy też nie oczekiwaliśmy żadnych podarunków, po prostu cieszyliśmy się, że ktoś znalazł czas, aby do nas przyjechać, często z daleka. M. powiedział niedawno, że jesteśmy takimi ludźmi, których zadowoli nawet pięć złotych w kopercie. Szczerze mówiąc, zadowala nas nawet brak jakiejkolwiek koperty, wolimy obecność jej właścicieli.

Jednak z drugiej strony rozumiem, że niektórym po prostu głupio jest przyjść z pustymi rękami. Sama do takiej grupy należę, tak zostałam wychowana. Wiadomo, że chodzi tu o gest, a nie o cenę podarunku. Właśnie z myślą o takich osobach stworzyłam listę przydatnych upominków, które można ofiarować świeżo upieczonym rodzicom. Jest ona oczywiście subiektywna, ale mam nadzieję, że w komentarzach pomożecie mi ją uzupełnić na bazie Waszych doświadczeń. Do dzieła!

  1. MLEKO! – dotyczy to oczywiście dzieci, które nie są karmione piersią. W naszym przypadku mleko jest jedyną rzeczą, która notorycznie się kończy; Księżniczka ma apetyt po swoim adopcyjnym tatusiu i pochłania jedzenie w takim tempie, że wróżę jej kiedyś sukces w konkursie jedzenia pączków na czas lub podobnych zawodach. W każdym razie mleko cieszy nas bardziej niż tuzin ubranek, o czym za chwilę.
  2. MLEKO!
  3. MLEKO!
  4. PIELUCHY – tak, wiem. E. powiedziała mi ostatnio, że wolałaby kupić „coś takiego fajnego” – czyli pewnie trwałego, co zostanie jako pamiątka. Szczerze? Niemowlak ma w nosie pamiątki, a w przyszłości i tak najbardziej wartościowe pod tym względem okażą się zdjęcia. Natomiast paczka pieluch zawsze się przyda i nie tylko pomoże lekko odciążyć domowy budżet, ale i na pewno zapewni maluszkowi realną przyjemność.  W końcu każdy lubi mieć sucho pod pupą :)
  5. ZMIANA POŚCIELI DO ŁÓŻECZKA – w ferworze błyskawicznych „dzieciowych” zakupów o tym akurat nie pomyśleliśmy. A że niemowlę wymaga częstej wymiany przede wszystkim prześcieradeł, to taki prezent bardzo nam się przydał. Obecnie mamy trzy komplety i na pewno kupimy jeszcze przynajmniej jeden.
  6. TORBA DO WÓZKA Z GADŻETAMI – to pewnie zależy od modelu wózka, ale w naszym oryginalna torba była mało pojemna, brakowało w niej wewnętrznych kieszeni i miała bardzo niewygodne zapięcie. W prezencie od P. dostałam zestaw, w skład którego wchodzą dwie torby, etui na butelkę, mały pojemniczek na pieluchy (mogący też służyć np. jako kosmetyczka albo pudełko na jedzenie) i składana mata do przewijania. Póki co komplet sprawdza się rewelacyjnie, a co ciekawe – wcale nie był drogi.
  7. PIELUCHY TETROWE LUB FLANELOWE – jak pewnie większości niemowlaków, tetra służy Księżniczce do wszystkiego (i to dosłownie, bo próbuje ją nawet jeść). Jest więc ręcznikiem, kocykiem, podkładem do przewijania u lekarza, ochroną przed wiatrem, brudem i jednocześnie zabawką. Akurat nasza mała nie ma kolek (tfu, odpukać!), ale podgrzana żelazkiem tetrowa pielucha może służyć też jako ciepły kompres na bolący brzuszek. Cztery takie pieluchy kupiłam sama, dwie kolejne dostaliśmy od Siostry – i bez przerwy są w użyciu.
  8. ALBUM DO ZDJĘĆ – nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale uważam, że wywołane i uporządkowane w albumie fotografie mają większą wartość, niż setki fotek poupychanych po folderach na komputerze czy w smartfonie. Taki solidny album zmotywuje rodziców do selekcji i wywołania zdjęć, a co za tym idzie – stworzenia pięknego i trwałego zapisu rodzinnej historii. W przypadku Księżniczki, która jest przecież dzieckiem adoptowanym, wydaje mi się to szczególnie ważne. Zamówiłam jej kronikę, w której chcę opisywać najważniejsze momenty naszego wspólnego życia. Niestety kronika idzie do nas pocztą już od miesiąca, więc póki co nie mam się czym pochwalić. Pewnie za jakiś czas wrzucę kilka zdjęć już uzupełnionego albumu.
  9. KSIĄŻECZKA – tu pełna dowolność: z baśniami, życiowymi historyjkami dla najmłodszych, zadaniami do wykonania, efektami dźwiękowymi i czym dusza zapragnie. Wiadomo, że noworodek z niej nie skorzysta, ale kiedy odrobinkę podrośnie, warto mieć przynajmniej częściowo uzupełnioną biblioteczkę. Książeczka z dedykacją będzie jednocześnie trwałą pamiątką i trafionym prezentem, który pomoże maluchowi poznawać świat.
  10. KARTA PREZENTOWA do Rossmanna, Smyka lub sieciówki odzieżowej. Kiedyś wyczytałam, że wręczanie kart prezentowych jest w złym tonie, świadczy o braku kreatywności i gustu oraz o wygodnictwie obdarowującego. Nie wiem, jak Wy, ale ja się z tym nie zgadzam. Rodzice są najlepiej zorientowani, co się przyda ich dziecku. Czasem potrzeby pojawiają się z dnia na dzień (u nas tak było z inhalatorem). Warto mieć wtedy pod ręką dodatkowe fundusze np. w postaci takiej właśnie karty. Zresztą można dzięki temu kupić  maluszkowi również jakiś gadżet, w który pewnie normalnie by się nie zainwestowało.
  11. GOTÓWKA – do niedawna miałam ogromne opory przed wręczaniem pieniędzy, zwłaszcza jeśli nie mogłam ofiarować większej kwoty. Dopiero M. mnie tego oduczył przy okazji roczku ich córeczki. Myślę, że nie zawsze i nie każdemu wypada dać przysłowiową kopertę, ale wśród najbliższych – dlaczego nie? Rodzice chętnie często dołożą parę groszy i kupią dziecku coś, na co sami nie mogliby sobie pozwolić. Zresztą ostatnio wpadł do nas mój tata, położył na stole banknot i powiedział: „Babcia dała, żebym kupił ci kwiaty, ale pomyślałem, że to wam się bardziej przyda”. Miał rację… Wspominałam już, że bez przerwy kupujemy mleko? ;)

