Category: Taka tam ja…

Kilka słów o autorce

Kim powinien być ojciec w życiu córki?

Ojciec Agaty pewnego dnia przyłożył jej nóż do policzka i oznajmił, że jeżeli mu się sprzeciwi, to w każdej chwili może ją oszpecić na resztę życia. Kiedy już jako dorosła kobieta umówiła się ze znajomym, usłyszała w domu, że najwidoczniej swędzi ją krocze. Rodzina miała założoną niebieską kartę, ale przed pracownikami MOPSu czy policji tatuś udawał idealnego, dumnego ze swojej córki. Ponieważ nie bił, trudno było mu cokolwiek udowodnić.

Milena pochodzi z małej wioski. Ojciec nigdy nie zaakceptował jej decyzji o pójściu na studia. Oczekiwał od niej poślubienia chłopaka z sąsiedztwa i podjęcia pracy w lokalnym spożywczaku. Przez pięć lat studiów nie dostała od niego ani grosza; był przekonany, że bez jego pieniędzy szybko porzuci marzenia i wróci do domu. Tak się jednak nie stało. Milena zdobyła wyższe wykształcenie, pracuje w zawodzie, a z ojcem nie utrzymuje żadnych kontaktów, podobnie zresztą jak jej młodsza siostra.

Podczas wesela Pauliny ojciec wziął ją na stronę i zakomunikował, że teraz, kiedy się w pełni usamodzielniła i założyła własną rodzinę, może w końcu odejść od jej matki i zacząć nowe życie u boku o połowę młodszej kochanki. Następnego dnia się wyprowadził. Rodzice Pauliny byli małżeństwem od 30 lat; przez cały czas wierzyła, że udanym. Świeżo upieczona żona, zamiast cieszyć się miesiącem miodowym, musiała wyciągać mamę z depresji.

Wszystkie powyższe historie są autentyczne, zmieniłam tylko imiona bohaterek. Znam te dziewczyny, widziałam, co przeżywały. I kiedy myślę dzisiaj o swoim tacie, tylko upewniam się w przekonaniu, że urodziłam się we właściwej rodzinie. Mój ojciec był (i jest) dla mnie tym, kim powinien, a nawet więcej:

- opiekunem,

- towarzyszem zabaw,

- przyjacielem i powiernikiem sekretów,

- nauczycielem (matematyki, fizyki, literatury, muzyki, gotowania, pływania, jazdy na rowerze, obsługi komputera i miliona innych rzeczy!)

- lekarzem (jako dziecko wierzyłam, że potrafi wyleczyć wszystkie choroby świata, nie tylko stłuczone kolano),

- osobistym szoferem (mieliśmy kupione za grosze zabytkowe volvo; uwielbiałam nim jeździć!),

- sponsorem (do tej pory zachodzę w głowę, skąd brał pieniądze na moje zachcianki…),

- adwokatem,

- głosem rozsądku, co tym trudniejsze, że sam jest roztrzepany.

Od urodzenia prowadził mnie za rękę i czasem mam wrażenie, że wciąż to robi. Pisałam o tym zresztą rok temu przy okazji tego samego święta. Owszem, bywa, że mnie strasznie wkurza. Nie denerwuje, tylko właśnie wkurza. Podejmuje pochopne decyzje. Kiedy coś sobie wymyśli, to nie ma siły, która odwiedzie go od realizacji tej koncepcji bez względu na to, czy ona w ogóle jest logiczna. Idę o zakład, że gdyby postanowił na przykład za kilka miesięcy polecieć w kosmos, to by to zrobił. W zeszłym roku udał się w podróż na drugi koniec Europy, będąc w takim stanie zdrowia, że normalny człowiek leżałby w domu i czekał na śmierć, więc wiem, co mówię. Bywa, iż nie liczy się z moimi planami, oczekując, że rzucę dla niego wszystko tu i teraz. Ma do tego pełne prawo, w końcu przez ponad 30 lat on robił to samo dla mnie; po prostu z trzymiesięcznym dzieckiem w domu nie jest to takie łatwe, jak mu się wydaje. Mimo tego wiem, że nie mogłabym mieć lepszego ojca. Zawdzięczam mu to, kim dzisiaj jestem. Wszystko.

Mój mąż nie miał tyle szczęścia. Przez wiele lat brakowało mu wzorca, dlatego bał się, czy sam będzie dobrym tatą. Sądzę, że Księżniczka nie ma co do tego wątpliwości. Robi przy niej wszystko, zauważa każdy krok rozwojowy, bez przerwy ją fotografuje lub filmuje. Stał się specjalistą od dziecięcych gadżetów i metod wychowawczych. Kiedy wczoraj wróciłam z zakończenia roku szkolnego i beczałam jak bóbr, czytając liściki od mojej – pożegnanej właśnie na zawsze – ukochanej klasy, ochrzanił mnie, że płaczę za cudzymi dziećmi, zamiast zająć się własnym :).

Znajomi czasem pytają, czy nie boję się zostawiać małej z ojcem, kiedy wychodzę np. do pracy. Koleżanki opowiadają, jak ich mężowie brzydzili się zmieniania pieluch albo bali się przebrać malucha. Nawet pani z ośrodka podczas ostatniej wizytacji nazwała P. nowoczesnym tatą, gdy usłyszała, jak zajmuje się Księżniczką. „Nie nowoczesny, tylko normalny” – skomentował później sam zainteresowany. Taka normalność zdecydowanie nam obu z córcią odpowiada. Malutka śmieje się do swojego ojca, szarpie go za brodę i zasypia w jego ramionach. Cudowny obrazek…

Obu Tatusiom – mojemu i Księżniczkowemu – życzę miłego Dnia Ojca. Wam, drodzy Czytelnicy bloga, również. Obyście zawsze mogli być dumni z Waszych dzieci: biologicznych, adopcyjnych i zastępczych, a nawet tych na czterech łapach, jeśli takowe posiadacie.

