Category: Droga po szczęście

Nasza droga adopcyjna, czyli od pierwszych kroków w ośrodku aż do…

WIZYTACJA Z OAO – czego się spodziewać?

Dzisiaj krótko i rzeczowo, z myślą o tych, którzy jeszcze czekają na TEN telefon lub są na innym z wcześniejszych etapów procedury.

Powierzając nam pieczę, sąd zaznaczył, że opiekę nad Księżniczką ma nadzorować ośrodek adopcyjny. W związku z powyższym personel OA umówił się z nami na wizytację. Odwiedziła nas pani kierowniczka. Obejrzała i pochwaliła pokoik małej i wypytała, jak się nią zajmujemy. Pytania były dosyć typowe: czym karmimy, gdzie śpimy, kto kąpie córeczkę. Mąż musiał też odpowiedzieć, czy jest jakaś czynność pielęgnacyjna, której by się nie podjął. Na szczęście takiej nie ma :) .

Spotkanie było też okazją do wyjaśnienia sobie nawzajem ewentualnych wątpliwości związanych ze współpracą z ośrodkiem. Muszę uczciwie przyznać, że pojawiło się tu po obu stronach kilka zgrzytów, ale wizyta zakończyła się w miłej atmosferze, więc jest nadzieja, że opinia o nas jednak będzie pozytywna ;) .

Uspokajam zatem czekających, że wizytację da się przeżyć. A my tymczasem czekamy na upływ magicznych 6 tygodni i dalszą część naszej procedury. Trzymajcie kciuki, żeby Księżniczka jak najszybciej była nasza również formalnie!

Jak to jest z tą zimną kawą, czyli o początkach (adopcyjnego) macierzyństwa

http://img2.dmty.pl//uploads/201510/1443711436_edhzyj_600.jpg

źródło: demotywatory.pl

Memy o macierzyństwie przedstawiają młode mamy jako wiecznie niewyspane, potargane, wycieńczone i pijące zimną kawę. Zawsze byłam ciekawa, ile jest w tym prawdy i z niekłamaną przyjemnością sprawdzam trafność tych obrazków empirycznie.

Oczywiście póki Księżniczka jest malutka, przez większość doby smacznie śpi, więc zapewne najtrudniejszy okres jeszcze przed nami. Jak długo mogę, delektuję się większą niż dotąd ilością wolnego czasu, która pozwala porządnie posprzątać mieszkanie i nadrobić kulinarne zaległości. Wieczorami padam na twarz, tym bardziej że noce przesypiam jakbym oglądała film na Polsacie (misterną fabułę rozprasza w kulminacyjnym momencie przerwa na reklamę karmienie), ale zdecydowanie jest to inny rodzaj zmęczenia, niż ten związany z pracą zawodową na pełnych obrotach.

Badanie zasadności memów jak dotąd przebiega więc w miarę bezboleśnie, a jedynym pochodzącym z nich znakiem, że zostałam matką, jest picie zimnej kawy. Nie wiem, czy córkę budzi dźwięk ekspresu (wątpię, zresztą jej pokoik jest daleko od kuchni), czy uwielbiany przeze mnie zapach parzonej kawusi (również mało prawdopodobne), czy jest to po prostu przypadek – ale ilekroć przygotuję sobie napój, Księżniczka domaga się uwagi. Kawę piję więc z reguły albo wystygłą, albo duszkiem, albo odgrzewaną. Może zabrzmi to dziwnie, ale taka sytuacja ma swój urok :)

Pewną (choć spodziewaną) nowością jest też dla mnie wykonywanie codziennych czynności na raty. Dotychczas, jeśli w porze obiadowej wchodziłam do kuchni, to wychodziłam z niej z gotowym posiłkiem. Obecnie zachowuję się trochę jak stary sklerotyk, który chadza po domu w tę i we w tę, powtarzając w kółko te same gesty. Przykładowo przyrządzanie zwykłego sosu do spaghetti wygląda następująco: Obieram i smażę cebulę – zaglądam do Księżniczki – dodaję mięso – zaglądam do Księżniczki – mieszam i doprawiam – zaglądam do Księżniczki – dorzucam pomidory – zaglądam do Księżniczki… – i tak aż do nałożenia na talerz skończonego obiadu, chyba że P. zdąży wrócić z pracy i mnie wyręczyć. A robi to bardzo chętnie, nawiasem mówiąc. Każdemu wejściu do domu towarzyszy niecierpliwe pytanie: „Gdzie moja córka?”, a potem ta dwójka dostaje wyczekiwany czas dla siebie.

Na bieżąco też śledzimy postępy naszej pociechy, czytając i oglądając co bardziej wartościowe pozycje dotyczące pierwszych miesięcy życia dziecka. Staramy się nie popadać w paranoję, jeżeli mała czegoś nie robi albo wykonuje inaczej, niż wynikałoby to z kalendarza rozwoju. Nie jest to wcale takie łatwe, jak mogłoby się wydawać. Nawet nie dlatego, że „dr Google” w każdym zachowaniu potrafi dostrzec dysfunkcję; na to już dawno się uodporniliśmy. Spieramy się natomiast na temat naszych własnych obserwacji; ja twierdzę, że P. pewne rzeczy bagatelizuje, on – że ja przesadzam. Ostatnio na przykład zastanawialiśmy się, czy Księżniczka wodzi spojrzeniem za różnymi przedmiotami, bo wedle wiedzy książkowej powinna. Ja utrzymywałam, że bodźce wzrokowe przyjmuje nazbyt obojętnie i że to może być Bóg-Wie-Co, mąż – że mała jest ciekawa świata i chętnie przygląda się nowym obiektom. No i kto ma rację? Bądź tu człowieku mądry i opiekuj się niemowlakiem…

Jedno mogę stwierdzić na pewno: jesteśmy szczęśliwi. Księżniczka weszła do naszej rodziny tak naturalnie, jakby się w niej urodziła. Księżniczka jest NASZĄ CÓRECZKĄ. Najnaszsiejszą na świecie!

