Category: Droga po szczęście

Nasza droga adopcyjna, czyli od pierwszych kroków w ośrodku aż do…

Otworzyć się na dziecko…? Odc. 3 i ostatni

ROZDZIAŁ V – Rewolucja

      Chłopiec przyjął ich pierwszą wizytę zupełnie obojętnie. Obejrzał pluszowy samochodzik, który kupili mu zaraz po wyjściu z kawiarni i wrócił do zabawy blaszanymi pudełkami, wkładając jedno w drugie. Na próby nawiązania kontaktu reagował zwróceniem głowy w stronę osoby mówiącej i czasem uśmiechem, niezdradzającym jednak głębszych emocji. Kindze było przykro, choć sama ganiła się w duchu za to uczucie. Przecież nie spodziewała się, że Krzyś na jej widok – obcej w istocie kobiety -  od razu wtuli się w nią z okrzykiem „Mamo!” na ustach… Patrząc na malucha, z łatwością jednak mogła sobie wyobrazić go na kolorowym dywanie u nich w domu, układającego te swoje pudełka i przekonującego się do nich każdego dnia odrobinkę bardziej… Już po wyjściu z pogotowia rodzinnego dowiedziała się, że Konrad myślał podobnie.

      Wizyta w szpitalu u malutkiej wydawała się tylko formalnością. Kiedy jednak położna przyniosła im zaspaną i kompletnie zdezorientowaną kruszynkę, nie mogli powstrzymać łez. Była taka bezbronna, a przy tym naprawdę urocza. Wydawała im się najpiękniejszym noworodkiem na świecie.  Nie pozostawało więc małżonkom nic innego, jak poinformować najpierw ośrodek adopcyjny, a potem rodzinę i przyjaciół, że oto zostali rodzicami.

       Karolinkę wzięli do domu w ramach preadopcji już po kilku dniach. Jej biologiczna matka rzeczywiście dobrowolnie zrzekła się praw do córki. Krzysia oswajali ze sobą stopniowo, aby zrozumiał, że są i będą stałym punktem w jego życiu. Nieocenieni okazali się „ciocia” i „wujek” z pogotowia, którzy pomagali chłopcu w oswajaniu się z nową sytuacją i cierpliwie odpowiadali na wszystkie pytania przyszłych rodziców. Kindze szczególnie imponowało to, że właściwie rezygnują ze swojej prywatności, otwierając swój dom dla niej i Konrada niemal o każdej porze. Krzyś przeprowadził się do nowej rodziny po ponad dwóch miesiącach od pierwszego spotkania. Kompletnie nie rozumiał relacji międzyludzkich ani hierarchii rodzinnej, nie pojmował znaczenia wielu prozaicznych czynności. Brak głównego opiekuna oraz należytej troski odcisnął na nim widoczne piętno. Świeżo upieczeni rodzice wiedzieli, że czekają ich lata niełatwej pracy, ale po poznaniu Krzysia nie wyobrażali sobie, że mogliby się wycofać.

       Zdarzały się jednak momenty, gdy małżonkowie byli bliscy pożałowania swojej decyzji o podwójnej adopcji. Kiedy Karolinka płakała przez kolki, rozbudzony z drzemki brat zaczynał jej wtórować, błyskawicznie przechodząc do histerii, trwającej godzinami i niemal niemożliwej do opanowania. Gdy Konrad był w pracy, a Kinga zajmowała się małą, chłopiec robił wszystko, żeby skupić jej uwagę na sobie. Młoda mama adopcyjna bała się, że kiedyś go nie upilnuje i dojdzie do jakiejś tragedii.

      Nic takiego się na szczęście nie wydarzyło, zresztą Kinga pocieszała się, że w rodzinach biologicznych rodzice napotykają na podobne trudności. Krzyś powoli robił postępy. U jego siostrzyczki zdiagnozowano niewielkie problemy neurologiczne, ale rozwijała się prawidłowo. Kiedy podczas rozprawy sędzia zapytał, czy podtrzymują chęć przysposobienia, żadne z nich nie miało wątpliwości. W końcu byli rodziną!

EPILOG

      Krzysztof właśnie skończył czwartą klasę szkoły podstawowej. Przyniósł świadectwo z czerwonym paskiem, choć do ostatniej chwili nie było wiadomo, czy wychowawczyni nie obniży mu oceny z zachowania ze względu na niesubordynację. Ostatecznie uznała jednak, że należy nagrodzić jego widoczną pracę nad sobą. Chłopiec mówi, że chce w przyszłości zostać architektem i zaprojektować rodzicom oraz siostrze piękny dom.

      Karolinka idzie do trzeciej klasy. Ma trudności w uczeniu się, wolno przyswaja nowe informacje. Jest to najprawdopodobniej skutek FAE, czyli picia przez matkę biologiczną alkoholu w czasie ciąży. Dzięki staraniom rodziców i samozaparciu stara się jednak nadrabiać braki, dlatego jest szansa, że razem z rówieśnikami ukończy zwyczajną szkołę. Lubi prace plastyczne i manualne. Kinga i Konrad marzą o tym, że ich córeczka zdobędzie kiedyś ciekawy zawód. Może zostanie kucharką albo florystką?

       W salonie na honorowym miejscu wisi wspólne zdjęcie całej czwórki. Uśmiechnięte miny i blask w oczach każdego z członków rodziny nie pozostawia odwiedzającym wątpliwości co do natury ich wzajemnych relacji…

POSŁOWIE AUTORKI

       Dziękuję tym, którzy dobrnęli do końca, a w szczególności mojej kochanej pani krytyk ;) . Celem powyższego opowiadania nie było przekonywanie kogokolwiek na siłę ani do podjęcia decyzji o adopcji, ani tym bardziej do przyjęcia wbrew sobie konkretnego dziecka. Doskonale wiem, że ze strony ośrodków padają również takie propozycje, których po prostu nie da się przyjąć (pisałam już o tym nie raz). Tworzyłam tę historię z myślą o tych, których blokują ich własne lęki; którzy słysząc słowa „alkohol” i „zaniedbanie” od razu myślą „FAS” i „RAD”. Zdradzę Wam coś: karta Księżniczki naprawdę pozostawiała wiele do życzenia. Nie podam szczegółów ze względu na szacunek do prywatności mojego dziecka, ale powiem tyle, że gdybyśmy z P. chcieli znaleźć w jej dokumentach argumenty przeciwko adopcji, to byśmy znaleźli. Nasza córka jest zdrowa, pięknie się rozwija, lecz wcale nie musiało tak być. Nadal nie wiemy, co przyniesie przyszłość… jednak wiemy, że spędzimy ją razem. Nie wyobrażamy sobie dalszego życia bez naszej pociechy!

Otworzyć się na dziecko…? Odc. 2

ROZDZIAŁ TRZECI – Próba sił

- Czy my naprawdę tak wiele chcemy od życia? – wybuchł wreszcie późnym popołudniem Konrad, obracając w dłoni pilot od telewizora.

Kinga oderwała się od własnych myśli. Była przekonana, że jej wybranek po prostu ogląda mecz, zwłaszcza że grał jego ulubiony Arsenal. Tymczasem wewnątrz przeżywał dokładnie to samo, co ona.

- Nie wiem, Kochanie… – westchnęła zrezygnowana – Może ta pani kierowniczka chciała nas tylko nastraszyć? Sprawdzić, czy się zbyt łatwo nie poddamy?

- Od siedmiu lat się nie poddajemy – stwierdził z przekąsem – ale sorry, ja nie jestem Matką Teresą… nie chcę do końca swojego życia opiekować się obcym człowiekiem, który nie będzie w stanie nawet zapamiętać, jak się nazywa…

- Konrad, a gdybym urodziła chore…?

- To nie mielibyśmy wyboru. Teraz mamy.

Kinga westchnęła. Te rozmowy zawsze były trudne. Głównie dlatego, że oboje mieli rację, a właściwie racje – równorzędne i często nie do pogodzenia. Tej nocy znowu prawie nie spali.  Nazajutrz wychodzili do pracy ledwo przytomni, ale decyzja została podjęta: spróbują. Dadzą szansę ośrodkowi, sobie i dziecku. Może nie będzie tak źle…?

      Sprawnie zgromadzili potrzebne dokumenty i przy kolejnej wizycie w OA, podczas zakładania teczki wstępnie zadeklarowali przyjęcie dziecka z tzw. „rodziny alkoholowej”, a także od rodziców chorych psychicznie, uzależnionych od narkotyków lub upośledzonych w stopniu lekkim. Cały czas jednak mieli nadzieję, że żadne z tych obciążeń nie dotknie ICH dziecka – tego, na które czekają. Pod lekkim naciskiem pracownicy ośrodka podnieśli też granicę wieku oczekiwanej pociechy do trzeciego roku życia. Kilka miesięcy później, po serii testów i badań oraz wizycie pani psycholog w ich domu, otrzymali pismo z zaproszeniem na szkolenie dla przyszłych rodziców adopcyjnych.