CZEGO NIE KUPOWAĆ?

  1. UBRANEK

Po pierwsze większość znanych mi młodych rodziców otrzymuje lub kupuje za grosze całe torby używanych dziecięcych fatałaszków. My dostaliśmy łącznie chyba z 10 worków, w których mnóstwo rzeczy było zupełnie nowych, jeszcze z metkami. I na pewno przekażemy je dalej, bo Księżniczka nawet ich wszystkich nie założy, o zniszczeniu nie mówiąc.

Po drugie rozmiarówki w sklepach są przedziwne i trudno kupić odpowiednią wielkość. Na przykład „ulubiony” pajacyk Księżniczki teoretycznie jest dla noworodka o wzroście 50 cm, a idealnie na nią pasuje. Z kolei w sukienkę na 68 cm córcia już się nie mieści. Zresztą nie ma się co rozpisywać, z ubraniami dla dorosłych jest podobnie.

Po trzecie wiele z tych ślicznych ubranek jest zwyczajnie niepraktycznych. Przeciętny niemowlak nie wytrzyma długo w obcisłych spodenkach ani sztywnej tiulowej sukienusi. Nie dość, że te rzeczy krępują ruchy, to jeszcze przewijanie i przebieranie dziecka ubranego w to ustrojstwo jest torturą zarówno dla niego, jak i dla rodzica.

 2. KOSMETYKÓW

W tym przypadku nacięłam się sama. Nakupowałam oliwek, zasypek, kremików, balsamików, a używam tylko Bepanthenu i czasem oliwki Johnsona, choć podobno lepsza jest zwykła oliwa z oliwek. Skóra niemowlaka zwykle nie potrzebuje aż tak specjalnego traktowania, poza tym wiele kosmetyków uczula maluszki, choć etykiety mówią co innego.

Ode mnie to tyle, ale z chęcią poczytam, co Wam się przydało, co nie,  a co chcielibyście dostać w prezencie dla dziecka. :)

PS. Wspomniane ostatnio dwa wpisy nadal się tworzą, jakby co.

Dlaczego warto zapisać dziecko do harcerstwa?

Od razu uspokajam. Nie mam żadnych niespełnionych ambicji, które będę chciała przelać na moje dziecko. Jeżeli chodzi o zajęcia dodatkowe, to jestem zwolenniczką umiaru: fajnie, jeśli młodzież uczestniczy w jakiejś aktywności poza szkołą, ale nie chcę zrobić z potomka tresowanej małpki, grającej na piętnastu instrumentach, mówiącej biegle w ośmiu językach i uprawiającej wszystkie dostępne dyscypliny sportu, za to niedoświadczającej beztroskiego dzieciństwa.

