Category: Ci, bez których nie jestem sobą

Moi przyjaciele i związane z nimi przemyślenia, wydarzenia, wspomnienia…

Kto dostał belfrzego rozumu, a kto się stoi w belfrze piórka

Wczorajszy Dzień Edukacji Narodowej skłonił mnie – choć to mało oryginalne – do przemyśleń na temat nauczycieli, których spotkałam na swojej drodze, jeszcze po tej drugiej stronie biurka.

Uważam, że miałam szczęście do kadry pedagogicznej. Oczywiście nie całej, zdarzali się przecież i tacy, którzy w szkole znaleźli się chyba przez przypadek i nie wiedzieli, jak z tego wybrnąć. Może przyszli tam na przykład naprawiać kaloryfery, zaś chwacki dyrektor postawił ich za katedrą i kazał nauczać fizyki albo innej biologii, a że głupio im było odmówić, to zostali? W każdym razie trafiłam też na edukatorów z powołania, a wśród nich na przynajmniej troje prawdziwych mistrzów, przed którymi chylę czoła i którym nieudolnie próbuję dorównać. To dzięki nim jestem tym, kim jestem, nie tylko pod względem zawodowym. Obiecuję poświęcić im kiedyś osobny wpis, ale póki co celowo się z tym wstrzymuję – w swoim czasie wyjaśnię, dlaczego.

Rocznica powstania KEN, zwana potocznie (a fuj!) Dniem Nauczyciela, kojarzy mi się jakoś tak patetycznie, ze sztucznymi uśmiechami, niepotrzebnymi kwiatkami i wypominaniem pedagogom przez media luksusowych warunków pracy. Czarę goryczy przepełniają ulotki z supermarketów, krzyczące o powinności (sic!) złożenia pedagogom życzeń, ma się rozumieć z materialnym bonusem w postaci P(ta)siego Mleczka, wiązanki różyczek za 7,99 albo długopisu z promocji 3 w cenie 2, żeby od razu obskoczyć wychowawcę, dyrektora i profilaktycznie tę wredną matematyczkę. Wybaczcie sarkazm, ja po prostu walczę  z wiatrakami z panującym wśród niektórych przekonaniem, że z racji samej profesji coś nam się od uczniów należy. Wolę (po stokroć!) szczere słowo „dziękuję” od wymuszonych kwiatków i czekoladek.

Dzisiaj chcę z tym patosem zerwać choć na chwilę, dlatego przedstawię krótkie szkice kilkorga belfrów z przymrużeniem oka… chociaż po głębszym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że w niektórych przypadkach żadne krzywe zwierciadło nie jest konieczne do uzyskania karykatury.

MIEJSCE TRZECIE

„Wszystkie zwierzęta są równe, ale świnie są równiejsze” – zauważył swego czasu Orwell ustami ryjkami bohaterów znanej książki. Wiem z pedagogicznego doświadczenia, że często bardzo trudno jest zachować obiektywizm. Nie zawsze dysponujemy pełnym obrazem sytuacji, czasem z przyzwyczajenia przypisujemy uczniom określone zachowania, które niekoniecznie muszą występować w rzeczywistości. Ostatnie miejsce na belferskim antypodium zajmuje ex aequo troje pedagogów, którzy wykazali się powalającym wręcz subiektywizmem w ocenianiu podopiecznych.

1.      Nic nie umiesz, ale twoja siostra pięć lat temu umiała, więc stawiam bardzo dobry.

Pewna podstarzała nauczycielka z mojej podstawówki miała świetną pamięć do nazwisk i bardzo dobrze orientowała się w koligacjach rodzinnych uczniów kolejnych klas. Wystarczyło, że jedna Nowakówna okazała się wybitnie zdolna z jej przedmiotu, aby całe młodsze rodzeństwo grzało się w blasku chwały starszej siostry. W dodatku rzeczona belferka nie trudziła się zapamiętywaniem imion, więc jeżeli wspomniana Nowakówna nosiła imię Basia, to wszystkie młodsze siostry również były przez nią nazywane Basiami. Genialne w swej prostocie, czyż nie?

2.      Zdolny to zdolny, co z tego, że leniwy?

Na ocenę niedostateczną zasługuje uczeń, który:

a)      Podczas 30-stopniowego upału przyszedł do szkoły w krótkich spodniach

czy

b)      Nie przeczytał zadanej lektury ani nawet jej streszczenia?

Oczywiście, że prawidłowa jest odpowiedź „a”! W końcu pierwszy z wymienionych to tylko ten gburowaty Rafał, w dodatku niezbyt lotny i w ogóle siadaj, pała! Drugi to co innego, bo to przecież Michałek, uroczy i zdolny, jedynie trochę leniwy jak widać. Pikanterii sytuacji dodaje dialog pomiędzy Michałkiem a panią profesor, która zdążyła właśnie całej klasie wstawić jedynki za nieznajomość lektury, zapowiedzianej zaledwie dzień wcześniej i niedostępnej w żadnej bibliotece (o ebookach nikt jeszcze nawet nie marzył). Michałka nauczycielka zostawiła sobie na deser, a rozmowa wyglądała tak:

- Michale, czy ty przeczytałeś lekturę? (doprawdy trudne pytanie, zwłaszcza że jego poprzednicy musieli odpowiadać, jakiego koloru kwiaty stały na stole u drugoplanowego bohatera)

- Nie, he he, no skądże, he he… ale dla pani profesor mogę zaryzykować odpowiedź na każde pytanie!
- Oj, Michale, jakiś ty dowcipny, lubię ten twój pazur.

Koniec dialogu, Michałek jedynki nie dostał.

 

3.      Są plusy dodatnie i plusy ujemne.

Tym razem sytuacja z uczelni. Pamiętacie z wpisu o Puchatku „Sowę Przemądrzałą”, która kazała studentom przeczytać nieistniejącą książkę? Na zajęciach stawiała nam plusy za aktywność jak w podstawówce. Pod koniec semestru zakomunikowała, że osoby z największą liczbą plusów zostaną zwolnione z egzaminu z oceną bardzo dobrą. Takie indywidua były cztery: Matylda, Agata, Anka i ja. Pani doktor wyczytała, że wszystkie mamy po dziewięć plusów, ale z testu zwolni tylko Matyldę i Agatę, bo tak. Po zajęciach poszłyśmy z Anką dopytać, o co chodzi. Usłyszałyśmy, że są plusy większe i mniejsze, a my niestety mamy te mniejsze, więc sorry, Batory; a w ogóle to jej system oceniania jest sprawiedliwy i właściwy, bo jest jej. Po serii pytań (głównie bardziej asertywnej Anki) wykładowczyni łaskawie zgodziła się wpisać nam 4,5 bez konieczności przystępowania do egzaminu. Ustaliłyśmy z nią, że Anka weźmie indeksy od całej czwórki i przyjdzie po wpis.  Owego sądnego dnia odebrałam od Anki telefon: „Houston, we have a problem! Pani doktor jest oburzona, że ty, Agata ani Matylda nie stawiłyście się na egzaminie. Chciała wam wpisać dwóje, ale zagadałam i w końcu obniżyła wam tylko oceny o pół stopnia”. Na początku żałowałam, że zabiegałam o to zwolnienie, bo w sumie przedmiot nie był trudny, mogłam powalczyć o piątkę. Potem jednak okazało się, że 70% roku nie zdało… bo tak. Widocznie też mieli mniejsze plusy.

MIEJSCE DRUGIE

Bardzo państwa przepraszam!

W przeciwieństwie do poprzedników srebrny medalista mojego rankingu jest bardzo sympatyczny. Bardzo, bardzo, bardzo sympatyczny! I bardzo, bardzo, bardzo niepozorny. Jego charakterystykę dedykuję J. – zakładam, że już zgadła, o kogo chodzi. Pozostałym Czytelnikom spieszę z wyjaśnieniem: wykładowca akademicki, jak najbardziej kompetentny i podobno mający szczęście do pięknych kobiet, jednak za czasów naszych studiów mieszkający jeszcze z matką. Co zatem robi w dzisiejszym zestawieniu? Przeprasza! Jego zajęcia, choć merytorycznie prowadzone doskonale, przeplatane były licznymi komunikatami w stylu: „Panie Krzysztofie, bardzo przepraszam, ale naprawdę nie mogę panu zaliczyć tego kolokwium. Uzyskał pan zero punktów na dwadzieścia, przepraszam!” albo „Przepraszam państwa, czy ja poprzednio mówiłem, czym będziemy się dzisiaj zajmowali? Jeżeli nie, to najmocniej przepraszam!”. Żeby nie było – prócz „przepraszam” znał też inne magiczne słowa. Podając mu indeks do wpisu po zdanym egzaminie, usłyszałam: „Uprzejmie pani dziękuję, że przeczytała pani moją publikację i odwołała się pani do niej w swojej pracy”. Prawdziwą truskawkę na torcie (jak mawia złotousty Tomasz Hajto) stanowiła jednak sytuacja, mająca miejsce około dwóch lat po zakończeniu zajęć z bohaterem tej historii. Czwarty albo piąty (?) rok studiów, wykład z dydaktyki. Siedzimy w największej jedynej auli na wydziale, słuchamy wykładowczyni. Nagle otwierają się drzwi, wchodzi właśnie ów doktor Ch. Staje obok katedry, rozgląda się… audytorium zamiera w ciszy… doktor ogarnia salę wzrokiem raz jeszcze, po czym mówi: „Przepraszam!” i po cichutku wychodzi, chociaż niepotrzebnie, bo salwa śmiechu przyszłych magistrów skutecznie zakłóca nawet skrzypienie klamki. Właściwie na tym mogłabym zakończyć, ale dodam jeszcze, że razem z U. doszłyśmy do wniosku, iż nasz wykładowca przeprosił już okno, drzwi i krzesła w swoim gabinecie, aż w końcu postanowił wyjść do ludzi. Efekt tej karkołomnej eskapady jak wyżej.

