Category: Ci, bez których nie jestem sobą

Moi przyjaciele i związane z nimi przemyślenia, wydarzenia, wspomnienia…

J. jak „łooo”*, czyli charakterystyka pewnej ciotki

- Zobaczyłam, że coś leci, więc złapałam. A to welon! – relacjonowała J. moje oczepiny, podczas których została „drugą panną młodą”. Ten welon zresztą sama pomagała mi wybierać… Powyższa scenka jest kwintesencją całej J.: zawsze znajduje się tam, gdzie jest potrzebna… i od razu działa.

Poznałyśmy się trzy lata wcześniej, na samym początku studiów. Byliśmy licznym rocznikiem, podzielonym chyba na 6 albo 7 grup. Pewnie każdy w swojej intuicyjnie szukał osób podobnych do siebie. Ja znalazłam J., a potem jeszcze pięć innych koleżanek, z którymi przez ponad połowę pobytu na uczelni tworzyłyśmy zgraną grupę, zwaną przez złośliwych „kółkiem różańcowym”. Z radością przejęłyśmy tę nazwę i uczyniłyśmy ją niemal oficjalną, a twórczyni tego przezwiska doczekała się od nas własnego. Nazywałyśmy ją Reklamacją, bowiem każdy dzień na uczelni zaczynała od opowieści o tym, jaki bubel kupiła za jakąś niebotyczną kwotę i musiała oddać go – do reklamacji właśnie. Reklamacja była zresztą niezmordowana i arcykonsekwentna, bowiem już podczas pierwszego roku studiów reklamowała cztery torebki, piętnaście par butów, pięćdziesiąt dwie inne części garderoby, trzech wykładowców, jamnika sąsiadki, wodę w kranie i Pałac Kultury (nie zauważyła, bidna, że okres gwarancji skończył się wraz z ustrojem politycznym). Szkoda tylko, że nie wpadła na pomysł zareklamowania sygnalizacji świetlnej przed naszym wydziałem, bowiem na zielone czekało się tyle, że można było zjeść dwudaniowy obiad, przeczytać całą Encyklopedię Powszechną i wydziergać na drutach szalik o długości kwalifikującej się do Księgi Rekordów Guinessa. Ciekawa postać z tej Reklamacji, ale to nie o niej miało być. Zresztą zostawiła nas po dwóch latach, widocznie studia też nie spełniły jej oczekiwań konsumenckich.

 Z J. połączyło nas podobne poczucie humoru i zbieżny charakter relacji z naszymi tatusiami. Po pewnym czasie dorobiłyśmy się jeszcze wraz z A. i M. wspólnych rytuałów, wśród których znajdowały się dziwactwa pokroju picia moczopędnej herbatki z fafołami, zakańczanego wyścigiem do toalety w centrum handlowym, a także kupowanie ciastek w Netto, układanie satyrycznych wierszyków i piosenek oraz oczywiście kolektywna nauka do wszelkiej maści zaliczeń i egzaminów, rozkładana zawsze na dwie raty, bo pierwsza upływała nam na plotach i piciu rzeczonej herbatki… (A., skąd Ty ją brałaś???)

J. do pewnego czasu twierdziła, że nie lubi dzieci. Między innymi dlatego w przeciwieństwie do reszty „kółka różańcowego” uciekła przed specjalnością nauczycielską, a w efekcie zmieniła kierunek studiów. Któregoś dnia robiłyśmy razem zakupy w H&M (zakupy, taaa… znając nasz ówczesny budżet, pewnie kupowałyśmy gumkę do włosów i parę majtek – tyle dobrego, że nie na spółkę) i w dziale dziecięcym dostrzegłyśmy coś a’la przebranie (wróżki? motylka? uczestnika parady równości albo innego Tap Madl?), którego elementem były paskudne, świecące z daleka różowe skrzydełka. Na ich widok dopadła nas głupawka, zakończona niespodziewanym odnalezieniem związku tychże skrzydełek z popularnym wówczas programem „Superniania”. Nie wiem, czy pamiętacie – prowadząca odsyłała niegrzeczne dzieci na tzw. „karnego jeżyka”, na którym miały spędzić określony czas, aby się uspokoić. J. uznała, że moja córka (skąd ona wiedziała, że będę miała córkę?) zamiast jeżyka będzie miała właśnie „karne skrzydełka” – czyli jak nabroi, to będzie musiała popylać w tym czymś po domu aż do skutku. Pozytywnym efektem ubocznym tego zabiegu miało być zniechęcenie malutkiej do wszechobecnego różu, ku uciesze męża i mojej, a rozpaczy twórców Barbie oraz Hello Kitty. Zabawne, że jedną z pierwszych myśli podczas powiadamiania świata, iż zostaliśmy rodzicami, była właśnie ta o różowych skrzydełkach od cioci J. Ona sama odwiedziła nas kilka tygodni po adopcyjnym porodzie, zamiast rzeczonego narzędzia tortur przywożąc mleko (i jak tu jej nie kochać?) oraz inne cuda.

Jechała do nas zresztą już ze świadomością, że zostanie matką chrzestną Księżniczki. Nie potrafię powiedzieć, kiedy i dlaczego zmienił się jej stosunek do dzieci, ale od dawna była dla nas jedną z niewielu oczywistych kandydatek do tej roli. Podczas jej zeszłotygodniowej wizyty córcia wyraźnie dała znać, iż akceptuje nasz wybór, bo szczerzyła się do J. całym swoim bezzębnym uśmiechem aż do końca jej pobytu. Dobrze mieć taką przyjaciółkę… i taką ciotkę J.

*Tytuł wpisu pochodzi od refrenu pewnej piosenki zasłyszanej na wydziale, której dzieje są jeszcze bardziej skomplikowane niż historia swetra Gruchy.

Co mi dało blogowanie?

Zaczęłam pisać post o grzechach głównych blogerów parentingowych (tak, tak, o swoich też). Właściwie już jest prawie gotowy, ale nie mam odwagi go opublikować; raz, że nikt nie lubi przyznawać się do błędów, dwa, że boję się, iż co niektórzy przestaną mnie czytać po jego lekturze. Odwlekam więc dokańczanie go, znajdując coraz to nowe tematy.

Okazją do zamieszczenia dzisiejszego tekstu jest fakt, że za dwa dni minie półtora roku istnienia tego bloga. Kiedy zaczynałam, nie przypuszczałam, że ktoś poza mną i garstką znajomych w ogóle będzie tu zaglądał, a już tym bardziej nie marzyłam, że zostanie na dłużej. Okazało się jednak, że dzięki moim Stożkom nie tylko ugruntowałam istniejące już znajomości, ale także zawarłam nowe, choć głównie wirtualne.

W związku z powyższym macie przed sobą post zawierający wielokrotne lokowanie produktu, ale niebędący w żaden sposób artykułem sponsorowanym :lol: . Chciałabym Wam przedstawić autorów innych blogów o podobnej tematyce, które okazały się dla mnie ważne i pomocne w drodze do adopcji, a także w początkach rodzicielstwa. Kolejność prawie przypadkowa ;-) .