      Gdyby ktoś zapytał naszych bohaterów, co najbardziej zapamiętali z warsztatów, odpowiedzieliby, że „otwarcie się na dziecko” odmieniane przez wszystkie przypadki. Uczyli się o genezie traum, obciążeniach genetycznych i innych trudnościach, z którymi dzieci adopcyjne muszą borykać się często już od pierwszych chwil życia, nierzadko także płodowego. Kindze utkwiła w pamięci karta informacyjna trzyletniego chłopca, którego mama z dnia na dzień wystawiła za drzwi mieszkania, bo nie spodobał się jej nowemu konkubentowi. Historia może brzmiałaby jak z kiczowatego filmu o „biednych sierotkach”, gdyby nie to, że ów malec przez wcześniejsze zaniedbania matki był znacznie opóźniony w rozwoju. Trafił do domu dziecka, gdzie przez kolejne trzy lata oczekiwał na rodziców adopcyjnych, gotowych podjąć wyzwanie wychowania go. Pani prowadząca spotkanie powiedziała na koniec, że chłopczyk znalazł rodzinę i robi ogromne postępy, choć nadal jeszcze sporo mu brakuje do rówieśników. Natomiast Konradowi zapadło w serce spotkanie z adopcyjnymi rodzicami czteroletniej Agusi, która zresztą przyszła wraz z nimi i brykała radośnie po całej sali. Jej biologiczna matka w dniu rozwiązania była tak pijana, że nawet nie zdawała sobie sprawy z rozpoczynającej się akcji porodowej. Ojciec odsiadywał w więzieniu wyrok za pobicia i rozboje. Karetkę do rodzącej wezwał sąsiad, który wszedł do mieszkania kobiety zaniepokojony krzykami… Dziewczynka przyszła na świat przed terminem, ważąc zaledwie dwa kilogramy i mając ponad dwa promile alkoholu we krwi. Lekarze byli zdziwieni, że w ogóle przeżyła. Rodzice adopcyjni zabrali ją niemal prosto ze szpitala, ale procedura pozbawiania matki praw rodzicielskich ciągnęła się bardzo długo. Do formalnego przysposobienia doszło dopiero przed kilkunastoma miesiącami. Konrad słuchał, jak mama i tata Agusi wyliczali wszystkie niepokojące informacje o dziecku, które wyczytali z jego karty – a jednocześnie patrzył na małą i nie mógł uwierzyć, że wyrosła na takie ufne, energiczne i radosne dziecko. Zaczął marzyć, aby i jego z Kingą spotkała podobna historia…

 

ROZDZIAŁ IV – Decyzje

       Nieco ponad rok po pierwszej wizycie w ośrodku adopcyjnym Kinga i Konrad uzyskali pozytywną opinię, która kwalifikowała ich jako przyszłych rodziców. Rozpoczął się więc dla nich okres oczekiwania. Najgorsze, że nie było wiadomo, jak długo potrwa: kilka tygodni, miesięcy, może nawet lat… Zewsząd dochodziły ich słuchy, że dzieci do adopcji jest coraz mniej, a niemowląt nie ma właściwie wcale. Po początkowej euforii i odmalowaniu pokoiku dziecięcego ich życie wróciło na poprzednie, dobrze znane tory. Starali się tylko więcej oszczędzać, aby mieć pieniądze na wyprawkę dla pociechy. Czas upływał, dookoła rodziły się kolejne maluchy, a oni wciąż byli we dwoje… W chwilach zwątpienia zastanawiali się, czy tak naprawdę adopcja jest im potrzebna do szczęścia. Tak bardzo przyzwyczaili się już do współdzielonej samotności… Wystarczały jednak sporadyczne wizyty siostry Konrada z jego chrześniaczką, aby marzenia o potomstwie odżywały na nowo.

       Telefon z ośrodka zadzwonił po ośmiu miesiącach, kiedy na poboczu szosy czekali w zepsutym samochodzie na przybycie pomocy drogowej. Od domu dzieliło ich prawie 30 km, byli głodni, w dodatku strasznie lało. Mimo deszczu Konrad podniósł maskę auta, jakby spodziewał się od razu znaleźć pod nią odpowiedź na pytanie, dlaczego komputer pokładowy zwariował i wyświetla na ekranie informację o awarii filtra, którego w ich modelu w ogóle nie powinno być. Znudzona i zmęczona Kinga wypatrywała z daleka lawety – i właśnie tę czynność zakłócił sygnał komórki. Serce zabiło jej mocniej, gdy zobaczyła na wyświetlaczu numer OAO.

- Halo?

- Dzień dobry, pani Kingo! Tutaj Ewa Nowicka z ośrodka adopcyjnego. Mamy dla państwa pilną propozycję, zapraszam do mojego biura. Najlepiej zaraz.

- No szlag! – zaklęła Kinga – Przepraszam, pani Ewo, to nie do pani. Samochód nam się zepsuł za miastem, czekamy od godziny na pomoc drogową, trudno mi powiedzieć, kiedy ona się zjawi. Że też akurat teraz…

- Spokojnie, pani Kingo, nerwy tu nic nie pomogą. W takim razie będę państwa oczekiwać jutro od rana.

- Zdradzi pani jakieś szczegóły? Chociaż wiek i płeć? Proszę…

- Mamy taką zasadę, że nie ujawniamy żadnych danych przez telefon. Jutro się państwo wszystkiego dowiedzą. Proszę dzisiaj przedyskutować z mężem, czy byliby państwo gotowi na adopcję rodzeństwa.

- RODZEŃSTWA?

- Tak, tak, ale tylko dwojga. Dobrze, nie zabieram pani czasu, do zobaczenia!

- Ale… ech, nic. Do widzenia… – Kinga w ostatniej chwili zrezygnowała z dalszych pytań, bowiem na horyzoncie zamajaczyła wyczekiwana laweta.

      Zamieszanie związane z transportem auta i powrotem do domu sprawiło, że  dopiero godzinę po telefonie małżonkowie mogli spokojnie porozmawiać.

- Czy one zwariowały? – zapytał retorycznie Konrad – Zgodziliśmy się już na dziecko w wieku niemal przedszkolnym, obciążone ryzykiem wielu chorób. Nie było mowy o rodzeństwie!

- Mnie też to przerasta – przyznała jego żona – nigdy nawet nie myślałam o przysposobieniu dwojga, tym bardziej na raz.

- Dobrze, pojedźmy tam jutro, zobaczmy, o co chodzi, ale jakoś nie czuję się przekonany…
- A ja się czuję przerażona.

       Oboje byli tak przejęci, że nazajutrz dotarli do ośrodka jeszcze przed jego otwarciem. Pani psycholog, która przyszła jako pierwsza, roześmiała się na ich widok i zaprosiła ich do środka. Po chwili dotarła również kierowniczka. Kiedy wszyscy czworo zasiedli przy stole, szefowa OA zaczęła rozmowę:

- Krzyś ma 26 miesięcy, przebywa obecnie w pogotowiu opiekuńczym. Fizycznie nic mu nie dolega. Intelektualnie mieści się w normie rozwojowej, jednak jest pewne „ale”. Matka biologiczna się nim nie zajmowała, trafiał na zmianę do różnych ciotek i sąsiadek, ewentualnie nowych „chłopaków” mamy. Zapewne będzie to miało wpływ na nawiązywanie przez niego więzi. Już teraz widać, że nie rozróżnia osób bliskich i obcych, wszystkich traktuje tak samo.

- Matka miała ograniczone prawa rodzicielskie – wtrąciła druga z pracownic – sąd kilka razy dawał jej szanse na poprawę – do czasu, kiedy policyjny patrol nie znalazł Krzysia błąkającego się w nocy po ulicy w samej piżamce… a był koniec marca, temperatura bliska zera. Przy okazji odbierania chłopca matce okazało się, że jest ona w zaawansowanej ciąży. Pomimo widocznego brzucha nie chciała się do tego przyznać nie tylko pracownikom socjalnym, ale nawet swojemu obecnemu partnerowi, szła w zaparte. Ani razu nie była u lekarza. Wiemy, że paliła papierosy i piła alkohol.

- Cztery dni temu urodziła córeczkę i sama zadeklarowała zrzeczenie się praw rodzicielskich, ale wiedzą państwo, jak to jest… nie wiadomo, czy to zrobi. Być może będzie musiała zostać ich pozbawiona przez sąd. Dziewczynka otrzymała 8/10 w skali Apgar, waży 3100 gramów i mierzy 50 cm. Miała promil alkoholu we krwi, matka dwa razy tyle. Lekarze cały czas badają małą, nie wiemy do końca, jak się będzie rozwijać… – uzupełniła kierowniczka.

- No cóż… jeżeli się państwo zdecydują, to możemy od razu jechać do Krzysia, a potem do jego siostrzyczki. Zadzwonię tylko do pogotowia opiekuńczego, żeby się przygotowali… – psycholog wydawała się gotowa do drogi.

- Moment! – powstrzymała ją Kinga – Chyba powinniśmy to z mężem przedyskutować, prawda? Nie rozmawialiśmy o rodzeństwie, a już na pewno nie z zaburzeniami więzi.

- Rzuciły nas panie na głęboką wodę… – westchnął Konrad.

- Adopcja zawsze jest rzuceniem się na głęboką wodę, tu się nie da inaczej – skwitowała pani Ewa. Dobrze, niech państwo wyjdą sobie gdzieś na kawę i porozmawiają. Tylko proszę pamiętać, że czas nagli…

            Chwilę później siedzieli w pobliskiej kawiarni. Kinga zawzięcie skubała skraj tekturowego kubka z logiem lokalu.  Jej mąż małymi łyczkami popijał earl greya, jakby chciał opóźnić moment rozpoczęcia rozmowy. Patrzył na żonę i chyba po raz pierwszy w życiu nie był w stanie odgadnąć jej myśli. W końcu jednak zagaił, siląc się na swobodny ton:

- Ten chłopiec ma na imię Krzysztof… na „K”, tak jak miało być. A dziewczynka… panie nie mówiły nic o jej imieniu, to może mogłaby zostać Karolinką…

- Konrad, czy ty się dobrze czujesz? Za co my kupimy wyprawkę dla dwojga dzieci? Już nie mówiąc o tym, z czego będziemy tych brzdąców utrzymywać. A jeśli ten starszy ma RAD? Jeżeli nigdy nas nie pokocha, nigdy nie będzie nas słuchał… chcesz tak żyć? I jeszcze dziewczynka z możliwym FAS do kompletu.

- A jeśli – przedrzeźniał ją – to jest po prostu dwoje skrzywdzonych przez los maluchów, dla których właśnie otworzyły się drzwi do normalności? Chciałabyś im te drzwi zamknąć?

- Przestań mi tu wjeżdżać na sumienie. Jeśli nie my, to na pewno inni ich adoptują…

- … pomyślało piętnaście par – dokończył sarkastycznie.

