Category: Droga po szczęście

Nasza droga adopcyjna, czyli od pierwszych kroków w ośrodku aż do…

Jasne strony początków macierzyństwa

Dzisiaj z okazji mojego pierwszego Dnia Matki robię sobie samej prezent w postaci bardzo optymistycznego wpisu, jak zresztą sam tytuł sugeruje.

- Wiesz co? W zasadzie to niewiele się w naszym życiu zmieniło, odkąd mamy Księżniczkę – skonstatował ostatnio P.

Zapewne nie bez znaczenia pozostaje fakt, że wypowiedział te słowa, siedząc wieczorem na kanapie z pilotem do telewizora w jednej ręce i szklanką tonicu w drugiej ;) . Niemniej doskonale rozumiem, co miał na myśli. Córcia wrosła w naszą rodzinę tak naturalnie, jakby się w niej urodziła (tak, wiem, powtarzam się). Nie oznacza to, że nic nas nie zaskoczyło, przeważnie zresztą na plus.

I właśnie na tych radosnych niespodziankach teraz się skupię.

Po pierwsze – ludzka życzliwość. Spotkaliśmy się z tak pozytywnymi reakcjami otoczenia, że czasami aż trudno w nie uwierzyć. Właściwie nie ma dnia, żeby ktoś do nas nie napisał albo nie zadzwonił z pytaniem, czy czegoś nie potrzebujemy. Propozycje dotyczą zarówno rzeczy materialnych (np. huśtawki albo krzesełka do karmienia), jak i doraźnej pomocy w wyprowadzeniu psa (C., pamiętam!) lub popilnowaniu małej, a nawet… wyciągnięcia któregoś z nas na kawę czy piwo, żebyśmy nie zapomnieli o istnieniu życia pozadzieciowego. Dostaliśmy tyle przepięknych prezentów, że czasami żartujemy z P., iż gdybyśmy otworzyli komis, to bylibyśmy ustawieni do końca życia. To wszystko jest tym wspanialsze, że sami o nic nie prosiliśmy ani niczego nie oczekiwaliśmy.

Po drugie – wysypianie się. Za wszystkie czasy! Przez kilka dób zaraz po przywiezieniu Księżniczki faktycznie chodziłam jak zombie, bo mój organizm nie był przyzwyczajony do nocnych pobudek. Na szczęście bardzo szybko weszłam w rytm, a właściwie wszyscy troje weszliśmy. Nasza pociecha nie jest pod tym względem szczególnie wymagająca, w nocy budzi się raz albo dwa na karmienie i spokojnie zasypia. Dzisiaj – chyba z okazji Dnia Matki – po raz pierwszy przespała całą noc. Poza tym nie muszę codziennie zrywać się rano do pracy, dlatego poranki są po prostu spokojniejsze.

Po trzecie – życie z niemowlakiem. Naprawdę wierzyłam, że noworodek w domu oznacza permanentne zmęczenie i mieszkanie tonące w niepozmywanych garach, tonach ubrań do prania oraz dziecięcej kupie. Tymczasem okazuje się, że na wszystko mam czas. No, może bez przesady – nie jestem jedną z tych idealnych matek-blogerek, co to pracują na pełen etat, chodzą na fitness, yogę, shopping modowy i regularnie do kosmetyczki, ich domy błyszczą jak u Rozenek, a przy tym oczywiście mają zdrowe i szczęśliwe dzieci. Nic z tych rzeczy! Paznokcie malowałam ostatnio dwunastego marca, a fryzjerka pewnie najchętniej ganiałaby mnie z nożycami jak w starej piosence. Karnet na siłownię też poszedł się paść, podobnie jak plany obejrzenia w kinie jednego z ostatnich filmów. Nie zmienia to jednak faktu, że w mieszkaniu dawno nie miałam tak czysto (czytaj: od zeszłego lata; w normalnym roku szkolnym rzadko znajdowałam czas na generalne porządki), ciągle piekę ciasta, widuję się ze znajomymi, a przy tym chodzę na długie spacery z córeczką, biegam z nią po lekarzach i bawię się na ulubionej macie. Korzystam, póki mogę, bo kiedy mała zacznie raczkować, to będę musiała mieć oczy dookoła głowy i zapewne skończy się rumakowanie. Póki co jednak tylko picie ciepłej kawy nadal mi nie wychodzi. Księżniczka jest zresztą jak dotąd dzieckiem idealnym – zdrowym, pięknie się rozwijającym i spokojnym, a jej uśmiech powoduje, że oboje z mężem dosłownie się  roztapiamy. I nie tylko my.

Po czwarte – choć chronologicznie pierwsze – tempo. Po październikowej kwalifikacji spodziewaliśmy się półtorarocznego czekania na dwuletniego malucha. Tymczasem pięć miesięcy później zostaliśmy rodzicami kruszynki, która dopiero zaczęła otwierać oczka. Od telefonu do zabrania Księżniczki ze szpitala minęło zaledwie sześć dni. Po kolejnych dwóch miesiącach mamy za sobą prawie wszystkie badania lekarskie i można powiedzieć, że czekamy już tylko na rozprawę. Mam nadzieję, że odbędzie się już wkrótce i że nie wypadnie akurat w te dwa czerwcowe dni, kiedy mój mąż ma wyjechać w delegację.