Historia (nie)jednej znajomości

Było to pewnej niezbyt mroźnej, ale za to paskudnie deszczowej i wietrznej zimy. Miałam 15 lat i właśnie przechodziłam ostre zapalenie krtani. Kiedy zadzwoniła moja drużynowa, nie byłam w stanie wydobyć z siebie głosu. Przyjęłam więc tylko pokornie i w ciszy informację, że na nadchodzącym zimowisku zostanie mi powierzona funkcja zastępowej najstarszych harcerek. Po tym telefonie opadłam z sił jeszcze bardziej. Wyobraźcie sobie sytuację, kiedy przełożony w pracy mianuje Was nieoczekiwanie liderami projektu, który znacząco różni się od Waszych codziennych obowiązków, a do tego podległa Wam grupa składa się z samych doświadczonych ekspertów i to niezbyt życzliwie do Was nastawionych. U mnie było podobnie. Ze wspomnianego zastępu tylko C. miała mniej lat niż ja, pozostałe dziewczyny były starsze. Ponadto nie  przepadałyśmy za sobą, a na domiar złego moja nieodłączna Siostra została przydzielona do innej jednostki, choć zapewniano mnie, że będzie nam towarzyszyć w niektórych wyprawach.

Już pierwszego dnia wyjazdu zrozumiałam, że budowanie klasycznie rozumianego autorytetu zupełnie mija się z celem. Padający deszcz jeszcze tylko potęgował i tak już przygnębiający nastrój. Wszystko zmieniło się pewnej nocy, kiedy otrzymałyśmy polecenie, żeby udać się zastępem na cmentarz do oddalonej o kilka kilometrów miejscowości i wykonać tam powierzone zadania. (Ogromnie tęsknię za czasami, kiedy takie rzeczy były możliwe… dzisiaj za wysłanie nieletnich druhen samych w nocy na jakąkolwiek wyprawę groziłyby kadrze poważne konsekwencje prawne). Nie za bardzo uśmiechała się nam ta wędrówka; E. z racji przykrych doświadczeń odczuwała strach, który i pozostałym zaczął się udzielać, poza tym wiało, było zimno i strasznie ciemno. Poprosiłyśmy drużynowego chłopaków o jakieś wsparcie, ale D. w ramach typowego dla siebie kpiącego żartu przydzielił nam „do ochrony” największego tchórza wśród swoich podopiecznych. Dostałyśmy też krótkofalówki, które jak na ironię zaczęły działać dopiero po przekroczeniu bramy nekropolii. Tak więc szłyśmy w piątkę: E., C., P., Siostra i ja, pocieszając trzęsącego portkami chłopaczka i bezskutecznie próbując połączyć się z „bazą”, w której chłopcy czekali na nasz powrót z herbatą zalewaną wodą ze starego czajnika, dzwoniącego po zagotowaniu niczym zdezelowany tramwaj. Próbując „zagadać” mróz i niepokój, wpadałyśmy na coraz bardziej absurdalne pomysły, z których nie wszystkie nadają się tutaj do powtórzenia. Trudno powiedzieć, co konkretnie wydarzyło się na tym małomiasteczkowym cmentarzu, ale wróciłyśmy stamtąd jako najlepsze przyjaciółki.

Pół roku później znowu było deszczowo. E. siedziała po turecku na materacu w zawilgoconym namiocie i próbowała telepatycznie przywołać rodziców, mających przywieźć jej kurczaka i schabowe. C. nurkowała pod stertą ubrań, które po zawaleniu się półki leżały gdzie bądź, to znaczy wszędzie. Szukała pluszowego misia, któremu dorobiła chustę harcerską w barwach naszej blisko zaprzyjaźnionej męskiej drużyny. Wszystkie cztery wyszywałyśmy sobie na obozowych beretach nowe, spokrewnione ze sobą imiona harcerskie, które zostały z nami na długie lata (a właściwie do tej pory). Z tego też wyjazdu pochodzi moje ukochane wspomnienie, opisywane już wcześniej na tym blogu. Pomimo wielu wspaniałych historii (niekoniecznie nawet związanych z harcerstwem) przyjaźń do dziś kojarzy mi się z mundurem: nocnymi wartami, przekręconym „od zakochania” Krzyżem Harcerskim na piersi, nowymi wyzwaniami, którym wspólnie stawiało się czoła i poczuciem, że to wszystko zostało nam dane „na zawsze”.

I tak jest w istocie. Kiedy podczas obchodów moich 30. urodzin przyjrzałam się gościom, z niejakim zdumieniem (bo wcześniej tego nie liczyłam) odkryłam, że znaczna większość z nich to towarzysze dawnych (?) harcerskich wędrówek. Moja Siostra nadal jest moją Siostrą. C., choć dziś poważna Pani Dyrektor, wciąż ma to bezpośrednie poczucie humoru. E. wyjechała z Polski, ale i tak dowiaduję się, co u niej słychać. A przecież jest jeszcze M. – nawet nie pamiętam, że kiedyś go nie znałam. G. i B. – moje cudowne wychowanki, a dziś także bratnie dusze. Te – jak to kiedyś określił Pikuś Incognito – „literki” mogłabym wymieniać jeszcze długo, a z każdą wiąże się historia pięknej znajomości.

Zbliża się Dzień Myśli Braterskiej, dla harcerzy jedno z najważniejszych świąt w roku. Pewnie jeszcze coś o nim napiszę. A dzisiaj Wam wszystkim, spotkanym kiedyś na harcerskim szlaku (lub w gąszczach internetu), życzę… „Przy innym ogniu, w inną noc, do zobaczenia znów!”

CZUWAJ!

Ps. M. – jak widzisz, nie tylko Ciebie „wzięło na sentymenty”. :)

Ciemna Strona Mocy

Bywasz okropna – zarzucił mi P. po ostatnich warsztatach w ośrodku – nawrzeszczałaś na Bogu ducha winną koleżankę z kursu, a ona tylko wyraziła swoje zdanie.