Dylematy pracujących rodziców

Za oknami szaro i nieciekawie. Ma to związek z dzisiejszym wpisem, który również należy do smutniejszych. Otóż oboje chodzimy do pracy. P. rzecz jasna normalnie na cały etat, ja z kolei wzięłam urlop macierzyński tam, gdzie mi przysługiwał, czyli w jednej szkole. W drugiej nadal uczę, a Dyrekcja (celowo wielką literą) bez problemu poszła mi na rękę i tak ułożyła plan, żeby było nam jak najwygodniej.

Długo by tłumaczyć, dlaczego nie mogę zrezygnować z tej pracy, choć powody nie są trudne do odgadnięcia. Jestem poza domem przez 12 godzin w tygodniu, a Księżniczka ma na ten czas zapewnioną świetną opiekę. Pewnie, że serce pęka, kiedy ją zostawiam, ale wiem też, że nie dzieje jej się krzywda, zresztą większą część tego czasu przesypia.

O całej tej sytuacji wiedzieliśmy wcześniej i byliśmy na nią (przynajmniej do pewnego stopnia) przygotowani, więc to nie na nią chcę narzekać. Radzimy sobie całkiem nieźle. Kiedy jesteśmy w domu, całą uwagę skupiamy na córeczce (no prawie, bo jeszcze pies… ;) ).

Praca jest jedyną kwestią, o którą spieramy się z naszym ośrodkiem. Ogólnie rzecz ujmując, jesteśmy z niego bardzo zadowoleni – i z kursu, i z podejścia personelu, i z tego, w jaki sposób organizuje samą adopcję. Niestety mamy czasem wrażenie, że zawodowo pracownice OA żyją w zupełnie innym świecie. Takim, gdzie za kilka godzin pracy zarabia się ogromne pieniądze i można brać sobie wolne, kiedy się chce. A przynajmniej tego panie oczekują od nas. Z jednej strony wymagają zapewnienia dziecku godnych warunków materialnych, włącznie z prywatną opieką medyczną – i to akurat nie dziwi, w końcu takie są potrzeby naszych pociech, ale z drugiej strony chyba liczą, że pieniądze na to wszystko wygramy w totka albo znajdziemy na ulicy.  Dwukrotnie byłam wypytywana o tę moją jedną szkołę, za każdym razem przy użyciu tych samych pytań – tak jakby ktoś chciał mnie nakryć na kłamstwie. Nie wiem, co się miało okazać? Że tyram na dwa etaty przez 7 dni w tygodniu, a Księżniczka leży przez ten czas sama w łóżeczku? Z kolei od P. żąda się brania urlopu za każdym razem, kiedy ośrodkowi akurat się coś przypomni. Na tłumaczenia, że nie otrzymał wolnego, panie reagują argumentem, że nie zależy nam na dziecku i nikt nie będzie robił dla nas wyjątków.

Naprawdę, chce się płakać, kiedy się coś takiego słyszy. Rodzice, którym zależy na dziecku, muszą być przede wszystkim odpowiedzialni. Nie jest sztuką sprzeciwić się szefowi albo niefrasobliwie rzucić robotę. Myślę, że każdy ma czasem ochotę to zrobić. Tylko co potem? P. wykorzystał już cały urlop na żądanie i sporo zwykłego, kiedy jeździliśmy do Księżniczki i załatwialiśmy sprawy urzędowe. Dla mnie to zrozumiałe, że przełożeni mają tego dosyć. Jak widać, chyba jednak jesteśmy w tym osamotnieni, bo według ośrodka tylko my robimy problemy. I rzekomo praca jest dla nas ważniejsza od dziecka.

Co o tym myślicie? A jak to było u Was?

Galeria okołoadopcyjnych postaci

Kilka dni temu byłam z Małą Księżniczką na pierwszej wizycie u lekarza. Oczywiście zdarzyło się małe opóźnienie, więc w poczekalni mamy umilały sobie czas rozmową. Wszystko szło idealnie, dopóki wymiana doświadczeń nie zeszła na temat porodu. Siedziałam zatem w samym oku cesarkowo-rozwarciowo-skurczowego cyklonu, modląc się w duchu, żeby nikt nie zapytał mnie, jak rodziłam. Kłamać nie umiem, nie lubię i nie chcę, ale nie czuję też potrzeby wtajemniczania obcych w nasze rodzinne sprawy. Na szczęście cudem kolejka utyskiwań mnie ominęła.

Nieco inna refleksja towarzyszyła mi w drodze do domu: czego właściwie się wystraszyłam? Oceny kilku osób, których prawdopodobnie już nigdy nie spotkam? Przecież większość ludzi reaguje przewidywalnie – do tego stopnia, że można ich na potrzeby niniejszego wpisu nieco zaszufladkować i przyporządkować do określonych kategorii. Niektóre z nich pasują także do rodzicielstwa biologicznego.

Poniższą listę potraktujcie proszę z mocnym przymrużeniem oka, zwłaszcza jeśli sami się na niej odnajdujecie. Jakoś przecież zareagować trzeba… Pewnie siebie też mogłabym gdzieś tam przypisać, więc się nie gniewajcie. :)

ALFRED HITCHCOCK – najczęściej jest dalekim znajomym o bujnej wyobraźni. Ogląda horrory, thrillery, programy informacyjne i „Trudne sprawy”, dzięki czemu jest przekonany, że adoptowane dziecko okaże się mutantem o patologicznych genach, który w pijackim szale zarąbie siekierą matkę, ojca, psa, ekspedientkę z Żabki i byłą żonę Waldka spod 10, choć tej ostatniej to akurat nie żal, bo to zła kobieta jest. Jednym słowem w dniu poznania Waszego dziecka ma już ułożony scenariusz oscarowego dreszczowca.