I wreszcie po piąte – choć nie jestem pewna, czy to rzeczywiście plus – obieg informacji. Często powtarzam uczniom, że świat jest mały, a nasze miasto jeszcze mniejsze. Teraz sama tego bardzo mocno doświadczam. Już przynajmniej kilka razy zdarzyło się, że ktoś z dalekich znajomych zaczepił mnie na ulicy z gratulacjami z powodu adopcji córeczki. A na pytanie, skąd wie, odpowiadał zwykle, że od żony kuzyna szwagra tej Agnieszki, co się rozwiodła z marynarzem – lub coś w tym stylu. Jest to miłe i nieco zatrważające jednocześnie, bo jednak nigdy nie wiadomo, dokąd te informacje zabrną. Blog blogiem, w końcu sama Wam tu to wszystko opisuję, ale mówię teraz o ludziach, którzy znają nasz adres, numery telefonów i widzieli Księżniczkę na żywo. Zresztą póki gratulują, to jeszcze pół biedy, gorzej gdy zaczynają wypytywać. Nie wiem dlaczego, ale mnóstwo osób jest ciekawych, skąd mamy córkę – to znaczy konkretnie z jakiej miejscowości, z którego szpitala i kim była matka biologiczna. Strasznie mnie te pytania krępują, bo zawsze mam wrażenie, że odmowa odpowiedzi jest czymś niegrzecznym, a przecież nie będę całemu światu zdradzać pierwotnej tożsamości mojego dziecka… Sama pamięć o nas i płynące zewsząd gratulacje są jednak naprawdę miłym gestem.

Póki co to tyle, choć pewnie życie (tzn. Księżniczka) jeszcze nie raz nas pozytywnie zaskoczy!

A Wam, Kochane Mamy, życzę radosnego i wzruszającego święta. Pięknych laurek, z serca recytowanych wierszyków, miliona buziaków i przytulasków od Waszych pociech. Pamiętajcie, że wbrew internetowym mądrościom jesteście wspaniałe i dobrze wychowujecie swoje dzieci; żadne z nich nie mogłoby mieć lepszej matki!

Rodzicielskie prawa Murphy’ego

W mojej głowie kiełkują dwa poważne wpisy. Jeden niestety bardzo smutny, drugi na szczęście wręcz przeciwnie. Dzisiaj jednak pozwolę sobie na małą odskocznię i opiszę rodzicielskie zmagania w krzywym zwierciadle.

Na początek błyskawiczny i bardzo łatwy quiz.

  1. Największe prawdopodobieństwo awarii odkurzacza występuje:

a)      W czasie rutynowych porządków;

b)      Przy okazji doraźnego sprzątania np. pokruszonej psiej karmy albo rozsypanego cukru;

c)      Podczas generalnego odkurzania tuż przed wizytą pani z OAO.

Kto zaznaczył odpowiedź C? Brawo! Wygraliście darmowy dostęp do dalszej części wpisu ;) Znajdziecie w niej listę rodzicielskich praw Murphy’ego – czyli tego, co zawsze idzie źle, jeżeli tylko może nie pójść dobrze.

  1. Kiedy po oporządzeniu dziecka i posprzątaniu mieszkania zaparzysz sobie kawę i wreszcie usiądziesz, maleństwo na pewno wyrazi palącą potrzebę dolewki mleka, zmiany pieluchy, przytulenia, przeniesienia w inne miejsce albo po prostu Twojego towarzystwa. Bez kawy rzecz jasna.
  2. Jeżeli odkładasz pieniądze na jakiś drogi gadżet lub inny potrzebny sprzęt dla potomka i wreszcie udaje Ci się go kupić, możesz mieć pewność, że kilka dni później stanieje o 50% albo koleżanka zaproponuje Ci identyczny po swojej pociesze, prawie nieużywany – za darmo.
  3. Myśli w rodzaju „o, córcia usnęła, mogę umyć okna w salonie” działają jak telepatyczna pobudka. Serio.
  4. Liczysz na to, że dziadkowie podczas odwiedzin troszkę rozładują maluchowi baterie, żeby potem dłużej spał? Pozbądź się złudzeń. Dziecko prześpi całą wizytę krewnych i obudzi się tuż po ich wyjściu. Na dobre.
  5. Reguła znana chyba każdej matce: prawdopodobieństwo zrobienia kupy przez niemowlaka wzrasta o 50% zaraz po założeniu świeżutkiej pieluszki i o kolejne 40% tuż po ubraniu po zęby na spacer w zimny dzień.
  6. Gdy rejestrujesz dziecko do kilkorga lekarzy specjalistów, do których są strasznie długie kolejki, licz się z tym, że oni wszyscy będą mieli wolny termin tego samego dnia i to o zbliżonej porze. A następny za kolejne pół roku.
  7. Jeśli kupiłeś łóżeczko z wyjmowanymi szczebelkami i cieszysz się, że tak wygodnie można je wyciągnąć, to znaczy, że Twoje dwumiesięczne dziecko bez trudu wykopie te szczebelki nóżką, więc i tak będzie trzeba je przytwierdzić na stałe.
  8. Jeżeli reklama jakiegoś produktu dziecięcego głosi, że sprawdza się u 99% maluchów, to Twoje dziecko na bank należy do tego 1%.
  9.  Kiedy jesteś niewyspany/a i przeziębiony/a jednocześnie i wracasz właśnie do domu obładowany/a zakupami jak wielbłąd, marząc tylko o gorącej herbacie i ciepłej kąpieli, na pewno spotkasz po drodze tę wścibską babę z bloku obok, która koniecznie będzie musiała się dowiedzieć, jakim cudem macie dziecko bez ciąży i czy to aby na pewno Wasze. W wersji dla rodziców biologicznych sąsiadka zapyta pewnie, czy maleństwo jest karmione piersią i niezależnie od odpowiedzi będzie chciała wiedzieć, dlaczego robicie mu taką krzywdę.
  10. Jeżeli nadchodzi jakaś ważna uroczystość i od tygodnia planujesz, w co ubierzesz dziecko, a potem pieczołowicie przygotowujesz i zakładasz cały strój – maluch właśnie wtedy zwymiotuje całą zawartość butelki na swoje nowe ciuchy, Twoje nowe ciuchy… i nową narzutę też.