Stanęłam jak wryta w przedpokoju z jednym butem w ręce, patrząc tępo, jak drugiego porywa pies. Nie miałam bladego pojęcia, o czym mój ślubny do mnie mówi. Dopiero po wyczerpującym wyjaśnieniu przypomniałam sobie sytuację, którą miał na myśli. Rzecz w tym, że z mojej perspektywy wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Całkiem niewinnie. Ot, dziewczyna – nazwijmy ją Magda – powiedziała coś, z czym się nie zgodziłam. Nic istotnego, o co warto by było rozdzierać szaty. Zwykła, luźna myśl. Odpowiedziałam, wysuwając przeciwny argument. Ktoś tam coś dodał, nie pamiętam kto i co. Koniec historii. Okazało się, że z punktu widzenia mojego męża (a więc pewnie i innych uczestników spotkania), wyglądałam na przemądrzałą jędzę, która zawsze musi mieć rację.

(Reksio, oddaj tego buta, bo jak cię…)

Zmieszałam się okropnie. Tak, kurde, mam taką manierę. Chciałabym powiedzieć, że to skrzywienie zawodowe, nauczycielska potrzeba autorytetu. Ale to nie to… Chyba jestem taka od zawsze. I pies z trampkiem w pysku mi świadkiem, że nie robię tego celowo. Parcie na bycie najlepszą we wszystkim przeszło mi wraz z ukończeniem podstawówki, potem po prostu chciałam być dobra w tym, co było dla mnie ważne, bez niepotrzebnej rywalizacji. Za to na pewno szybciej mówię, niż myślę. I czasem zdarza mi się coś bezrefleksyjnie palnąć, nawet bez świadomości, że ktoś mógł się z tym źle poczuć.

Stałam więc dalej w tym przedpokoju, ściskając nieszczęsny trampek, aż zdziwiony i znudzony brakiem zainteresowania Reksio przyniósł z powrotem drugi, stawiając go równiutko przy szafce (teraz to potrafi, skubany, a jak mu powiesz „oddaj!”, to będzie uciekał do upadłego). Ale ja nie o tym… Od razu sobie przypomniałam, jak jedna z kursowych koleżanek napisała mi niedawno, że jestem sympatyczna. Przeszło mi przez myśl, że teraz na pewno zmieniła zdanie… No i masz babo placek. Ciemna strona Lady Makbet została oficjalnie odsłonięta.

Pomyślałam też, że powinnam jakoś dać do zrozumienia, że nie czuję się ani najmądrzejsza, ani najważniejsza i w ogóle nie mam potrzeby być w centrum uwagi. Za to na pewno za dużo gadam.

Ktoś ma pomysł, jak mogę zatrzeć złe wrażenie? Zapytany o to P. dał mi radę, która w języku mistrza Yody brzmiałaby: spróbować wyluzować musisz. Pies kichnął, puścił bąka i uciekł. Zostałam ja, z czarnym trampkiem w dłoni i „Marszem imperialnym” w głowie…

Any ideas?

Ja, BELFER

Ci z Was, którzy znają mnie osobiście, od dawna wiedzą, czym się zajmuję zawodowo. Początkowo wzbraniałam się przed ujawnianiem tego na blogu – głównie z tej przyczyny, że potrzebowałam jakiejkolwiek przestrzeni wolnej od pracy. Dom niestety się do niej nie zalicza ze względu na wszechobecne konspekty, karty pracy, książki metodyczne i kartkówki, o innych papierach nie mówiąc. Ponieważ temat mojego zarabiania na chleb wypłynął ostatnio podczas kilku dyskusji na różnych forach i blogach, czas skończyć z tą tajemnicą Poliszynela i wyznać otwarcie: jestem nauczycielką. Z powołania. Jest to zawód, który zawsze chciałam wykonywać i chociaż pierwsza otrzymana przeze mnie oferta zatrudnienia w szkole była obarczona dość dużym ryzykiem, przyjęłam ją i nie żałuję.

W mojej pracy najbardziej kocham…

Młodzież. Serio. Uwielbiam moich uczniów. Wcale nie widzę w nich rozpieszczonych, niesamodzielnych bachorów, które potrafią jedynie obsługiwać dotykowy ekran iPhone’a i których nie interesuje nic poza grą w CS-a. Przeciwnie. Codziennie mam przed sobą grono pełnych pasji, ciekawych świata, wrażliwych młodych ludzi, potrzebujących jedynie mądrego przewodnika. Staram się takim być, choć do ideału zapewne mi daleko.

Swoje przedmioty (a uczę dwóch). Stanowią moją pasję, którą wykonywana praca pozwala mi rozwijać i doskonalić umiejętności w ich zakresie. Motywują mnie do coraz to nowych poszukiwań, pogłębiania wiedzy, ciągłego poznawania i odkrywania.

Nieustanny rozwój. Osoby spoza kręgu oświatowego nie wiedzą na ogół (co zrozumiałe, bo niby skąd i po co miałyby?), ile godzin szkoleń, konferencji, warsztatów, kursów i studiów podyplomowych odbywają rocznie nauczyciele. (Szkoda tylko, że za własne pieniądze, ale kto by się tam przejmował ;) ). Jasne, część z nich (jak zapewne w każdej firmie) jest nudna i powoduje frustrację z powodu zmarnowanego czasu. Większość jednak nie tylko realnie wpływa na wzrost jakości pracy, ale jest zwyczajnie ciekawa, rozwijająca i stanowi źródło przeróżnych inspiracji.

W mojej pracy nie cierpię…

Papierologii stosowanej. Opisywania tego samego dwugodzinnego wyjścia do kina w czterech różnych dokumentach. Wypełniania dziesiątek stron danymi, które w każdej chwili można znaleźć gdzieś indziej. Raportowania wszystkich podejmowanych działań – czasem nawet najbardziej oczywistych – tylko po to, żeby „papiery się zgadzały”.