AND THE WINNER IS…

Dowcip, przy którym Monty Python to pikuś!

Pani magister Sz. prowadziła zajęcia na moich studiach. Jedne z tych „zapchaj-dziur”, które nie służą do niczego poza zapełnianiem rubryk w indeksie. Wyglądała jak dobrotliwa babcia, taka niemal z kreskówki. Trudno powiedzieć, ile naprawdę liczyła sobie wiosen. Być może wcale nie była stara, a lat dodawał jej włóczkowy sweter i dziergana na drutach długa spódnica. Na każde konwersatoria przychodziła ubrana identycznie. Podejrzewaliśmy, że jej garderoba jest równie urozmaicona jak zawartość szafy Batmana:

Całości wizerunku dopełniał beznamiętny, zmęczony i melancholijny ton głosu. Brzmiał tak, że już po kwadransie słuchania go studenci szczegółowo badali wzrokiem sufit w poszukiwaniu jakiegokolwiek ratunku, który niestety nigdy nie nadszedł. Pewnego dnia pani magister postanowiła jednak nas zadziwić. W trakcie zajęć zaproponowała nieśmiało:

- Chciałabym opowiedzieć państwu, hi hi, dowcip. Tylko nie wiem, hi hi, czy mnie tutaj tak wypada…

Bardzo chętnie wyjawiłabym Wam, cóż takiego naprowadziło wykładowczynię na ten trop i skłoniło ją do tak niezwykłego czynu. Niestety nie potrafię, ponieważ przestałam jej słuchać jakieś pół godziny wcześniej, podobnie jak cała reszta grupy. Słowo „dowcip” w jej ustach wraz z nerwowym pohihiwaniem sprowadziły nas jednak natychmiast z różnych wzniosłych marzeń na ziemię, znaczy na obżarte linoleum, a dokładniej na stojące na nim krzesła. Po gorącej i pełnej niedowierzania zachęcie z naszej strony prowadząca w końcu wydusiła z siebie:

- Proszę państwa, mieszkam przy ulicy X. I tam jest niedaleko klub studencki, być może państwu nieobcy. Wieczorem bawi się w nim młodzież akademicka, a potem z niego wychodzi i bardzo hałasuje po nocach… hi hi. I takie różne rzeczy mówi, nie zawsze cenzuralne… no, wiedzą państwo, hi hi. Koniec dowcipu.

No właśnie, moi drodzy. Koniec dowcipu. Czekam na Wasze szkolne wspomnienia!

Pół życia pożycia

Nasze dziecko zostanie inżynierem. Na bank. Przyłapaliśmy ją już na rozkręcaniu zaworu grzejnika, włączaniu i wyłączaniu Playstation, rozmontowywaniu listew podłogowych i testowaniu zawiasów bramki bezpieczeństwa w drzwiach swojego pokoju. Ze wszystkich zabawek najbardziej lubi wózek dla lalek, a dokładniej jego kółka, które skręca, toczy i obraca na wszystkie sposoby. Teraz, kiedy piszę, leży przede mną na podłodze i bawi się kółkami krzesła obrotowego, które dopadła zaraz po tym, jak rozłożyła na części pierwsze całą matę puzzlową (24 elementy). Przypominam, że ma 7 miesięcy. Na roczek dostanie chyba Lego Technics… albo nie, po co się szczypać, lepiej od razu skrzynkę z narzędziami i kilka desek, żeby meble i ściany nie ucierpiały w wyniku przeprowadzanych przez nią prób i doświadczeń.

Mgr inż. Księżniczka (Izzy, jeżeli Twoja E. może być Księżniczką Przedszkolaczkiem, to moja może być Księżniczką Inżynierem, czyż nie?) jest jednak tylko wisienką na torcie podczas jutrzejszego przyjęcia – i to niemal dosłownie.

W czym rzecz? Otóż jutro P. i mnie stuknie kolejna rocznica związku i pomimo tego, że nie jest okrągła, to jednak bardzo ważna. Z moich wyliczeń (skomplikowanych niczym równania Sheldona Coopera z „Teorii wielkiego podrywu”, nie myślcie sobie!) wynika, że mój małżonek i ja stanowimy parę równo przez pół naszego życia! Powiem Wam, że brzmi to dla mnie jak jakaś totalna, kosmiczna abstrakcja. Doskonale pamiętam czasy „sprzed P.” i wcale nie wydaje mi się, żeby to było jakoś strasznie dawno. A tu się okazuje, że za chwilę będziemy mieć na koncie więcej czasu spędzonego razem niż osobno.

Jeśli czytaliście historię naszego poznania się, to wiecie, że można ją uznać za romantyczną. Natomiast początek naszego związku nie był ani oryginalny, ani wzruszający. Trudno z niego zrobić ciekawą opowieść, ale spróbuję.

Nadchodziły wakacje. Myśl o nich niezbyt mnie cieszyła. Miałam złamane serce… zostałam podle potraktowana przez chłopaka, którego – jak mi się wówczas wydawało – kochałam. Z P. łączyły mnie wtedy relacje przyjacielskie, chociaż nie wiem, czy to jest dobre określenie. Wiedziałam, że nie jestem mu obojętna, zresztą ja też darzyłam go uczuciem, którego chyba w tamtym czasie po prostu nie chciałam nazywać. Życie (zwłaszcza nastolatka) bywa pokrętne, więc stanęło na tym, że leczyłam rany po byłym (nazwijmy go X.), a P. zaczął się spotykać z naszą wspólną koleżanką. Ich związek od początku nie był udany, ale to temat na odcinek „Trudnych spraw”, a nie na Stożki ;) .

Stopniowo zaczęliśmy się do siebie zbliżać, mimo że uparcie się tego wypierałam. P. był ministrantem, w niedzielę zawsze służył na mszy młodzieżowej, na którą też chodziłam. Wspólne spacery po wyjściu z kościoła stawały się naszą tradycją. Nie umknęło to oczywiście uwadze moich przyjaciółek, zwłaszcza C., która chyba jako pierwsza przewidziała finał tej historii. Pisywaliśmy do siebie listy, rozmawialiśmy godzinami przez telefon. P. rozstał się ze swoją dziewczyną. Wszystko wskazywało na to, że się zejdziemy.

Pod koniec wakacji dostałam list od X. Przepraszał, żałował, obiecywał, chciał się spotkać. Niejednej dorosłej kobiecie takie słowa przewróciłyby w głowie, a co dopiero licealistce. Zgodziłam się na jego przyjazd, ale ku własnemu zaskoczeniu wyszłam z tej pseudorandki silniejsza. Postanowiłam, że nie będę marnować młodości dla faceta, który sam nie wie, czego chce. X. pisywał do mnie jeszcze przez jakiś czas, potem kontakt nam się urwał. Dziś ma żonę i dzieci, chyba jest szczęśliwy… rozmawiałam z nim nawet ostatnio przez chwilę, głównie o sprawach zawodowych. Niech mu się wiedzie.

Od czasu tego spotkania z X. miałam już pewność, z kim chcę się związać… tylko nie umiałam tego odpowiednio rozegrać. Wiedziałam, że P. czeka na sygnał ode mnie, mówił mi to wprost. No ale jak to? Tak paść facetowi w ramiona i powiedzieć „chciałeś, to masz?”. Nieee, co to, to nie ja. Zrobiłam więc to, co każda szanująca się nastolatka, czyli zwierzyłam się ze swoich wątpliwości przyjaciółce. E. odparła, że upadłam na głowę. Nie przepadała wówczas za P. i chyba nie była pewna, czy wyleczyłam się z X. (Tak sobie właśnie czytam te moje wypociny i mam wrażenie, że brzmią trochę jak list do „Bravo”… no niestety, wiele rzeczy potrafię, ale za Chiny Ludowe nie zmienię tego, kim byłam pół życia temu). Zostałam więc z mętlikiem w głowie i jeszcze większymi wątpliwościami.

Pewnej październikowej niedzieli P. siedział u mnie w pokoju, jak zwykle na podłodze. W ogóle wszyscy u mnie siadali na podłodze, co nawet miało swój specyficzny klimat. Rozmowa jakoś się nie kleiła. W pewnym momencie, chyba dla rozładowania atmosfery, mój gość sobie ze mnie zażartował – ot, jakiś koleżeński docinek, już nie pamiętam, co to było. Postanowiłam wykorzystać moment… i powiedziałam, że ma uważać, jak się zwraca do swojej dziewczyny.