- Przecież ja nie mówię, że nie chcę tych dzieci. Po prostu się boję.

- Ja też! Ale myślę, że one bardziej.

- To co proponujesz?

- Poznajmy je, co nam szkodzi. Porozmawiajmy z lekarzami, z opiekunami z pogotowia rodzinnego. Może wiedzą o nich więcej niż ośrodek. Dowiemy się, czy to nasze dzieci.

- I co, będziemy je oglądać? Jak towar jakiś?

- Nie przesadzaj, to przecież nie konkurs piękności. Tak czy inaczej będziemy musieli poznać nasze dziecko przed adopcją, prawda?

- Ok, wygrałeś. Jedziemy – potwierdziła, choć w jej głosie nie było słychać przekonania.

Otworzyć się na dziecko…? Odc.1

WSTĘP

      Bardzo długo myślałam nad formą tego tekstu. Pierwotnie miał być pisany – jak większość – w pierwszej osobie, jednak uznałam, że nie chcę ograniczać się w nim do własnego doświadczenia. Pomyślałam więc o liście do przyszłych rodziców adopcyjnych, ale tu z kolei łatwo by mi było niechcący przyjąć ton mentorski, czego za wszelką cenę pragnę uniknąć, ponieważ nie czuję się żadnym autorytetem, aby kogokolwiek pouczać w zakresie przysposobienia. Wybrałam więc trzecie wyjście i stworzyłam opowiadanie (uprzedzam, że tendencyjne). Jego bohaterowie są fikcyjni, ale zależało mi, aby Czytelnicy – zwłaszcza ci, których adopcja w jakiś sposób dotyczy – odnaleźli w nich cząstkę siebie. Fabułę oparłam na prawdziwej historii, a raczej wielu historiach, posiadających pewien wspólny mianownik…

Tekst jest długi, dlatego opublikuję go w trzech częściach – codziennie po jednej.

ROZDZIAŁ PIERWSZY – Ona i On

           Kinga i Konrad poznali się na osiemnastce u wspólnego znajomego. Od razu przypadli sobie do gustu, a po kilku spotkaniach we dwoje zostali parą. Połączyły ich identyczne inicjały (K.K.), miłość do kuchni włoskiej oraz pragnienie zobaczenia Nowego Jorku, a wkrótce także wynajęta razem kawalerka i kupiony pod wpływem impulsu królik Klapek. Zaraz po studiach wzięli ślub i przeprowadzili się do własnego mieszkania. Oboje już wtedy pracowali, zresztą za całkiem przyzwoite pensje. Uznali więc, że nie ma co zwlekać z powiększeniem rodziny. Imiona dla dzieci mieli powybierane jeszcze w liceum: Karolina i Kacper, ewentualnie Kamila albo Klemens – ważne, żeby na „K”, tak jak rodzice. Niestety – czas mijał, a Kinga nie zachodziła w ciążę. Małżonkowie zdążyli zobaczyć nie tylko Nowy Jork, ale także Waszyngton, Los Angeles oraz kilkanaście europejskich stolic, miejsce Klapka zajął czarny kot Kawior, ale największe pragnienie pozostawało niezaspokojone.

      Diagnozy lekarzy nie dawały wielkich nadziei, tym bardziej, że okazało się, iż oboje mają problem z płodnością. Próby leczenia różnymi metodami nie przyniosły żadnych efektów. Kiedy młodsza siostra Konrada urodziła już drugie dziecko, kolejne koleżanki z pracy Kingi zaczęły odchodzić na urlopy macierzyńskie, a oni sami zdążyli przekroczyć trzydziestkę, powiedzieli „dość!”. Po kilku długich dyskusjach i nieprzespanych nocach podjęli decyzję o adopcji. Rozważali taką opcję już zresztą wcześniej, myśleli o przysposobieniu maluszka po odchowaniu pociech biologicznych. Los bywa jednak przewrotny i w pewnym sensie przyspieszył ten moment za nich…

ROZDZIAŁ DRUGI – Zimny prysznic

      Żadne z nich chyba nigdy nie zapomni pierwszej wizyty w ośrodku adopcyjnym. Kiedy przekraczali próg, wydawało im się, że wiedzą, czego chcą, jednak z każdym zdaniem pani kierowniczki czuli się coraz mniej pewnie. Gdy już przedstawili całą swoją historię, z drugiej strony ogromnego biurka padło pytanie o to, jakie dziecko chcieliby przysposobić.

- Malutkie! – wypaliła od razu Kinga – Takiego niemowlaczka, który jeszcze niczego nie pamięta. Chcielibyśmy przejść przez wszystkie etapy rodzicielstwa, od pieluszek aż po wnuki…

- Płeć obojętna, ale żeby było zdrowe – dodał z przekonaniem Konrad.

- Co to znaczy zdrowe pana zdaniem? – dociekała pani kierownik, jak im się wydawało, znudzonym głosem. Nie pomyśleli wtedy, że takie pytanie stawia niemal wszystkim kandydatom.

- Nooo… zdrowe… – mężczyzna wyraźnie tracił rezon – żeby nie było… upośledzone.

Ostatni wyraz wymówił półszeptem.

- A jeśli rodzice biologiczni byliby upośledzeni? Albo przynajmniej jedno z nich?

Małżonkowie spojrzeli po sobie. Nie wiedzieli, co odpowiedzieć. Nie myśleli o tym wcześniej. Pragnęli zostać rodzicami, tak po prostu. Owszem, czytali w książkach i w sieci, że do adopcji trafiają dzieci chore, obciążone traumą… ale literatura literaturą, a życie życiem. Nie dopuszczali do siebie myśli, że ich to dotknie, a już tym bardziej na pierwszym spotkaniu. Tymczasem ich rozmówczyni (nazwijmy ją panią Ewą) dopytywała dalej:

- Czy słyszeli państwo o FAS?

Pokiwali głowami.

- Czy w takim razie zdecydowaliby się państwo przyjąć dziecko z rodziny dotkniętej alkoholizmem? Albo takiej, gdzie matka dodatkowo paliła papierosy i brała narkotyki, będąc w ciąży?

Kinga pobladła. Czuła, że robi jej się słabo… nie była pewna, czy bardziej z powodu lipcowego upału, czy natłoku myśli i gęstniejącej atmosfery.

- To chyba zależy, jakie dziecko… – odparł nieśmiało Konrad.

- Skąd według państwa biorą się dzieci do adopcji? – drążyła dalej pani Ewa.

- Są porzucane przez matki biologiczne, które ich nie chcą lub nie mają pieniędzy na utrzymanie…? – odpowiedziała Kinga, choć brzmiało to bardziej jak pytanie. Sama już nie wiedziała, w jakim kierunku zmierza ta rozmowa.

- Nie, proszę pani. To, o czym pani mówi, to nieliczne wyjątki. Nasze dzieci przeważnie są odbierane dysfunkcyjnym rodzicom. Niezaradnym życiowo, niedostosowanym społecznie, uzależnionym od substancji psychoaktywnych. Takim, którzy nie rokują żadnej poprawy. I nie ma w tym kraju jasnowidza, który dałby komukolwiek gwarancję, że te dzieci będą – jak to pan przed chwilą określił – zdrowe. Ze wspomnianego powodu również właściwie nie ma noworodków, co najwyżej dzieci kilkunastomiesięczne, częściej – kilkuletnie. Takie są obecnie adopcyjne realia, drodzy państwo.

      Pół godziny później, po kolejnej serii trudnych pytań, opuszczali ośrodek. W czasie drogi powrotnej do domu żadne z nich nie odezwało się ani słowem. Kindze szkliły się oczy. Jej mąż czuł taką suchość w gardle, że co chwilę przełykał ślinę. Drażnił ją ten odgłos, podobnie jak szarawy zaciek na bocznej szybie samochodu i burzowe chmury na horyzoncie. Czuła, że ma wszystkiego dosyć.

CDN

Co wkurza matkę adopcyjną?

Dwa dni temu odebrałam akt urodzenia Księżniczki. Chyba żadne pismo urzędowe nie wywołało u mnie takiego wzruszenia… Można więc powiedzieć, że zaczynamy nowy rozdział, stąd też nowa kategoria na blogu. Od jutra zaczynam rajd z tym aktem po różnych placówkach – chociażby przychodni i kancelarii parafialnej, bo już od dawna jesteśmy „ścigani” za jego brak.

Nadszedł chyba dobry moment, żeby napisać, co mnie najbardziej denerwuje w naszym krótkim życiu poadopcyjnym.

Wszechobecny nacisk na karmienie piersią

Nie zrozumcie mnie źle… doskonale zdaję sobie sprawę, że mleko matki jest dla noworodka najlepsze. Gdybym urodziła naszą córcię, to zrobiłabym wszystko, aby karmić ją naturalnie. Z wiadomych przyczyn niestety jesteśmy skazane na substytut. Kupujemy dobry, polecany przez naszego lekarza. Jednak za każdym razem, gdy po niego sięgam, uderza mnie napis na opakowaniu, przestrzegający, że zaleca się wyłączne karmienie mlekiem matki przynajmniej do szóstego miesiąca życia dziecka. Z podobnych względów mleko początkowe nigdy nie łapie się w sklepach na żadne promocje, więc nie ma mowy o oszczędzaniu. Nie twierdzę, że sama ta  kampania edukacyjna jest zła, może przekona kogoś, kto ma wybór. Ja nie mam. (I tak, wiem o istnieniu różnej maści doradców oraz o sztucznym wywoływaniu laktacji, ale nie spotkałam nikogo, kto byłby zadowolony z jej efektów…).