Przewrażliwionych rodziców. Nie, nie tych, którzy regularnie się ze mną kontaktują, żeby zapytać o dziecko. Również nie tych, którzy mają wątpliwości, proszą o wyjaśnienia lub konstruktywnie krytykują. Ich akurat bardzo lubię i sądzę, że z wzajemnością. Mam na myśli takich, którzy po każdym zwróceniu uwagi na problem z uczniem odpowiadają: „bzdura! JA ZNAM SWOJE DZIECKO!”. Otóż nie, drogi rodzicu, nie znasz. Jasio w domu i Jasio w szkole to często dwaj różni Jasiowie. A zasygnalizowanie jakichś nieprawidłowości przez nauczyciela najczęściej służy temu, żeby pomóc podopiecznemu, a nie oskarżyć go, oczernić i zostawić samemu sobie. Od razu zaznaczam – takich rodziców jest naprawdę garstka, ale czasem wystarczy jeden na klasę, żeby skutecznie popsuć atmosferę.

Stereotypów. Nie wiem, czy zauważyliście, ale w medialnym dyskursie (tym zupełnie oficjalnym i tym nieco mniej) krążą dwie obiegowe opinie o nauczycielach. I jakoś nikomu nie przeszkadza, że one się wzajemnie wykluczają.

1. Belfer to sfrustrowany przeciętniak, któremu w życiu nie wyszło, więc poszedł do szkoły wyżywać się na słabszych. Leń i cwaniak, który pracuje 2-3 godziny dziennie, zarabia 5000 złotych netto i jeszcze ma dwa miesiące wakacji na koszt podatnika. W dodatku nie można go, nieroba jednego, zwolnić z pracy, bo Karta Nauczyciela gwarantuje całkowitą nietykalność, skuteczniejszą nawet niż odpowiednie zaklęcie Hermiony Granger.

2. Nauczyciel to taki ciapowaty, zahukany naiwniak, który poświęca się w pracy z niewdzięcznymi bachorami i jeszcze gorszymi rodzicami. Haruje od rana do wieczora, sprawdzając testy, układając kartkówki, przygotowując lekcje i ucząc do konkursów. Otrzymuje za to miesięcznie marne grosze, za które stać go jedynie na wytarty sweter z second-handu i paliwo do skody starszej niż on sam. Na studiach wierzył, że może zmienić świat, a okazało się, że nie może nic, bo prawo związuje mu ręce. Nawet zabranie uczniowi komórki, przez którą rozmawia sobie na lekcji, jest nielegalne.

Chyba nie muszę mówić, że obie te opinie są nieprawdziwe i krzywdzące. Może nieco bliższa faktom jest ta druga, bo ani 5000 wypłaty, ani dwumiesięcznych wakacji jakoś nigdy nie uświadczyłam, natomiast pracę 24 na dobę przez kilka dni z rzędu to i owszem.

Oczywiście, zawód nauczyciela ma swoje minusy jak każdy. Zdarzają się również takie dni, kiedy mam ochotę wyjść z klasy i już nie wracać. Jest ich jednak niewiele, a w głębi duszy wiem, że nie zamieniłabym swojej pracy na żadną inną.

Lady Makbet, Moi Drodzy, kiedy akurat nie pisze bloga, to jest belfrem.

O doświadczanych emocjach – podejście drugie

Ostatnio skończyło się na autoanalizie własnej uczuciowości, więc może tym razem się uda i wykonywanie (chyba przedostatniego) kursowego zadania pójdzie łatwiej. Polecenie każe wpisać w odpowiedni schemat emocje, z którymi przyszło mi się w życiu zmierzyć, uwzględniając przy tym ich intensywność. Na górze strony mają się zatem znaleźć uczucia pozytywne, niżej neutralne i negatywne; po lewej słabe, po prawej najsilniejsze.

O ile ze skrajnymi odczuciami nie ma raczej problemu (bo przecież euforia może być tylko silnym i dobrym przeżyciem, niby jak inaczej?), o tyle pozostałe to temat śliski jak świeżo umyta podłoga w McDonaldzie. Weźmy na przykład taki smutek… Inaczej doświadcza się go w momencie, kiedy skończyło się czytać ostatni rozdział ulubionej książki, a inaczej, gdy traci się przyjaciela. Analogicznie radość z awansu zawodowego ma inną moc niż radość z powodu tego, że wreszcie przestał padać deszcz. Pewnie, akurat w tym drugim przypadku można użyć słowa „zadowolenie”, ale nie zawsze tak się da. To tak jak z bólem. Ten po ugryzieniu się w język nie może się równać z migreną, a przecież jedno i drugie boli. Segregatorowe polecenie mówi :„wykonując to zadanie, postaraj się zaufać sobie”. Brzmi to co najmniej jak rada dla bohatera baśni, zawarta w jakiejś magicznej księdze zaklęć. I wszystko byłoby fajnie, gdybym nie była mugolem…