Jestem ciekawa, czego według Was brakuje na powyższej liście :)

Rodzinka przy świątecznym stole

Znacie to powiedzenie, że goście sprawiają radość dwa razy: kiedy przychodzą i kiedy wychodzą? Coś w tym jest, chociaż ten pierwszy element cieszy nas o niebo bardziej. Od adopcyjnych narodzin Księżniczki bez przerwy ktoś nas odwiedza i co chwilę zapowiadają się nowe osoby. Oczywiście, jest to nieco męczące (bo przecież trzeba posprzątać, upiec ciasto, a jeśli przybysze są z daleka, to i podać obiad), ale radość ze spotkania wynagradza wszystko z nawiązką. Tym bardziej, że nasza córcia ma taką moc przyciągania, iż przywiodła do nas dawno niewidzianych przyjaciół z różnych zakątków kraju, od Bałtyku po stolicę.

Również w Święta nie obyło się bez gości, tym razem tych z najbliższej rodziny. Trochę się obawialiśmy o logistykę – no bo wiadomo: szczekający na wszystko pies, absorbujące dziecko, przygotowywanie i podawanie jedzenia, a do tego jeszcze rodzice obojga z nas – co prawda nastawieni wobec siebie życzliwie, ale też żyjący na co dzień w zupełnie innych światach i, co gorsza, mający całkowicie przeciwne poglądy polityczne, więc o punkt zapalny bardzo łatwo. Dziś już mogę powiedzieć, że zdaliśmy ten egzamin śpiewająco. Jedzenie było pyszne, rodzinka się dogadywała, Reksio połknął na raz upuszczony przeze mnie kawał ciasta i nie zdechł, czyli cud, miód i orzeszki. Tylko Księżniczka na złość odwiedzającym przespała dokładnie cały wielkanocny obiad. Dziadkowie byli nieco rozczarowani, ale aż miło się patrzyło, kiedy stali wokół jej leżaczka, nie mogąc oderwać od niej wzroku. Specjalnie wymieniliśmy baterie w aparacie, żeby uwiecznić pierwsze wspólne Święta, a tymczasem na zdjęciach widać grono przejętych dorosłych i drzemiącego w najlepsze bobasa. :) Tak czy inaczej będzie o czym opowiadać dziecku, a przecież o to w tym chodzi.

Zresztą nasza córa zdecydowanie jest księżniczką – i tak, jak niedawno sugerowała Izzy w komentarzu, jeśli mała zacznie marudzić, będę chyba musiała sprawdzać, czy pod materacyk nie zaplątało się ziarnko grochu. ;) Ma bowiem swoją czterokołową karocę, własną komnatę, królewskie łoże i służbę na każde zawołanie. Ostatnio oprócz „nakarm!” i „przewiń!” praktykuje również rozkaz „baw mnie!”, którego wykonanie potrafi nastręczać pewnych trudności, ale za to ile daje obopólnej satysfakcji, kiedy już się uda!

Korzystając z okazji, we czworo (P., Księżniczka, Reksio i ja) życzymy Wam radosnego świętowania w gronie najbliższych lub własnym… i ładniejszej pogody za oknem, bo póki co mamy Śnieganoc. Wesołego Alleluja!

WIZYTACJA Z OAO – czego się spodziewać?

Dzisiaj krótko i rzeczowo, z myślą o tych, którzy jeszcze czekają na TEN telefon lub są na innym z wcześniejszych etapów procedury.

Powierzając nam pieczę, sąd zaznaczył, że opiekę nad Księżniczką ma nadzorować ośrodek adopcyjny. W związku z powyższym personel OA umówił się z nami na wizytację. Odwiedziła nas pani kierowniczka. Obejrzała i pochwaliła pokoik małej i wypytała, jak się nią zajmujemy. Pytania były dosyć typowe: czym karmimy, gdzie śpimy, kto kąpie córeczkę. Mąż musiał też odpowiedzieć, czy jest jakaś czynność pielęgnacyjna, której by się nie podjął. Na szczęście takiej nie ma :) .

Spotkanie było też okazją do wyjaśnienia sobie nawzajem ewentualnych wątpliwości związanych ze współpracą z ośrodkiem. Muszę uczciwie przyznać, że pojawiło się tu po obu stronach kilka zgrzytów, ale wizyta zakończyła się w miłej atmosferze, więc jest nadzieja, że opinia o nas jednak będzie pozytywna ;) .

Uspokajam zatem czekających, że wizytację da się przeżyć. A my tymczasem czekamy na upływ magicznych 6 tygodni i dalszą część naszej procedury. Trzymajcie kciuki, żeby Księżniczka jak najszybciej była nasza również formalnie!

Jak to jest z tą zimną kawą, czyli o początkach (adopcyjnego) macierzyństwa

http://img2.dmty.pl//uploads/201510/1443711436_edhzyj_600.jpg

źródło: demotywatory.pl

Memy o macierzyństwie przedstawiają młode mamy jako wiecznie niewyspane, potargane, wycieńczone i pijące zimną kawę. Zawsze byłam ciekawa, ile jest w tym prawdy i z niekłamaną przyjemnością sprawdzam trafność tych obrazków empirycznie.

Oczywiście póki Księżniczka jest malutka, przez większość doby smacznie śpi, więc zapewne najtrudniejszy okres jeszcze przed nami. Jak długo mogę, delektuję się większą niż dotąd ilością wolnego czasu, która pozwala porządnie posprzątać mieszkanie i nadrobić kulinarne zaległości. Wieczorami padam na twarz, tym bardziej że noce przesypiam jakbym oglądała film na Polsacie (misterną fabułę rozprasza w kulminacyjnym momencie przerwa na reklamę karmienie), ale zdecydowanie jest to inny rodzaj zmęczenia, niż ten związany z pracą zawodową na pełnych obrotach.