AS WYWIADU – sąsiad, przeważnie starszy o minimum dwie dekady od świeżo upieczonych rodziców. Wie wszystko o wszystkich, a jeśli nie wie, to tym gorzej dla zainteresowanych. Po adopcji rozmawia o dziecku konspiracyjnym szeptem nawet w jego obecności. Koniecznie wypowiada dwa zdania, kto wie, być może będące jakimiś zaszyfrowanymi komunikatami: „Nikt nie musi wiedzieć, że jest adoptowane” oraz „Już dawno wiedziałem, że coś jest nie tak, skoro tyle lat po ślubie nie macie dzieci”. As Wywiadu często uprawia też osiedlowy monitoring, więc mimo wszystko warto żyć z nim w zgodzie.

BOB BUDOWNICZY – przyjaciel rodziny, ewentualnie wujek lub dziadek maleństwa. O nic nie pyta, niczego nie komentuje, za to składa. Najpierw gratulacje, a potem łóżeczko. Odwiedza młodych rodziców z torbą ubranek w jednej ręce i skrzynką narzędzi w drugiej. W zębach trzyma kluczyki od auta, cedząc przez nie coś w stylu: „gybysie poszeoali, fo ja fas wszezie safioze”. Na wieść o tym, że trzeba zrobić dziecku jakieś badania w stolicy województwa, wyciąga ogromny plan miasta i zaznacza trasę niczym wojskowy strateg przed bitwą. Kiedy zakłopotana mama lub tata próbuje go lekko przystopować, odpowiada (już bez kluczyków w zębach): „Dobra jest, damy radę!”

EWA DRZYZGA – bliska znajoma, ale jeszcze nie przyjaciółka. Odwiedza młodych rodziców w pierwszym możliwym terminie. Jest zafascynowana tematem adopcji. Dopytuje o emocje, procedurę, historię dziecka, reakcje otoczenia. Zadaje pytania raz mamie, raz tacie, zachowując przy tym idealne proporcje, jak gdyby chciała dobrze wykorzystać czas antenowy. Uważnie słucha, rzadko się wtrąca, a jeśli już, to oferuje konkretne wsparcie. W gruncie rzeczy jest to bardzo miłe, o ile taką Ewę Drzyzgę ma się w otoczeniu jedną albo dwie. Odpowiadanie piętnasty raz w ciągu weekendu na pytanie „jak się czujesz w nowej roli?” powoduje uporczywe deja vu, a w skrajnych przypadkach może budzić agresję niewyspanego rodzica adopcyjnego.

KSIĘŻNICZKA DISNEYA – koleżanka z pracy mamy albo taty lub inna bliska znajoma. Wzruszenie odbiera jej mowę, a przynajmniej zdolność wypowiadania się pełnymi zdaniami. Wydaje z siebie liczne „ochy” i „achy”, okraszając je obficie łzami. Kiedy wreszcie odzyskuje jako taką równowagę, nazywa rodziców adopcyjnych aniołami, do których okazane dobro na pewno powróci. Następnie lituje się nad „biedną uroczą kruszynką”, by potem snuć sielankowe wizje jej przyszłości w nowej rodzinie. Wycierając opuchnięte oczy, zapewnia jeszcze, że zawsze można na nią liczyć – i zwykle nie jest to pusta deklaracja.

MATKA POLKA – to dosyć ciekawy typ. Ma dzieci biologiczne, przysposobieniem nigdy dotąd się nie interesowała, więc teraz dopytuje. Wyraża święte oburzenie na wieść o tym, że ona również musiałaby przejść kurs w OA, gdyby chciała adoptować. Przecież urodziła, wychowuje, zatem to ona powinna takie szkolenia prowadzić. Dziecko to dziecko, potrzebuje cyca lub pełnej butelki i świeżej pieluchy, żadna filozofia. Testy psychologiczne i tzw. USG domu uważa za marnotrawienie czasu – bo skoro jej pociechy do tej pory żyją i biegają po mieszkaniu, to znaczy że mają ku temu warunki i emocjonalne, i lokalowe. E tam, fanaberie jakieś z tą adopcją, chyba jednak łatwiej jest urodzić.

PAN PREZES – przełożony w pracy, rzadziej ktoś z kręgu znajomych. Nie zadaje pytań, nie okazuje emocji. Rzeczowym i urzędowym tonem winszuje: „Gratuluję państwu. Niech się zdrowo chowa”, po czym odbiera niecierpiące zwłoki połączenie telefoniczne i zapomina, że w ogóle przed chwilą z kimś rozmawiał. No cóż, takie życie biznesmena.

WRÓŻ MACIEJ – w tej roli występują przeróżne osoby. Ich cechą wspólną jest to, że znają rodziców adopcyjnych lepiej, niż oni je. Na wieść o adopcji Wróż Maciej mówi „wiedziałem”. No oczywiście, że wiedział, skoro jest Wróżem. Postawienie tarota z fusów albo innego pasjansa na Windowsie XP pozwala mu też z całą pewnością stwierdzić, że z dziecka będzie wspaniała pociecha, a właściwie z dzieci, bo po adopcji to już na bank matka zajdzie w ciążę i urodzi biologiczne. On wie, że tak się dzieje. Cóż… skoro wie, to najlepiej go z tą (nie)wiedzą pozostawić.

WUJEK DOBRA RADA – przyjaciel lub krewny. Ma najszlachetniejsze intencje, nieba by przychylił dziecku i jego adopcyjnym rodzicom. Jest trochę podobną kategorią do Boba Budowniczego, ale bardziej wkurza (szczerze mówiąc, to jest jedyny typ z opisanych tutaj, który podnosi mi ciśnienie). Zwykle ma już dziecko – jeśli nie swoje, to przynajmniej w najbliższym otoczeniu. I dlatego sypie jak z rękawa receptami na wychowanie pociechy. Świeżo upieczeni rodzice w kilka minut dowiadują się, że źle trzymają malucha do karmienia, kupują za drogie mleko i za tanie pieluchy (albo na odwrót), wózek wybrali niewygodny, a łóżeczko nie powinno stać pod oknem. Czasem dziecko jeszcze nie zdąży zrobić pierwszej kupy w nowym domu, a Wujek Dobra Rada już wybierze mu przedszkole, szkołę i zapisze na balet. Na szczęście tylko teoretycznie, bo za praktykę matka i ojciec gotowi byliby udusić delikwenta. Delikatnych prób zwrócenia uwagi, żeby pozwolił rodzicom być rodzicami i wychowywać po swojemu, nie rozumie. Na bardziej stanowcze reaguje wielkim fochem. Najwyraźniej trzeba dać jemu i sobie czas na przyzwyczajenie się do nowej sytuacji.