1. PIKUŚ INCOGNITO – POGOTOWIE RODZINNE – CO TO TAKIEGO?

Blog Pikusia był pierwszym, na który trafiłam po rozpoczęciu przygody z adopcją. Jego autor wraz z żoną prowadzą pogotowie rodzinne, więc mają zawsze pełną chatę w dosłownym znaczeniu tego sformułowania. Pikuś szczegółowo opisuje perypetie kolejnych dzieci, którymi się opiekują – i czyni to z bardzo szerokiej perspektywy: nie tylko własnej, ale również rodziców biologicznych i adopcyjnych. Polecam tę witrynę wszystkim, którzy myślą o przysposobieniu lub o zostaniu rodziną zastępczą. Naprawdę otwiera oczy! A przy tym teksty pisane są z humorem, polotem i nierzadko… ułańską fantazją!

2. KAROLINA – NASZE BĄBELKOWO

Pozycja obowiązkowa (znaczy się blog, nie Karolina…) dla rodziców, moim zdaniem nie tylko adopcyjnych. Mama Bąbla jest osobą o artystycznej duszy, niesamowicie wrażliwą (nie mylić z przewrażliwioną), kreatywną i… rozpoznawalną w blogosferze. Opisuje blaski i cienie (chociaż głównie blaski) życia rodzinnego z adoptowanym synkiem. Recenzuje również różne produkty dla dzieci, dzięki czemu świeżo upieczeni rodzice mogą poznać wady i zalety rozmaitych gadżetów, przydatnych bądź nie w codziennych zmaganiach z pociechami.

3. IZZY – NASZ MAŁY ŚWIATEK

Piszę tu o niej, bo mi kazała. Nie no, żartuję oczywiście. Po prostu wczoraj rozmawiałyśmy na temat promowania naszych blogów i tak jakoś wyszło  8-) . A tak już całkiem poważnie – Izzy jest mamą dwóch adoptowanych córeczek o anielskiej urodzie i małych diabełkach za skórą, czyli dzieci niemal idealnych. Poza tym jest też osobą, z którą aż chce się zaprzyjaźnić: kontaktową i mającą bardzo racjonalne (jeśli wolno mi ocenić) podejście do rodzicielstwa. Zaglądam na jej blog, bo… jeju, od czego by tu zacząć? O, wiem. Bo w przejrzysty i zrozumiały sposób opisuje swoje matczyne doświadczenia, oszczędzając dzięki temu choć trochę stresu tym, którzy dopiero podążają jej śladem. I jeszcze dlatego, że w wielu kwestiach się z nią zgadzam, dzięki czemu łatwo mi się utożsamić z jej podejściem. I w ogóle fajnie pisze.

4. MAMA i TATA TYGRYSA – TYGRYS i MY

Tygrys jest adoptowanym szczęściem swoich rodziców, mającym obecnie niecałe cztery latka. Mama i Tata razem prowadzą blog (choć niekoniecznie w równych proporcjach), na którym oprócz tygrysich przygód recenzują książki dla dzieci i dzielą się doświadczeniami z budowy domu. Zamieszczane przez nich teksty są pełne takiego ciepła i serdeczności, że aż chce się do nich przytulić (do rodziców, nie tekstów… chociaż…?).

5. LITERMATKA – OD ŚRODKA

Autorka tego bloga przez dłuższy czas milczała, ale zachęcam do pogrzebania w archiwum. Na stałe mieszka w Wielkiej Brytanii i tam też zostali z mężem adopcyjnymi rodzicami. Warto poczytać, jak wygląda przysposobienie na Wyspach i jak się żyje polskiej rodzinie za granicą. Poprzednie zdanie brzmi może banalnie, ale pełen niesamowitego humoru język bloga Litermatki sprawia, że każdy wpis czyta się jak rozdział pasjonującej powieści!

6. BEATA – CZARODZIEJ NASZ

Beata została mamą adopcyjną… trzy razy. I to powinno wystarczyć za najlepszą rekomendację. Polecam jej blog każdemu, kto myśli o przysposobieniu drugiego dziecka, bo bardzo szczegółowo opisuje przezwyciężanie przeróżnych trudności – zarówno tych formalnych, jak i emocjonalnych.

7. HEPHALUMP – PRZYSPOSOBIENIE DO ŻYCIA

Hephalumpa pokochałam bezkrytycznie za sam nick – ale o tym, że jestem fanką Kubusia Puchatka, to już pewnie wiecie. Jako blogujący tata jest w mniejszości wśród całej rzeszy matek-blogerek, co czyni jego stronę jeszcze bardziej wartościową. Wraz z żoną przysposobili dwie starsze dziewczynki. „Przysposobienie do życia” to wciąż rosnący zbiór wartościowych tekstów o budowaniu więzi, ale także o samym procesie adopcji, który nie zawsze w naszym kraju wygląda różowo. Hephalump jest też wnikliwym i krytycznym komentatorem, za co bardzo go cenię.

8. T.VIK – PRAGNIENIE DZIECKA

Podtytuł bloga brzmi: „Historia blisko dwudziestoletnich starań o dziecko” i to w zasadzie mogłoby zastąpić dalszy opis. Autor – człowiek doświadczony i mądry życiowo – porusza tematy trudne i bolesne, ale dzieli się również radościami związanymi z rodzicielstwem. Wpisów jest bardzo dużo, ale polecam przeczytać od deski do deski. Naprawdę warto.

9. UCZUCIOWA – UCZUCIA NIECHCIANE

Teraz to już w większości chciane, prawda, Uczuciowa? Blog jest wzruszającym pamiętnikiem kobiety pragnącej zostać matką, opisującej wzloty i upadki w nierównej – ale w końcu wygranej – walce z niepłodnością. Jeżeli czytają to osoby starające się o dziecko biologiczne, to bloga uczuciowej nie wypada pominąć. Podtrzymuje na duchu, daje nadzieję, ale i uprzedza, że nie zawsze będzie łatwo.

10. AHAJA – TATAMARA

Blog Ahai jest moim najnowszym odkryciem, chociaż chyba nie powinnam się do tego przyznawać, gdyż ona zagląda do mnie już od dłuższego czasu. Zaczęłam czytać niedawno i wsiąkłam, bo chociaż pochodzimy z innych bajek (m.in. dlatego, że ona jest potrójną mamą biologiczną), to uwielbiam takie lekkie, sarkastyczne poczucie humoru, jakim przesiąknięte są jej wpisy. Wszystko jedno, czy pisze o szkolnej wywiadówce, czy o awarii odkurzacza (tu akurat mamy taką wspólnotę doświadczeń, że ho ho!), robi to w taki sposób, że można boki zrywać.