Luki w systemie

Konkretnie dwie. Pierwsza dotyczy opieki prawnej. W przypadku preadopcji (czyli zabrania dziecka do domu jeszcze przed oficjalnym orzeczeniem przysposobienia) przyszli rodzice nie są formalnie opiekunami prawnymi swojego maleństwa. O ile pociecha jest zdrowa i nigdzie daleko się z nią nie wyjeżdża, ma to małe znaczenie. A co w momencie, kiedy szkrabowi coś się stanie? Albo, w przypadku dziecka starszego, kiedy zachodzi potrzeba podpisania jakichś dokumentów związanych chociażby z edukacją? Wtedy trzeba szukać rzeczywistego opiekuna prawnego, który przecież niekoniecznie musi być na miejscu. Nie jest to oczywiście sytuacja nie do przejścia, ale na pewno stresująca i uciążliwa.

Druga dziura w prawie dotyczy nadawaniu dziecku nowej tożsamości. Otóż po przysposobieniu, które prawomocnie następuje 21 dni po rozprawie (a na tę z kolei niektórzy czekają miesiącami), oprócz nowego nazwiska (i ewentualnie imion, jeśli taka jest wola rodziców) maluch otrzymuje również świeżutki numer PESEL, bez którego, jak wiadomo, dla państwa człowiek nie istnieje. Księżniczka trafiła do nas w połowie marca, akt urodzenia i PESEL otrzymaliśmy ponad 4 miesiące później… przez ten czas zdążyliśmy już odwiedzić siedmiu lekarzy i za każdym razem był ten sam problem: jak zarejestrować dziecko, które nie ma dokumentów? Z jednej przychodni rejestratorka nas wyrzuciła, na szczęście wstawił się za nami lekarz rodzinny. Teoretycznie można się przez ten czas oczekiwania posługiwać starymi danymi dziecka, ale to jest z kolei ryzykowne i stanowi w pewnym sensie złamanie tajemnicy adopcji. Może rozwiązaniem byłoby umożliwienie rejestrowania takiego dziecka na nr PESEL przyszłego rodzica? Obecnie jest to dopuszczalne przez pierwsze 3 miesiące życia maluszka (biologicznego też), więc dlaczego by nie przedłużyć takiej możliwości dla rodzin adopcyjnych?

Pytania o ciążę

Nie jestem naiwna. Adoptując noworodka, byłam świadoma, że takie pytania będą padać. Nie przewidziałam jednak ich natężenia. O ile nie robię tajemnicy z samego faktu przysposobienia, o tyle niekoniecznie chcę dawać powód do plotek osobom z dalszego otoczenia. Ostatnio jakaś obca babka u fryzjera wypytywała mnie o przebieg porodu! Ucięłam grzecznie dyskusję, bo nienawidzę kłamać, a nie miałam jakoś chęci się jej zwierzać… Niektórzy znajomi zresztą także bywają wybitnie nietaktowni. Przykład z zeszłego tygodnia:

Wracamy z P. z zakupów w centrum handlowym. W pewnym momencie dopada nas daleka koleżanka, wołając z dystansu przez tłum klientów:

- O, macie dziecko! Lady Makbet, to ja nawet nie wiedziałam, kiedy ty w ciąży byłaś!

(A dlaczego miałaś wiedzieć, skoro nie utrzymujemy kontaktów? – myślę, ale odpowiadam dyplomatycznie:)

- Księżniczka ma cztery miesiące.

- No widzicie? Doczekaliście się! A my (czyli ona z mężem i szwagrem) już się zastanawialiśmy, co jest z wami nie tak, hehe, że tyle lat, no wiecie… hehe. Już myśleliśmy, że wy jacyś bezpłodni jesteście, czy coś.

P: Zdecydowanie jesteśmy „czy coś”. A to jest nasza córeczka. Podobna do mnie, prawda?

(rzekomo wszystkie koleżanki w pracy męża tak twierdzą… uhm, z której niby strony? Przecież to jest Księżniczka mamusi, a kto nie dostrzega podobieństwa, to się nie zna  :lol: )

Na szczęście wspomniana koleżanka jest takim typem, który mówi niemal wyłącznie o sobie, więc bardzo szybko porzuciła temat naszego rodzicielstwa i zaczęła opowiadać o własnym. Nie zawsze się jednak udaje tak sprawnie zmienić przedmiot dyskusji… I wtedy trzeba kombinować – albo czynić ze swojej prywatności temat do żarcików na rodzinnych imprezach dalekich znajomych (Cynglu drogi, dlatego Cię właśnie prosiliśmy, żebyś w razie czego nie wtajemniczał D. w pochodzenie swojej chrześniaczki).

Sformułowanie „prawdziwi rodzice” w odniesieniu do biologicznych

Nie mam oporów, żeby w przyszłości powiedzieć Księżniczce prawdę o jej korzeniach. Ba! Oboje z P. liczymy się z tym, że córka będzie kiedyś chciała poznać swoich krewnych i zamierzamy jej w tym pomóc, choć na pewno trochę to nas zaboli. Irytują mnie jednak pytania o to, kim była PRAWDZIWA mama naszej małej. Mówię wtedy, że prawdziwą mamę pytający ma przed sobą. Bo jeżeli „prawdziwą” jest matka biologiczna, to znaczy, że ja jestem jaka? Fałszywa? Zdecydowanie nie czuję się żadną uzurpatorką. Nasze szczęście poznaliśmy w piątej dobie życia, zaś ono nie zna innych rodziców.

Wiadomo, że za każdą adopcją kryje się inna historia. Jeżeli przysposobienie następuje w późniejszym wieku, a dziecko doskonale pamięta mamę biologiczną, która np. zmarła, to pewnie w jego świadomości ona pozostanie tą prawdziwą albo będzie miało dwie prawdziwe… Chociaż też niekoniecznie, bo znam wiele osób, które, mówiąc o rodzicach, mają na myśli właśnie macochę lub ojczyma, a nie rodziców biologicznych, mimo iż doskonale ich pamiętają. Za to nazwanie „prawdziwym ojcem” faceta, który (za przeproszeniem) zrobił przypadkiem dzieciaka, nawet nie przedstawiając się przygodnej partnerce z imienia i nie utrzymując z nią później żadnych kontaktów (o owocu tej upojnej nocy nie mówiąc), wydaje mi się grubą pomyłką. Podobnie jak określenie „prawdziwą matką” kobiety, która była tak zajęta imprezowaniem, iż przez 9 miesięcy nie miała czasu zauważyć, że jest w ciąży, a po porodzie nawet dziecka nie przytuliła… I takie przypadki przecież się zdarzają.

A co Was, drodzy Rodzice (nie tylko adopcyjni) najbardziej denerwuje?

Okołochrzcielne rozważania o rodzicach chrzestnych i nie tylko

Większość sakramentów świętych ma w naszej kulturze podwójny, a nawet potrójny wymiar: oprócz aspektu religijnego są elementem tradycji scalającej rodzinę (czyli prawie świeckiej), a także niestety okazją do wręczania coraz droższych prezentów.

O pierwszym z tych aspektów trudno mi się wypowiadać, ponieważ uważam, że wiara zawsze jest kwestią indywidualną. Każdy człowiek relacje z Bogiem (bądź ich brak) przeżywa inaczej. Jestem wierząca, swoją drużynę harcerską prowadziłam przy jednej z lokalnych parafii. Mój mąż przez wiele lat był ministrantem. Dla nas, jako osób związanych z Kościołem, chrzest dziecka jest ważnym przeżyciem duchowym, prawdziwym włączeniem córki do wspólnoty Dzieci Bożych. Czujemy też, że nadanie maleństwu imienia podczas chrztu ma większą moc, jest jakieś takie „pełniejsze”, niż zrobienie tego w urzędzie lub – jak w przypadku Księżniczki – sądownie. Nie zamierzam jednak nikogo w tym miejscu do niczego przekonywać ani nawracać, a już tym bardziej nie na blogu.

Wiele osób niewierzących także chrzci swoje dzieci. I tutaj na plan pierwszy wysuwa się ten drugi aspekt sakramentu – rodzinny. Przyjęcie po uroczystości jest dobrą okazją do spotkania dawno niewidzianych krewnych, odnowienia więzi z tymi, którzy mieszkają daleko, a przede wszystkim razem z samym chrztem pełni funkcję inicjacyjną, jest momentem oficjalnego wprowadzenia dziecka do rodziny. Zanim to jednak nastąpi, młodzi rodzice muszą się nieźle nagłowić (choć pewnie nie we wszystkich przypadkach) nad wyborem rodziców chrzestnych. Próbuję sobie przypomnieć, kim byli chrzestni mojej mamy i mojego taty. Przychodzi mi to z trudem, stąd wnioskuję, że nie byli z nimi bardzo związani. Wiem, że i dla niektórych moich znajomych ich chrzestni (zna ktoś synonim tego słowa? Denerwuje mnie to powtarzanie, a nie umiem go zastąpić…) to tylko figury, nic nieznaczące nazwiska w akcie chrztu. Mnie się jednak udało. Można powiedzieć, że moi rodzice dokonali dosyć typowego wyboru: na matkę chrzestną wybrali siostrę taty, na ojca brata mamy. Do dziś mam z obojgiem świetny kontakt. Nie mają własnych dzieci, ale zapewne nie tylko dlatego zawsze o mnie pamiętają, choć dzieli nas naprawdę wiele kilometrów. Zresztą z wzajemnością. U mojego męża sytuacja jest nieco bardziej złożona. Byliśmy jednak zgodni, że rodzicami chrzestnymi Księżniczki powinny zostać osoby, które zechcą być ważną częścią jej życia jeszcze przez długie lata, nie tylko w dniu sakramentu.