I już. Złapał mnie za rękę i tak zostało, a kilka lat później wziął sobie tę rękę i całą resztę na dobre. Oczywiście nie zawsze było różowo czy tam błękitno w jednorożce, bez przesady. Uczniowie podpytują czasami, czy mój mąż mnie denerwuje. Odpowiadam, że osiem razy dziennie, a w weekendy to nawet dwanaście. I pewnie vice versa. Bywa, iż mam go szczerze dosyć, ale nigdy naprawdę nie żałowałam decyzji, której rocznicę będziemy jutro świętować. Nikt nie zna mnie tak dobrze, jak on. Czasem się zastanawiam, czy umiałabym do tego stopnia otworzyć się przed kimkolwiek innym i dochodzę do wniosku, że nie.

Nie da się w jednym wpisie zawrzeć tego, co razem przeżyliśmy… Wspólne podróże, przeprowadzki i starania o dziecko to tylko część doświadczeń. Zwieńczeniem tej współdzielonej połowy życia okazała się Księżniczka, która w trakcie pisania tego tekstu zdążyła się już wybawić i wyspać. Przed chwilą ściągnęła sobie śpioszki i właśnie zaczyna domagać się jedzenia, więc kończę.

Następne kilkanaście lat mojego związku z P. zapowiada się jak widać równie emocjonująco :) .

Zwyczajna niezwyczajna. O mojej bohaterce

Siedzę od dobrych kilkunastu minut nad pustą stroną i nie wiem, jak zacząć. Kursor nieznośnie miga, jak gdyby ponaglając, ale wyjątkowo trudno jest mi znaleźć odpowiednie słowa. Chcę Wam dzisiaj przedstawić osobę, którą podziwiam za to, jakim jest człowiekiem. Nie będzie to historia żadnej Matki Teresy ani Ireny Sendlerowej, ale zwykłej kobiety, która imponuje mi siłą swojego charakteru. 

Anna, bohaterka niniejszej opowieści, będąc młodą, zdolną i ambitną studentką, poznała – jak sądziła – miłość swojego życia. Janusz nie miał konkretnego wykształcenia, pracował w fabryce jako mechanik. Był za to czarujący i wydawał się akceptować Annę pomimo jej licznych (choć w moim mniemaniu w większości niesłusznych) kompleksów. Wzięli szybki ślub, a niedługo później urodziła im się córka Kasia. Był sam środek stanu wojennego, wszystkiego brakowało, a Janusz zaczął coraz częściej znikać z domu. Kiedy się wreszcie pojawiał, nie wykazywał skruchy, a za swoje postępowanie obwiniał żonę, wymyślając coraz to gorsze przykrości, włącznie z wytykaniem jej, że po porodzie stała się nieatrakcyjna. Niedługo później małżeństwo się rozpadło, a Janusz na stałe się wyprowadził. Anna została sama z małą Kasią. Przy niewielkiej pomocy swojej rodziny jakoś sobie radziła, chociaż łatwo nie było…

Janusz jednak zreflektował się po dwóch czy trzech latach i zaczął błagać żonę o przebaczenie. Opiekował się też córką i wspierał je obie finansowo. Anna, walcząc ze sobą, postanowiła dać mu jeszcze jedną szansę. Ponownie ze sobą zamieszkali, czego efektem było pojawienie się na świecie Zosi, ich drugiej pociechy. Malutka urodziła się dzięki cesarskiemu cięciu, niestety, wykonanemu fatalnie. Dziecko wypisano ze szpitala zdrowe, jego matkę już niekoniecznie. Nie chcę pisać, co dokładnie się stało, grunt, że powikłania po zabiegu były dla Anny koszmarne w skutkach, bowiem niestety powodowały przypadłości utrudniające normalne funkcjonowanie i będące szczególnie przykrymi dla kobiety. Jak łatwo się domyślić, Janusz wzgardził „wybrakowaną” żoną i porzucił ją po raz drugi. Tym razem było to wyjątkowe świństwo, ponieważ jako samotna matka Anna straciła prawo do zajmowanego dotychczas mieszkania – wygodnego, nowego i przestronnego (żeby nie wdawać się w zbędne szczegóły, nadmienię tylko, że było to coś w rodzaju lokalu służbowego jej męża, choć w nie do końca standardowym rozumieniu). Musiała zatem przeprowadzić się z dziewczynami w gorsze, ale na szczęście wciąż przyzwoite warunki. Stan zdrowia utrudniał jej podjęcie pracy, poza tym nie miała rodziny na miejscu,  zaś malutkie córki wymagały opieki. W dodatku, ze względu na przemiany ustrojowe, był to czas rosnącego gwałtownie bezrobocia, a i o alimentach na dzieci mogła jedynie pomarzyć…

Kolejne lata nie przyniosły żadnych pozytywnych zmian. Anna w końcu znalazła pracę, a raczej prace, bowiem harowała na dwa etaty, żeby jakoś związać koniec z końcem. W dodatku jedno ze stanowisk miała w swoim mieście, drugie 40 kilometrów dalej… Bywało więc tak, że o szóstej rano wysiadała z pociągu po całej nocy fizycznej pracy, aby o siódmej być już w kolejnym miejscu zatrudnienia i tkwić w nim do piętnastej, a wieczorem od nowa… Rodzice Anny podjęli się stałej opieki nad Zosią, zabierając ją na jakiś czas do swojego domu, co z jednej strony było dla samotnej matki ogromną pomocą, ale z drugiej narażało na szwank jej więzi z zaledwie kilkuletnim maluszkiem.

Piszę dzisiaj o Annie, ponieważ bardzo dobrze pamiętam ją z tamtego okresu, mimo że sama byłam wtedy jeszcze dzieckiem, niewiele zresztą starszym od Zosi. Wiedziałam, że jest w finansowych tarapatach i że ma kłopoty ze zdrowiem. Zawsze jednak emanowała od niej ogromna siła, połączona ze spokojem i pogodą ducha. Mnie, pewnie wówczas szczerbatą smarkulę, traktowała jak równą sobie, bez gombrowiczowskiego upupiania, charakterystycznego dla innych dorosłych. Miała (i ma do tej pory) ogromny talent do wszelkich robótek ręcznych. Przynosiła mi własnoręcznie zrobione ubranka dla lalek, a potem serwetki zdobiące mój pokój tak długo, dopóki go zajmowałam. Kiedy po latach zapraszaliśmy ją z P. na nasz ślub, poprosiłam, aby zamiast kupnego prezentu podarowała nam jakiś zrobiony na szydełku drobiazg. Otrzymaliśmy piękną serwetę, delikatne serwetki i misternie wydzierganą poszewkę na jaśka. Korzystamy z nich do tej pory, dbając jak o największy skarb. Nigdy też nie zapomnę smaku kruchych ciasteczek w kształcie serc, które przynosiła czasem do kawy. Były to jedne z lepszych wypieków tego typu, jakie w ogóle jadłam.

Lata mijały… córki Anny pokończyły szkoły, starsza wyszła za mąż i planowała zostać mamą, młodsza zaczynała pracę zawodową. Ich mamie w międzyczasie udało się zamienić dwa etaty na jeden, dający jako taką stabilizację. Wydawało się, że wszystko idzie ku lepszemu, tym bardziej, że Anna spotkała na swojej drodze mężczyznę, którego jako pierwszego od rozpadu swojego małżeństwa obdarzyła pełnym zaufaniem. Jak na ironię, był imiennikiem jej byłego męża, ale żartowała, że takie jest widocznie jej przeznaczenie. Wspólnie świętowali narodziny Amelki, córki Kasi. Anna zaczęła czuć, że naprawdę żyje.

Nie potrafię sobie przypomnieć, ile czasu trwał jej związek z nowym partnerem. Rok, dwa, może trzy… Janusz zginął w wypadku samochodowym, spowodowanym przez innego kierowcę. Kilka miesięcy przebywał w śpiączce, ale w końcu jego ciało się poddało. Niedługo później śmierć zabrała Annie także przyjaciółkę, na którą zawsze mogła liczyć i z którą przez trzydzieści lat wzajemnie wspierały się w trudnych chwilach. Moją mamę…

Krótko po zakończeniu kursu w OA przypadkiem spotkałam bohaterkę mojej historii w jej obecnym miejscu pracy. Od razu opowiedziałam o naszych adopcyjnych planach. Pogratulowała z całego serca, przy okazji dzieląc się radosną nowiną, że również Zosia spodziewa się dziecka. Jej synek i moja Księżniczka są zatem rówieśnikami. Kiedy zabraliśmy córcię do domu, Anna była jedną z pierwszych osób, którym wysłałam zdjęcie małej… Odkąd pamiętam, jest dla mnie jak rodzina. Może to głupie, ale uśmiecham się za każdym razem, kiedy jej nazwisko miga mi gdzieś w aktualnościach na Facebooku. Od zawsze imponuje mi swoją siłą charakteru, wiarą w ludzi i w lepsze jutro pomimo wszelkich przeciwności. Dlatego Wam o niej napisałam.