11. PAULINA - DOKĄD TUPTA NOCĄ JEŻ?

Mea culpa! Nie napisałam wczoraj o blogu Pauliny, a przecież także na niego zaglądam! Autorka jest krok za mną w adopcyjnej procedurze – od kilku miesięcy czeka na ten najważniejszy w życiu telefon. Z wdziękiem i optymizmem opisuje życie rodzinne i przygotowania do przyjęcia nowego członka rodziny. A jak ślicznie urządzili z mężem pokoik dziecięcy! Zresztą… sami zobaczcie :)

Zaglądam również na inne blogi, także te niezwiązane z rodzicielstwem, ale o nich innym razem… Będzie mi miło, jeżeli podzielicie się w komentarzach informacją, dokąd Wy najczęściej zaglądacie :oops: . I wiecie co? Dziękuję, że jesteście!

Rodzeństwo bez więzów krwi. Panie i Panowie, przedstawiam moją Siostrę!

Rozbierałam Księżniczkę z zimowego okrycia. Okazało się to nie lada wyzwaniem, ponieważ po pierwsze nie chciałam przerywać jej błogiego snu, po drugie kombinezonik, w którym jeszcze niedawno się topiła, pasował już na nią na styk i od dwóch dni obiecywałam sobie, że zakładam jej go naprawdę ostatni raz. Gdzieś w połowie tej szamotaniny usłyszałam głośne parsknięcie śmiechem.

- Daj ją – zakomenderowała Siostra – pokażę ci, jak to robi doświadczona matka.

Wzięła małą na ręce i trzema wprawnymi ruchami ściągnęła z niej kombinezon. Księżniczka mruknęła tylko, wyrażając niezadowolenie z powodu nagłej zmiany pozycji ciała i natychmiast znowu zapadła w sen.

Moja Siostra jest typem zadaniowym. Kiedy trzeba coś zrobić, po prostu to robi, bez zbędnego filozofowania i rozkładania wszystkiego na czynniki pierwsze. Od dawna ją za to podziwiam. Znamy się od wieków i choć różni nas prawie wszystko (od wykształcenia – u niej technicznego, u mnie humanistycznego – poprzez wygląd, styl ubierania i bycia aż po stosunki rodzinne), to połączone niegdyś przez wspólne nocne warty i miętową czekoladę zżyłyśmy się chyba na zawsze.

Kiedyś pisałam, że siostrami ochrzcił nas wędrowny sprzedawca noży i tak już zostało. A że był to czas, kiedy K. przebywała u mnie niemal codziennie, to określenie bardzo pasowało do naszej relacji.

Pamiętam taką scenkę z czasów szkoły średniej, kiedy Siostra przyszła do mnie i dosyć długo dzwoniła domofonem. Otworzył jej mój tata, zwykle nieco zachowawczy wobec moich znajomych. Powitał ją słowami:

- Dlaczego dzwoniłaś? Zapomniałaś kluczy?

K. została więc potraktowana jak swoja i trudno o lepszy dowód, że już wtedy należała do rodziny. Do dziś zresztą podczas odwiedzin u mnie sama robi sobie herbatę i denerwuje się, że brakuje cukru (oboje z P. nie słodzimy napojów i czasem zapominamy uzupełnić zapasy w cukierniczce) albo wyciąga garnek, w którym następnie gotuje synkowi parówki i żadna z nas nie widzi w tym nic dziwnego.

Kiedyś, gdy do niej wpadłam, W. skrzywił się, że w domu bałagan, a ona zaprasza gości. Siostra popatrzyła na niego z politowaniem i poinformowała, iż przeżyłyśmy razem już tyle, że kilka śmieci na podłodze nie jest w stanie mnie wystraszyć. I vice versa zresztą.

W naszej przyjaźni przeszłość świetnie komponuje się z teraźniejszością. Wciąż mówimy do siebie tekstami z dawnych harcerskich wypadów (osławione „zimna woda w niebieskim wiaderku, a czerwona w ciepłym”  albo „miałem szczęśliwe dzieciństwo, a potem poznałem Olkę”[C., pamiętasz to?] ;) ) i wspominamy co ciekawsze przygody, z których kilka już tu opisywałam. Siostra była świadkową na naszym ślubie, jest jedną z pierwszych czytelniczek tego bloga i obecnie moim guru w świecie macierzyństwa. Bo ma tę cudowną właściwość, że konkretnie doradza, a się nie wtrąca. Moje wątpliwości co do opieki nad Księżniczką kwituje zwykle krótkim „głupia jesteś”, które natychmiast sprowadza mnie na ziemię i uspokaja.

K. jest osobą, której prawie od samych narodzin życie nie rozpieszcza. Trochę jak w bajce o Kopciuszku, tylko póki co bez happy endu. Dlatego życzę jej, żeby Wróżka Chrzestna w końcu sobie o niej przypomniała i uruchomiła nieco magii, na którą i ona, i jej cudowne chłopaki w pełni zasługują.

Dzięki, Siostra. Ty wiesz, za co.

Mama 2

Kiedy się nie wie, od czego zacząć, podobno najlepiej zrobić to od początku. Dzisiaj jednak opowiem pewną historię od środka.

Byłam chyba w siódmej klasie podstawówki. Asia*, moja bratnia dusza, wróciła właśnie z sanatorium na drugim końcu kraju i nie bardzo wiedziała, jak mi powiedzieć, że spotkała tam P. (tak, tak, mojego przyszłego wówczas męża). P. i ja nie rozmawialiśmy ze sobą od kilku lat i udawaliśmy, że się nie znamy, ale w pewien sposób nie byliśmy sobie obojętni. Trudno to logicznie wytłumaczyć. W każdym razie Asia nie przyznała się od razu, kto towarzyszył jej podczas turnusu. Napomknęła tylko enigmatycznie, że wśród nowych znajomych znalazł się chłopak z naszych okolic. I dodała, że miał świetny kontakt z mamą. „Chłop jak dąb, matka mówiła do niego zdrobniale per „P…”, a jakoś to wszystko brzmiało naturalnie, choć zabawnie” – to zdanie wryło mi się w pamięć, bo niemal od razu intuicyjnie skojarzyłam, kogo dotyczy ten opis – choć oficjalnie Asia wyznała mi to dopiero rok później.

Ta krótka charakterystyka idealnie pasuje do matki mojego męża. To ona jest bohaterką dzisiejszego wpisu, a to z okazji podwójnego święta: swoich urodzin oraz Dnia Teściowej. Z wielu powodów podziwiam relację, jaka łączy ją z jedynym synem. Po pierwsze, na co zwróciła uwagę już Asia, jest naturalna. Nie ma w niej nadopiekuńczości ani fałszu. P. i jego mama rozumieją się bez słów, mają ze sobą stały kontakt, a mimo tego nigdy nie czułam, że kiedy otworzę lodówkę albo pralkę, to wyjdzie z niej „teściówka” z tysiącem uwag i „dobrych” rad. Jednym słowem pozwala nam żyć swoim życiem i popełniać własne błędy, a jednocześnie zawsze służy wsparciem, kiedy tego potrzebujemy.