Wybór od początku był trudny, ponieważ nie mamy ani rodzeństwa, ani kuzynostwa. Posiadamy za to wielu sprawdzonych przyjaciół. Od początku było wiadomo, że to spośród nich będziemy wyłaniać „drugą parę rodziców” dla naszego potomstwa. Na jakiej podstawie jednak zdecydować, że X będzie lepszym kandydatem od Y? Czy tak się w ogóle da? Braliśmy pod uwagę kilka kryteriów, oczywiście w formie dyskusji, a nie castingu  8-) . Oto one:

  1. Osobowość. Jeżeli ktoś nie lubi dzieci, nie chce ich mieć i nie znosi spotkań rodzinnych, to obarczanie go taką funkcją po prostu mija się z celem. Uszczęśliwianie kogoś na siłę zwykle nie kończy się dobrze.
  2. Status związku. Kandydaci na rodziców chrzestnych muszą dostarczyć zaświadczenie z parafii o braku przeciwwskazań do podjęcia tej roli. Nie dostaną go np. osoby rozwiedzione i/lub żyjące w związkach niesakramentalnych (przyznaję, że nie do końca się zgadzam z tą polityką, ale cóż). Mogą co prawda zostać tzw. świadkami chrztu, ale to jednak nie to samo… a szkoda.
  3. Sytuacja rodzinna i materialna. Nie, nie, nie jesteśmy cyniczni ani wyrachowani. Nie patrzymy na to, że X zarabia więcej od Y, dlatego będzie ją czy go stać na droższe prezenty. Moja wyobraźnia nie sięga nawet w tej chwili tak daleko, żeby się zastanawiać, co i kiedy mała od kogo dostanie.  Działa to natomiast w drugą stronę: jeżeli X (przykład czysto teoretyczny, zmyślony na poczekaniu) ma troje swoich dzieci, dwoje chrześniaków i w dodatku zarabia najniższą krajową, to obarczanie jej dodatkowym (choć przecież dobrowolnym) zobowiązaniem wydaje nam się nie w porządku. Czy się to komuś podoba, czy nie, bycie chrzestnym wiąże się przecież z wydatkami – nawet jeśli niewielkimi i w istocie przyjemnymi, to jednak regularnymi. Patrzyliśmy też na to, czy ktoś nie ma już dziecka lub chrześniaka w wieku bardzo zbliżonym do naszej córy, żeby nie zbiegły się np. dwie komunie w jednym roku albo, co gorsza, w tym samym dniu.
  4. Nasze wzajemne relacje. Ten punkt właściwie powinien być na początku. Nie chcieliśmy dla Księżniczki chrzestnego (chrzestnej), który(a) jest naszym przyjacielem tylko z nazwy, a wspólne kontakty ograniczają się do smsów na święta. Mój tata dał się kiedyś namówić jednemu z kolegów z pracy na bycie ojcem chrzestnym jego syna. Od początku czuł, że to kiepski pomysł, ale chyba głupio mu było odmówić; bądź co bądź, jest to w pewnym sensie zaszczyt. Jako taki kontakt z rodzicami chrześniaka mieli przez pierwszy rok. Potem tamci przestali odbierać telefony albo odwoływali umówione spotkania. Nigdy nie mieli czasu. Tata w końcu dał za wygraną – nie wiem, może niesłusznie. Kilka lat później otrzymał zaproszenie na komunię z żądaniem (tak to brzmiało!) kupna roweru górskiego. Pamiętam, że zamiast niego kupił zegarek i zaproponował, że do roweru się dorzuci. Nie mam pojęcia, jak to się skończyło, sama na tę uroczystość nie pojechałam. Oczywiście od tamtej pory znowu nie mają kontaktu. Nie chcę takich chrzestnych dla mojego dziecka, jak również nie chcę być rodzicem, który będzie ich traktował jak bankomat.

I wreszcie aspekt materialny. Wiecie co? Wkurza mnie ten przerost formy nad treścią, zwłaszcza jeśli chodzi o przyjęcia i prezenty komunijne. O ile lubię same imprezy związane z sakramentami lub np. czyimiś okrągłymi urodzinami, to uważam, że ich organizacja leży wyłącznie w gestii rodziców lub w przypadku dorosłych – samych zainteresowanych. Nigdy nie miewam za złe, jeśli ktoś mnie nie zaprosił – to jego sprawa. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie rozliczać moich gości z tego, jakie prezenty wręczyli. Nawet głupio mi cokolwiek im sugerować, kiedy pytają (choć to akurat robię, bo jeśli już mają wydać pieniądze, to faktycznie czasem lepiej coś podpowiedzieć, żeby wszyscy mieli z tego satysfakcję). Ostatnio wyczytałam w Internecie, że np. gość weselny powinien włożyć w kopertę przynajmniej tyle, żeby się zwróciło „za talerzyk”. My braliśmy ślub 10 lat temu, wtedy chyba się o tym nie mówiło, a przynajmniej nie tak głośno. Naszymi gośćmi w połowie byli rówieśnicy w wieku studenckim, dla których już sam przyjazd z różnych krańców kraju stanowił nie lada wydatek. Nie wyobrażałam sobie żądać od nich jakiejkolwiek kwoty, a już tym bardziej wyliczonej. Brr… Do tej pory uważam, że jeśli kogoś zapraszam (na chrzest, urodziny, ślub albo niedzielną kawkę u mnie w domu), to po prostu chcę, żebyśmy razem miło spędzili czas; pragnę pokazać, że ta osoba jest kimś ważnym w życiu naszej rodziny. Nigdy nie zastanawiam się, czy ktoś w ogóle coś przyniesie, a tym bardziej co to będzie. (Chyba że ciotka J. przyjeżdża z paczką większą od niej samej, wtedy ciekawość bierze górę ;) ). Kiedy sami z P. gościmy na cudzych imprezach, dajemy tyle, ile możemy. Nie skąpimy, ale też nie przekraczamy znacznie domowego budżetu, bo zwyczajnie nas na to nie stać. Nie potrafilibyśmy się zadłużyć tylko po to, żeby pokazać niewidzianej od dekady gałęzi rodziny, że ciotka z wujkiem mają gest. Na dłuższą metę nie płyną z tego żadne korzyści…

Jeżeli ktoś z Was wybiera się na chrzciny Księżniczki, to mam prośbę: kupcie ładną pamiątkę. Albo zróbcie sami. Napiszcie od siebie kilka słów. Myślę, że w przyszłości będzie to dla niej ważniejsze od setek gadżetów. Jeśli chcecie włożyć coś w kopertę – pewnie, przyjmiemy. I na pewno wydamy na dziecko. Nie jest to jednak dla nas najważniejsze i nikogo z niczego nie będziemy rozliczać… no, może poza Waszą obecnością, na którą szczerze liczymy :) .

Talula Tańczy Hawajskie Hula, czyli okołochrzcielne rozważania o imionach

Aby opowiedzieć Wam, jak wpadliśmy na imię naszej Księżniczki, muszę cofnąć się pamięcią o kilkanaście lat. Byliśmy wtedy z P. parą od roku, może dwóch. Na pewno chodziliśmy jeszcze do liceum. Mieliśmy taki swój cotygodniowy niedzielny rytuał: szliśmy razem do kościoła, a potem na spacer. Któregoś razu przechodziliśmy obok sklepu z akcesoriami dla dzieci. Na wystawie wisiała brązowa polarowa bluza z kapturem, do którego doszyto „niedźwiadkowe” uszka. P. zauważył ją pierwszy. Pociągnął mnie w stronę witryny, wskazał ubranko i powiedział, że będziemy musieli takie kupić naszemu dziecku. Mój jeszcze-nie-mąż był wtedy na takim etapie, kiedy twierdził, że małżeństwo to tylko zbędny papierek, a rodzina jest mu do niczego niepotrzebna, więc podobne stwierdzenie w jego ustach było dla mnie szokiem. Może to śmieszne, ale ta misiowa bluza stała się symbolem pewnego przełomu. Właściwie od tamtej niedzieli zaczęliśmy na dobre planować wspólną przyszłość. Widzieliśmy w niej oczywiście dzieci. Początkowo mówiliśmy o trojgu, w tym przynajmniej dwojgu biologicznych, ale życie – jak wiecie choćby z bloga – zweryfikowało te marzenia…

Bawiło nas też wymyślanie imion dla naszych maluchów. O dziwo łatwiej było z męskimi: od razu ustaliliśmy, że chłopiec będzie Tomkiem albo Bartkiem i trzymamy się tego do dzisiaj. Oboje mamy drugie imiona i chcieliśmy je nadać także pociechom. Tu też nie było problemu: córka miała otrzymać drugie imię po mamie P., syn po moim tacie. Spieraliśmy się za to, jak nazwać dziewczynkę. P. proponował Agnieszkę – po koleżance, o którą byłam (niesłusznie) zazdrosna, więc odpadło. Podobnie było z Magdaleną (akurat tej baby to do tej pory nie dzierżę; jeżeli to czytasz, franco jedna, to wiedz, że nie zapomnę Twoich telefonów do mojego męża w środku nocy ani Twojej postawy na naszym ślubie, na który nieproszona przylazłaś). Z kolei imiona proponowane przeze mnie nie odpowiadały mojej drugiej połówce. Kiedy wreszcie udało nam się ustalić jedną wersję, to okazało się, że musimy ją zmienić… Nasi bliscy znajomi stracili córeczkę o wybranym przez nas imieniu i byłoby niezręcznie, gdybyśmy swoją nazwali tak samo. Na obecne imię Księżniczki wpadliśmy już po rozpoczęciu drogi adopcyjnej. Obojgu dobrze się ono kojarzy – mnie z dawną przyjaciółką z harcerstwa, mężowi z dobrą znajomą z pracy.