Badanie zasadności memów jak dotąd przebiega więc w miarę bezboleśnie, a jedynym pochodzącym z nich znakiem, że zostałam matką, jest picie zimnej kawy. Nie wiem, czy córkę budzi dźwięk ekspresu (wątpię, zresztą jej pokoik jest daleko od kuchni), czy uwielbiany przeze mnie zapach parzonej kawusi (również mało prawdopodobne), czy jest to po prostu przypadek – ale ilekroć przygotuję sobie napój, Księżniczka domaga się uwagi. Kawę piję więc z reguły albo wystygłą, albo duszkiem, albo odgrzewaną. Może zabrzmi to dziwnie, ale taka sytuacja ma swój urok :)

Pewną (choć spodziewaną) nowością jest też dla mnie wykonywanie codziennych czynności na raty. Dotychczas, jeśli w porze obiadowej wchodziłam do kuchni, to wychodziłam z niej z gotowym posiłkiem. Obecnie zachowuję się trochę jak stary sklerotyk, który chadza po domu w tę i we w tę, powtarzając w kółko te same gesty. Przykładowo przyrządzanie zwykłego sosu do spaghetti wygląda następująco: Obieram i smażę cebulę – zaglądam do Księżniczki – dodaję mięso – zaglądam do Księżniczki – mieszam i doprawiam – zaglądam do Księżniczki – dorzucam pomidory – zaglądam do Księżniczki… – i tak aż do nałożenia na talerz skończonego obiadu, chyba że P. zdąży wrócić z pracy i mnie wyręczyć. A robi to bardzo chętnie, nawiasem mówiąc. Każdemu wejściu do domu towarzyszy niecierpliwe pytanie: „Gdzie moja córka?”, a potem ta dwójka dostaje wyczekiwany czas dla siebie.

Na bieżąco też śledzimy postępy naszej pociechy, czytając i oglądając co bardziej wartościowe pozycje dotyczące pierwszych miesięcy życia dziecka. Staramy się nie popadać w paranoję, jeżeli mała czegoś nie robi albo wykonuje inaczej, niż wynikałoby to z kalendarza rozwoju. Nie jest to wcale takie łatwe, jak mogłoby się wydawać. Nawet nie dlatego, że „dr Google” w każdym zachowaniu potrafi dostrzec dysfunkcję; na to już dawno się uodporniliśmy. Spieramy się natomiast na temat naszych własnych obserwacji; ja twierdzę, że P. pewne rzeczy bagatelizuje, on – że ja przesadzam. Ostatnio na przykład zastanawialiśmy się, czy Księżniczka wodzi spojrzeniem za różnymi przedmiotami, bo wedle wiedzy książkowej powinna. Ja utrzymywałam, że bodźce wzrokowe przyjmuje nazbyt obojętnie i że to może być Bóg-Wie-Co, mąż – że mała jest ciekawa świata i chętnie przygląda się nowym obiektom. No i kto ma rację? Bądź tu człowieku mądry i opiekuj się niemowlakiem…

Jedno mogę stwierdzić na pewno: jesteśmy szczęśliwi. Księżniczka weszła do naszej rodziny tak naturalnie, jakby się w niej urodziła. Księżniczka jest NASZĄ CÓRECZKĄ. Najnaszsiejszą na świecie!

Dylematy pracujących rodziców

Za oknami szaro i nieciekawie. Ma to związek z dzisiejszym wpisem, który również należy do smutniejszych. Otóż oboje chodzimy do pracy. P. rzecz jasna normalnie na cały etat, ja z kolei wzięłam urlop macierzyński tam, gdzie mi przysługiwał, czyli w jednej szkole. W drugiej nadal uczę, a Dyrekcja (celowo wielką literą) bez problemu poszła mi na rękę i tak ułożyła plan, żeby było nam jak najwygodniej.

Długo by tłumaczyć, dlaczego nie mogę zrezygnować z tej pracy, choć powody nie są trudne do odgadnięcia. Jestem poza domem przez 12 godzin w tygodniu, a Księżniczka ma na ten czas zapewnioną świetną opiekę. Pewnie, że serce pęka, kiedy ją zostawiam, ale wiem też, że nie dzieje jej się krzywda, zresztą większą część tego czasu przesypia.

O całej tej sytuacji wiedzieliśmy wcześniej i byliśmy na nią (przynajmniej do pewnego stopnia) przygotowani, więc to nie na nią chcę narzekać. Radzimy sobie całkiem nieźle. Kiedy jesteśmy w domu, całą uwagę skupiamy na córeczce (no prawie, bo jeszcze pies… ;) ).

Praca jest jedyną kwestią, o którą spieramy się z naszym ośrodkiem. Ogólnie rzecz ujmując, jesteśmy z niego bardzo zadowoleni – i z kursu, i z podejścia personelu, i z tego, w jaki sposób organizuje samą adopcję. Niestety mamy czasem wrażenie, że zawodowo pracownice OA żyją w zupełnie innym świecie. Takim, gdzie za kilka godzin pracy zarabia się ogromne pieniądze i można brać sobie wolne, kiedy się chce. A przynajmniej tego panie oczekują od nas. Z jednej strony wymagają zapewnienia dziecku godnych warunków materialnych, włącznie z prywatną opieką medyczną – i to akurat nie dziwi, w końcu takie są potrzeby naszych pociech, ale z drugiej strony chyba liczą, że pieniądze na to wszystko wygramy w totka albo znajdziemy na ulicy.  Dwukrotnie byłam wypytywana o tę moją jedną szkołę, za każdym razem przy użyciu tych samych pytań – tak jakby ktoś chciał mnie nakryć na kłamstwie. Nie wiem, co się miało okazać? Że tyram na dwa etaty przez 7 dni w tygodniu, a Księżniczka leży przez ten czas sama w łóżeczku? Z kolei od P. żąda się brania urlopu za każdym razem, kiedy ośrodkowi akurat się coś przypomni. Na tłumaczenia, że nie otrzymał wolnego, panie reagują argumentem, że nie zależy nam na dziecku i nikt nie będzie robił dla nas wyjątków.