Jeśli chodzi o mnie, to przez długie lata (tzn. zanim związałam się z P. na dobre) Teściowa kojarzyła mi się z żurnalową elegancją. Pamiętam ją w idealnie skrojonym czerwonym płaszczu i czarnym kapeluszu, co strasznie mnie na początku onieśmielało. Moja mama, mimo że też zawsze zadbana, nosiła wtedy kurtki i wełniane czapki, dzięki czemu wydawała się bliższa i bardziej dostępna – nie tylko dlatego, że była moją mamą. Pamiętam, jak w drugiej klasie liceum P. zaprosił mnie do siebie na Walentynki. To był pierwszy raz od lat, kiedy miałam spotkać się z jego rodzicielką. Nie wiedziałam, jak na mnie zareaguje po tych kilku burzliwych historiach, jakie działy się między mną a jej jedynakiem. Obawy okazały się zupełnie nieuzasadnione. Zostałam przywitana z życzliwym uśmiechem. Obyło się bez żadnego przesłuchania czy innej inwigilacji.

I tak jest właściwie do dzisiaj. Podczas pierwszej Wigilii po naszym ślubie Teściowa oficjalnie przywitała mnie w rodzinie – i to tak, że łzy wzruszenia ciekły mi po policzkach, choć nie należę do płaczliwych. Pół roku wcześniej, gdy dopadł mnie przedślubny kryzys, poszłam właśnie do niej i nie żałuję, bo dzięki jej mądrości mogłam sobie wszystko na nowo poukładać w głowie. Stając przed ołtarzem, byłam już pewna, że jestem tam, gdzie powinnam.

Moja Teściowa jest dla mnie Matką. W tej chwili już nawet numer 1, a nie 2 jak w tytule. Zawsze mogę na nią liczyć. Choć nie we wszystkim się zgadzamy, nigdy nie zostawiła mnie bez dobrego słowa albo niezbędnej pomocy. Mam nadzieję, że ona również czuje, jak bardzo jest mi bliska. Czasem słucham opowieści koleżanek z pracy, które narzekają na mamy swoich mężów. Od niektórych historii włosy się jeżą na głowie. Cieszę się, że nie mogę do nich dołożyć własnej.

Kochana Mamo!

Z okazji Twojego podwójnego święta życzę Ci:  częstszych wizyt u nas, więcej wolnego czasu (myślałaś kiedyś  o napisaniu książki? Nie? To może warto?), deszczu pieniędzy, samoobrabiającej się działki, niezawodnego zdrowia i podróży dookoła świata (chętnie zabierzemy się z Tobą, a co tam!) i dalszego konsekwentnego zwalczania stereotypu Teściowej – Wiedźmy (sorry, Mamo, ale nawet z tą chruścianą miotłą wyglądasz sympatycznie…  no i co zrobić?).

WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!

*koleżanka miała na imię inaczej, ale pani od chemii nazywała ją Asią, więc tak zostawiłam :)

Historia (nie)jednej znajomości

Było to pewnej niezbyt mroźnej, ale za to paskudnie deszczowej i wietrznej zimy. Miałam 15 lat i właśnie przechodziłam ostre zapalenie krtani. Kiedy zadzwoniła moja drużynowa, nie byłam w stanie wydobyć z siebie głosu. Przyjęłam więc tylko pokornie i w ciszy informację, że na nadchodzącym zimowisku zostanie mi powierzona funkcja zastępowej najstarszych harcerek. Po tym telefonie opadłam z sił jeszcze bardziej. Wyobraźcie sobie sytuację, kiedy przełożony w pracy mianuje Was nieoczekiwanie liderami projektu, który znacząco różni się od Waszych codziennych obowiązków, a do tego podległa Wam grupa składa się z samych doświadczonych ekspertów i to niezbyt życzliwie do Was nastawionych. U mnie było podobnie. Ze wspomnianego zastępu tylko C. miała mniej lat niż ja, pozostałe dziewczyny były starsze. Ponadto nie  przepadałyśmy za sobą, a na domiar złego moja nieodłączna Siostra została przydzielona do innej jednostki, choć zapewniano mnie, że będzie nam towarzyszyć w niektórych wyprawach.

Już pierwszego dnia wyjazdu zrozumiałam, że budowanie klasycznie rozumianego autorytetu zupełnie mija się z celem. Padający deszcz jeszcze tylko potęgował i tak już przygnębiający nastrój. Wszystko zmieniło się pewnej nocy, kiedy otrzymałyśmy polecenie, żeby udać się zastępem na cmentarz do oddalonej o kilka kilometrów miejscowości i wykonać tam powierzone zadania. (Ogromnie tęsknię za czasami, kiedy takie rzeczy były możliwe… dzisiaj za wysłanie nieletnich druhen samych w nocy na jakąkolwiek wyprawę groziłyby kadrze poważne konsekwencje prawne). Nie za bardzo uśmiechała się nam ta wędrówka; E. z racji przykrych doświadczeń odczuwała strach, który i pozostałym zaczął się udzielać, poza tym wiało, było zimno i strasznie ciemno. Poprosiłyśmy drużynowego chłopaków o jakieś wsparcie, ale D. w ramach typowego dla siebie kpiącego żartu przydzielił nam „do ochrony” największego tchórza wśród swoich podopiecznych. Dostałyśmy też krótkofalówki, które jak na ironię zaczęły działać dopiero po przekroczeniu bramy nekropolii. Tak więc szłyśmy w piątkę: E., C., P., Siostra i ja, pocieszając trzęsącego portkami chłopaczka i bezskutecznie próbując połączyć się z „bazą”, w której chłopcy czekali na nasz powrót z herbatą zalewaną wodą ze starego czajnika, dzwoniącego po zagotowaniu niczym zdezelowany tramwaj. Próbując „zagadać” mróz i niepokój, wpadałyśmy na coraz bardziej absurdalne pomysły, z których nie wszystkie nadają się tutaj do powtórzenia. Trudno powiedzieć, co konkretnie wydarzyło się na tym małomiasteczkowym cmentarzu, ale wróciłyśmy stamtąd jako najlepsze przyjaciółki.

Pół roku później znowu było deszczowo. E. siedziała po turecku na materacu w zawilgoconym namiocie i próbowała telepatycznie przywołać rodziców, mających przywieźć jej kurczaka i schabowe. C. nurkowała pod stertą ubrań, które po zawaleniu się półki leżały gdzie bądź, to znaczy wszędzie. Szukała pluszowego misia, któremu dorobiła chustę harcerską w barwach naszej blisko zaprzyjaźnionej męskiej drużyny. Wszystkie cztery wyszywałyśmy sobie na obozowych beretach nowe, spokrewnione ze sobą imiona harcerskie, które zostały z nami na długie lata (a właściwie do tej pory). Z tego też wyjazdu pochodzi moje ukochane wspomnienie, opisywane już wcześniej na tym blogu. Pomimo wielu wspaniałych historii (niekoniecznie nawet związanych z harcerstwem) przyjaźń do dziś kojarzy mi się z mundurem: nocnymi wartami, przekręconym „od zakochania” Krzyżem Harcerskim na piersi, nowymi wyzwaniami, którym wspólnie stawiało się czoła i poczuciem, że to wszystko zostało nam dane „na zawsze”.