Tak naprawdę zawsze chcieliśmy, żeby nasze dzieci miały normalne imiona. Niekoniecznie najbardziej popularne, ale na pewno nie wydziwione. Moja mama mawiała, że jeśli dziewczynka jest ładna i bystra, to choćby miała na imię Gryzelda, poradzi sobie w życiu; ale jeśli ta Gryzelda będzie zezowata, pulchna i niezbyt lotna, to imię dodatkowo ją pogrąży. Dlatego za nic w świecie nie nazwałabym maleństwa Dżesiką ani Brajanem, skoro z tych imion śmieje się pół Internetu. W rodzicielstwie jak za kółkiem – obowiązuje zasada ograniczonego zaufania do pozostałych użytkowników świata; trzeba myśleć nie tylko za siebie, ale i za innych. Byłam kiedyś świadkiem, jak nauczycielka podstawówki ustawiała klasę w parach i upominała jednego z niesfornych uczniów: Denis do przodu, Denis stój. A dzieci, jak to dzieci, przedrzeźniały: Penis do przodu, Penis stój… Nie znałam ani tego chłopca, ani jego rodziców, więc nie oceniam. Ta sytuacja jednak dała mi do myślenia w kontekście imienia dla mojego dziecka. I chociaż w liceum wygłupiałyśmy się z E., tworząc listę najdziwniejszych możliwych imion i upierając się, że tak będą się nazywały nasze dzieci, to żadna z nas nie brała tego na serio. Oczywiście nie wolno wyśmiewać nikogo ze względu na jego imię, wygląd, pochodzenie czy cokolwiek innego, ale wychowanie sobie, a presja grupy sobie. Nie chciałabym świadomie dawać otoczeniu powodu do naigrywania się z mojego dziecka. To tak jak z zostawianiem portfela na środku ręcznika plażowego, kiedy idzie się popływać. Niby prawo jest po mojej stronie, bo nikt nie ma prawa kraść… ale po co ułatwiać złodziejowi życie?

Nie wiem, czy skojarzyliście tytuł dzisiejszego wpisu. Talula Tańczy Hawajskie Hula (oryg. Talula Does The Hula From Hawaii) to prawdziwe imię dziewczynki z Nowej Zelandii. Na szczęście jakiś mądry sędzia nakazał rodzicom jego zmianę jeszcze zanim mała weszła w wiek dojrzewania. Niby z jednej strony fajnie, że w niektórych krajach można nazywać dzieci, jak się chce, ale  z drugiej… chyba nie wszyscy powinni mieć taką możliwość.

Wracając jednak do głównego wątku… imię naszej córki – nadane już urzędowo, a niedługo także w trakcie chrztu – zostało więc ustalone niemal dwa lata temu. Potem porzuciliśmy ten temat razem z marzeniami o niemowlęciu; spodziewaliśmy się dziecka starszego i uznaliśmy, że jeżeli tylko będzie się nazywać jakoś zwyczajnie, to zostawimy mu jego imię. Adopcja noworodka pozwoliła jednak na samodzielny wybór imienia. Najlepsze, że pomiędzy TYM telefonem a poznaniem małej nawet o tym nie rozmawialiśmy… było za dużo innych spraw do przedyskutowania. I dopiero po drodze do szpitala, kiedy pani A. zapytała o imię dziecka, potwierdziliśmy, że będzie właśnie takie, jak planowaliśmy. Zresztą świetnie pasuje do naszej Księżniczki i mamy nadzieję, że będzie się jej podobało (chociaż to chyba rzadkość; ja na przykład nie cierpię swojego imienia, a zwłaszcza jednego z popularnych zdrobnień – a przecież moi rodzice wybrali dla mnie takie, które według nich było najpiękniejsze).

A jak jest z imionami Waszych pociech? Kto wymyślał i kiedy?

Do czego przygotował nas ośrodek adopcyjny?

Zgodnie z zapowiedzią wracam do tematu OA. Dzisiejszy post także stanowi pewne podsumowanie, dlatego dla stałych czytelników bloga raczej nie będzie niczym nowym. Liczę jednak, że zaglądają tu również osoby rozpoczynające proces adopcyjny i mam cichą nadzieję, że takie resume im się przyda.

Co nam dała procedura w ośrodku adopcyjnym?

POZNANIE INNYCH OSÓB W PODOBNEJ SYTUACJI

Nieprzypadkowo zaczynam nie od kwestii merytorycznych, tylko od czynnika ludzkiego. Słyszałam o przypadkach szkoleń indywidualnych i powiem Wam, że chociaż na pewno są one wygodne dla kandydatów ze względów organizacyjnych, to według mnie nie dają tyle, ile konfrontacja z kilkoma innymi małżeństwami także czekającymi na adopcyjne rodzicielstwo. W naszej grupie kursowej było 7 par. Dzięki spotkaniu z nimi wreszcie poczuliśmy, że nie jesteśmy sami ani dziwni; że wokół nas są osoby takie jak my, o podobnych pragnieniach, obawach i oczekiwaniach. Trafiła nam się też po prostu sympatyczna grupa. Do tej pory mamy ze sobą kontakt, co jest nieocenionym darem przede wszystkim już po adopcji, kiedy można wzajemnie dzielić się doświadczeniami wczesnego rodzicielstwa. Na pewno na początku szkolenia nie wszystkim łatwo przychodzi otwarcie się przed obcymi ludźmi, ale ten stres mija, kiedy inni kursanci przestają być obcy 8-) .

 ZROZUMIENIE POCZUCIA STRATY

Chwała Bogu, że nasz ośrodek nie kazał nam na siłę przeżywać żałoby po nieistniejącym dziecku biologicznym, bo i takie historie krążą po sieci. Pozwolił natomiast na uświadomienie sobie, co tracimy, nie będąc rodzicami naturalnymi (nienawidzę tego określenia), ale też przede wszystkim, z czym musi zmierzyć się dziecko oderwane od korzeni. Problemu straty dotyczyły jedne z początkowych zajęć na kursie i chyba w ich trakcie po raz pierwszy poważnie pomyślałam, że może dałabym radę adoptować dziecko starsze, pamiętające swój rodzinny dom.

OSWOJENIE POTENCJALNEGO ZAGROŻENIA

Jeżeli właśnie myślicie o przysposobieniu dziecka i tak jak my kiedyś chcecie się do tego przygotować, to zapewne dużo czytacie. Odwiedzacie fora internetowe, zaglądacie do publikacji naukowych i nie tylko, studiujecie artykuły w sieci. Prezentowany w nich obraz adopcji jest często tak cukierkowy, że aż mdli (wiem, wiem, tak jak u mnie na blogu; ale co ja poradzę, że Księżniczka jest idealna? Kiedy pojawią się problemy, to też na pewno o nich napiszę) albo odwrotnie – przypomina scenariusz horroru. Panie z OA kazały nam przeczytać „Zranione dzieci, uzdrawiające domy” i „Wychowanie zranionego dziecka”. Opisane tam historie naprawdę mrożą krew w żyłach… Po lekturze tych lub podobnych pozycji człowiek czuje się zbombardowany FASem, RADem, ADHD, autyzmem i szeregiem innych obciążeń. Zaczyna sobie wyobrażać, że każde dziecko kierowane do adopcji ma wszystkie te schorzenia, a samo przysposobienie przypomina raczej heroiczną walkę niż normalne rodzicielstwo. Dzięki dobrze przygotowanym zajęciom na kursie kandydaci mają szansę, mówiąc potocznie, oswoić temat. Słyszałam, że niektóre ośrodki w ogóle pomijają podczas szkoleń kwestie zaburzeń więzi lub powikłań poalkoholowych, jakby udając, że one nie istnieją. My otrzymaliśmy jednak rzeczowe informacje i porady, głównie dzięki prowadzącej posiadającej doświadczenie w pracy z dzieckiem z tymi przypadłościami.

SAMOPOZNANIE

Brzmi idiotycznie, prawda? Zwłaszcza że na adopcję decydują się przeważnie ludzie dojrzali (w naszej grupie szkoleniowej średnia wieku wynosiła około 30 lat), z przynajmniej kilkuletnim stażem małżeńskim. Pamiętam, że kiedy szliśmy na pierwsze testy psychologiczne, mąż stwierdził, że jest ciekawy, czego dowie się sam o sobie. W naszym przypadku żadnej rewolucji nie było, ale na pewno te wszystkie badania pozwoliły na zweryfikowanie swojej koncepcji rodzicielstwa poprzez uświadomienie sobie wzorców wyniesionych z domu i porównanie ich z oczekiwaniami wobec siebie jako rodzica. Nasz ośrodek szczegółowo omawiał wyniki dopiero podczas końcowej kwalifikacji i przyznam Wam, że zgadzam się z każdym słowem, które padło na temat męża i mój. Ba! Obszar, który w moim przypadku wypadł najsłabiej (choć wciąż w granicach normy) daje o sobie znać również w mojej pracy zawodowej. Owszem, te testy bywają uciążliwe, są tam setki pytań, które w dodatku się powtarzają (nie wiem, jak było lub będzie u Was, ale mnie to strasznie irytowało… zwłaszcza zadawane za KAŻDYM razem pytanie o to, dlaczego chcemy adoptować dziecko; bałam się, że jeśli któreś badanie pokryje się z moim PMS, to wykrzyczę po prostu: „BO TAK!!!”  :twisted: ), ale zdecydowanie pomagają w lepszym zrozumieniu siebie jako ludzi i nawzajem jako małżonków.

SPRAWY ORGANIZACYJNE

Podczas jednej z pierwszych rozmów z pedagogiem zostałam zapytana, czego się boję w kontekście adopcji. Wśród oczywistych rzeczy wymieniłam także biurokrację, której szczerze nie cierpię. Jeśli ktoś z Was pracował w szkole, to wie, że na 45 minut przy tablicy przypada przynajmniej drugie tyle papierologii. A jeśli wykonujecie inny zawód, to też pewnie macie do czynienia z raportami, których nikt nie czyta albo z milionem tabelek, które na dłuższą metę niczego nie wnoszą. W każdym razie podzieliłam się swoimi obawami z panią z OA, która wzruszyła tylko ramionami i powiedziała, że nie ma pojęcia, o czym ja mówię, bo całą dokumentacją zajmuje się ośrodek. I tak było w istocie. Zostaliśmy bardzo gładko przeprowadzeni przez wszystkie formalności. Ośrodek pomógł nam w napisaniu wniosku o przysposobienie, a o terminie rozprawy dowiedzieliśmy się telefonicznie od pani kierowniczki jeszcze zanim sąd zdążył wysłać wezwanie.