A z jakimi reakcjami Wy się spotkaliście po adopcji lub narodzinach dziecka? Czy kogoś Waszym zdaniem pominęłam? Podzielcie się w komentarzach!

Preadopcja noworodka od strony formalnej

Księżniczka odsypia ciężką noc, a ja tworzę ten post z myślą o tych, którzy czekają na TEN telefon lub w ogóle myślą o przysposobieniu maleństwa.

Postaram się opisać początek procedury na naszym przykładzie. Wiem, że ośrodki nie działają identycznie, więc część procesów może się różnić w zależności od placówki. Do rzeczy.

Kiedy pani z OA zadzwoniła z propozycją dziecka, musieliśmy właściwie rzucić wszystko i jeszcze tego samego dnia pojechać do ośrodka. Tam zostaliśmy zapoznani z informacjami o córci – póki co w formie ustnej, bez wglądu w dane osobowe. Ponieważ był to piątek, dostaliśmy weekend na przemyślenie, czy chcemy poznać małą (dla porównania – inna para od nas z grupy pojechała do dziecka prosto z OA, więc tak też bywa). W poniedziałek rano potwierdziliśmy chęć spotkania z Księżniczką, a w południe już do niej pędziliśmy.

Kiedy zaakceptowaliśmy dziecko (przepraszam za ten urzędowy bełkot, koszmarne sformułowanie, ale próbuję pisać rzeczowo…), otrzymaliśmy wykaz dokumentów, jakie trzeba będzie złożyć w sądzie. Niby nic wymyślnego (nowe zaświadczenia o niekaralności, lekarskie o stanie zdrowia i z pracy o dochodach), ale okazało się, że zdobycie ich w półtora dnia nie było wykonalne. U mnie w szkole księgowa poszła na zwolnienie, a lekarz P. nie przyjmuje we wtorki, więc dwóch „papierków” nam zabrakło. Mimo tego podpisaliśmy w OA podanie o wszczęcie procedury przysposobienia oraz o powierzenie pieczy nad dzieckiem i następnego dnia zawieźliśmy je do sądu właściwego dla miejsca urodzenia dziewczynki.

Słyszałam różne wersje tego, jak wygląda sprawa o pieczę. W naszym przypadku była to merytoryczna i w gruncie rzeczy przyjemna rozmowa z sędziną, która upewniła się, że wiemy, w co się pakujemy :). Potem musieliśmy poczekać około półtorej godziny na wydanie postanowienia. Jego kopię zostawiliśmy następnego dnia w szpitalu, kiedy odbieraliśmy Księżniczkę. Na podstawie oryginału będę mogła uzyskać urlop macierzyński.

Od personelu oddziału neonatologii dostaliśmy  z kolei wszystkie wyniki badań córeczki, jej książeczkę zdrowia i cały plik skierowań. Zresztą już od pierwszej wizyty byliśmy tam traktowani jak rodzice małej (przez wszystkich poza jedną panią doktor, która najwyraźniej minęła się z powołaniem – ale cóż, trudno, takie typy są niestety w każdym zawodzie…).

Teraz oczywiście musimy odczekać ustawowe 6 tygodni i liczyć, że matka biologiczna stawi się przed sądem, żeby formalnie zrzec się praw do dziecka. Trudno powiedzieć, czy to nastąpi. Jeżeli nie, możliwych jest kilka scenariuszy (niekoniecznie czarnych), o których nie chcę jeszcze dzisiaj zbyt szczegółowo pisać.

Na zakończenie, jako bonus dla tych, którzy dobrnęli aż tutaj, opiszę pewną historyjkę o… podróży w czasie. Kiedy czekaliśmy na wydanie postanowienia o pieczy, aby nie tkwić bezczynnie na sądowych korytarzach, postanowiliśmy pójść na kawę. Spacerując po obcym mieście, trafiliśmy do baru o całkiem swojskiej nazwie. Pachniało w nim typową stołówką, a jego wnętrze zdecydowanie pamiętało czasy głębokiego PRL; wiszące na ścianie stare logo Coca-Coli wyglądało wręcz jak imperialistyczna prowokacja. W tle rozbrzmiewały przeboje Abby, Bee Gees i inne hity, przy których nasi rodzice bawili się na prywatkach. I nie tylko oni, bo średnia wieku obsługi również zdrowo przekraczała 50 lat. Za barem dostrzegłam ekspres do kawy – i to o dziwo zupełnie współczesny. Ponieważ w cenniku widniały tylko gołąbki, flaczki i tym podobne dobra, zapytałam grzecznie pani w białym czepku (kucharki? Barmanki? Kelnerki? Bufetowej?), jaką kawę mogę u niej wypić.

Pani: A nie, niestety nie.

Ja: Nie ma kawy?

Pani: No nie, nie.

P.: To poprosimy dwie herbaty.

Pani: Ale kartą i tak pan nie zapłaci.

P.: Nie szkodzi, może być gotówka.

Pani: Ale pani pytała o kartę.

Ja: O KAWĘ. KA-WĘ. Pytałam, jaką mają państwo KAWĘ.

Pani: Aaaa, no bo ja myślałam, że chce pani płacić kartą, a u nas nie można. A kawę mamy, tak.

Ja: Jaką?

Pani: A jaką pani chce!