I tak jest w istocie. Kiedy podczas obchodów moich 30. urodzin przyjrzałam się gościom, z niejakim zdumieniem (bo wcześniej tego nie liczyłam) odkryłam, że znaczna większość z nich to towarzysze dawnych (?) harcerskich wędrówek. Moja Siostra nadal jest moją Siostrą. C., choć dziś poważna Pani Dyrektor, wciąż ma to bezpośrednie poczucie humoru. E. wyjechała z Polski, ale i tak dowiaduję się, co u niej słychać. A przecież jest jeszcze M. – nawet nie pamiętam, że kiedyś go nie znałam. G. i B. – moje cudowne wychowanki, a dziś także bratnie dusze. Te – jak to kiedyś określił Pikuś Incognito – „literki” mogłabym wymieniać jeszcze długo, a z każdą wiąże się historia pięknej znajomości.

Zbliża się Dzień Myśli Braterskiej, dla harcerzy jedno z najważniejszych świąt w roku. Pewnie jeszcze coś o nim napiszę. A dzisiaj Wam wszystkim, spotkanym kiedyś na harcerskim szlaku (lub w gąszczach internetu), życzę… „Przy innym ogniu, w inną noc, do zobaczenia znów!”

CZUWAJ!

Ps. M. – jak widzisz, nie tylko Ciebie „wzięło na sentymenty”. :)

Miłość, herbata i zakupy

Przepraszam za dłuższe milczenie. Mam całkiem porządną wymówkę, bowiem uczyłam się do sesji na studiach. Wczoraj wróciłam z bardzo wymagającego egzaminu i to z tarczą, a raczej z piątką,  więc semestr mogę uznać za zaliczony.  Dzisiejszy wpis będzie o… zresztą sami zobaczycie.

- W centrum handlowym XYZ zaczynają się wyprzedaże. Pojedźmy, wejdziemy do kilku sklepów, może znajdziemy dla ciebie kurtkę. Przy okazji rozruszamy trochę auto, bo już za długo stoi na mrozie – zakomenderował niedawno P.

Dzień wcześniej, wychodząc z psem, męczyłam się z zapięciem suwaka w puchówce i mruknęłam pod nosem, że chyba kurtka przeżywa swój ostatni sezon. Nawet nie wiedziałam, że mój mąż to usłyszał, a tym bardziej, że zapamiętał. W dodatku należę do kobiet, które nie cierpią łazić po sklepach i przymierzać ciuchów, więc nie było w tym komunikacie żadnej ukrytej aluzji.  I to jest właśnie cecha mojego ślubnego, która niesamowicie mnie w nim zadziwia: odgaduje moje potrzeby jeszcze zanim sama je sobie uświadomię.

W XYZ kupiliśmy nie tylko kurtkę, ale i sukienkę na studniówkę, podczas której miałam zastąpić jedną z wychowawczyń. Nigdy nie prosiłam P. o kupno czegokolwiek (poza codziennymi zakupami, oczywiście nie wliczam tu „Misiu, kup marchewkę” ani podobnych tekstów  :lol: ), a mimo tego jakieś 80% mojej garderoby mam od niego. Większość z tych rzeczy kupił bez mojej wiedzy. Szczerze mówiąc, zajęło mi lata, żeby się do tego przyzwyczaić. Na początku budziło to we mnie zdecydowany sprzeciw. Czułam się trochę jak Izabela Łęcka z „Lalki”, której Wokulski na siłę pomaga finansowo. Poza tym żyjemy, jak już wiecie, na całkiem przeciętnym poziomie i żadnego z nas nie stać, aby lekką ręką wydać jednorazowo większą kwotę na jakieś spontaniczne zachcianki.  Z biegiem czasu przyzwyczaiłam się, że to jest właśnie sposób mojego męża na okazywanie miłości, choć nie powiem, nadal mnie to trochę krępuje.

Nie chodzi tu zresztą tylko o rzeczy materialne. A właściwie one są najmniej istotne. P. dba, żeby nie było mi zimno; włącza światło, kiedy zaczytana nie zauważam, że zapada zmierzch; gdy długo sprawdzam prace albo produkuję jakieś dokumenty, przynosi mi ulubioną herbatę i bez słowa stawia na stole, cierpliwie przekładając przy tym stosy szkolnych papierów. Śledzi wydarzenia kulturalne w naszym regionie, żeby zabrać mnie na autorskie spotkanie z lubianym aktorem albo cenionym dziennikarzem. Troszczy się o mnie w taki uroczy, a jednocześnie zwyczajny sposób.

P. nie jest takim podręcznikowym przykładem romantyka. Nie kupuje kwiatów bez okazji i nie organizuje kolacji przy świecach. Mimo tego śmiało mogę powiedzieć, że Dzień Zakochanych mam codziennie.

Oczywiście, są chwile (i to całkiem liczne), kiedy mam ochotę go udusić, ewentualnie wyjść z domu i nie wrócić. Zdaniem pań  z OA to jedynie dowodzi, że jesteśmy normalnym małżeństwem. Negatywne strony naszego związku za to sobie dzisiaj odpuszczę, bo przecież nie o nie chodzi 14 lutego

Życzę Wam udanych Walentynek bez względu na to, z kim i jak je spędzicie. Miłość własną też trzeba czasem pielęgnować.

„Zza szyby oglądam betonu stolicę…”

CZWARTEK

Jest późny wieczór. Dla mnie, książkowego przykładu skowronka, nawet bardzo późny. Gdzieś w oddali za oknami stolica rozpoczyna to swoje tajemnicze i zarazem intensywne nocne życie. Żuczek – imiennik mojego P. i nasz wspólny przyjaciel – jedną ręką wyciąga z szafki pudełko Liptona, a drugą operuje pilotem, szukając kanału z muzyką lat 80’ i 90’.

Chwilę później siedzimy na wygodnej kanapie i przy akompaniamencie Boney M zdajemy sobie wzajemnie relacje z wydarzeń ostatnich miesięcy. Nie widzieliśmy się równy rok, ale w dobie mediów społecznościowych chyba nie ma to większego znaczenia. Dyskusja szybko schodzi na tematy polityczne. Żuczek jest jedną z niewielu znanych mi osób, z którymi można rozmawiać o poczynaniach władzy w sposób mądry i nawet pomimo różnic w poglądach zupełnie pokojowy. Ze względów zawodowych jest dobrze zorientowany w bieżących kwestiach, a przy tym zachowuje krytyczny i otwarty umysł. Wieczór kończymy pogawędką o sprawach stricte prywatnych. Moje patetyczne westchnienie, że los bywa przewrotny, bo już dawno powinnam być matką, kwituje stwierdzeniem: „przecież jesteście na właściwej drodze”, jakby adopcja była najzwyczajniejszą rzeczą na świecie. Właśnie takich reakcji otoczenia najbardziej oczekuję.