Pomarudziłam, ponarzekałam. Wystarczy. Robię. Piszę więc różnymi kolorami nazwy uczuć: pozytywnych – jasnymi i żywymi, negatywnych – ponurymi. I odkrywam coś, co jednak każe mi twierdzić, że to zadanie w gruncie rzeczy ma sens. Najwięcej zdają się o mnie mówić dwa przeciwne rogi kartki, zawierające uczucia skrajnie dobre i skrajnie złe. Przy tych pierwszych zaskoczenie jest mniejsze, bo tuż pod wspomnianą euforią znalazły się: duma, szczęście i bycie kochaną.  Lubię widzieć efekty swojej pracy, stąd duma. Szczęścia tłumaczyć nie trzeba. „Największą potrzebą emocjonalną człowieka jest potrzeba akceptacji” – pisał H. Jackson Brown Jr (ten od „Małego poradnika życia” – polecam!). Bycie kochaną, a więc akceptowaną i pożądaną, jak najbardziej się w to wpisuje. Po ciemnej stronie mocy umieściłam za to porażkę i wstyd, a kawałek dalej poczucie krzywdy. Gdybym wcześniej miała tak całkiem spontanicznie i z zaskoczenia odpowiedzieć, jakich najgorszych uczuć w życiu doświadczyłam, pewnie bez zbędnego wahania odpowiedziałabym, że przerażenia, może niezrozumienia. Skupienie nad zadaniem uświadomiło mi, że niekoniecznie. Porażka i wstyd… Jak nic wiążą się one z moimi ambicjami. Może nie chorymi, ale często wygórowanymi. Takie ambicje niestety wiodą czasem ku naiwności, bo kiedy człowiek bardzo chce zmienić świat, to zaczyna mu się wydawać, że faktycznie może.

Szczerze mówiąc, jest to dla mnie gorzka lekcja… Wychodzi na to, że radzę sobie z lękiem, odrzuceniem, smutkiem i tęsknotą, a wysiadam w konfrontacji z własnym ego. „Najgorszym zaś wrogiem, jakiego możesz spotkać, będziesz zawsze ty sam” – rzekł Nietzsche…

Uczuciowy rachunek sumienia

Miałam dzisiaj pisać o sile różnych doznawanych uczuć, bo tego wymaga ode mnie magiczny kursowy segregator. Zamiast tego wyszedł mi krótki rachunek sumienia.

Otóż nie za bardzo potrafię mówić o uczuciach. Z ich okazywaniem bywa bardzo różnie, zwłaszcza w kwestii kontaktu fizycznego. Bo o ile nie mam żadnych oporów, żeby wyznać mężowi miłość, o tyle przytulania musiałam się od niego nauczyć. Podobnie działo się w liceum, kiedy modne było całowanie przyjaciółek w policzek na przywitanie i pożegnanie. Gdyby nie E., która jakimś cudem przełamała tę moją blokadę, chyba nigdy bym się nie przemogła. Do tej pory wydaje mi się to sztuczne, choć akceptowalne.

Będąc w związku z P., na początku wstydziłam się publicznie okazywać uczucia. I nie, nie mówię tu o wiszeniu na sobie w autobusie albo wzajemnym wysysaniu sobie wnętrzności przez usta na osiedlowej ławce. Mam na myśli zwyczajne chodzenie za rękę, obejmowanie się. Chyba tylko cierpliwość i konsekwencja mojej drugiej połówki sprawiły, że przestało mnie to krępować.

Nie mam pojęcia, skąd mi się to wzięło… A nie. Moment. Jednak mam. Wszystko wynika z kwestii wychowania, choć nie wprost. Moja mama okazywała mi uczucia i słownie, i fizycznie – tyle, że te komunikaty były często sprzeczne. Tata z kolei niewiele o tych sprawach mówił, rzadziej przytulał, ale za to był przy mnie zawsze, kiedy go potrzebowałam, zapewniając stałość i bezpieczeństwo. Do tego dochodziła jeszcze ś.p. babcia ze strony mamy, która relacje z jedyną wnuczką wykorzystywała do rywalizacji z „tą drugą”. Jako dziecko często słyszałam od niej: „tamta babcia to cię nie kocha, bo tak cię nie tuli na kolankach” i tym podobne. To wszystko chyba sprawiło, iż (nawet nie do końca świadomie) czuję, że miłość udowadnia się codziennym postępowaniem, a nie gadaniem i głaskaniem po główce. Większym dowodem miłości jest według mnie codzienne wstawanie rano i robienie mężowi kanapek do pracy niż przytulanie i patrzenie w oczka. Prawda jest jednak taka, że obie te sfery są ważne. Czas najwyższy zacząć nad tym pracować, bo bardzo bym chciała, żeby moje dziecko było w tej materii bardziej otwarte niż ja…

„Twoje miejsce na Ziemi tłumaczy…” – no właśnie, co?

Jest coś takiego w naszej mentalności, że na jednym wdechu potrafimy wyliczyć większość swoich wad, a przy zaletach dziwnie się zapowietrzamy. Podobnie dzieje się z porażkami i sukcesami. Chętnie dzielimy się ze światem tym, że nie skończyliśmy na czas remontu, bank odmówił kredytu, a szef nie dostrzega naszego poświęcenia. Natomiast fakt, że właśnie dostaliśmy podwyżkę albo ukończyliśmy kolejne studia, jakoś trudno przechodzi nam przez gardło.

Oczywiście znam też takich, którzy przeginają w drugą stronę. Do dziś pamiętam dzień adaptacyjny na uczelni, kiedy jedna z nowych znajomych niemal wyrecytowała: „Cześć! Mam na imię (dajmy na to) Iza, jestem modelką i w związku z tym po maturze wyjechałam na kilkutygodniowe warsztaty do Mediolanu. A ty gdzie spędziłaś wakacje?” Pierwsze, o czym pomyślałam, to: „A ja mam BMI w górnej granicy normy i niewyjściową twarz, latem pracowałam najpierw za darmo na obozie harcerskim, a potem w drukarni za 4 zł/h”. Zachowanie koleżanki zapewne istotnie miało mnie wpędzić w kompleksy albo zatuszować jej własne, natomiast moja reakcja tylko dowodzi, że o wiele łatwiej zaczynamy myśleć o sobie w kategorii życiowych nieudaczników niż ludzi sukcesu. Błąd! Bycie w wieku 19 lat komendantką podobozu, która organizuje czas 30 harcerkom i odpowiada za ich bezpieczeństwo, też przecież jest osiągnięciem. Podobnie jak zdobywanie doświadczenia zawodowego i własnych pieniędzy, choćby przy maszynie drukarskiej.