Naprawdę, chce się płakać, kiedy się coś takiego słyszy. Rodzice, którym zależy na dziecku, muszą być przede wszystkim odpowiedzialni. Nie jest sztuką sprzeciwić się szefowi albo niefrasobliwie rzucić robotę. Myślę, że każdy ma czasem ochotę to zrobić. Tylko co potem? P. wykorzystał już cały urlop na żądanie i sporo zwykłego, kiedy jeździliśmy do Księżniczki i załatwialiśmy sprawy urzędowe. Dla mnie to zrozumiałe, że przełożeni mają tego dosyć. Jak widać, chyba jednak jesteśmy w tym osamotnieni, bo według ośrodka tylko my robimy problemy. I rzekomo praca jest dla nas ważniejsza od dziecka.

Co o tym myślicie? A jak to było u Was?

Galeria okołoadopcyjnych postaci

Kilka dni temu byłam z Małą Księżniczką na pierwszej wizycie u lekarza. Oczywiście zdarzyło się małe opóźnienie, więc w poczekalni mamy umilały sobie czas rozmową. Wszystko szło idealnie, dopóki wymiana doświadczeń nie zeszła na temat porodu. Siedziałam zatem w samym oku cesarkowo-rozwarciowo-skurczowego cyklonu, modląc się w duchu, żeby nikt nie zapytał mnie, jak rodziłam. Kłamać nie umiem, nie lubię i nie chcę, ale nie czuję też potrzeby wtajemniczania obcych w nasze rodzinne sprawy. Na szczęście cudem kolejka utyskiwań mnie ominęła.

Nieco inna refleksja towarzyszyła mi w drodze do domu: czego właściwie się wystraszyłam? Oceny kilku osób, których prawdopodobnie już nigdy nie spotkam? Przecież większość ludzi reaguje przewidywalnie – do tego stopnia, że można ich na potrzeby niniejszego wpisu nieco zaszufladkować i przyporządkować do określonych kategorii. Niektóre z nich pasują także do rodzicielstwa biologicznego.

Poniższą listę potraktujcie proszę z mocnym przymrużeniem oka, zwłaszcza jeśli sami się na niej odnajdujecie. Jakoś przecież zareagować trzeba… Pewnie siebie też mogłabym gdzieś tam przypisać, więc się nie gniewajcie. :)

ALFRED HITCHCOCK – najczęściej jest dalekim znajomym o bujnej wyobraźni. Ogląda horrory, thrillery, programy informacyjne i „Trudne sprawy”, dzięki czemu jest przekonany, że adoptowane dziecko okaże się mutantem o patologicznych genach, który w pijackim szale zarąbie siekierą matkę, ojca, psa, ekspedientkę z Żabki i byłą żonę Waldka spod 10, choć tej ostatniej to akurat nie żal, bo to zła kobieta jest. Jednym słowem w dniu poznania Waszego dziecka ma już ułożony scenariusz oscarowego dreszczowca.

AS WYWIADU – sąsiad, przeważnie starszy o minimum dwie dekady od świeżo upieczonych rodziców. Wie wszystko o wszystkich, a jeśli nie wie, to tym gorzej dla zainteresowanych. Po adopcji rozmawia o dziecku konspiracyjnym szeptem nawet w jego obecności. Koniecznie wypowiada dwa zdania, kto wie, być może będące jakimiś zaszyfrowanymi komunikatami: „Nikt nie musi wiedzieć, że jest adoptowane” oraz „Już dawno wiedziałem, że coś jest nie tak, skoro tyle lat po ślubie nie macie dzieci”. As Wywiadu często uprawia też osiedlowy monitoring, więc mimo wszystko warto żyć z nim w zgodzie.

BOB BUDOWNICZY – przyjaciel rodziny, ewentualnie wujek lub dziadek maleństwa. O nic nie pyta, niczego nie komentuje, za to składa. Najpierw gratulacje, a potem łóżeczko. Odwiedza młodych rodziców z torbą ubranek w jednej ręce i skrzynką narzędzi w drugiej. W zębach trzyma kluczyki od auta, cedząc przez nie coś w stylu: „gybysie poszeoali, fo ja fas wszezie safioze”. Na wieść o tym, że trzeba zrobić dziecku jakieś badania w stolicy województwa, wyciąga ogromny plan miasta i zaznacza trasę niczym wojskowy strateg przed bitwą. Kiedy zakłopotana mama lub tata próbuje go lekko przystopować, odpowiada (już bez kluczyków w zębach): „Dobra jest, damy radę!”

EWA DRZYZGA – bliska znajoma, ale jeszcze nie przyjaciółka. Odwiedza młodych rodziców w pierwszym możliwym terminie. Jest zafascynowana tematem adopcji. Dopytuje o emocje, procedurę, historię dziecka, reakcje otoczenia. Zadaje pytania raz mamie, raz tacie, zachowując przy tym idealne proporcje, jak gdyby chciała dobrze wykorzystać czas antenowy. Uważnie słucha, rzadko się wtrąca, a jeśli już, to oferuje konkretne wsparcie. W gruncie rzeczy jest to bardzo miłe, o ile taką Ewę Drzyzgę ma się w otoczeniu jedną albo dwie. Odpowiadanie piętnasty raz w ciągu weekendu na pytanie „jak się czujesz w nowej roli?” powoduje uporczywe deja vu, a w skrajnych przypadkach może budzić agresję niewyspanego rodzica adopcyjnego.