Chęć nadrobienia towarzyskich zaległości wygrywa ze zmęczeniem. Wybija druga w nocy, kiedy wreszcie zapadam w sen.

PIĄTEK

Ranek jest zimny i mglisty. Wciąż kiepsko się czuję, bo choroba jeszcze całkowicie nie odpuściła, a niestety w przepełnionym pociągu SKM nie ma gdzie usiąść. Humor mi jednak dopisuje. Jadę na konferencję, która kosztowała mnie jedną trzecią pensji, ale przynajmniej czuję, że rozwijam się zawodowo w odpowiednim, samodzielnie obranym kierunku. Przez myśl przebiegają mi dzieje przyjaźni z Żuczkiem. W tym przypadku przysłowiowe zjedzenie beczki soli, o którym kiedyś pisałam, było dosyć bolesne dla obu stron. Zaowocowało za to prostą konstatacją, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. I tak oto człowiek spotkany ponad dekadę temu w pewnej ciasnej kawiarni stał się niemalże członkiem naszej rodziny.

Konferencja mija bardzo szybko. Jest interesująca i naprawdę wartościowa pod względem merytorycznym. W kuluarach dyskutujemy z innymi uczestnikami, że część prelekcji powinna być zaadresowana również do dyrektorów szkół oraz ministerialnych ekspertów, bowiem wielu spośród proponowanych rozwiązań szeregowy nauczyciel sam nie wprowadzi chociażby z powodów finansowych i formalnych. Żenująco prezentuje się natomiast catering. Nie chcę wyjść na snobkę, zresztą przyjechałam tutaj się uczyć, a nie jeść (poza tym mój żołądek nadal cierpi), jednak jeżeli w przerwie szkolenia za kilkaset złotych proponuje się uczestnikom na deser jedną ósmą drożdżówki(!), to moim zdaniem o organizatorach ten fakt nie świadczy najlepiej.

Wracam więc do Żuczka głodna, ale gospodarz wita mnie talerzem aromatycznych duszonych warzyw. Wieczór spędzamy, grając w planszówki i oglądając filmy animowane. Znów zasypiam po drugiej, łając się w duchu, że rano nie wstanę.

SOBOTA

Budzę się równo o ósmej. Jak na mnie późno, ale nie na tyle, żebym musiała się zmagać z bólem głowy. Przeciwnie, wstaję rześka i w dobrym nastroju. W drodze do centrum muszę wyglądać głupio, uśmiechając się do własnych myśli, ale tutaj chyba nikt nie zwraca na to uwagi. Z okien wagonu podziwiam późnojesienną stolicę. Warszawa jest miastem mojego dzieciństwa i choć nigdy nie mieszkałam w niej na stałe, czuję się tu jak w domu. W chwilach nostalgii często wracam myślami do wspomnień zrodzonych w sercu Starej Ochoty.

Po drodze wpadam jeszcze do lubianego przez media centrum handlowego po prezent urodzinowy dla taty i oto jestem. Siedzę w pociągu powrotnym i skrobię ten wpis, odwlekając choć o parę minut sprawdzanie zaległych kartkówek. Towarzyszy mi przyjemne poczucie dobrze spędzonego czasu, wypierane momentami przez świadomość nieuchronnego powrotu do codzienności ożywianej oczekiwaniem na TEN telefon.

Żuczku – dziękuję za gościnę. Miło było Cię zobaczyć. :)

Na osłodę listopadowej pluchy – list teściowej do poduchy ;-)

Listopad, jaki jest, każdy widzi. Szaroburą deszczową aurę warto sobie jakoś osłodzić. Delektuję się więc gorącą czekoladą ze szczyptą chilli (starając się nie myśleć, ile ma kalorii i gdzie mi się one odłożą), otwieram stronę bloga i dochodzę do wniosku, że nadszedł dobry moment, aby podzielić się tu pewnym słodkim właśnie, choć nie moim tekstem.

W kursowym segregatorze znalazły się pytania o to, jak nasz związek jest postrzegany przez innych. Wykonując swoją partię zadań, poprosiłam o pomoc J., która odwdzięczyła mi się przepiękną charakterystyką. W części wspólnej natomiast wspomogła nas moja teściowa, matczynym sercem malując słowny portret naszego małżeństwa. Jej wypowiedź wzruszyła najpierw P. i mnie, później psa, następnie panie w OAO, a potem czekała sobie na tle jesiennego pejzażu zdobiącego pulpit mojego laptopa, aż nadszedł właśnie odpowiednio ponury wieczór, kiedy warto się raz jeszcze podelektować taką rozgrzewającą serducha wypowiedzią.

Oto i ona:

„Trudno jest pisać o swoich dzieciach, one zawsze dla matki są wyjątkowe, ale spróbuję.

Każdy rodzic jest pełen obaw o przyszłość swojego dziecka, o to z kim się zwiąże, czy będą razem szczęśliwi, czy „dogadamy się”, przecież oddaję innej kobiecie mojego ukochanego syna.

Lady Makbet znam od zawsze, ciągle mam przed oczyma śliczną małą dziewuszkę w białych rajstopkach i czarnych lakierkach, która stoi w progu mojego domu z pierwszą wizytą. Czas jest nieubłagany, dziś to dorosła kobieta, żona, przyjaciółka, córka, synowa, nauczycielka. W każdej dziedzinie swojego życia stara się dać z siebie wszystko, taka po prostu jest. Moje obawy, jako matki, Lady Makbet szybko rozwiała, „wtopiła” się w nową rodzinę, szybko znalazła nić porozumienia dzięki swojej otwartości, ciepłu, skromności.

P. to mój syn, którego trud wychowania spoczywał na moich barkach, jestem z Niego dumna.

Pobrali się w bardzo młodym wieku, zakochani, pełni planów na przyszłość. Studiowali w innych miastach i bywało, że weekendy musieli spędzać osobno, ale to tylko umacniało Ich uczucie, uczucie które zbudowali na przyjaźni, zaufaniu i wzajemnym szacunku. Na przestrzeni lat nigdy nie słyszałam o kłótni, nigdy żadne z Nich nie przyszło na skargę – wręcz przeciwnie, zgodni, wyrozumiali, ufający sobie i ciągle zakochani. Dla matki nie ma nic piękniejszego niż radość z dzieci, które właśnie tak żyją.

Mają również swoje azyle, w których realizują własne pasje w przestrzeni stworzonej dla siebie, oddzielnych znajomych i zainteresowania, czasem osobne wyjazdy np. służbowe, ale w niczym nie utrudnia Im to życia, mają również wspólne terytorium, wspólnych przyjaciół, zainteresowania i poglądy, no i Reksia, który ma wszystko, czego potrzebuje pies.