Myślę, że część osób na samym początku drogi adopcyjnej zadaje sobie pytanie, na cholerę im ten cały kurs; przecież zdrowi ludzie rodzą dzieci bez żadnego teoretycznego przygotowania i większość jest świetnymi rodzicami. My chyba aż takich wątpliwości nie mieliśmy, ale momentami nie czuliśmy się komfortowo, tłumacząc się pracownicom OA z prywatnego życia. Jednak teraz, będąc już „po wszystkim”, mawiamy czasem, że podobne przeszkolenie przydałoby się również co niektórym rodzicom biologicznym. Może wtedy mniej byłoby takich „matek Madzi”…

Kim powinien być ojciec w życiu córki?

Ojciec Agaty pewnego dnia przyłożył jej nóż do policzka i oznajmił, że jeżeli mu się sprzeciwi, to w każdej chwili może ją oszpecić na resztę życia. Kiedy już jako dorosła kobieta umówiła się ze znajomym, usłyszała w domu, że najwidoczniej swędzi ją krocze. Rodzina miała założoną niebieską kartę, ale przed pracownikami MOPSu czy policji tatuś udawał idealnego, dumnego ze swojej córki. Ponieważ nie bił, trudno było mu cokolwiek udowodnić.

Milena pochodzi z małej wioski. Ojciec nigdy nie zaakceptował jej decyzji o pójściu na studia. Oczekiwał od niej poślubienia chłopaka z sąsiedztwa i podjęcia pracy w lokalnym spożywczaku. Przez pięć lat studiów nie dostała od niego ani grosza; był przekonany, że bez jego pieniędzy szybko porzuci marzenia i wróci do domu. Tak się jednak nie stało. Milena zdobyła wyższe wykształcenie, pracuje w zawodzie, a z ojcem nie utrzymuje żadnych kontaktów, podobnie zresztą jak jej młodsza siostra.

Podczas wesela Pauliny ojciec wziął ją na stronę i zakomunikował, że teraz, kiedy się w pełni usamodzielniła i założyła własną rodzinę, może w końcu odejść od jej matki i zacząć nowe życie u boku o połowę młodszej kochanki. Następnego dnia się wyprowadził. Rodzice Pauliny byli małżeństwem od 30 lat; przez cały czas wierzyła, że udanym. Świeżo upieczona żona, zamiast cieszyć się miesiącem miodowym, musiała wyciągać mamę z depresji.

Wszystkie powyższe historie są autentyczne, zmieniłam tylko imiona bohaterek. Znam te dziewczyny, widziałam, co przeżywały. I kiedy myślę dzisiaj o swoim tacie, tylko upewniam się w przekonaniu, że urodziłam się we właściwej rodzinie. Mój ojciec był (i jest) dla mnie tym, kim powinien, a nawet więcej:

- opiekunem,

- towarzyszem zabaw,

- przyjacielem i powiernikiem sekretów,

- nauczycielem (matematyki, fizyki, literatury, muzyki, gotowania, pływania, jazdy na rowerze, obsługi komputera i miliona innych rzeczy!)

- lekarzem (jako dziecko wierzyłam, że potrafi wyleczyć wszystkie choroby świata, nie tylko stłuczone kolano),

- osobistym szoferem (mieliśmy kupione za grosze zabytkowe volvo; uwielbiałam nim jeździć!),

- sponsorem (do tej pory zachodzę w głowę, skąd brał pieniądze na moje zachcianki…),

- adwokatem,

- głosem rozsądku, co tym trudniejsze, że sam jest roztrzepany.

Od urodzenia prowadził mnie za rękę i czasem mam wrażenie, że wciąż to robi. Pisałam o tym zresztą rok temu przy okazji tego samego święta. Owszem, bywa, że mnie strasznie wkurza. Nie denerwuje, tylko właśnie wkurza. Podejmuje pochopne decyzje. Kiedy coś sobie wymyśli, to nie ma siły, która odwiedzie go od realizacji tej koncepcji bez względu na to, czy ona w ogóle jest logiczna. Idę o zakład, że gdyby postanowił na przykład za kilka miesięcy polecieć w kosmos, to by to zrobił. W zeszłym roku udał się w podróż na drugi koniec Europy, będąc w takim stanie zdrowia, że normalny człowiek leżałby w domu i czekał na śmierć, więc wiem, co mówię. Bywa, iż nie liczy się z moimi planami, oczekując, że rzucę dla niego wszystko tu i teraz. Ma do tego pełne prawo, w końcu przez ponad 30 lat on robił to samo dla mnie; po prostu z trzymiesięcznym dzieckiem w domu nie jest to takie łatwe, jak mu się wydaje. Mimo tego wiem, że nie mogłabym mieć lepszego ojca. Zawdzięczam mu to, kim dzisiaj jestem. Wszystko.

Mój mąż nie miał tyle szczęścia. Przez wiele lat brakowało mu wzorca, dlatego bał się, czy sam będzie dobrym tatą. Sądzę, że Księżniczka nie ma co do tego wątpliwości. Robi przy niej wszystko, zauważa każdy krok rozwojowy, bez przerwy ją fotografuje lub filmuje. Stał się specjalistą od dziecięcych gadżetów i metod wychowawczych. Kiedy wczoraj wróciłam z zakończenia roku szkolnego i beczałam jak bóbr, czytając liściki od mojej – pożegnanej właśnie na zawsze – ukochanej klasy, ochrzanił mnie, że płaczę za cudzymi dziećmi, zamiast zająć się własnym :).

Znajomi czasem pytają, czy nie boję się zostawiać małej z ojcem, kiedy wychodzę np. do pracy. Koleżanki opowiadają, jak ich mężowie brzydzili się zmieniania pieluch albo bali się przebrać malucha. Nawet pani z ośrodka podczas ostatniej wizytacji nazwała P. nowoczesnym tatą, gdy usłyszała, jak zajmuje się Księżniczką. „Nie nowoczesny, tylko normalny” – skomentował później sam zainteresowany. Taka normalność zdecydowanie nam obu z córcią odpowiada. Malutka śmieje się do swojego ojca, szarpie go za brodę i zasypia w jego ramionach. Cudowny obrazek…

Obu Tatusiom – mojemu i Księżniczkowemu – życzę miłego Dnia Ojca. Wam, drodzy Czytelnicy bloga, również. Obyście zawsze mogli być dumni z Waszych dzieci: biologicznych, adopcyjnych i zastępczych, a nawet tych na czterech łapach, jeśli takowe posiadacie.

Czego nie powie Wam ośrodek adopcyjny?

Jesteśmy już po rozprawie. Czekamy na uprawomocnienie postanowienia sądu i nowy akt urodzenia Księżniczki. Można więc powiedzieć, że nasza oficjalna współpraca z OAO dobiega końca. O tym, jak ona przebiegała, pisałam od samego początku istnienia tego bloga. Dzisiaj zajmę się kwestiami, których… nie było.

Od razu zaznaczam, że treścią ani celem tego wpisu nie jest oczernianie naszego ośrodka, bo też nie mamy ku temu żadnych powodów. Przeszliśmy ciekawy, wartościowy merytorycznie kurs, krótko czekaliśmy na dziecko i otrzymaliśmy propozycję nie tylko zgodną z oczekiwaniami, ale można powiedzieć, że je przewyższającą. Od początku mieliśmy też dostęp do wszystkich informacji o córeczce, którymi ośrodek dysponował. W trakcie całej, łącznie prawie dwuletniej procedury, pojawiły się może ze dwie sytuacje, które pozostawiły niewielki niesmak; pisałam o nich na bieżąco, nie ma sensu powtarzać. Dzisiejszy tekst zamieszczam jako pewne uzupełnienie, głównie z myślą o tych z Was, którzy dopiero rozważają adopcję lub są na początku drogi. Jest oparty o doświadczenia nasze oraz znajomych z innych OA.

Czego zatem nie powie Wam ośrodek adopcyjny?

PO OTRZYMANIU PROPOZYCJI DZIECKA MACIE PRAWO DO SKRAJNYCH EMOCJI

Podczas jednego ze spotkań kursowych prowadząca opowiadała o parze, której zaproponowano zdrowe, śliczne maleństwo. Para podobno zareagowała szeregiem wątpliwości i poprosiła o czas do namysłu. Do dziś pamiętam, że pani, która o tym mówiła, wydawała się zdziwiona taką postawą. Uchylę Wam teraz rąbka tajemnicy: u nas było niemal identycznie. Nieważne, ile się czeka na telefon. Nieważne, czy ma się już gotowy pokoik i odłożone pieniądze na wyprawkę, czy też nie. TEN telefon zawsze jest szokiem, a natłok wiadomości o dziecku przyprawia o zawrót głowy. I nie ma w tym nic dziwnego, że pomimo 100 pozytywnych informacji o maleństwie uczepicie się akurat tej jedynej negatywnej i zaczniecie ją wyolbrzymiać. Ani w tym, że zaczniecie sobie zadawać pytania, na które wydawało Wam się, że dawno już znacie odpowiedzi (na przykład o to, co z Waszym życiem zawodowym albo kto w razie potrzeby pomoże Wam w opiece nad pociechą). To normalne, że macie wątpliwości i że radość przeplata się z paniką. Dajcie sobie czas na ochłonięcie i przemyślenie wszystkiego, zanim podejmiecie najważniejszą decyzję w Waszym (i być może dziecka!) życiu.