Pani Anno, jeżeli dotarła Pani do tego wpisu…

… proszę nie mieć mi za złe, że go popełniłam. Zasługuje Pani na pomnik albo przynajmniej medal, a na pewno coś więcej, niż tylko moją pisaninę. Proszę wybaczyć także drobne faktograficzne nieścisłości. Część z nich zaistniała celowo, przez szacunek dla Pani prywatności, inne być może wynikają z zawodności ludzkiej (zwłaszcza dziecięcej) pamięci.

Dziękuję za wszystkie soboty przy kawie i sweterki dla lalek, ale przede wszystkim za to, że wspierała Pani moją mamę bez względu na wszystko. Życzę, choć to może zabrzmi banalnie, aby choć raz los okazał się naprawdę sprawiedliwy i okazane dobro do Pani wróciło… najlepiej na stałe.

O psożegnaniu i psięsknocie

- Przywiozłem pani tego pieska. Czekam pod Teskiem! – głos w słuchawce sprawił, że serca zaczęły nam bić znacznie mocniej.

Było niedzielne, upalne sierpniowe popołudnie. Zerwaliśmy się z poweselnych poprawin u bliskich znajomych i wprost z parkietu, w imprezowych kreacjach, pobiegliśmy na parking pobliskiego supermarketu, gdzie z otwartego bagażnika auta wystawał śmieszny, kudłaty łeb. Para ciekawskich oczu dokonała błyskawicznej lustracji dwojga nowych „człowieków”, której wynikiem było energiczne merdanie ogonem. Jeszcze tylko rozliczenie, książeczka zdrowia, kilka pytań o pielęgnację – i włochata kulka wylądowała na rękach P. A raczej na ręku, bo Reksio mieścił się wtedy prawie cały na jednej męskiej dłoni. Ilekroć ktoś pytał, skąd mamy psa, zawsze odpowiadaliśmy, że z Tesco. P. dodawał zwykle, że z promocji – demolkę mieszkania otrzymaliśmy gratis.

Zaraz po wejściu do domu maluch z prędkością błyskawicy obiegł wszystkie kąty, po czym wzgardził przygotowanym legowiskiem, moszcząc się na dolnej półce starej etażerki, zrzuciwszy z niej uprzednio jakieś moje szpargały. Zdobył nasze serca całkowicie i natychmiast. Z jego pierwszych chwil w naszym domu nie mamy żadnego przyzwoitego zdjęcia, bo nie dało się uchwycić go w bezruchu. Od początku reprezentował wszystkie typowe cechy swojej rasy, z niespożytą energią i psotnym usposobieniem na czele.

Szybko okazało się, że niestety psiaka kupiliśmy z pseudohodowli. Szczerze mówiąc, nie mieliśmy wcześniej pojęcia, że takie istnieją, zwłaszcza w naszej okolicy… tym bardziej, że Reksio nie należał do żadnej z modnych odmian psów. Trafił do nas jednak zapchlony, zarobaczony i chory. Podczas pierwszej wizyty w lecznicy zabrakło skali na termometrze, tak wysoką miał gorączkę. Weterynarz popatrzył mi w oczy i zasugerował, że najlepszym wyjściem będzie uśpienie zwierzaka. Nie pozwoliłam na to. Przez kolejne tygodnie na zmianę, dwa razy dziennie jeździliśmy z P. do kliniki, gdzie Reksio dostawał zastrzyki i tony lekarstw. Na szczęście moja ówczesna praca pozwalała na tego typu kombinacje.  Kosztowało nas to wiele poświęcenia – i, co tu ukrywać, pieniędzy – ale piesio dochodził do siebie.

Wkrótce wyzdrowiał zupełnie – i tak zaczęła się ośmioletnia, nieustająca przygoda. Reksio jako szczeniak był uroczym urwisem, choć momentami nieznośnym. Pogryzł nam mnóstwo butów (jednego klapka do tej pory nie znalazłam i to bynajmniej nie przez bałagan… nasz pies najwyraźniej miał w paszczy Trójkąt Bermudzki). Chyba wydawało mu się, że jest kornikiem albo innym bobrem, bo kiedyś przyłapałam go na podżeraniu drewnianego filaru, który podtrzymywał strop. Łóżko smarowaliśmy chrzanem, żeby rano przypadkiem nie obudzić się na podłodze. Jeden z licealistów otrzymał piątkę za darmo, bo Reksio tak przeżuł jego pracę domową, że nie dało się jej odczytać. Pozbawił mnie jedynego w domu kwiatka doniczkowego, próbując podczas naszej nieobecności przesadzić go do swojej miski. Pewnego dnia nauczył się otwierać szuflady w sypialni i po powrocie z pracy zastałam go oplątanego moją biżuterią do tego stopnia, że biedny nie mógł się ruszać.

Wiek szczenięcy jednak wreszcie minął i nasz mały terrorysta zaczął się uspokajać. Towarzyszył nam niemal wszędzie: mieszkaliśmy razem w dwóch miastach i łącznie trzech mieszkaniach. Pokochał z wzajemnością naszych rodziców i najbliższych przyjaciół. W międzyczasie rozpoczęliśmy starania o dziecko – wiecie już, że bezskuteczne. I jak to zwykle bywa, choć nie powinno – niespełnione rodzicielskie uczucia przelewaliśmy na psa. Zależało nam, żeby był dobrze zsocjalizowany. Chętnie zapraszaliśmy gości, pozwalaliśmy na kontakty Reksia z innymi psami, a także z dziećmi.

Nic nie wskazywało na to, że tuż po pojawieniu się Księżniczki dojdzie do apokalipsy. Nasz pies lubił maluchy. Na czas letnich urlopów odwoziliśmy go do krewnych, mających kilkuletnią córkę. Dokazywał wraz z nią i jej kolegami, a jedyną zbrodnią, której się dopuścił, była kradzież pluszowego misia – którego to misia zresztą używał jako przynęty, bo wiedział, że skłoni tym jego właścicielkę do zabawy w ganianego. Zaledwie rok przed adopcją małej oddaliśmy Reksia na dwa tygodnie do hotelu dla zwierząt, którego kierowniczka miała malutkiego synka. Bawili się razem w aportowanie, chłopiec cierpliwie, choć jeszcze niezgrabnie rzucał mu piłkę, a futrzak równie niezmordowanie ją przynosił.

Niestety, ostatnie pół roku było równią pochyłą. Pomimo naszej pracy nad psem jego zachowanie wciąż się pogarszało. Cierpieli na tym wszyscy, a najbardziej chyba on sam, bowiem konieczność izolowania go od córeczki była dla niego niemal równoznaczna z samotnością. Agresję z Księżniczki zaczął przenosić na nas, ale tylko wtedy, kiedy ona była w pobliżu. Wystarczyło, że poszła spać – pies z powrotem zmieniał się w kudłatego aniołka, do rany przyłóż, nic tylko głaskać i karmić „mięskami”. Jednak kiedy tylko słyszał jej głos albo dostrzegał ruchy w sąsiednim pokoju, wstępował w niego diabeł… Stanęliśmy przed bardzo trudnym wyborem: albo nowy dom, albo… sami sobie dopowiedzcie.

Wiem, że ani P., ani ja nie wybaczylibyśmy sobie, gdybyśmy… jak wyżej. Na szczęście – o ile tu o jakimkolwiek szczęściu można mówić – znaleźli się państwo gotowi przygarnąć naszego łobuza. Bez dzieci, za to z dużym terenem do biegania. Widać, że nowy właściciel zna się na psach, kudłacz go polubił. Odjeżdżał na przednim siedzeniu samochodu, z pycholem uśmiechniętym od ucha do ucha. Takiego go widzę przez łzy, kiedy piszę ten post… i takiego go zapamiętam.

………………………………………………………………………………………………….

Reksio, Ty Kochana, Łaciata Paskudo…

Niech Ci się tam wiedzie. Miej zawsze pełną miskę, mnóstwo piszczących zabawek i zielonej trawy do tarzania się. Niech nowi państwo kochają Cię tak mocno, jak my, ale rozsądniej. Niech wyznaczą Ci granice, dzięki którym będziesz czuł się bezpieczny. Niech drapią Cię za uchem i pozwalają na zabawy z innymi psami. Niech nikt nigdy nie waży się Ciebie uderzyć, bo go znajdę i mu oddam, słowo! Nie myśl o nas za dużo i bądź szczęśliwy.

Do zobaczenia na tym lub tamtym świecie…
Kocham Cię, Wstręciuchu!
Wiesz kto…

Nie umiem kochać za nic, czyli co myślę o moim mężu

„Kocha się nie za cokolwiek, ale pomimo wszystko. Kocha się za nic.”

To akurat cytat z ks. Twardowskiego, ale podobne myśli wychodziły spod piór bardzo wielu pisarzy, włącznie z cieszącym się ostatnio nie najlepszą opinią Paulem Coelho. Bez wątpienia są to piękne słowa, ale ja się z nimi nie zgadzam. Miłość bezwarunkowa może według mnie dotyczyć relacji dzieci z rodzicami i vice versa, ale nie związku partnerskiego ani przyjaźni.