Nie uważam też, że w ogólnym rozliczeniu inne formy spędzania czasu wypadają od harcerstwa w jakiś sposób gorzej. Ponieważ jednak spędziłam w nim kilkanaście lat, na pewno moje dziecko niejednokrotnie zetknie się z licznymi anegdotami, zdjęciami i innymi pamiątkami z czasów, kiedy jego mama z dumą nosiła szary mundur. Jeżeli wykaże zainteresowanie, to z olbrzymią chęcią zapiszę je do którejś drużyny. A powodów jest wiele…

  1.        Harcerstwo uczy samodzielności i empatii.

Ameryki zapewne tym stwierdzeniem nie odkryłam. Myślę natomiast, że ta nauka coraz bardziej zyskuje na znaczeniu. Smartfony i inne nowoczesne urządzenia potrafią już tyle, że bez nich człowiek – zwłaszcza młody – gubi się w świecie i to niestety czasem zupełnie dosłownie.  Współcześni harcerze korzystają z nowych technologii, nie porzucając przy tym tradycyjnych metod np. orientacji w terenie czy przenoszenia meldunków.  Poza tym skauting zakłada też umiejętność zadbania zarówno o siebie, jak i o innych. Moi uczniowie należący do ZHR lub ZHP wyróżniają się zaradnością widoczną nawet w najdrobniejszych szczegółach, jak choćby odniesienie po sobie talerza do kuchni albo zainteresowanie się, czy np. dla wszystkich wystarczyło podwieczorku. Z niezrzeszonymi bywa różnie. Oczywiście absolutnie nie znaczy to, że dziecko niebędące harcerzem nie wykazuje kultury osobistej. Bardziej chodzi mi o to, że harcerstwo pomaga w wyrabianiu pewnych przydatnych nawyków, które (z różnych powodów) młodzi ludzie nie zawsze wynoszą z domu. A jeśli wynoszą, to skauting dodatkowo je ugruntowuje.

Osobną kwestią jest tutaj tzw. pole służby. Wiele drużyn zajmuje się wolontariatem w hospicjach, domach opieki, szpitalach lub schroniskach dla zwierząt. Taka praca uwrażliwia i otwiera młode serca na potrzeby innych.

 2.       Harcerstwo jest źródłem trwałych przyjaźni.

Nie chciałabym się powtarzać, pisałam już o tym kilka razy. Należałam do różnych organizacji, ale wspólnota harcerska okazała się tą najbardziej trwałą. Jestem jedynaczką, podobnie jak coraz więcej dzisiejszych dzieci. Przyjaciele rekompensowali mi brak rodzeństwa, a atmosfera w moim środowisku była naprawdę rodzinna, co dodatkowo wpływało na budowanie więzi (jak dotąd nierozerwalnych).

 3.     Harcerstwo pozwala odkrywać nowe pasje.

Ta cecha w moim odczuciu różni je od większości wspólnot, klubów i organizacji, które nastawiają się na kształtowanie w dziecku jednej konkretnej lub kilku powiązanych ze sobą umiejętności. Chyba każdy laik słyszał o czymś takim, jak sprawności. Będąc harcerzem, dziecko może rozwijać jednocześnie np. talent wokalny, kulinarny i zainteresowanie informatyką. W próbach na wyższe stopnie znajdują się wymagania dotyczące podejmowania nowych, nieznanych wcześniej wyzwań, np. zdobycia prawa jazdy albo certyfikatu językowego. Istnieją drużyny, które współpracują z instytucjami organizującymi przeróżne kursy.

 4.     Harcerstwo dostarcza przygód.

I to jakich! Wspominałam już o nocnej wyprawie na cmentarz i współpracy z domem dziecka. A co powiecie na dwudniowy wypad do nieznanej wcześniej miejscowości, gdzie trzeba sobie zorganizować nocleg i zapłacić za niego własną pracą? Albo na spędzenie doby w lesie, podczas której buduje się szałas, zegar słoneczny i kuchnię polową? Mam w głowie niewyczerpaną skarbnicę takich historii i pewnie jeszcze nie raz tu o nich opowiem. Na myśl o niektórych z nich do dziś czuję dreszcz emocji.

 5.   Harcerstwo przekazuje ponadczasowe wartości.

Oprócz wspomnianych samodzielności i empatii kładzie nacisk na szacunek do rodziców i przełożonych (wbrew pozorom nietożsamy ze ślepym posłuszeństwem), tolerancję wobec odmienności („Harcerz w każdym widzi bliźniego”), prawdomówność, dotrzymywanie słowa, konsekwencję w działaniu, umiejętność wybaczania, ciekawość świata i zdrowy tryb życia.

 6.  Harcerstwo jest względnie niedrogie.

Kilka lat temu koszt pełnego umundurowania (i to przy założeniu, że mundur chce się kupić porządny, aby wystarczył na długo) wynosił około 200 zł. Dodatkowo za członkostwo w drużynie płaci się comiesięczne składki, średnio po kilka złotych.  I to właściwie tyle, jeśli chodzi o obowiązkowe koszty. Latem można wysłać dziecko na trzytygodniowy obóz już za około 500 zł. Dla rodzica jest to tym lepsze rozwiązanie, że pociecha jedzie z tą samą kadrą, która opiekuje się nim na zbiórkach; powierza więc latorośl opiekunom, których zdążył już poznać w ciągu roku i którzy przy okazji znają też swoich podopiecznych.