Niby to wszystko jest oczywiste, ale i tak od dłuższego czasu zawieszam się nad kolejną kartką z segregatora, która nakazuje przypomnieć sobie największe życiowe sukcesy i wpisać je w odpowiednie pola. Bo co tu umieścić? Wyniki ze studiów? Od razu brzmią mi w głowie słowa starego przeboju Lady Pank:

„Myślisz może, że więcej coś znaczysz,

Bo masz rozum, dwie ręce i chęć.

Twoje miejsce na Ziemi tłumaczy

Zaliczona matura na pięć.

Są tacy – to nie żart,

dla których jesteś wart

Mniej niż zero…” 

Zdobycie prawa jazdy? A co w tym trudnego, skoro prawie wszyscy je mają? I tak dalej… Przychodzą mi do głowy różne rzeczy, wszystkie bagatelizuję. Kartka pozostaje pusta…

…aż wreszcie do mnie dociera. Sukcesem jest to, co sama za sukces uważam. I wcale nie jest istotne, co myślą o nim inni. W każdym razie takie tłumaczenie będzie musiało wystarczyć paniom z ośrodka adopcyjnego, bo właśnie zaczynam pisać, że moim największym osiągnięciem jest szczęśliwe małżeństwo.

 

A co jest Waszym?

Kilka słów na Dzień Ojca

Czy wiecie, co jest lepsze od kanapki z masłem orzechowym?

To proste. Dwie kanapki z masłem orzechowym. Tak przynajmniej twierdzą dwa niekwestionowane autorytety z mojego dzieciństwa: Tygrysek z „Kubusia Puchatka” i mój Tata. Do pierwszego z nich nadal mam sentyment i żywię nadzieję, że mimo różnicy pokoleń moje dziecko zapała do niego taką samą miłością. A drugi… spędzi jutro swoje święto w szpitalu na uciążliwych zabiegach.

Tata od zawsze był moim superbohaterem: ekspertem od spraw trudnych, dziwnych i niemożliwych. Utkwiło mi w głowie takie zadanie z jakiejś książeczki dla przedszkolaka: nad ilustracją przedstawiającą różne masywne przedmioty znajdował się wierszyk: „Ciężki jest samochód, tapczan i armata. A co jedną ręką podniesie twój tata?„. Jeszcze zanim poszłam go zapytać, zdążyłam zaznaczyć wszystko. Nie mieściło mi się w głowie, że mogłoby być inaczej. Zresztą czy można się dziwić, skoro np. pierwsze meble do mojego pokoju zrobił zupełnie sam, mimo iż nie jest stolarzem? Pamiętam również, że często suszył mi włosy po kąpieli – a miałam bardzo długie, gęste i strasznie skłonne do plątania się. Kiedyś stwierdził, że zwykłe rozczesywanie jest nudne i zaplótł mi po bokach dwa koki, mianując mnie księżniczką Leią (dla niewtajemniczonych: postać z „Gwiezdnych wojen”). W wolnych chwilach chodził ze mną na lody do eleganckiej (jak na późny PRL) kawiarni, mówiąc, że dama powinna bywać na salonach. Kiedy już jako pełnoletnia drużynowa harcerek, jadąc z podopiecznymi na obóz, trafiłam na nieuczciwego i bezczelnego przewoźnika, zadzwoniłam właśnie do taty. W pięć minut (dosłownie) zorganizował nam dalszy transport, choć nie jest żadnym kierowcą ani spedytorem.

Zamiast zwykłych bajek na dobranoc czytał mi Biblię, „Mistrza i Małgorzatę”, opowiadania Mrożka albo powieści Sienkiewicza. Jeśli uporczywie nie mogłam zasnąć, streszczał mi sposoby polowania na kurdle i ośmioły (z „Dzienników gwiazdowych” Lema). Gdy pytałam przez domofon, kto idzie, odpowiadał „Bambolant” albo „wujek Zenek”. Kpił z gotowych zagadek zamieszczanych w czasopismach dla dzieci i wymyślał własne.  Sobie tylko znanym sposobem pomógł mi przekonać mamę do przygarnięcia zapchlonego i brudnego jak trzy nieszczęścia czarnego kundla, którego najpierw panicznie się bała, a potem traktowała z obrzydzeniem. Przybłęda stał się na długie lata członkiem rodziny, a po jego odejściu to właśnie mama płakała najbardziej. Kiedy tata z kolei usłyszał, jak moja przyjaciółka nazywa mnie Siostrą, stwierdził jak gdyby nigdy nic, że czas dorobić jej klucze do naszego mieszkania… A gdy niedługo później straciła własnego ukochanego tatusia (nomen omen imiennika mojego), powiedział mi, że może teraz mieć dwie córki.

Jako rodzic miał na mnie sposoby, które zawsze skutkowały. Nie pamiętam, żeby czegoś mi kategorycznie zabraniał, a mimo tego posłusznie robiłam to, czego ode mnie oczekiwał. Traktował mnie jak dorosłą, w takim sensie, że wysłuchiwał mojego zdania, liczył się z nim, ewentualnie odradzając złe decyzje lub przewidując ich skutki. Mimo że nie był uczuciowo wylewny, nigdy nie miałam wątpliwości, że naprawdę mnie kocha. To właśnie dzięki więzi z nim łatwo nawiązuję dobre, bezpieczne relacje z mężczyznami w moim otoczeniu.

Zaraził mnie pasją do gotowania, piekąc spontanicznie ciasto z ziemniaków i pokazując, jak kulgać knedle (tak właśnie, kulgać knedle). Do dziś na każde Boże Narodzenie robimy razem pierogi i jest to dla mnie tradycja co najmniej tak ważna, jak ubieranie choinki. Kiedy nie mam pewności, jak zrobić jakąś potrawę, zawsze proszę go o radę, choć z góry wiem, że odpowie: „no tak na oko” albo „tak, żeby było dobrze” .