Gdybym kochała mojego męża za nic, to równie dobrze mogłabym kochać każdego napotkanego mężczyznę (zdaje się, że istnieją określenia dla takich kobiet, w większości nieparlamentarne). Gdybym kochała go pomimo wszystko, to znaczy, że byłabym z nim również gdyby na przykład znęcał się nade mną i dzieckiem lub odwrotnie – w ogóle się nami nie interesował. Ani jedno, ani drugie mnie nie przekonuje.

Niedawno świętowaliśmy z P. dziesiątą rocznicę naszego ślubu. Spędziliśmy ten dzień z przyjaciółmi, więc bardziej rodzinnie, niż romantycznie. Nie przeszkadzało to jednak w uświadomieniu sobie 10 powodów, dla których kocham mojego męża.

1. Potrafi mówić o uczuciach

Robi to często i szczerze, bez skrępowania ani nadmiernej egzaltacji. Nigdy nie uważał, że powiedzenie kobiecie „kocham cię” jest jakąś ujmą dla męskiej dumy. Po raz pierwszy wyznał mi miłość… po angielsku, w jednym z listów wysłanych do mnie chyba w wieku 10 lat. Nie potrafię policzyć, ile razy to do dzisiaj powtórzył w naszym ojczystym języku. Na pewno tysiące.

2. Odgaduje moje potrzeby jeszcze zanim je sobie uświadomię

Serio. Nie wiem, jak on to robi. Skąd wie, jakiej części garderoby mi brakuje, jak chciałabym spędzić wieczór albo dokąd pójść na spacer. Nigdy nie zabrał mnie w miejsce, które mi się nie podobało, podobnie jak nigdy nie kupił mi nietrafionego prezentu. Szósty zmysł, czy coś.

 3. Wspiera wszystkie moje przedsięwzięcia

… bez względu na to, czy chodzi o podjęcie dodatkowych studiów, pisanie bloga, przemeblowanie pokoju czy eksperymenty kulinarne. Zawsze mi kibicuje i nieustannie we mnie wierzy.

 4. Dogaduje się z moimi przyjaciółmi

Ja jestem dosyć trudna w bezpośrednich relacjach. M. napisał kiedyś, że zachowuję się jak typowa nauczycielka (wiem, co miał na myśli, ale samej sobie oszczędzę wdawania się w szczegóły). Mam wrażenie, że trudno mnie lubić, chociaż bardzo się staram. Przez to nie zawsze udaje mi się nawiązać przyjacielskie stosunki ze znajomymi męża, choć oczywiście nie jest to regułą. W drugą stronę działa to jednak niemal bez zarzutu. P. potrafi godzinami rozmawiać z J. o filmach, z kolei gdy zaprzyjaźniłam się z A., to mój mąż zakumplował się z jej ślubnym i teraz spotykamy się we czworo. Kiedy Siostra odwiedza mnie z synkami, stara się być dla nich jak najlepszym wujkiem. Nawet z M. się porozumiał, chociaż ich początki były dosyć skomplikowane. Dzięki temu mamy wielu wspólnych przyjaciół, z którymi oboje dobrze się czujemy.

5. Ma silne ramiona i głębokie spojrzenie

Czuję się bezpieczna, kiedy mnie przytula. Czuję się wyjątkowa, kiedy patrzy mi w oczy. Lubię jego bliskość w jak najbardziej dosłownym znaczeniu tego wyrazu.

6. Zachowuje zimną krew w najtrudniejszych sytuacjach

Gdy ja mam wrażenie, że właśnie nadchodzi apokalipsa i lada chwila cały mój świat legnie w gruzach, P. przychodzi z odsieczą. Mogę na niego liczyć w najbardziej dramatycznych chwilach. Jest tak od zawsze. Na przykład kiedy byłam w drugiej czy trzeciej klasie liceum i oboje z tatą złapaliśmy ostrą anginę, a mama wyjechała do rodziny, P. przychodził codziennie, żeby zrobić nam zakupy i wyprowadzić psa. Albo kiedy zemdlałam w szkole, zaniósł mnie na rękach do domu (fakt, że mieszkałam blisko, niczego tu nie zmienia), przebrał i zorganizował mi lekarstwa. Potem, już w życiu dorosłym, zdarzały się o wiele trudniejsze czy bardziej niebezpiecznie sytuacje, ale nigdy nie zostałam z nimi sama.

7. Nie boi się partnerstwa w małżeństwie

Pisałam o tym trochę w niedawnym poście o ojcach. Wielu mężczyznom odpowiada bardzo konserwatywny podział ról  w związku (czyli, upraszczając, kobieta do garów i do pieluch, facet do pracy i na piwo). P. jest jednak inny. Większością obowiązków dzielimy się po równo. Zdarza mi się wymienić uszczelkę, wywiercić dziurę albo wbić gwóźdź, ale mój mąż także nie boi się patelni ani żelazka.

 8. Pozwala mi mieć własne życie

Może niektórych Czytelników to zaszokuje, bo pewnie są wśród Was i takie pary, które dosłownie wszystko robią razem. Oczywiście nie ma w tym nic złego, o ile odpowiada to obu stronom. My natomiast powstaliśmy z innej gliny. Każde z nas potrzebuje kawałka prywatnej przestrzeni, do której druga połówka nie ma potrzeby zaglądać. Mamy osobne hobby, co nie oznacza, że nie spędzamy razem wolnego czasu. Po prostu sprawiedliwie go dzielimy. Być może dlatego mimo upływu lat żadne z nas się w tym małżeństwie nie dusi – a przynajmniej mam taką nadzieję ;)

 9. Zna mnie jak nikt inny

… nie tylko dlatego, że jest obecny w moim życiu od 23 lat. Nie muszę przed nim nikogo udawać, akceptuje mnie taką, jaką jestem. W wieku „nastu” lat byłam zakochana w chłopaku, który wówczas wydawał mi się ideałem i dlatego sama starałam się w jego oczach uchodzić za ideał (głupie, co nie?). Potem się okazało, że udawaliśmy oboje. Koszmarnie długo leczyłam się z tego zauroczenia, a jeszcze dłużej goiłam zranione ego. Z P. jest inaczej. Nie muszę niczego ukrywać i niczego się wstydzić, bo wiem, że mnie nie osądza.

 10. Jest dobrym ojcem

Takim, który bez oporów zostaje  z dzieckiem sam w domu; karmi, przewija, organizuje zabawę. Wynajduje w sklepach (bądź też u znajomych albo w Internecie) gadżety wspierające rozwój malucha, studiuje ich recenzje, planuje zakupy dla Księżniczki. Ostatnio pewnego deszczowego popołudnia wyszedł do supermarketu po pieczywo, a wrócił przemoczony do suchej nitki z dwoma ogromnymi kartonami pieluch na rękach – bo akurat zauważył, że małej się kończą pampersy, więc kupił na zapas. Oprócz tego powtarza, że na wiele rzeczy może nam zabraknąć, ale na lekarza dla Księżniczki zawsze znajdzie pieniądze (nie mówię tu tylko o wizytach niezbędnych, ale także o kontrolnych i profilaktycznych). Na każdym kroku pokazuje, że jest dumny z córki.

To już koniec listy, ale tylko tymczasowo. Jestem przekonana, że w kolejnych latach będę umiała dopisywać do niej kolejne powody… :)

J. jak „łooo”*, czyli charakterystyka pewnej ciotki

- Zobaczyłam, że coś leci, więc złapałam. A to welon! – relacjonowała J. moje oczepiny, podczas których została „drugą panną młodą”. Ten welon zresztą sama pomagała mi wybierać… Powyższa scenka jest kwintesencją całej J.: zawsze znajduje się tam, gdzie jest potrzebna… i od razu działa.

Poznałyśmy się trzy lata wcześniej, na samym początku studiów. Byliśmy licznym rocznikiem, podzielonym chyba na 6 albo 7 grup. Pewnie każdy w swojej intuicyjnie szukał osób podobnych do siebie. Ja znalazłam J., a potem jeszcze pięć innych koleżanek, z którymi przez ponad połowę pobytu na uczelni tworzyłyśmy zgraną grupę, zwaną przez złośliwych „kółkiem różańcowym”. Z radością przejęłyśmy tę nazwę i uczyniłyśmy ją niemal oficjalną, a twórczyni tego przezwiska doczekała się od nas własnego. Nazywałyśmy ją Reklamacją, bowiem każdy dzień na uczelni zaczynała od opowieści o tym, jaki bubel kupiła za jakąś niebotyczną kwotę i musiała oddać go – do reklamacji właśnie. Reklamacja była zresztą niezmordowana i arcykonsekwentna, bowiem już podczas pierwszego roku studiów reklamowała cztery torebki, piętnaście par butów, pięćdziesiąt dwie inne części garderoby, trzech wykładowców, jamnika sąsiadki, wodę w kranie i Pałac Kultury (nie zauważyła, bidna, że okres gwarancji skończył się wraz z ustrojem politycznym). Szkoda tylko, że nie wpadła na pomysł zareklamowania sygnalizacji świetlnej przed naszym wydziałem, bowiem na zielone czekało się tyle, że można było zjeść dwudaniowy obiad, przeczytać całą Encyklopedię Powszechną i wydziergać na drutach szalik o długości kwalifikującej się do Księgi Rekordów Guinessa. Ciekawa postać z tej Reklamacji, ale to nie o niej miało być. Zresztą zostawiła nas po dwóch latach, widocznie studia też nie spełniły jej oczekiwań konsumenckich.