KSIĘŻNICZKA DISNEYA – koleżanka z pracy mamy albo taty lub inna bliska znajoma. Wzruszenie odbiera jej mowę, a przynajmniej zdolność wypowiadania się pełnymi zdaniami. Wydaje z siebie liczne „ochy” i „achy”, okraszając je obficie łzami. Kiedy wreszcie odzyskuje jako taką równowagę, nazywa rodziców adopcyjnych aniołami, do których okazane dobro na pewno powróci. Następnie lituje się nad „biedną uroczą kruszynką”, by potem snuć sielankowe wizje jej przyszłości w nowej rodzinie. Wycierając opuchnięte oczy, zapewnia jeszcze, że zawsze można na nią liczyć – i zwykle nie jest to pusta deklaracja.

MATKA POLKA – to dosyć ciekawy typ. Ma dzieci biologiczne, przysposobieniem nigdy dotąd się nie interesowała, więc teraz dopytuje. Wyraża święte oburzenie na wieść o tym, że ona również musiałaby przejść kurs w OA, gdyby chciała adoptować. Przecież urodziła, wychowuje, zatem to ona powinna takie szkolenia prowadzić. Dziecko to dziecko, potrzebuje cyca lub pełnej butelki i świeżej pieluchy, żadna filozofia. Testy psychologiczne i tzw. USG domu uważa za marnotrawienie czasu – bo skoro jej pociechy do tej pory żyją i biegają po mieszkaniu, to znaczy że mają ku temu warunki i emocjonalne, i lokalowe. E tam, fanaberie jakieś z tą adopcją, chyba jednak łatwiej jest urodzić.

PAN PREZES – przełożony w pracy, rzadziej ktoś z kręgu znajomych. Nie zadaje pytań, nie okazuje emocji. Rzeczowym i urzędowym tonem winszuje: „Gratuluję państwu. Niech się zdrowo chowa”, po czym odbiera niecierpiące zwłoki połączenie telefoniczne i zapomina, że w ogóle przed chwilą z kimś rozmawiał. No cóż, takie życie biznesmena.

WRÓŻ MACIEJ – w tej roli występują przeróżne osoby. Ich cechą wspólną jest to, że znają rodziców adopcyjnych lepiej, niż oni je. Na wieść o adopcji Wróż Maciej mówi „wiedziałem”. No oczywiście, że wiedział, skoro jest Wróżem. Postawienie tarota z fusów albo innego pasjansa na Windowsie XP pozwala mu też z całą pewnością stwierdzić, że z dziecka będzie wspaniała pociecha, a właściwie z dzieci, bo po adopcji to już na bank matka zajdzie w ciążę i urodzi biologiczne. On wie, że tak się dzieje. Cóż… skoro wie, to najlepiej go z tą (nie)wiedzą pozostawić.

WUJEK DOBRA RADA – przyjaciel lub krewny. Ma najszlachetniejsze intencje, nieba by przychylił dziecku i jego adopcyjnym rodzicom. Jest trochę podobną kategorią do Boba Budowniczego, ale bardziej wkurza (szczerze mówiąc, to jest jedyny typ z opisanych tutaj, który podnosi mi ciśnienie). Zwykle ma już dziecko – jeśli nie swoje, to przynajmniej w najbliższym otoczeniu. I dlatego sypie jak z rękawa receptami na wychowanie pociechy. Świeżo upieczeni rodzice w kilka minut dowiadują się, że źle trzymają malucha do karmienia, kupują za drogie mleko i za tanie pieluchy (albo na odwrót), wózek wybrali niewygodny, a łóżeczko nie powinno stać pod oknem. Czasem dziecko jeszcze nie zdąży zrobić pierwszej kupy w nowym domu, a Wujek Dobra Rada już wybierze mu przedszkole, szkołę i zapisze na balet. Na szczęście tylko teoretycznie, bo za praktykę matka i ojciec gotowi byliby udusić delikwenta. Delikatnych prób zwrócenia uwagi, żeby pozwolił rodzicom być rodzicami i wychowywać po swojemu, nie rozumie. Na bardziej stanowcze reaguje wielkim fochem. Najwyraźniej trzeba dać jemu i sobie czas na przyzwyczajenie się do nowej sytuacji.

A z jakimi reakcjami Wy się spotkaliście po adopcji lub narodzinach dziecka? Czy kogoś Waszym zdaniem pominęłam? Podzielcie się w komentarzach!

Preadopcja noworodka od strony formalnej

Księżniczka odsypia ciężką noc, a ja tworzę ten post z myślą o tych, którzy czekają na TEN telefon lub w ogóle myślą o przysposobieniu maleństwa.

Postaram się opisać początek procedury na naszym przykładzie. Wiem, że ośrodki nie działają identycznie, więc część procesów może się różnić w zależności od placówki. Do rzeczy.

Kiedy pani z OA zadzwoniła z propozycją dziecka, musieliśmy właściwie rzucić wszystko i jeszcze tego samego dnia pojechać do ośrodka. Tam zostaliśmy zapoznani z informacjami o córci – póki co w formie ustnej, bez wglądu w dane osobowe. Ponieważ był to piątek, dostaliśmy weekend na przemyślenie, czy chcemy poznać małą (dla porównania – inna para od nas z grupy pojechała do dziecka prosto z OA, więc tak też bywa). W poniedziałek rano potwierdziliśmy chęć spotkania z Księżniczką, a w południe już do niej pędziliśmy.