Jako podsumowanie (a raczej zamiast niego) zacytuję fragment jednej z moich ulubionych pieśni harcerskich, która w pełni oddaje to, co chciałam przekazać wyżej:

Na ścianie masz kolekcję swych barwnych wspomnień

Suszony liść, naszyjnik wieszasz i kwiat [w innej wersji: suszony kwiat, naszyjnik, wiersz i liść]

Już tyle lat przypinasz szpilką na tej słomie

To wszystko, co cenniejsze jest niż skarb.

 Pośrodku sam generał Robert Baden-Powell, [założyciel skautingu]

Wycięty w drewnie lilijki smukły kształt;

Jest krzyża znak i srebrny orzeł jest w koronie,

A pod nim masz Harcerskich 10 Praw.

Ref. Ramię pręż, słabość krusz i nie zawiedź w potrzebie,

Podaj swą pomocną dłoń tym, co liczą na ciebie;

Zmieniaj świat, zawsze bądź sprawiedliwy i odważny

Śmiało zwalczaj wszelkie zło, niech twym bratem będzie każdy…

CZUWAJ!

Model rodziny

Dyskusja podczas jednej z dzisiejszych lekcji rozwinęła się w dość nieoczekiwanym kierunku, bowiem zeszła na temat zmian w modelu rodziny na przestrzeni kilku ostatnich pokoleń. Zajęcia dotyczyły czegoś zupełnie innego, ale ponieważ uczniowie chętnie brali udział w wymianie poglądów, pozwoliłam na tę dłuższą dygresję. W pewnym uproszczeniu główna myśl tej dysputy brzmiałaby następująco: nasze babcie miały średnio po pięcioro rodzeństwa, ich mamy nie pracowały lub sporadycznie dorabiały szyciem, a ojcowie – od robotnika do profesora – jakimś cudem potrafili zarobić na utrzymanie tak licznej familii, która w dodatku wspomina tamte czasy jako szczęśliwe. Dzisiaj dwoje rodziców pracuje na utrzymanie często tylko jednego dziecka, a wiele małżeństw w ogóle nie decyduje się na potomstwo właśnie z obawy o rodzinne finanse.

Wiadomo, że powyższe stwierdzenia można podważyć. Zależy, jaką grupę badawczą weźmie się pod uwagę i co uznamy za stabilizację finansową; czy będzie to małe mieszkanko na kredyt, używany samochód i umowa o pracę, czy też np. dom, nowe auto i własna dochodowa działalność.

Mnie jednak zastanawia co innego. Jak to się dzieje, że obecnie przy dwóch pensjach nie tylko P. i ja, ale i większość naszych znajomych musi oglądać każdy grosz przed wydaniem i często wybierać chociażby pomiędzy pójściem do dentysty i okulisty, bo na obie wizyty w jednym miesiącu nie wystarcza funduszy? A co by było, gdyby pracowało tylko jedno z małżonków? Strach nawet myśleć.

W kontekście adopcji bardziej niż potencjalne problemy wychowawcze przeraża mnie perspektywa utraty pracy. A jest ona niestety całkiem realna – po pierwsze z powodu reformy systemu edukacji, po drugie ze względu na urlop macierzyński. Kiedy pracowałam jeszcze w poprzedniej firmie, żadna z czterech moich ciężarnych koleżanek nie wróciła po urodzeniu dziecka na poprzednie stanowisko. Jedna albo dwie z wyboru, pozostałe dostały wypowiedzenie. Najbardziej zaangażowana z nich pytała szefa, czy miejsce pracy będzie na nią czekać. Przełożony wskazał tylko jej rosnący brzuch i powiedział: „Zdaje się, że już wybrałaś”. Wbrew powszechnej opinii w szkole wcale pod tym względem nie jest lepiej. Obawiam się wypadnięcia z obiegu i utraty zatrudnienia. Finanse nie pozwalają niestety żadnemu z nas na rzucenie pracy, choć dla dziecka na pewno pozostanie z rodzicem w domu byłoby najkorzystniejsze.

I tak sobie gdybam, że cała ta szumna polityka prorodzinna zamiast osławionego i występującego we wszelkich możliwych kontekstach „500+” mogłaby się skupić na zapewnieniu rodzicom stabilizacji zawodowej: ochrony miejsca pracy, dostępności publicznych żłobków i przedszkoli. Większość ludzi sama zarobi na własne dzieci, jeżeli tylko będzie miała taką możliwość…