 Z J. połączyło nas podobne poczucie humoru i zbieżny charakter relacji z naszymi tatusiami. Po pewnym czasie dorobiłyśmy się jeszcze wraz z A. i M. wspólnych rytuałów, wśród których znajdowały się dziwactwa pokroju picia moczopędnej herbatki z fafołami, zakańczanego wyścigiem do toalety w centrum handlowym, a także kupowanie ciastek w Netto, układanie satyrycznych wierszyków i piosenek oraz oczywiście kolektywna nauka do wszelkiej maści zaliczeń i egzaminów, rozkładana zawsze na dwie raty, bo pierwsza upływała nam na plotach i piciu rzeczonej herbatki… (A., skąd Ty ją brałaś???)

J. do pewnego czasu twierdziła, że nie lubi dzieci. Między innymi dlatego w przeciwieństwie do reszty „kółka różańcowego” uciekła przed specjalnością nauczycielską, a w efekcie zmieniła kierunek studiów. Któregoś dnia robiłyśmy razem zakupy w H&M (zakupy, taaa… znając nasz ówczesny budżet, pewnie kupowałyśmy gumkę do włosów i parę majtek – tyle dobrego, że nie na spółkę) i w dziale dziecięcym dostrzegłyśmy coś a’la przebranie (wróżki? motylka? uczestnika parady równości albo innego Tap Madl?), którego elementem były paskudne, świecące z daleka różowe skrzydełka. Na ich widok dopadła nas głupawka, zakończona niespodziewanym odnalezieniem związku tychże skrzydełek z popularnym wówczas programem „Superniania”. Nie wiem, czy pamiętacie – prowadząca odsyłała niegrzeczne dzieci na tzw. „karnego jeżyka”, na którym miały spędzić określony czas, aby się uspokoić. J. uznała, że moja córka (skąd ona wiedziała, że będę miała córkę?) zamiast jeżyka będzie miała właśnie „karne skrzydełka” – czyli jak nabroi, to będzie musiała popylać w tym czymś po domu aż do skutku. Pozytywnym efektem ubocznym tego zabiegu miało być zniechęcenie malutkiej do wszechobecnego różu, ku uciesze męża i mojej, a rozpaczy twórców Barbie oraz Hello Kitty. Zabawne, że jedną z pierwszych myśli podczas powiadamiania świata, iż zostaliśmy rodzicami, była właśnie ta o różowych skrzydełkach od cioci J. Ona sama odwiedziła nas kilka tygodni po adopcyjnym porodzie, zamiast rzeczonego narzędzia tortur przywożąc mleko (i jak tu jej nie kochać?) oraz inne cuda.

Jechała do nas zresztą już ze świadomością, że zostanie matką chrzestną Księżniczki. Nie potrafię powiedzieć, kiedy i dlaczego zmienił się jej stosunek do dzieci, ale od dawna była dla nas jedną z niewielu oczywistych kandydatek do tej roli. Podczas jej zeszłotygodniowej wizyty córcia wyraźnie dała znać, iż akceptuje nasz wybór, bo szczerzyła się do J. całym swoim bezzębnym uśmiechem aż do końca jej pobytu. Dobrze mieć taką przyjaciółkę… i taką ciotkę J.

*Tytuł wpisu pochodzi od refrenu pewnej piosenki zasłyszanej na wydziale, której dzieje są jeszcze bardziej skomplikowane niż historia swetra Gruchy.

Co mi dało blogowanie?

Zaczęłam pisać post o grzechach głównych blogerów parentingowych (tak, tak, o swoich też). Właściwie już jest prawie gotowy, ale nie mam odwagi go opublikować; raz, że nikt nie lubi przyznawać się do błędów, dwa, że boję się, iż co niektórzy przestaną mnie czytać po jego lekturze. Odwlekam więc dokańczanie go, znajdując coraz to nowe tematy.

Okazją do zamieszczenia dzisiejszego tekstu jest fakt, że za dwa dni minie półtora roku istnienia tego bloga. Kiedy zaczynałam, nie przypuszczałam, że ktoś poza mną i garstką znajomych w ogóle będzie tu zaglądał, a już tym bardziej nie marzyłam, że zostanie na dłużej. Okazało się jednak, że dzięki moim Stożkom nie tylko ugruntowałam istniejące już znajomości, ale także zawarłam nowe, choć głównie wirtualne.

W związku z powyższym macie przed sobą post zawierający wielokrotne lokowanie produktu, ale niebędący w żaden sposób artykułem sponsorowanym :lol: . Chciałabym Wam przedstawić autorów innych blogów o podobnej tematyce, które okazały się dla mnie ważne i pomocne w drodze do adopcji, a także w początkach rodzicielstwa. Kolejność prawie przypadkowa ;-) .

1. PIKUŚ INCOGNITO – POGOTOWIE RODZINNE – CO TO TAKIEGO?

Blog Pikusia był pierwszym, na który trafiłam po rozpoczęciu przygody z adopcją. Jego autor wraz z żoną prowadzą pogotowie rodzinne, więc mają zawsze pełną chatę w dosłownym znaczeniu tego sformułowania. Pikuś szczegółowo opisuje perypetie kolejnych dzieci, którymi się opiekują – i czyni to z bardzo szerokiej perspektywy: nie tylko własnej, ale również rodziców biologicznych i adopcyjnych. Polecam tę witrynę wszystkim, którzy myślą o przysposobieniu lub o zostaniu rodziną zastępczą. Naprawdę otwiera oczy! A przy tym teksty pisane są z humorem, polotem i nierzadko… ułańską fantazją!

2. KAROLINA – NASZE BĄBELKOWO

Pozycja obowiązkowa (znaczy się blog, nie Karolina…) dla rodziców, moim zdaniem nie tylko adopcyjnych. Mama Bąbla jest osobą o artystycznej duszy, niesamowicie wrażliwą (nie mylić z przewrażliwioną), kreatywną i… rozpoznawalną w blogosferze. Opisuje blaski i cienie (chociaż głównie blaski) życia rodzinnego z adoptowanym synkiem. Recenzuje również różne produkty dla dzieci, dzięki czemu świeżo upieczeni rodzice mogą poznać wady i zalety rozmaitych gadżetów, przydatnych bądź nie w codziennych zmaganiach z pociechami.

3. IZZY – NASZ MAŁY ŚWIATEK

Piszę tu o niej, bo mi kazała. Nie no, żartuję oczywiście. Po prostu wczoraj rozmawiałyśmy na temat promowania naszych blogów i tak jakoś wyszło  8-) . A tak już całkiem poważnie – Izzy jest mamą dwóch adoptowanych córeczek o anielskiej urodzie i małych diabełkach za skórą, czyli dzieci niemal idealnych. Poza tym jest też osobą, z którą aż chce się zaprzyjaźnić: kontaktową i mającą bardzo racjonalne (jeśli wolno mi ocenić) podejście do rodzicielstwa. Zaglądam na jej blog, bo… jeju, od czego by tu zacząć? O, wiem. Bo w przejrzysty i zrozumiały sposób opisuje swoje matczyne doświadczenia, oszczędzając dzięki temu choć trochę stresu tym, którzy dopiero podążają jej śladem. I jeszcze dlatego, że w wielu kwestiach się z nią zgadzam, dzięki czemu łatwo mi się utożsamić z jej podejściem. I w ogóle fajnie pisze.

4. MAMA i TATA TYGRYSA – TYGRYS i MY

Tygrys jest adoptowanym szczęściem swoich rodziców, mającym obecnie niecałe cztery latka. Mama i Tata razem prowadzą blog (choć niekoniecznie w równych proporcjach), na którym oprócz tygrysich przygód recenzują książki dla dzieci i dzielą się doświadczeniami z budowy domu. Zamieszczane przez nich teksty są pełne takiego ciepła i serdeczności, że aż chce się do nich przytulić (do rodziców, nie tekstów… chociaż…?).

5. LITERMATKA – OD ŚRODKA

Autorka tego bloga przez dłuższy czas milczała, ale zachęcam do pogrzebania w archiwum. Na stałe mieszka w Wielkiej Brytanii i tam też zostali z mężem adopcyjnymi rodzicami. Warto poczytać, jak wygląda przysposobienie na Wyspach i jak się żyje polskiej rodzinie za granicą. Poprzednie zdanie brzmi może banalnie, ale pełen niesamowitego humoru język bloga Litermatki sprawia, że każdy wpis czyta się jak rozdział pasjonującej powieści!

6. BEATA – CZARODZIEJ NASZ

Beata została mamą adopcyjną… trzy razy. I to powinno wystarczyć za najlepszą rekomendację. Polecam jej blog każdemu, kto myśli o przysposobieniu drugiego dziecka, bo bardzo szczegółowo opisuje przezwyciężanie przeróżnych trudności – zarówno tych formalnych, jak i emocjonalnych.