Kiedy zaakceptowaliśmy dziecko (przepraszam za ten urzędowy bełkot, koszmarne sformułowanie, ale próbuję pisać rzeczowo…), otrzymaliśmy wykaz dokumentów, jakie trzeba będzie złożyć w sądzie. Niby nic wymyślnego (nowe zaświadczenia o niekaralności, lekarskie o stanie zdrowia i z pracy o dochodach), ale okazało się, że zdobycie ich w półtora dnia nie było wykonalne. U mnie w szkole księgowa poszła na zwolnienie, a lekarz P. nie przyjmuje we wtorki, więc dwóch „papierków” nam zabrakło. Mimo tego podpisaliśmy w OA podanie o wszczęcie procedury przysposobienia oraz o powierzenie pieczy nad dzieckiem i następnego dnia zawieźliśmy je do sądu właściwego dla miejsca urodzenia dziewczynki.

Słyszałam różne wersje tego, jak wygląda sprawa o pieczę. W naszym przypadku była to merytoryczna i w gruncie rzeczy przyjemna rozmowa z sędziną, która upewniła się, że wiemy, w co się pakujemy :). Potem musieliśmy poczekać około półtorej godziny na wydanie postanowienia. Jego kopię zostawiliśmy następnego dnia w szpitalu, kiedy odbieraliśmy Księżniczkę. Na podstawie oryginału będę mogła uzyskać urlop macierzyński.

Od personelu oddziału neonatologii dostaliśmy  z kolei wszystkie wyniki badań córeczki, jej książeczkę zdrowia i cały plik skierowań. Zresztą już od pierwszej wizyty byliśmy tam traktowani jak rodzice małej (przez wszystkich poza jedną panią doktor, która najwyraźniej minęła się z powołaniem – ale cóż, trudno, takie typy są niestety w każdym zawodzie…).

Teraz oczywiście musimy odczekać ustawowe 6 tygodni i liczyć, że matka biologiczna stawi się przed sądem, żeby formalnie zrzec się praw do dziecka. Trudno powiedzieć, czy to nastąpi. Jeżeli nie, możliwych jest kilka scenariuszy (niekoniecznie czarnych), o których nie chcę jeszcze dzisiaj zbyt szczegółowo pisać.

Na zakończenie, jako bonus dla tych, którzy dobrnęli aż tutaj, opiszę pewną historyjkę o… podróży w czasie. Kiedy czekaliśmy na wydanie postanowienia o pieczy, aby nie tkwić bezczynnie na sądowych korytarzach, postanowiliśmy pójść na kawę. Spacerując po obcym mieście, trafiliśmy do baru o całkiem swojskiej nazwie. Pachniało w nim typową stołówką, a jego wnętrze zdecydowanie pamiętało czasy głębokiego PRL; wiszące na ścianie stare logo Coca-Coli wyglądało wręcz jak imperialistyczna prowokacja. W tle rozbrzmiewały przeboje Abby, Bee Gees i inne hity, przy których nasi rodzice bawili się na prywatkach. I nie tylko oni, bo średnia wieku obsługi również zdrowo przekraczała 50 lat. Za barem dostrzegłam ekspres do kawy – i to o dziwo zupełnie współczesny. Ponieważ w cenniku widniały tylko gołąbki, flaczki i tym podobne dobra, zapytałam grzecznie pani w białym czepku (kucharki? Barmanki? Kelnerki? Bufetowej?), jaką kawę mogę u niej wypić.

Pani: A nie, niestety nie.

Ja: Nie ma kawy?

Pani: No nie, nie.

P.: To poprosimy dwie herbaty.

Pani: Ale kartą i tak pan nie zapłaci.

P.: Nie szkodzi, może być gotówka.

Pani: Ale pani pytała o kartę.

Ja: O KAWĘ. KA-WĘ. Pytałam, jaką mają państwo KAWĘ.

Pani: Aaaa, no bo ja myślałam, że chce pani płacić kartą, a u nas nie można. A kawę mamy, tak.

Ja: Jaką?

Pani: A jaką pani chce!

I tu następuje punkt kulminacyjny: naiwnie sądziłam, że bufetowa uruchomi ekspres, z którego popłynie choćby zwyczajne latte. Nic z tych rzeczy!!!  Kobieta otworzyła wiszącą szafkę (tak, tak, taką jak macie w kuchni… albo raczej, sądząc po designie, Wasze babcie) i zaprezentowała dumnie…  trzy słoiki z kawą, zapewne kupione w najbliższym markecie. Triumfalnym głosem zapytała:
- Rozpuszczalna Nescafe, Sypana Jacobs czy kawa Premium?

Bałam się pytać, co oznacza to „Premium”. Poprosiłam grzecznie o rozpuszczalną z mlekiem, którą otrzymałam… niestety nie w szklance z koszyczkiem (to byłaby wisienka na torcie!), ale za to w takim zwykłym przezroczystym kubku z uszkiem. Została nalana od serca, prawie „z górką” i tak mocna, że pomimo kilku nieprzespanych nocy nie dałam rady jej wypić. Co ciekawe, w miarę zbliżania się pory obiadowej w barze przybywało klientów, a serwowane porcje ładnie pachniały i były naprawdę solidne. To wszystko razem tworzyło niesamowity klimat, który na pewno będziemy z P. jeszcze długo i miło wspominać.

A jeżeli Księżniczka zapyta kiedyś, co robiliśmy, czekając na nią – kto wie, może zaczniemy opowieść od wizyty w tej knajpce. :)

Pierwsza audiencja u Małej Księżniczki

Pojechaliśmy do szpitala we troje: pani A. z ośrodka, P. i ja jako kierowca. Nie zapamiętałam niczego z tej drogi, nie umiałam jej później odtworzyć w głowie. Nie wiem, jak się znaleźliśmy na parkingu. Od rana nie mogłam nic przełknąć i dokuczał mi ból brzucha.