I tu następuje punkt kulminacyjny: naiwnie sądziłam, że bufetowa uruchomi ekspres, z którego popłynie choćby zwyczajne latte. Nic z tych rzeczy!!!  Kobieta otworzyła wiszącą szafkę (tak, tak, taką jak macie w kuchni… albo raczej, sądząc po designie, Wasze babcie) i zaprezentowała dumnie…  trzy słoiki z kawą, zapewne kupione w najbliższym markecie. Triumfalnym głosem zapytała:
- Rozpuszczalna Nescafe, Sypana Jacobs czy kawa Premium?

Bałam się pytać, co oznacza to „Premium”. Poprosiłam grzecznie o rozpuszczalną z mlekiem, którą otrzymałam… niestety nie w szklance z koszyczkiem (to byłaby wisienka na torcie!), ale za to w takim zwykłym przezroczystym kubku z uszkiem. Została nalana od serca, prawie „z górką” i tak mocna, że pomimo kilku nieprzespanych nocy nie dałam rady jej wypić. Co ciekawe, w miarę zbliżania się pory obiadowej w barze przybywało klientów, a serwowane porcje ładnie pachniały i były naprawdę solidne. To wszystko razem tworzyło niesamowity klimat, który na pewno będziemy z P. jeszcze długo i miło wspominać.

A jeżeli Księżniczka zapyta kiedyś, co robiliśmy, czekając na nią – kto wie, może zaczniemy opowieść od wizyty w tej knajpce. :)

Pierwsza audiencja u Małej Księżniczki

Pojechaliśmy do szpitala we troje: pani A. z ośrodka, P. i ja jako kierowca. Nie zapamiętałam niczego z tej drogi, nie umiałam jej później odtworzyć w głowie. Nie wiem, jak się znaleźliśmy na parkingu. Od rana nie mogłam nic przełknąć i dokuczał mi ból brzucha.

Położna zaprosiła nas do pokoju dla odwiedzających i po chwili przywiozła łóżeczko ze sporym tobołkiem, z którego wynurzała się mała, czarna główka. P. zareagował pierwszy, witając dzidzię jakimś żartobliwym pozdrowieniem.  Ja nie mogłam wydobyć z siebie słowa. Nie umiem opisać tamtych uczuć i to wcale nie ze względu na ich intensywność.  Nie trafił mnie grom z jasnego nieba, nie rozpłakałam się, nie zemdlałam… ale też nie zwątpiłam ani przez moment, że patrzymy na naszą córkę. Po prostu. Ponad wszelką wątpliwość była i jest NASZA. Na pytanie, co czułam, odpowiedziałabym chyba, że… pewność. Jedyne, o co się obawiałam, to reakcja męża. Czy będzie się wahał? On jednak powiedział tylko jedno zdanie, zresztą w swoim stylu i to nawet nie do mnie, tylko do pracownicy OA: „Plan jest taki: pani zagaduje personel, a my po cichutku wynosimy małą i jedziemy z nią do domu”. Oczywiście nic takiego nie nastąpiło, ale kiedy chwilę później zostaliśmy zapytani, co postanawiamy, mąż odparł, że decyzja zapadła już w trakcie naszej pierwszej wizyty w ośrodku.

I tak oto, choć jeszcze nie formalnie, zostaliśmy rodzicami Małej Księżniczki, która właśnie ucina sobie drzemkę w swojej karecie.

Łatwo się domyślić, że córcia ma za sobą niełatwą przeszłość (jak to w ogóle brzmi w odniesieniu do noworodka!!!) i pewnie długo jeszcze będziemy drżeli o jej zdrowie i rozwój. Żadna z tych obaw jednak nie miała wpływu na nasze postanowienie. Właściwie najtrudniejsze z tego wszystkiego było skompletowanie wyprawki. Nastawialiśmy się na starsze dziecko, w dodatku dopiero za przynajmniej kilka miesięcy. W domu nie mieliśmy NICZEGO. W dwa dni, jednocześnie pracując i załatwiając preadopcyjne formalności, musieliśmy wyposażyć się we wszystko, czego potrzebuje kilkudniowa dziewczynka. Poszło nam nieźle, choć w mieszkaniu panuje chaos (a ja piszę, zamiast sprzątać, ale to inna sprawa).

A, i jeszcze jedno. Mimo początkowych obaw mój mąż się zakochał. Wpadł na amen.Tatuś córeczki.

Trzy dni po pierwszym spotkaniu z Księżniczką mogliśmy ją już zabrać do domu… ale o tym następnym razem :)

Po drugiej stronie telefonu…

Zaczynałam ten wpis kilka razy, ale nie umiem słowami oddać targających mną teraz emocji… Może kiedyś napiszę wiersz. A póki co zostawiam tekst w pierwotnym kształcie.

Prawie u celu porannej podróży autem  zorientowałam się, że nie mam zapiętych pasów. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło, więc pomyślałam, że dzień zaczyna się dziwnie. W najśmielszych marzeniach jednak nie przewidziałam, jak się skończy…

W przerwie między jedną a drugą szkołą zdążyłam jeszcze podjechać do sklepu. Spotkałam tam kolegę, który wraz z żoną odbywał warsztaty w OA w równoległej grupie. Wymieniliśmy się informacjami, z których wniosek był taki, że przyjdzie nam jeszcze dłuuugo czekać na dziecko. Gdybym wiedziała wówczas, że godzinę później zadzwoni TEN telefon, to… nie wypuszczałabym go z ręki. Ponieważ jednak niczego się nie spodziewałam, smartfon na czas lekcji powędrował do torebki.

Kiedy podczas przerwy odkryłam dwa nieodebrane połączenia z OA oraz wiadomość od męża, że mam szybko oddzwonić… nie dopuszczałam do siebie myśli, że to JUŻ. Uparcie próbowałam się domyślić, czego ośrodek może chcieć… i przez myśl mi nie przeszło, iż nasz czas oczekiwania właśnie się zakończył. Dopiero głos pani A. w słuchawce pozwolił mi zrozumieć, że jest dla nas propozycja. W dodatku pilna.