I na koniec – przepraszam za ten patos, ale nie mogę tego pominąć – wypruwał sobie żyły, żeby pomóc mi utrzymać się na studiach, do tego jeszcze wziął ze mną pierwszy kredyt na mieszkanie i opłacił połowę naszego wesela. Przypłacił to ciężkim zawałem, co dosłownie dowodzi, że poświęcił mi całe serce. Zresztą moim ulubionym fragmentem filmu ze ślubu jest ukazana w zwolnionym tempie chwila, kiedy ojciec odprowadza mnie do ołtarza i spokojnie przekazuje moją dłoń w ręce przyszłego męża. P. na początku nie miał z nim łatwo, chociaż jak na tatę jedynaczki, to mój naprawdę zachowywał się wzorowo wobec rywala w postaci mego wybranka. Słyszałam o wiele gorszych przypadkach.  :lol:

Przykrych wspomnień związanych z moim tatą nie mam. Ból sprawia mi tylko świadomość, że kiedyś (oby w odległej przyszłości) zabraknie go na tym świecie. Jestem wobec tego faktu małą, bezbronną dziewczynką, która po dziecinnemu buntuje się przeciw prawom natury. Zupełnie jak wtedy, kiedy odprowadzając mnie do przedszkola, tata śpiewał mi „Nie płacz, kiedy odjadę”, a ja zawsze beczałam jak głupia…

TATUSIU – DZIĘKUJĘ. JESTEŚ NAJLEPSZYM OJCEM NA ŚWIECIE. 

Trzy etapy życia podwórka

Okna mojego pokoju wychodziły na niewielki przydomowy ogródek, za którym rozciągał się widok na podwórko. Na początku nie było na nim nic oprócz piasku i trzepaka, po zmianie ustroju pojawiły się niebieskie drabinki i spora piaskownica. Bawiły się tam dzieci z trzech budynków. Po prawej stronie stał drewniany, ledwo podmurowany barak, zamieszkiwany częściowo przez rodziny, które dziś nazywa się patologicznymi: rodzice nie stronili od alkoholu, a liczne dzieci biegały do późna samopas. Naprzeciwko była średniej wielkości kamienica, z której wywodziły się najstarsze dzieciaki z naszego pokolenia „podwórkowiczów” – średnio o 4-5 lat starsze od „mojej” ekipy, a więc traktujące nas jak smarkaczy. I wreszcie na środku znajdował się mój blok, zupełnie odstający od pozostałych dwóch. Był nowiutki, zadbany, w całości zamieszkany przez tzw. dobre rodziny, zresztą pracujące w jednej (jeszcze wówczas państwowej) firmie. Co najważniejsze, jego lokatorzy byli w zbliżonym wieku, a więc ich pociechy również rodziły się w podobnym czasie. Dzięki temu mimo swojego jedynactwa nigdy nie czułam się samotna. Wystarczyło zapukać w ścianę albo sufit, żeby usłyszeć koleżankę lub kolegę.

Bawiliśmy się zresztą na tym podwórku wszyscy razem: dzieci z baraku, dzieci z kamienicy, dzieci z nowego bloku. Jakieś tam różnice pomiędzy nami były widoczne, ale nie przeszkadzały we wzajemnej komunikacji. Odwiedzaliśmy się zresztą w domach, a potem w większości chodziliśmy do jednej podstawówki. Przez kilkanaście lat podwórko tętniło życiem. Trzepak bywał klasową ławką podczas zabawy w szkołę, drabinki kosmiczną bazą chłopaków, piaskownica kuchnią, sklepem lub torem dla resoraków. Nigdy nie brakowało pomysłów ani osób chętnych do odgrywania najbardziej wymyślnych scenariuszy…

Czas jednak płynął nieubłaganie. Niepostrzeżenie skraj piaskownicy zamieniliśmy najpierw na wygodniejszą ławkę na pobliskim skwerze, a potem na krzesełka w kawiarniach. Podwórko zaludniło się nowym pokoleniem dzieciaków, głównie z kamienicy po lewej. Wraz z nim pojawiło się słownictwo, które mnie, wówczas już prawie dorosłą nastolatkę, bulwersowało i gorszyło. Maluchy, jeszcze ledwo wymawiające „r” albo sepleniące po utracie mlecznych jedynek, wyrzucały z siebie wiązanki obelg, jakich nie powstydziłby się stereotypowy szewc. Do tego doszedł wandalizm. Najpierw ktoś zniszczył piaskownicę, w ciągu jednej nocy łamiąc dechy, na których my siadaliśmy przez niemal dekadę. Potem zdemolowano nasz przydomowy ogródek, włącznie z przeuroczym karmnikiem dla ptaków, który mój tata własnoręcznie zbudował wiele lat wcześniej i który do tamtej pory nikomu nie przeszkadzał. Na końcu ucierpiało okno sypialni moich rodziców, wybite starą piłką do nogi. Nikt się nie przyznał, nie przeprosił, nawet nie przyszedł po tę piłkę. Moja mama wraz z jednym z sąsiadów poszli któregoś razu do mieszkania największego łobuza, chcąc rozmawiać z jego rodzicami. Otworzyła im matka, broniąca jak lwica „biednego synusia, którego debile przyszli niepotrzebnie stresować”. Niczego nie udało się załatwić.