7. HEPHALUMP – PRZYSPOSOBIENIE DO ŻYCIA

Hephalumpa pokochałam bezkrytycznie za sam nick – ale o tym, że jestem fanką Kubusia Puchatka, to już pewnie wiecie. Jako blogujący tata jest w mniejszości wśród całej rzeszy matek-blogerek, co czyni jego stronę jeszcze bardziej wartościową. Wraz z żoną przysposobili dwie starsze dziewczynki. „Przysposobienie do życia” to wciąż rosnący zbiór wartościowych tekstów o budowaniu więzi, ale także o samym procesie adopcji, który nie zawsze w naszym kraju wygląda różowo. Hephalump jest też wnikliwym i krytycznym komentatorem, za co bardzo go cenię.

8. T.VIK – PRAGNIENIE DZIECKA

Podtytuł bloga brzmi: „Historia blisko dwudziestoletnich starań o dziecko” i to w zasadzie mogłoby zastąpić dalszy opis. Autor – człowiek doświadczony i mądry życiowo – porusza tematy trudne i bolesne, ale dzieli się również radościami związanymi z rodzicielstwem. Wpisów jest bardzo dużo, ale polecam przeczytać od deski do deski. Naprawdę warto.

9. UCZUCIOWA – UCZUCIA NIECHCIANE

Teraz to już w większości chciane, prawda, Uczuciowa? Blog jest wzruszającym pamiętnikiem kobiety pragnącej zostać matką, opisującej wzloty i upadki w nierównej – ale w końcu wygranej – walce z niepłodnością. Jeżeli czytają to osoby starające się o dziecko biologiczne, to bloga uczuciowej nie wypada pominąć. Podtrzymuje na duchu, daje nadzieję, ale i uprzedza, że nie zawsze będzie łatwo.

10. AHAJA – TATAMARA

Blog Ahai jest moim najnowszym odkryciem, chociaż chyba nie powinnam się do tego przyznawać, gdyż ona zagląda do mnie już od dłuższego czasu. Zaczęłam czytać niedawno i wsiąkłam, bo chociaż pochodzimy z innych bajek (m.in. dlatego, że ona jest potrójną mamą biologiczną), to uwielbiam takie lekkie, sarkastyczne poczucie humoru, jakim przesiąknięte są jej wpisy. Wszystko jedno, czy pisze o szkolnej wywiadówce, czy o awarii odkurzacza (tu akurat mamy taką wspólnotę doświadczeń, że ho ho!), robi to w taki sposób, że można boki zrywać.

11. PAULINA - DOKĄD TUPTA NOCĄ JEŻ?

Mea culpa! Nie napisałam wczoraj o blogu Pauliny, a przecież także na niego zaglądam! Autorka jest krok za mną w adopcyjnej procedurze – od kilku miesięcy czeka na ten najważniejszy w życiu telefon. Z wdziękiem i optymizmem opisuje życie rodzinne i przygotowania do przyjęcia nowego członka rodziny. A jak ślicznie urządzili z mężem pokoik dziecięcy! Zresztą… sami zobaczcie :)

Zaglądam również na inne blogi, także te niezwiązane z rodzicielstwem, ale o nich innym razem… Będzie mi miło, jeżeli podzielicie się w komentarzach informacją, dokąd Wy najczęściej zaglądacie :oops: . I wiecie co? Dziękuję, że jesteście!

Rodzeństwo bez więzów krwi. Panie i Panowie, przedstawiam moją Siostrę!

Rozbierałam Księżniczkę z zimowego okrycia. Okazało się to nie lada wyzwaniem, ponieważ po pierwsze nie chciałam przerywać jej błogiego snu, po drugie kombinezonik, w którym jeszcze niedawno się topiła, pasował już na nią na styk i od dwóch dni obiecywałam sobie, że zakładam jej go naprawdę ostatni raz. Gdzieś w połowie tej szamotaniny usłyszałam głośne parsknięcie śmiechem.

- Daj ją – zakomenderowała Siostra – pokażę ci, jak to robi doświadczona matka.

Wzięła małą na ręce i trzema wprawnymi ruchami ściągnęła z niej kombinezon. Księżniczka mruknęła tylko, wyrażając niezadowolenie z powodu nagłej zmiany pozycji ciała i natychmiast znowu zapadła w sen.

Moja Siostra jest typem zadaniowym. Kiedy trzeba coś zrobić, po prostu to robi, bez zbędnego filozofowania i rozkładania wszystkiego na czynniki pierwsze. Od dawna ją za to podziwiam. Znamy się od wieków i choć różni nas prawie wszystko (od wykształcenia – u niej technicznego, u mnie humanistycznego – poprzez wygląd, styl ubierania i bycia aż po stosunki rodzinne), to połączone niegdyś przez wspólne nocne warty i miętową czekoladę zżyłyśmy się chyba na zawsze.

Kiedyś pisałam, że siostrami ochrzcił nas wędrowny sprzedawca noży i tak już zostało. A że był to czas, kiedy K. przebywała u mnie niemal codziennie, to określenie bardzo pasowało do naszej relacji.

Pamiętam taką scenkę z czasów szkoły średniej, kiedy Siostra przyszła do mnie i dosyć długo dzwoniła domofonem. Otworzył jej mój tata, zwykle nieco zachowawczy wobec moich znajomych. Powitał ją słowami:

- Dlaczego dzwoniłaś? Zapomniałaś kluczy?

K. została więc potraktowana jak swoja i trudno o lepszy dowód, że już wtedy należała do rodziny. Do dziś zresztą podczas odwiedzin u mnie sama robi sobie herbatę i denerwuje się, że brakuje cukru (oboje z P. nie słodzimy napojów i czasem zapominamy uzupełnić zapasy w cukierniczce) albo wyciąga garnek, w którym następnie gotuje synkowi parówki i żadna z nas nie widzi w tym nic dziwnego.

Kiedyś, gdy do niej wpadłam, W. skrzywił się, że w domu bałagan, a ona zaprasza gości. Siostra popatrzyła na niego z politowaniem i poinformowała, iż przeżyłyśmy razem już tyle, że kilka śmieci na podłodze nie jest w stanie mnie wystraszyć. I vice versa zresztą.

W naszej przyjaźni przeszłość świetnie komponuje się z teraźniejszością. Wciąż mówimy do siebie tekstami z dawnych harcerskich wypadów (osławione „zimna woda w niebieskim wiaderku, a czerwona w ciepłym”  albo „miałem szczęśliwe dzieciństwo, a potem poznałem Olkę”[C., pamiętasz to?] ;) ) i wspominamy co ciekawsze przygody, z których kilka już tu opisywałam. Siostra była świadkową na naszym ślubie, jest jedną z pierwszych czytelniczek tego bloga i obecnie moim guru w świecie macierzyństwa. Bo ma tę cudowną właściwość, że konkretnie doradza, a się nie wtrąca. Moje wątpliwości co do opieki nad Księżniczką kwituje zwykle krótkim „głupia jesteś”, które natychmiast sprowadza mnie na ziemię i uspokaja.

K. jest osobą, której prawie od samych narodzin życie nie rozpieszcza. Trochę jak w bajce o Kopciuszku, tylko póki co bez happy endu. Dlatego życzę jej, żeby Wróżka Chrzestna w końcu sobie o niej przypomniała i uruchomiła nieco magii, na którą i ona, i jej cudowne chłopaki w pełni zasługują.

Dzięki, Siostra. Ty wiesz, za co.

Mama 2

Kiedy się nie wie, od czego zacząć, podobno najlepiej zrobić to od początku. Dzisiaj jednak opowiem pewną historię od środka.

Byłam chyba w siódmej klasie podstawówki. Asia*, moja bratnia dusza, wróciła właśnie z sanatorium na drugim końcu kraju i nie bardzo wiedziała, jak mi powiedzieć, że spotkała tam P. (tak, tak, mojego przyszłego wówczas męża). P. i ja nie rozmawialiśmy ze sobą od kilku lat i udawaliśmy, że się nie znamy, ale w pewien sposób nie byliśmy sobie obojętni. Trudno to logicznie wytłumaczyć. W każdym razie Asia nie przyznała się od razu, kto towarzyszył jej podczas turnusu. Napomknęła tylko enigmatycznie, że wśród nowych znajomych znalazł się chłopak z naszych okolic. I dodała, że miał świetny kontakt z mamą. „Chłop jak dąb, matka mówiła do niego zdrobniale per „P…”, a jakoś to wszystko brzmiało naturalnie, choć zabawnie” – to zdanie wryło mi się w pamięć, bo niemal od razu intuicyjnie skojarzyłam, kogo dotyczy ten opis – choć oficjalnie Asia wyznała mi to dopiero rok później.