Na ostatniej lekcji nie mogłam się skupić, aż klasa zapytała, czy wszystko ze mną w porządku. Pewnie, że nie było w porządku. Nogi mi się trzęsły, gubiłam wątek, nie umiałam prosto zapisać tematu na tablicy. Emocje sięgały zenitu, a przecież nie wiedziałam jeszcze, co  panie dla nas przygotowały…

Chwilę po 15. byliśmy już w OA. Pracownice zapytały nas raz jeszcze o przedział wiekowy dziecka, które chcielibyśmy adoptować. Kiedy P. potwierdził, że deklarowaliśmy od 0 do 2 lat, usłyszeliśmy: „Mamy dla was właśnie takie „0”. Dziecko ma zaledwie kilka dni.” Do tej pory wydaje mi się to niewiarygodne, mimo że mała jest już z nami.

Panie zapoznały nas bardzo szczegółowo z kartą dziewczynki, podzieliły się wiedzą o jej pochodzeniu i kazały przez weekend przemyśleć, czy chcemy ją poznać. To były najdłuższe dwa dni w naszym życiu. Targały nami różne wątpliwości, czasem wywołujące zupełnie skrajne postawy – od „jedźmy po nią natychmiast” po „nie możemy adoptować tego dziecka”. Ostatecznie, jak łatwo się domyślić, zwyciężyła chęć zobaczenia małej…  A potem było już z górki!

O pierwszym spotkaniu opowiem następnym razem.  Przepraszam, że dziś taka sucha relacja, ale dalej próbuję ogarnąć własne uczucia. W każdym razie…

JESTEŚMY RODZICAMI!!!

Dlaczego warto zapisać dziecko do harcerstwa?

Od razu uspokajam. Nie mam żadnych niespełnionych ambicji, które będę chciała przelać na moje dziecko. Jeżeli chodzi o zajęcia dodatkowe, to jestem zwolenniczką umiaru: fajnie, jeśli młodzież uczestniczy w jakiejś aktywności poza szkołą, ale nie chcę zrobić z potomka tresowanej małpki, grającej na piętnastu instrumentach, mówiącej biegle w ośmiu językach i uprawiającej wszystkie dostępne dyscypliny sportu, za to niedoświadczającej beztroskiego dzieciństwa.

Nie uważam też, że w ogólnym rozliczeniu inne formy spędzania czasu wypadają od harcerstwa w jakiś sposób gorzej. Ponieważ jednak spędziłam w nim kilkanaście lat, na pewno moje dziecko niejednokrotnie zetknie się z licznymi anegdotami, zdjęciami i innymi pamiątkami z czasów, kiedy jego mama z dumą nosiła szary mundur. Jeżeli wykaże zainteresowanie, to z olbrzymią chęcią zapiszę je do którejś drużyny. A powodów jest wiele…

  1.        Harcerstwo uczy samodzielności i empatii.

Ameryki zapewne tym stwierdzeniem nie odkryłam. Myślę natomiast, że ta nauka coraz bardziej zyskuje na znaczeniu. Smartfony i inne nowoczesne urządzenia potrafią już tyle, że bez nich człowiek – zwłaszcza młody – gubi się w świecie i to niestety czasem zupełnie dosłownie.  Współcześni harcerze korzystają z nowych technologii, nie porzucając przy tym tradycyjnych metod np. orientacji w terenie czy przenoszenia meldunków.  Poza tym skauting zakłada też umiejętność zadbania zarówno o siebie, jak i o innych. Moi uczniowie należący do ZHR lub ZHP wyróżniają się zaradnością widoczną nawet w najdrobniejszych szczegółach, jak choćby odniesienie po sobie talerza do kuchni albo zainteresowanie się, czy np. dla wszystkich wystarczyło podwieczorku. Z niezrzeszonymi bywa różnie. Oczywiście absolutnie nie znaczy to, że dziecko niebędące harcerzem nie wykazuje kultury osobistej. Bardziej chodzi mi o to, że harcerstwo pomaga w wyrabianiu pewnych przydatnych nawyków, które (z różnych powodów) młodzi ludzie nie zawsze wynoszą z domu. A jeśli wynoszą, to skauting dodatkowo je ugruntowuje.

Osobną kwestią jest tutaj tzw. pole służby. Wiele drużyn zajmuje się wolontariatem w hospicjach, domach opieki, szpitalach lub schroniskach dla zwierząt. Taka praca uwrażliwia i otwiera młode serca na potrzeby innych.

 2.       Harcerstwo jest źródłem trwałych przyjaźni.

Nie chciałabym się powtarzać, pisałam już o tym kilka razy. Należałam do różnych organizacji, ale wspólnota harcerska okazała się tą najbardziej trwałą. Jestem jedynaczką, podobnie jak coraz więcej dzisiejszych dzieci. Przyjaciele rekompensowali mi brak rodzeństwa, a atmosfera w moim środowisku była naprawdę rodzinna, co dodatkowo wpływało na budowanie więzi (jak dotąd nierozerwalnych).

 3.     Harcerstwo pozwala odkrywać nowe pasje.

Ta cecha w moim odczuciu różni je od większości wspólnot, klubów i organizacji, które nastawiają się na kształtowanie w dziecku jednej konkretnej lub kilku powiązanych ze sobą umiejętności. Chyba każdy laik słyszał o czymś takim, jak sprawności. Będąc harcerzem, dziecko może rozwijać jednocześnie np. talent wokalny, kulinarny i zainteresowanie informatyką. W próbach na wyższe stopnie znajdują się wymagania dotyczące podejmowania nowych, nieznanych wcześniej wyzwań, np. zdobycia prawa jazdy albo certyfikatu językowego. Istnieją drużyny, które współpracują z instytucjami organizującymi przeróżne kursy.