Dzielą się obowiązkami, układając tak plan dnia, aby wszystko „połapać”, wspólnie robią zakupy, sprzątają, gotują, wspólnie spędzają wolny czas. Zawsze pamiętają o wszystkich ważnych datach związanych z Ich wspólnym życiem i zawsze jest to Ich wielkie święto. Wiele osób mogłoby brać z Ich związku przykład, bo bycie razem wymaga wielu kompromisów, wielu wyrzeczeń, zaufania i szacunku. Nie należą do tych osób, które zepsute wyrzucają, lecz do grupy tych, którzy naprawiają. Niby tacy zwyczajni, a jednak… W prostocie zwykłego dnia odnaleźli sens, sens istnienia razem, na dobre i na złe.

Moje dzieci to pozytywne osoby, które się wspierają, pomagają i sobie i innym ludziom, żyją razem, a nie obok siebie i patrzą w tym samym kierunku, a spełnieniem Ich szczęścia byłoby dziecko, na które, nie ukrywam, z niecierpliwością też czekam.

Bycie rodzicem to misja, do wypełnienia której moje dzieci, w mojej ocenie, są przygotowane.”

KROPKA. Mamo – raz jeszcze dziękujemy.  :oops:

O prezentach i historiach z babcinej torby w kratkę

1 listopada kojarzy mi się z czerwoną podróżną torbą w kratę, zielonymi kapciami i brązowym fartuchem w żółtawe kwiatki. Te trzy rzeczy składały się na obowiązkowy zestaw wyjazdowy mojej babci, a ich pojawienie się w przedpokoju niezbicie dowodziło, że zbliża się Wszystkich Świętych. Mama mojej mamy, czyli właśnie babcia I., mieszkająca na co dzień 350 kilometrów dalej, przyjeżdżała zawsze kilka dni przed tą uroczystością, aby osobiście zadbać o grób swoich rodziców.

W nieśmiertelnej kraciastej torbie oprócz fartucha i kapci przywoziła także moje ulubione ciemne ciasto (do dziś nie umiem go nazwać, ale smak zapamiętam do końca życia) i liczne prezenty, które przyprawiały o zawrót głowy. Nie dlatego, że babcia dysponowała milionami. Mieszkaliśmy w niewielkim mieście, gdzie zwłaszcza wówczas, na przełomie lat 80. i 90., trudno było kupić coś oryginalnego. Wszystkie wyjmowane z tej torby upominki przypominały więc królika wyciąganego przez magika z czarodziejskiego kapelusza.

Święto Zmarłych (nie przepadam za tą nazwą, ale babcia to właśnie jej używała najczęściej) rozpoczynaliśmy, jak pewnie w wielu polskich domach, od… nerwówki. Seniorka chodziła po mieszkaniu niczym kapral i chociaż zamiast rozkazów wyrzucała z siebie pytania, to skutek był jeden. Ordnung muss sein!

- Matka, a bilety autobusowe wzięłaś? Portfel masz?

- A te małe znicze to dla kogo kupiliście? Dla Kowalskich? Nie będą pasować, bo Wiolka zawsze na fioletowo przystraja.

- Ojciec, dlaczego wieńce są nadal w piwnicy? Kto ma je przynieść? Lady Makbet? Toż one są większe od niej.

- Ciastka zapakowane? Po cmentarzu jedziemy przecież do Wojciecha, nie wypada tak z pustymi rękami. A dla małej coś macie?

- Jak długo jeszcze zamierzacie się zbierać? Potem będą tłumy i znowu się nastoimy w kolejce do autobusu.

I tak dalej… Wiem, wiem, okropne, prawda? A jednak te wizyty babci nadawały świętu specyficznego, niepowtarzalnego charakteru. Z perspektywy czasu bardzo doceniam zwłaszcza postawę taty, który umiał każde gderanie teściowej obrócić w żart albo chociaż umiejętnie zbagatelizować.

Po tej porannej przeprawie następował punkt kulminacyjny, czyli wizyta na cmentarzu. Muszę przyznać, że moi rodzice potrafili unikać nagrobnej tandety rodem z odpustowego jarmarku, dzięki czemu mogiły nie świeciły się jak choinki, ale były przystrojone po prostu estetycznie. Lubiłam te spacery po nekropolii. Rodzice pochodzą z innego regionu Polski, dlatego miejsc wiecznego spoczynku do odwiedzenia nie było za dużo. Babcia okraszała tę wędrówkę historiami o przodkach – czasem zabawnymi, kiedy indziej wzruszającymi albo nawet budzącymi grozę. Wiele z nich się powtarzało, ale to nie zakłócało odbioru.

Najlepiej zapamiętałam opowieść o „dobrym Niemcu”. Podczas II wojny światowej nasi krewni mieszkali na terenach wcielonych do III Rzeszy. Planowano jakąś akcję wysiedleńczą, w ramach której Polacy mieli zostać wywiezieni na roboty w głąb Niemiec. Do moich pradziadków podobno przyszedł wówczas sąsiad, zawodowo oficer SS, a prywatnie człowiek cieszący się dobrą opinią (ot, taki paradoks). Podpowiedział im, że jeśli chcą zachować dom i względne bezpieczeństwo, prababcia powinna zajść w ciążę, co rzekomo miałoby chronić i ją, i męża przed wywózką. Sprawa nie była wcale prosta, bowiem moja przodkini miała już ponad 40 lat, w dodatku jej pierwsza ciąża przebiegała z komplikacjami, a pierworodną córkę – moją babcię – lekarze cudem odratowali. Plan się jednak powiódł i w ten sposób w połowie wojny przyszedł na świat Wojciech, brat babci, który niechcący jeszcze w łonie matki stał się rodzinnym bohaterem. Jego pojawienie się rzeczywiście ocaliło czteroosobową familię przed wysiedleniem, a może i gorszym losem.

Takich historii zresztą było mnóstwo. Słuchałam ich z zapartym tchem i chętnie powtórzę je kiedyś mojemu dziecku.

Do dziś 1 listopada jest dla mnie przede wszystkim świętem rodzinnym. Stanowi okazję, żeby choć na chwilę zapomnieć o pracy, wsunąć zmarznięte palce w dłoń męża i powędrować rozświetlonymi alejkami nekropolii… w przeszłość. W pewnym sensie oboje kontynuujemy rodzinne tradycje z dzieciństwa, bowiem po odwiedzeniu cmentarza umawiamy się zawsze na wspólny obiad z najbliższymi. Dziś wybieramy się do moich teściów. Jest to czas, aby bardziej niż zwykle docenić tych, którzy wciąż są z nami. Chłoniemy wspólne chwile, skrzętnie notując je w pamięci, żeby potem przekazać przyszłym pokoleniom.