Położna zaprosiła nas do pokoju dla odwiedzających i po chwili przywiozła łóżeczko ze sporym tobołkiem, z którego wynurzała się mała, czarna główka. P. zareagował pierwszy, witając dzidzię jakimś żartobliwym pozdrowieniem.  Ja nie mogłam wydobyć z siebie słowa. Nie umiem opisać tamtych uczuć i to wcale nie ze względu na ich intensywność.  Nie trafił mnie grom z jasnego nieba, nie rozpłakałam się, nie zemdlałam… ale też nie zwątpiłam ani przez moment, że patrzymy na naszą córkę. Po prostu. Ponad wszelką wątpliwość była i jest NASZA. Na pytanie, co czułam, odpowiedziałabym chyba, że… pewność. Jedyne, o co się obawiałam, to reakcja męża. Czy będzie się wahał? On jednak powiedział tylko jedno zdanie, zresztą w swoim stylu i to nawet nie do mnie, tylko do pracownicy OA: „Plan jest taki: pani zagaduje personel, a my po cichutku wynosimy małą i jedziemy z nią do domu”. Oczywiście nic takiego nie nastąpiło, ale kiedy chwilę później zostaliśmy zapytani, co postanawiamy, mąż odparł, że decyzja zapadła już w trakcie naszej pierwszej wizyty w ośrodku.

I tak oto, choć jeszcze nie formalnie, zostaliśmy rodzicami Małej Księżniczki, która właśnie ucina sobie drzemkę w swojej karecie.

Łatwo się domyślić, że córcia ma za sobą niełatwą przeszłość (jak to w ogóle brzmi w odniesieniu do noworodka!!!) i pewnie długo jeszcze będziemy drżeli o jej zdrowie i rozwój. Żadna z tych obaw jednak nie miała wpływu na nasze postanowienie. Właściwie najtrudniejsze z tego wszystkiego było skompletowanie wyprawki. Nastawialiśmy się na starsze dziecko, w dodatku dopiero za przynajmniej kilka miesięcy. W domu nie mieliśmy NICZEGO. W dwa dni, jednocześnie pracując i załatwiając preadopcyjne formalności, musieliśmy wyposażyć się we wszystko, czego potrzebuje kilkudniowa dziewczynka. Poszło nam nieźle, choć w mieszkaniu panuje chaos (a ja piszę, zamiast sprzątać, ale to inna sprawa).

A, i jeszcze jedno. Mimo początkowych obaw mój mąż się zakochał. Wpadł na amen.Tatuś córeczki.

Trzy dni po pierwszym spotkaniu z Księżniczką mogliśmy ją już zabrać do domu… ale o tym następnym razem :)

Po drugiej stronie telefonu…

Zaczynałam ten wpis kilka razy, ale nie umiem słowami oddać targających mną teraz emocji… Może kiedyś napiszę wiersz. A póki co zostawiam tekst w pierwotnym kształcie.

Prawie u celu porannej podróży autem  zorientowałam się, że nie mam zapiętych pasów. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło, więc pomyślałam, że dzień zaczyna się dziwnie. W najśmielszych marzeniach jednak nie przewidziałam, jak się skończy…

W przerwie między jedną a drugą szkołą zdążyłam jeszcze podjechać do sklepu. Spotkałam tam kolegę, który wraz z żoną odbywał warsztaty w OA w równoległej grupie. Wymieniliśmy się informacjami, z których wniosek był taki, że przyjdzie nam jeszcze dłuuugo czekać na dziecko. Gdybym wiedziała wówczas, że godzinę później zadzwoni TEN telefon, to… nie wypuszczałabym go z ręki. Ponieważ jednak niczego się nie spodziewałam, smartfon na czas lekcji powędrował do torebki.

Kiedy podczas przerwy odkryłam dwa nieodebrane połączenia z OA oraz wiadomość od męża, że mam szybko oddzwonić… nie dopuszczałam do siebie myśli, że to JUŻ. Uparcie próbowałam się domyślić, czego ośrodek może chcieć… i przez myśl mi nie przeszło, iż nasz czas oczekiwania właśnie się zakończył. Dopiero głos pani A. w słuchawce pozwolił mi zrozumieć, że jest dla nas propozycja. W dodatku pilna.

Na ostatniej lekcji nie mogłam się skupić, aż klasa zapytała, czy wszystko ze mną w porządku. Pewnie, że nie było w porządku. Nogi mi się trzęsły, gubiłam wątek, nie umiałam prosto zapisać tematu na tablicy. Emocje sięgały zenitu, a przecież nie wiedziałam jeszcze, co  panie dla nas przygotowały…

Chwilę po 15. byliśmy już w OA. Pracownice zapytały nas raz jeszcze o przedział wiekowy dziecka, które chcielibyśmy adoptować. Kiedy P. potwierdził, że deklarowaliśmy od 0 do 2 lat, usłyszeliśmy: „Mamy dla was właśnie takie „0”. Dziecko ma zaledwie kilka dni.” Do tej pory wydaje mi się to niewiarygodne, mimo że mała jest już z nami.

Panie zapoznały nas bardzo szczegółowo z kartą dziewczynki, podzieliły się wiedzą o jej pochodzeniu i kazały przez weekend przemyśleć, czy chcemy ją poznać. To były najdłuższe dwa dni w naszym życiu. Targały nami różne wątpliwości, czasem wywołujące zupełnie skrajne postawy – od „jedźmy po nią natychmiast” po „nie możemy adoptować tego dziecka”. Ostatecznie, jak łatwo się domyślić, zwyciężyła chęć zobaczenia małej…  A potem było już z górki!

O pierwszym spotkaniu opowiem następnym razem.  Przepraszam, że dziś taka sucha relacja, ale dalej próbuję ogarnąć własne uczucia. W każdym razie…

JESTEŚMY RODZICAMI!!!