 4.     Harcerstwo dostarcza przygód.

I to jakich! Wspominałam już o nocnej wyprawie na cmentarz i współpracy z domem dziecka. A co powiecie na dwudniowy wypad do nieznanej wcześniej miejscowości, gdzie trzeba sobie zorganizować nocleg i zapłacić za niego własną pracą? Albo na spędzenie doby w lesie, podczas której buduje się szałas, zegar słoneczny i kuchnię polową? Mam w głowie niewyczerpaną skarbnicę takich historii i pewnie jeszcze nie raz tu o nich opowiem. Na myśl o niektórych z nich do dziś czuję dreszcz emocji.

 5.   Harcerstwo przekazuje ponadczasowe wartości.

Oprócz wspomnianych samodzielności i empatii kładzie nacisk na szacunek do rodziców i przełożonych (wbrew pozorom nietożsamy ze ślepym posłuszeństwem), tolerancję wobec odmienności („Harcerz w każdym widzi bliźniego”), prawdomówność, dotrzymywanie słowa, konsekwencję w działaniu, umiejętność wybaczania, ciekawość świata i zdrowy tryb życia.

 6.  Harcerstwo jest względnie niedrogie.

Kilka lat temu koszt pełnego umundurowania (i to przy założeniu, że mundur chce się kupić porządny, aby wystarczył na długo) wynosił około 200 zł. Dodatkowo za członkostwo w drużynie płaci się comiesięczne składki, średnio po kilka złotych.  I to właściwie tyle, jeśli chodzi o obowiązkowe koszty. Latem można wysłać dziecko na trzytygodniowy obóz już za około 500 zł. Dla rodzica jest to tym lepsze rozwiązanie, że pociecha jedzie z tą samą kadrą, która opiekuje się nim na zbiórkach; powierza więc latorośl opiekunom, których zdążył już poznać w ciągu roku i którzy przy okazji znają też swoich podopiecznych.

Jako podsumowanie (a raczej zamiast niego) zacytuję fragment jednej z moich ulubionych pieśni harcerskich, która w pełni oddaje to, co chciałam przekazać wyżej:

Na ścianie masz kolekcję swych barwnych wspomnień

Suszony liść, naszyjnik wieszasz i kwiat [w innej wersji: suszony kwiat, naszyjnik, wiersz i liść]

Już tyle lat przypinasz szpilką na tej słomie

To wszystko, co cenniejsze jest niż skarb.

 Pośrodku sam generał Robert Baden-Powell, [założyciel skautingu]

Wycięty w drewnie lilijki smukły kształt;

Jest krzyża znak i srebrny orzeł jest w koronie,

A pod nim masz Harcerskich 10 Praw.

Ref. Ramię pręż, słabość krusz i nie zawiedź w potrzebie,

Podaj swą pomocną dłoń tym, co liczą na ciebie;

Zmieniaj świat, zawsze bądź sprawiedliwy i odważny

Śmiało zwalczaj wszelkie zło, niech twym bratem będzie każdy…

CZUWAJ!

Miłość i DNA

Największym szczęściem dla dziecka jest możliwość dorastania w kochającej rodzinie biologicznej. Kiedy to piszę, z jednej strony mimowolnie coś we mnie krzyczy. No bo jak to?! Przecież jestem w stanie pokochać dziecko tysiąc razy bardziej, niż nawet najlepsi rodzice biologiczni! Dlatego zdecydowaliśmy się na adopcję, heloł! Z drugiej strony jednak wiem, że tak właśnie powinno być: dwoje ludzi kocha się, zakłada dom i powołuje nowe życie, które dorasta w poczuciu miłości i bezpieczeństwa. Ani bezpłodność, ani tym bardziej zrzekanie się bądź utrata praw rodzicielskich nie powinny być żadną normą. Nie wierzę natomiast, że rodzina pochodzenia jest jedyną, w której dziecko może być szczęśliwe. I o tym będzie ten wpis.

Czasem słyszę w różnych programach albo czytam gdzieś „w internetach”, że rodzice adopcyjni nie potrafią się opiekować dzieckiem, bo nie mają instynktu. Za to na pewno mają go matki, które do porodu idą pijane, a potem zostawiają malucha w wózku na klatce schodowej i udają się na imprezę… (wybaczcie sarkazm).  To oczywiście skrajne przypadki (choć rzeczywiste) i wcale nie o nie mi tu chodzi.

Wystarczy, że wezmę na warsztat moich rodziców – jak najbardziej biologicznych, którzy aż do śmierci mamy byli takim statystycznym polskim małżeństwem; może bez wiecznych „motyli w brzuchu”, ale i bez zdrad czy awantur. Dzieciństwo miałam w miarę normalne, ale to nie znaczy, że idealne. I chociaż w miarę upływu lat coraz bardziej doceniam i rozumiem postępowanie opiekunów, to na pewno nie ze wszystkim się zgadzam. Moja mama cierpiała na depresję poporodową, która odbiła się na jej karierze zawodowej. Wypominała mi to do końca swojego życia… Sama była osobą strachliwą, co przekładało się też na chorobliwą nadopiekuńczość. Gdybym nie miała silnego charakteru, prawdopodobnie nie potrafiłabym szybko się usamodzielnić. Na pewno bardzo pomogło mi harcerstwo, ale to temat na kiedy indziej. Nie chcę przedłużać tego wątku ani tym bardziej demonizować mamy, bo naprawdę wiele jej zawdzięczam. Byłam dopilnowana i zadbana, czego przecież wiele dzieci w ogóle nie doświadcza. Chodzi mi tylko o to, że więzy krwi wcale nie gwarantują idealnego rodzicielstwa, a instynkt macierzyński nie jest rzeczą tak oczywistą, jak się niektórym wydaje.