PROPOZYCJA MOŻE NIE ODPOWIADAĆ WASZYM OCZEKIWANIOM

Ta kwestia jest niełatwa do opisania, tym bardziej, że my akurat nie przeżyliśmy takiej sytuacji. Nie znaczy to niestety, że należą one do rzadkości. Dlaczego tak się dzieje? Ośrodek adopcyjny jest zobowiązany do szukania rodziców dzieciom z podległego sobie rejonu. To ich dobro stanowi priorytet, dlatego do każdego malucha próbuje się dopasować rodzinę. Jest to trudne dla obu stron, chociaż zdecydowanie bardziej traumatyczne dla kandydatów, którzy nierzadko długo i boleśnie przeżywają odmowę przyjęcia konkretnego dziecka (albo, co gorsza, godzą się na propozycję wbrew sobie, co może być katastrofalne w skutkach). Czasami zdarza się, że chociaż profil dziecka nieznacznie odbiega od oczekiwań potencjalnych rodziców, to po zapoznaniu się z nim odrzucają wcześniejsze wątpliwości i świadomie, z pełnym przekonaniem decydują się na adopcję. Słyszałam też – i to z pierwszej ręki – o takich przypadkach, kiedy np. parze czekającej na jedno zdrowe dziecko do 3. roku życia zaproponowano niepełnosprawne rodzeństwo w wieku szkolnym, a odmowę potraktowano jako obrazę majestatu i wykluczono owo małżeństwo z kolejki na długi czas – czyli ludzi po podwójnej traumie pozostawiono bez wsparcia, za to z wyrzutami sumienia. Mam nadzieję, że takich ośrodków w Polsce nie ma wielu. Wspomniana sytuacja dotyczy akurat koleżanki z innego województwa, szczegółów nie podam, żeby nikogo nie uprzedzać. Wiem jednak, że i w naszym OA zdarzają się dzieci – wybaczcie określenie – „trudno adoptowalne” i ośrodek już podczas podejmowania próby znalezienia im rodziny w pewnym sensie spodziewa się porażki. Myślę, że najistotniejsza jest tutaj empatia pracowników i zrozumienie tego, co przeżywają ludzie po drugiej stronie biurka.

MACIE PRAWO ODMÓWIĆ PRZYJĘCIA DZIECKA

O tym oczywiście ośrodki (chyba wszystkie) informują już na wstępie, ale niektóre straszą konsekwencjami: znacznym wydłużeniem czasu oczekiwania, koniecznością podjęcia terapii lub przejścia dodatkowych szkoleń etc. W naszym przypadku jedna z pań już na początku procedury powiedziała, że po ewentualnej odmowie trzeba dać sobie czas na uporanie się z własnymi emocjami – i z tym się jak najbardziej zgadzam. Pewnie istotny jest też powód odmowy; co innego, gdy ktoś nie decyduje się na adopcję np. dziecka chorego i w dodatku o wiele starszego, niż deklarowano przy kwalifikacji, a co innego, gdy para nagle okazuje się niegotowa na przyjęcie choćby takiej naszej Księżniczki. Kiedyś wyczytałam na Bocianie (to taka dygresja, bo w końcu użytkownicy forum to nie OA), że jeśli ktoś w ogóle bierze pod uwagę, że odmówi po otrzymaniu propozycji, to nie nadaje się na rodzica. Absolutnie tak nie uważam. Wiadomo, że dziecko to nie przedmiot i chyba nikt, kto uzyskał kwalifikację, nie odmawia z błahego powodu typu niezgodny z marzeniami kolor oczu szkraba. Ja na przykład wiem, że nie dałabym sobie rady z maluchem o znacznym stopniu niepełnosprawności, wymagającym kosztownego i bardzo systematycznego leczenia. Myślę natomiast, że takiemu dziecku o wiele lepiej byłoby chociażby w większym mieście, gdzie jest lepszy dostęp do lekarzy i może w zamożniejszej rodzinie, która pełniej zaspokoiłaby jego potrzeby. I nie ma to nic wspólnego z tym, że gardzę chorym smykiem albo się nim brzydzę, bo to nieprawda. Jedna z pań na szkoleniu porównała  adopcję do małżeństwa: mało kto w dzisiejszych czasach decyduje się na ślub z partnerem, co do którego nie jest przekonany. Oczywiście nie wiadomo, co przyniesie przyszłość; partner może odejść, dziecko zachorować. Jednak do budowania trwałej więzi od samego początku potrzebna jest choć minimalna dawka chemii i zaufania. Jeżeli jej nie ma, to moim zdaniem lepiej nie zaczynać.

WSZYSTKO, CO POWIECIE W OŚRODKU, MOŻE BYĆ UŻYTE PRZECIWKO WAM

No dobra, trochę straszę. Przecież ośrodkom nie chodzi o to, żeby Was łapać za słówka i za wszelką cenę wyszukiwać w Was wady. Wręcz przeciwnie! Na podstawie własnego doświadczenia wiem jednak, że pracownicy OA rozmawiają o kandydatach również za ich plecami – i nie zawsze są to komentarze życzliwe. Tego właśnie dotyczył jeden z tych nielicznych zgrzytów we współpracy z ośrodkiem, o których wspomniałam we wstępie. Przyznaję, jest to taka gorzka piguła, która do tej pory stoi mi w gardle – bo okazuje się, że kiedy człowiek wychodzi z roli interesanta w instytucji, a staje się sobą, to czasem nieświadomie odkrywa jakieś słabości, które potem mogą zostać wytknięte i to całkiem oficjalnie. Uczciwie muszę jednak przyznać, że sami jesteśmy sobie winni, może od kilku wypowiedzi należało się zwyczajnie powstrzymać. Jeżeli poczuliście się nieswojo, to na uspokojenie dodam, że mimo wszystko lubimy kontakt z paniami z OAO i większość spotkań z nimi przebiegła w naprawdę przyjaznej atmosferze – choćby ostatnia wizytacja w domu, która miała charakter miłej rozmowy o funkcjonowaniu ośrodka, a nie np. tropienia ewentualnych błędów w opiece nad Księżniczką.

BIUROKRACJA, WSZĘDZIE BIUROKRACJA!

Na zakończenie wspomnę jeszcze o kwestii, którą znam również z własnego podwórka. Pracą ośrodka, jak wielu innych instytucji czy firm, rządzą statystyki, przez nas w szkole nazywane po prostu słupkami. Wam pewnie też nie są one obce bez względu na uprawiany zawód: wykonanie planu sprzedaży, wyniki egzaminów zewnętrznych, liczba przeprowadzonych transakcji itd. Czasem potrafią skutecznie odebrać radość z wymarzonej pracy. Pracownicy siedzą zagrzebani po uszy w dokumentach (pomnóżcie zawartość Waszej teczki przez liczbę osób na kursie, a to przecież tylko wierzchołek góry lodowej), a  z wyników swojej pracy są rozliczani przez wojewodę (jeśli się mylę, to niech mnie ktoś poprawi). Dzisiaj często się słyszy o rozwiązywaniu ośrodków adopcyjnych, dlatego tym ważniejsza jest skuteczność ich działania. Myślę, że trudno tutaj zachować balans pomiędzy indywidualnym i zwyczajnie ludzkim podejściem do kandydatów, a bezdusznymi zawodowymi formalnościami. A tego przecież my, kandydaci, oczekujemy przez całą naszą drogę do adopcji…

Rozpisałam się dzisiaj koszmarnie, ale jak widzicie, samych kwestii przemilczanych przez ośrodki nie ma wiele. Może następnym razem dla równowagi opiszę to, do czego nas ośrodek przygotował?

Czekanie nasze codzienne. O ośrodku i nie tylko

Jakiś czas temu mieliśmy drugą wizytację z ośrodka. Już dawno miałam o niej napisać, ale na plan pierwszy wysunęły się pieskie sprawy. Tak à propos – Reksio nadal jest z nami i niestety wciąż bez zmian… Od jutra zaczyna brać leki. Jeśli one nie zadziałają, to naprawdę zrobię z niego mielone. Reflektuje ktoś?

O czym to ja… a no tak, wizytacja. Tym razem była u nas inna pani z OA, zresztą przesympatyczna i bardzo przez nas lubiana. Czuliśmy się raczej jak podczas odwiedzin ukochanej cioci albo bliskiej kuzynki, niż formalnego spotkania z urzędnikiem. I tylko skrupulatne notatki odnośnie rytmu dnia Księżniczki, czynione na bieżąco przez naszego gościa, przypominały o rzeczywistym celu wspólnych pogaduszek. Co ciekawe, ważne było nawet to, ile córcia je i czy przyjmuje jakieś lekarstwa. Przy okazji otrzymaliśmy kilka praktycznych porad od bardziej doświadczonej mamy – na przykład taką, żeby witaminę D kupować w kropelkach, a nie wyciskanych kapsułkach. Swoją drogą (że tak sobie pozwolę na dygresję) polecam preparat ze specjalną pompką dozującą; można go podawać dziecku bezpośrednio do buzi, ale bez ryzyka zadławienia się osłonką kapsułki, jeśli ta przypadkiem wypadłaby z ręki któremuś z rodziców.

Poza rozmową o Księżniczce odbyły się oczywiście oględziny mieszkania i, z tego co doszło do moich uszu podczas parzenia kawy, P. po raz kolejny miał okazję opowiedzieć o naszych planach odnośnie remontu pokoiku córeczki. Póki co na planach niestety się kończy, bo oszczędności przelaliśmy – dosłownie i w przenośni – na wyprawkę,  ale mamy już pewien koncept, jak sfinansować metamorfozę Księżniczkowej komnaty. Będzie trzeba troszkę poczekać, jednak cierpliwość ma w tym przypadku wszelkie szanse popłacić.

Wizytacja przebiegła i zakończyła się w miłej atmosferze. Mamy nadzieję, że kolejnym krokiem okaże się już sprawa o przysposobienie, choć na nią z kolei się nie zanosi. Łapię się na tym, że przy każdym wejściu do domu zaglądam do skrzynki pocztowej… ostatnio robiłam tak jeszcze jako nastolatka, czekając na list od ukochanego. Kto wie, czy rozczarowanie z powodu braku upragnionej koperty tym razem nie jest jeszcze gorsze. Dzwoniłam do sądu – wstyd przyznać ile razy (tak właściwie od ilu połączeń w ciągu doby zaczyna się stalking? ;) ) – ale bezskutecznie, ciągle zajęte. Nadal więc nic nie wiemy.

I ciągle czekamy.