I właśnie takiego dnia Wam życzę – a przynajmniej tym, którzy tego chcą: pełnego zadumy, spokoju, miłości i odpoczynku.

Między „Quo vadis” a „Neverending story”

Walczymy jeszcze z kursowymi zadaniami. Z mojej części zostało tylko ostatnie, a i P. wziął się ostro do pracy i zrobił już blisko połowę swoich. Dzisiaj jednak będzie o części wspólnej, którą też sukcesywnie wypełniamy.

Adopcja dziecka nie oznacza, że przestaniecie być parą” – obwieszcza Segregator. Czasem przypomina jakąś magiczną księgę z serii o Harrym Potterze, a czasem tę z „Niekończącej się opowieści”. I w związku z tym, że nie przestaniemy być parą, nasze papierowe kursowe guru zostawia nam pustą stronę i każe na niej opisać, co nas łączy i jak lubimy spędzać ze sobą czas.

ZWIEDZANIE

Oboje lubimy aktywny wypoczynek. Staramy się przynajmniej na kilka dni w roku gdzieś razem wyjechać, zobaczyć coś nowego lub odwiedzić stare kąty. Właściwie nie ma większego znaczenia, czy wybieramy Londyn, czy oddalone zaledwie o 100 km ogromne jezioro. Ważne, że jesteśmy razem, spacerujemy, cykamy fotki, odkrywamy nowe rzeczy. Lubię wtedy planować, co odwiedzimy kolejnego dnia. Uwielbiam, kiedy P. co chwilę każe mi się ustawiać gdzieś do zdjęcia, a za moment zachwyca się własnym dziełem, chociaż ja i tak wiem, że wyszłam na nim jak mielonka z Tesco. Kocham wspólne wieczory, kiedy wspominamy wrażenia minionego dnia, zajadając w łóżku frykasy, po których rośnie wszystko poza biustem i na które na co dzień wolę nawet nie spoglądać.

OGLĄDANIE FILMÓW

Lubię chodzić z mężem do kina, ale jeszcze bardziej przepadam za sposobem, w jaki P. celebruje nasze domowe seanse. Bo to nie tak, że odpala laptopa i woła: „Żona, cho, filma obejrzym”. Nic z tych rzeczy. Sprząta wszystko ze stolika, rozkłada na nim komputer lub włącza telewizor, oznacza nas wraz z tytułem dzieła na fejsie, zasłania odpowiednie okna, organizuje przekąski lub prosi o to mnie. Potem siada na kanapie, zostawiając mi akurat tyle miejsca, żebym się do niego przytuliła. Podczas projekcji dba o to, żeby nic nas nie rozpraszało (jestem pewna, że w końcu opanuje też włączanie trybu „mute” albo nawet „freeze” u psa). Denerwuje się, kiedy sięgam po telefon, choćby w celu sprawdzenia godziny. Ilekroć tylko wstaję, od razu włącza pauzę. Nawet jeśli akcja filmu toczy się w tempie argentyńskiej telenoweli, P. nie dopuszcza, abym uroniła z niej choć słowo. Po seansie zawsze dyskutujemy i przyznajemy obrazowi własne „gwiazdki” niczym profesjonalni recenzenci. Finalnie dzieło trafia na niepisaną listę do powtórnego obejrzenia lub puszczenia w niepamięć.

PRZESYŁANIE INTERNETOWYCH GŁUPOT

P. często dojeżdża do pracy autobusem i czasem już wówczas przesyła mi zabawne filmiki z pieskami bądź innymi zwierzakami. Podobnie robi podczas przerwy śniadaniowej. Ja zresztą nie pozostaję mu dłużna. W pracy zwykle nie mam na to czasu, ale chętnie odsyłam mu coś po południu. Śmieszne koty, żarty ze współczesnej polityki, memy z gwiazdami seriali… Drobiazgi, które na chwilę poprawiają humor i w pewnym sensie są synonimami słów „myślę o tobie”.

ZAJMOWANIE SIĘ DOMEM

Chociaż P. bywa takim kanapowym misiem, któremu do szczęścia wystarczy piwko, meczyk i ulubiona podusia, to w kwestii obowiązków domowych nie mogę na niego narzekać. Wspólne sprzątanie idzie nam szybko, zgodnie dzielimy się zadaniami i aż miło jest potem popatrzeć na efekty*. Lubimy też razem planować zakupy do domu, wymyślać, co by nam się jeszcze przydało, gdzie to można nabyć i gdzie potem postawić.

*Przez jakiś kwadrans, dopóki Reksio nie rozdepcze karmy, nie rozciągnie koca albo nie zacznie tłustym jęzorem lizać szafki/lustra/szyby okiennej (właściwe podkreślić).

SPOJRZENIE NA ŻYCIE

Przyznam się Wam do czegoś. Kiedy P. nie ma w pobliżu, podglądam czasem jego zadania kursowe. I uśmiecham się sama do siebie, czytając własne myśli, nakreślone jego ręką. Własne nie dlatego, że coś mu dyktowałam lub że ode mnie ściągnął. Własne, bo w wielu kwestiach myślimy podobnie. Różnica w wykonywaniu tych segregatorowych poleceń polega na tym, że ja cuduję, wymyślam, jak tu coś ładnie ubrać w słowa, jak sprawić, żeby brzmiało i wyglądało atrakcyjnie. Mąż – jak to facet – pisze prosto z mostu. Na pytanie, jak będzie informował otoczenie o adopcji, napisał: „Normalnie. Dziecko może pojawić się w rodzinie na wiele sposobów, adopcja jest po prostu jednym z nich”. Mówiąc po fejsbuniowemu – „Lubię to”, że w najważniejszych sprawach myślimy zwykle bardzo podobnie. Dlatego właśnie nasz Segregator przypomina czasem „Quo vadis” nie tylko grubością. Pyta, dokąd zmierza nasze małżeństwo. I uzyskuje odpowiedź, że wciąż w tym samym, jednomyślnie obranym kierunku.

Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Zgodnie uznaliśmy, że zwykłe opisanie tego wszystkiego nie odda naszej więzi. Wybraliśmy więc zdjęcia z różnych momentów wspólnego życia, umieściliśmy ich miniatury na dwóch kartkach A4, wydrukowaliśmy je i wpięliśmy do segregatora. Widać na tych fotografiach, jak razem tańczymy, spotykamy się ze znajomymi, zwiedzamy, leniuchujemy nad morzem, opiekujemy się psem, obchodzimy rocznicę ślubu… Słowem – jesteśmy razem i korzystamy z życia. Na wspomnianej pustej stronie z poleceniem stworzyliśmy natomiast kolaż ze słów powycinanych z gazet i ulotek… a właściwie tworzymy, bo wciąż jest tam trochę pustego miejsca. Jak skończymy, to wrzucę zdjęcie. Tymczasem zbieram się do pracy… Może zdążę jeszcze podesłać P. jakiś głupawy filmik z mlaszczącym labradorem.