Adopcja zawsze jest procesem świadomym. Długość i złożoność procedury sprawia, że nie da się pod wpływem impulsu „przygarnąć sierotki”, nie mając pojęcia, co dalej. Rodzicielstwo biologiczne bywa różne; zajście w ciążę po pijanemu w klubowej toalecie trwa chwilę i nie jest wynikiem żadnej przemyślanej decyzji. Oczywiście na pewno wiele z tych przypadków kończy się szczęśliwie, a zaskoczone na początku młode kobiety zostają spełnionymi i odpowiedzialnymi matkami. Są jednak i takie historie, które swój finał znajdują w aborcji, adopcji albo dożywotnim karaniu dziecka za to, że było błędem młodości. Akurat ten ostatni przypadek mam niestety wśród krewnych; jego ofiara, pomimo obecności obojga rodziców biologicznych, wyrosła na osobę zakompleksioną, o skłonnościach do depresji; nic dziwnego, skoro przez całe życie słyszała, że gdyby nie ona, to X nie musiałby się żenić z Y i „marnować sobie życia”.

Nie znaczy to wszakże, że nie ma nieudanych adopcji; w sieci krąży o nich mnóstwo mniej lub bardziej zatrważających opowieści. Winiłabym za to jednak głównie brak porozumienia pomiędzy kandydatami a ośrodkami, a nie obce DNA. Przyszli rodzice czasem ukrywają swoje lęki z obawy przed nieotrzymaniem kwalifikacji albo są zbyt mało asertywni, by odmówić przyjęcia konkretnego dziecka, nawet jeśli nie czują się na nie gotowi. OA z kolei desperacko szukają opiekunów dla podległych im dzieci, dlatego często składają oczekującym propozycje niezgodne z ich oczekiwaniami. Przysposobienie dziecka po ogromnej traumie, np. skrajnym zaniedbaniu połączonym z przemocą seksualną, przez osoby niedoświadczone i nieprzygotowane do stawienia czoła takiemu wyzwaniu ma wszelkie szanse doprowadzić do nieszczęścia. Pozostawienie tak skrzywdzonego dziecka w rodzinie biologicznej tym bardziej jednak by mu nie pomogło…

„Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy:

z nich zaś największa jest miłość”  – jak pisał święty Paweł w Liście do Koryntian. I nie ma tam nic o DNA

8-)

Skąd się biorą niepłodni?

Blisko dekadę temu razem z jedną z akademickich koleżanek – nazwijmy ją Zosią – czytałyśmy wnikliwie ulotkę dołączoną do popularnych (i wcale nie najtańszych) tabletek antykoncepcyjnych. Zosia wróciła właśnie od lekarza z nowymi pigułkami i postanowiłyśmy o nich poczytać. Nadal dobrze pamiętam nieskończenie długą listę możliwych skutków niepożądanych: była tam mowa o nowotworach, zakrzepicy, udarach i innych okropieństwach. Oczywiście broszurka przestrzegała również przed trwałą utratą płodności, ale lekarka Zosi zapewniała swoje pacjentki, że poczęcie dziecka będzie możliwe już w pierwszym cyklu po odstawieniu specyfiku. Od jakiegoś czasu Zosia stara się zostać mamą – póki co bezskutecznie, choć przyczyna niepłodności nie została rozpoznana.

Nie wiem, czy obecna sytuacja koleżanki ma jakiś związek z branymi przez nią tabletkami. Może to przypadek. Przypomniałam sobie o tamtej chwili dziś w pracy, kiedy w przerwie między zajęciami musiałam zażyć pewien lek przeciwzapalny – dodam, że znany z reklam, polecany na dość powszechną dolegliwość i oczywiście dostępny bez recepty. Na ulotce zaraz pod informacją o możliwości wystąpienia bólu głowy i żołądka widniało ostrzeżenie (cytuję z pamięci, może nie być w 100% wiernie): „Jeżeli planujesz zostać matką, zachowaj szczególną ostrożność podczas stosowania leku XYZ. Jego przyjmowanie powinno trwać jak najkrócej i obejmować jak najmniejsze dawki. Lek XYZ może upośledzać płodność.” Zmroziło mnie. Mimo że dawno przestałam już liczyć na zajście w ciążę, to jednak niekonieczne mam ochotę dodatkowo sobie w tym względzie szkodzić. Tabletka niemal stanęła mi w gardle (tak, zaczęłam czytać ulotkę już po jej połknięciu…).

Wiem, że zbyt łatwo można tu wpaść w panikę, a skoro wiele kobiet potrafi zajść w ciążę pomimo picia alkoholu, brania narkotyków i regularnego żywienia w MacDonaldzie, to jedna przeciwzapalna pastylka raczej nie powinna wyrządzić aż tyle złego. Zastanawia mnie jednak, ile jeszcze z rzeczy używanych przez nas na co dzień może przesądzać o zostaniu lub niezostaniu rodzicem? Jako nastolatka trafiłam do starej ginekolożki, która krzyczała, że kobietom powinno się zakazać noszenia spodni, bo są główną przyczyną bezpłodności. I chociaż myślę o jej słowach pewnie to samo, co Wy, to już jednak rady, aby np. nie trzymać laptopa na kolanach albo nie nosić komórki w przedniej kieszeni spodni uważam za niezupełnie pozbawione sensu. Żyjemy w stresie, wdychamy smog, faszerujemy się chemicznym żarciem (nie mówię nawet o fast-foodach, ale choćby o głupim serze z Tesco czy innej Biedronki, którego skład przyprawia o mdłości), otaczamy elektroniką i łykamy lekarstwa „nowej (co nie znaczy lepszej) generacji”. To wszystko nie może pozostawać bez znaczenia dla naszego zdrowia, pewnie nie tylko w sferze płodności.

Jedna z moich starszych koleżanek podobno pamięta, jak po wybuchu elektrowni w Czarnobylu lekarz straszył jej mamę, że promieniowanie będzie miało największy wpływ na zdolność ludzi do prokreacji, w związku z czym należy się spodziewać epidemii bezpłodności wśród rocznika 86 i wszystkich starszych, a będących jeszcze przed lub w wieku rozrodczym. Nie podejmuję się oceniania prawdziwości tej hipotezy.

Fakty są natomiast takie, że liczba niepłodnych ciągle wzrasta… I może samej niepłodności nie widać, ale na pewno widać jej ofiary, które – tak jak my – czekają na cud, choć ten akurat może przybrać różne formy.