Ta krótka charakterystyka idealnie pasuje do matki mojego męża. To ona jest bohaterką dzisiejszego wpisu, a to z okazji podwójnego święta: swoich urodzin oraz Dnia Teściowej. Z wielu powodów podziwiam relację, jaka łączy ją z jedynym synem. Po pierwsze, na co zwróciła uwagę już Asia, jest naturalna. Nie ma w niej nadopiekuńczości ani fałszu. P. i jego mama rozumieją się bez słów, mają ze sobą stały kontakt, a mimo tego nigdy nie czułam, że kiedy otworzę lodówkę albo pralkę, to wyjdzie z niej „teściówka” z tysiącem uwag i „dobrych” rad. Jednym słowem pozwala nam żyć swoim życiem i popełniać własne błędy, a jednocześnie zawsze służy wsparciem, kiedy tego potrzebujemy.

Jeśli chodzi o mnie, to przez długie lata (tzn. zanim związałam się z P. na dobre) Teściowa kojarzyła mi się z żurnalową elegancją. Pamiętam ją w idealnie skrojonym czerwonym płaszczu i czarnym kapeluszu, co strasznie mnie na początku onieśmielało. Moja mama, mimo że też zawsze zadbana, nosiła wtedy kurtki i wełniane czapki, dzięki czemu wydawała się bliższa i bardziej dostępna – nie tylko dlatego, że była moją mamą. Pamiętam, jak w drugiej klasie liceum P. zaprosił mnie do siebie na Walentynki. To był pierwszy raz od lat, kiedy miałam spotkać się z jego rodzicielką. Nie wiedziałam, jak na mnie zareaguje po tych kilku burzliwych historiach, jakie działy się między mną a jej jedynakiem. Obawy okazały się zupełnie nieuzasadnione. Zostałam przywitana z życzliwym uśmiechem. Obyło się bez żadnego przesłuchania czy innej inwigilacji.

I tak jest właściwie do dzisiaj. Podczas pierwszej Wigilii po naszym ślubie Teściowa oficjalnie przywitała mnie w rodzinie – i to tak, że łzy wzruszenia ciekły mi po policzkach, choć nie należę do płaczliwych. Pół roku wcześniej, gdy dopadł mnie przedślubny kryzys, poszłam właśnie do niej i nie żałuję, bo dzięki jej mądrości mogłam sobie wszystko na nowo poukładać w głowie. Stając przed ołtarzem, byłam już pewna, że jestem tam, gdzie powinnam.

Moja Teściowa jest dla mnie Matką. W tej chwili już nawet numer 1, a nie 2 jak w tytule. Zawsze mogę na nią liczyć. Choć nie we wszystkim się zgadzamy, nigdy nie zostawiła mnie bez dobrego słowa albo niezbędnej pomocy. Mam nadzieję, że ona również czuje, jak bardzo jest mi bliska. Czasem słucham opowieści koleżanek z pracy, które narzekają na mamy swoich mężów. Od niektórych historii włosy się jeżą na głowie. Cieszę się, że nie mogę do nich dołożyć własnej.

Kochana Mamo!

Z okazji Twojego podwójnego święta życzę Ci:  częstszych wizyt u nas, więcej wolnego czasu (myślałaś kiedyś  o napisaniu książki? Nie? To może warto?), deszczu pieniędzy, samoobrabiającej się działki, niezawodnego zdrowia i podróży dookoła świata (chętnie zabierzemy się z Tobą, a co tam!) i dalszego konsekwentnego zwalczania stereotypu Teściowej – Wiedźmy (sorry, Mamo, ale nawet z tą chruścianą miotłą wyglądasz sympatycznie…  no i co zrobić?).

WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!

*koleżanka miała na imię inaczej, ale pani od chemii nazywała ją Asią, więc tak zostawiłam :)

Historia (nie)jednej znajomości

Było to pewnej niezbyt mroźnej, ale za to paskudnie deszczowej i wietrznej zimy. Miałam 15 lat i właśnie przechodziłam ostre zapalenie krtani. Kiedy zadzwoniła moja drużynowa, nie byłam w stanie wydobyć z siebie głosu. Przyjęłam więc tylko pokornie i w ciszy informację, że na nadchodzącym zimowisku zostanie mi powierzona funkcja zastępowej najstarszych harcerek. Po tym telefonie opadłam z sił jeszcze bardziej. Wyobraźcie sobie sytuację, kiedy przełożony w pracy mianuje Was nieoczekiwanie liderami projektu, który znacząco różni się od Waszych codziennych obowiązków, a do tego podległa Wam grupa składa się z samych doświadczonych ekspertów i to niezbyt życzliwie do Was nastawionych. U mnie było podobnie. Ze wspomnianego zastępu tylko C. miała mniej lat niż ja, pozostałe dziewczyny były starsze. Ponadto nie  przepadałyśmy za sobą, a na domiar złego moja nieodłączna Siostra została przydzielona do innej jednostki, choć zapewniano mnie, że będzie nam towarzyszyć w niektórych wyprawach.

Już pierwszego dnia wyjazdu zrozumiałam, że budowanie klasycznie rozumianego autorytetu zupełnie mija się z celem. Padający deszcz jeszcze tylko potęgował i tak już przygnębiający nastrój. Wszystko zmieniło się pewnej nocy, kiedy otrzymałyśmy polecenie, żeby udać się zastępem na cmentarz do oddalonej o kilka kilometrów miejscowości i wykonać tam powierzone zadania. (Ogromnie tęsknię za czasami, kiedy takie rzeczy były możliwe… dzisiaj za wysłanie nieletnich druhen samych w nocy na jakąkolwiek wyprawę groziłyby kadrze poważne konsekwencje prawne). Nie za bardzo uśmiechała się nam ta wędrówka; E. z racji przykrych doświadczeń odczuwała strach, który i pozostałym zaczął się udzielać, poza tym wiało, było zimno i strasznie ciemno. Poprosiłyśmy drużynowego chłopaków o jakieś wsparcie, ale D. w ramach typowego dla siebie kpiącego żartu przydzielił nam „do ochrony” największego tchórza wśród swoich podopiecznych. Dostałyśmy też krótkofalówki, które jak na ironię zaczęły działać dopiero po przekroczeniu bramy nekropolii. Tak więc szłyśmy w piątkę: E., C., P., Siostra i ja, pocieszając trzęsącego portkami chłopaczka i bezskutecznie próbując połączyć się z „bazą”, w której chłopcy czekali na nasz powrót z herbatą zalewaną wodą ze starego czajnika, dzwoniącego po zagotowaniu niczym zdezelowany tramwaj. Próbując „zagadać” mróz i niepokój, wpadałyśmy na coraz bardziej absurdalne pomysły, z których nie wszystkie nadają się tutaj do powtórzenia. Trudno powiedzieć, co konkretnie wydarzyło się na tym małomiasteczkowym cmentarzu, ale wróciłyśmy stamtąd jako najlepsze przyjaciółki.

Pół roku później znowu było deszczowo. E. siedziała po turecku na materacu w zawilgoconym namiocie i próbowała telepatycznie przywołać rodziców, mających przywieźć jej kurczaka i schabowe. C. nurkowała pod stertą ubrań, które po zawaleniu się półki leżały gdzie bądź, to znaczy wszędzie. Szukała pluszowego misia, któremu dorobiła chustę harcerską w barwach naszej blisko zaprzyjaźnionej męskiej drużyny. Wszystkie cztery wyszywałyśmy sobie na obozowych beretach nowe, spokrewnione ze sobą imiona harcerskie, które zostały z nami na długie lata (a właściwie do tej pory). Z tego też wyjazdu pochodzi moje ukochane wspomnienie, opisywane już wcześniej na tym blogu. Pomimo wielu wspaniałych historii (niekoniecznie nawet związanych z harcerstwem) przyjaźń do dziś kojarzy mi się z mundurem: nocnymi wartami, przekręconym „od zakochania” Krzyżem Harcerskim na piersi, nowymi wyzwaniami, którym wspólnie stawiało się czoła i poczuciem, że to wszystko zostało nam dane „na zawsze”.

I tak jest w istocie. Kiedy podczas obchodów moich 30. urodzin przyjrzałam się gościom, z niejakim zdumieniem (bo wcześniej tego nie liczyłam) odkryłam, że znaczna większość z nich to towarzysze dawnych (?) harcerskich wędrówek. Moja Siostra nadal jest moją Siostrą. C., choć dziś poważna Pani Dyrektor, wciąż ma to bezpośrednie poczucie humoru. E. wyjechała z Polski, ale i tak dowiaduję się, co u niej słychać. A przecież jest jeszcze M. – nawet nie pamiętam, że kiedyś go nie znałam. G. i B. – moje cudowne wychowanki, a dziś także bratnie dusze. Te – jak to kiedyś określił Pikuś Incognito – „literki” mogłabym wymieniać jeszcze długo, a z każdą wiąże się historia pięknej znajomości.

Zbliża się Dzień Myśli Braterskiej, dla harcerzy jedno z najważniejszych świąt w roku. Pewnie jeszcze coś o nim napiszę. A dzisiaj Wam wszystkim, spotkanym kiedyś na harcerskim szlaku (lub w gąszczach internetu), życzę… „Przy innym ogniu, w inną noc, do zobaczenia znów!”

CZUWAJ!

Ps. M. – jak widzisz, nie tylko Ciebie „wzięło na sentymenty”. :)