Minęło kilka kolejnych lat. Chuligani poszli w świat, ewentualnie przenieśli się pod przysłowiową budkę z piwem. Podwórko opustoszało zupełnie… Przechodziłam tamtędy niedawno, w którąś słoneczną, majową sobotę. Nie było żywej duszy. Został tylko smutny, szarobeżowy piach, a na nim pogięty trzepak, niczym wystający nad powierzchnię wody maszt zatopionego statku. Co się stało z dziećmi? Siedzą przyklejone do klawiatury komputera? Chodzą z rodzicami po galeriach handlowych? A może niż demograficzny sprawił, że po prostu nie ma komu się bawić? Nie wiem, czy tak naprawdę rozglądając się po miejscu, w którym dorastałam, zawierałam pierwsze przyjaźnie i sojusze, nie chciałam po prostu zobaczyć tam siebie sprzed ponad 20 lat… Zupełnie jak w znanej piosence Kaczmarskiego:

„Nie wiem sam, co mi się marzy,
jaka z gwiazd nade mną świeci
Gdy wśród tych nieobcych twarzy
szukam ciągle twarzy dzieci
Czemu wciąż przez ramię zerkam,
choć nie woła nikt: „kolego!”
Że ktoś ze mną zagra w berka,
lub przynajmniej w chowanego…”

Jestem w swoim mieszkaniu. Wyglądam przez okno pokoju, w którym niedługo zamieszka nasze dziecko. Mam widok na niewielki plac zabaw, szumnie nazwany ogródkiem jordanowskim. Dwie dziewczynki siedzą przy stoliku, sprzedając sobie foremki do babek z piasku i płacąc liśćmi. Na zjeżdżalni jakiś chłopiec ściąga buty i zjeżdża niemal w kucki, ślizgając się niemiłosiernie brudnymi skarpetami po blaszanej powierzchni. Uśmiecham się… Może losy mojego podwórka są tylko wyjątkiem potwierdzającym regułę? „Nie syp piaskiem, bo powiem mamie! I to twojej!” – dobiega przez uchylony lufcik. Uff. Jest szansa, że moja pociecha będzie miała tutaj zwyczajne, szczęśliwe dzieciństwo…

On, ona i… żywopłot

Dawno, dawno temu spędzałam wakacje w miejscu, które już nie istnieje. Oficjalnie był to domek letniskowy, a faktycznie prosta altanka, niewiele lepsza od większości działkowych budek. Tyle tylko, że usytuowana nad pięknym jeziorem. Byłam wtedy dziewięcioletnią dziewczynką i dla mnie ten baraczek miał większą wartość niż wszystkie pałace świata razem wzięte. Któregoś dnia, wracając z babcią ze spaceru, zauważyłam, że drzwi sąsiedniego domku (należącego do wujostwa) są otwarte. Dla mnie był to sygnał, że przyjechała moja kuzynka i będę miała towarzystwo do zabawy. Po chwili jednak radość ustąpiła miejsca rozczarowaniu, ponieważ na schodkach ukazała się sylwetka… jakiegoś CHŁOPAKA. Z racji tego, że w tym wieku przedstawiciel płci przeciwnej bywa traktowany jak niechciany przybysz z obcej planety, to i ja byłam zdegustowana. Poza tym (o zgrozo!) odkryłam, że znam owego intruza z widzenia, więc prawdopodobnie nie tylko pochodził z mojego miasta, ale i uczęszczał do tej samej szkoły.

Dwa czy trzy kolejne dni upłynęły na wzajemnym, ukradkowym obserwowaniu się przez prześwity w żywopłocie dzielącym podwórka obu domków. W końcu lody przełamała moja babcia (odważna, skubana!) i korzystając z tego, że chwilowo nie przebywałam w pobliżu, zapytała GO o imię, wiek i klasę. Dzięki temu potwierdziły się moje przypuszczenia, że ten dziwny typek faktycznie mieszka tam, gdzie ja. W dodatku jesteśmy rówieśnikami i chodzimy do tej samej podstawówki, do równoległych klas. Ten fakt jeszcze bardziej utrudniał nawiązanie jakiegokolwiek kontaktu poza wzrokowym.

Nie potrafię przywołać sytuacji, kiedy zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. Nie wiem, czy nie było w tym zasługi jego mamy, która wysyłała go rano po małe zakupy. Ja znałam tę miejscowość jak własną kieszeń, więc być może zostałam poproszona o pokazanie mu drogi do sklepu. A może było zupełnie inaczej… W każdym razie od pewnego momentu codziennie chodziliśmy razem po świeże bułki. Nowy kolega okazał się całkiem miłym i, tu zaskoczenie, normalnym człowiekiem. Spędzaliśmy razem każdą chwilę aż do jego wyjazdu. Na końcu, jak to dzieci, rzuciliśmy sobie zwykłe „cześć”, bez żadnych planów i obietnic na przyszłość.

W szkole udawaliśmy, że się nie znamy. No bo niby jak? Od razu wszyscy mówiliby, że zakochana para. A fuj. Kiedyś nawet próbowałam się przywitać, ale mój uśmiech został zignorowany, więc dałam sobie spokój. I to mógłby być koniec wakacyjnej znajomości dwojga dziewięciolatków. Ale nie był.

Przyszedł luty, a z nim dzień św. Walentego. Mój pierwszy w życiu. Z tego, co pamiętam, ten zwyczaj dopiero zadomawiał się w Polsce, witryny sklepowe nie czerwieniły się jeszcze tysiącami serduszek i różyczek, ale szkoła organizowała już pocztę walentynkową. Najładniejsze dziewczyny w klasie dostały po kilka kartek… ja żadnej. Jak już pisałam, piękna nie byłam nigdy. Wróciłam do domu przygnębiona. Czułam się gorsza od innych, a w tym wieku to chyba boli najbardziej. W drzwiach powitała mnie mama. Spojrzała tylko na mnie i powiedziała: „zaraz przestaniesz być smutna”. Potem wręczyła mi obklejoną serduszkami kopertę. Przyszła tradycyjną pocztą… Na odwrocie widniało imię i nazwisko kolegi z wakacji, a w środku kartka z wydrukowanym fragmentem wiersza Gałczyńskiego („a Ty mnie na wyspy szczęśliwe zawieź…”  - mam ją do tej pory!). Podziękowałam tą samą drogą, a w odpowiedzi otrzymałam list z życzeniami na Dzień Kobiet. W szkole nadal się nie znaliśmy, ale nasza korespondencja kwitła. Przełomem stał się kwietniowy festyn z okazji okrągłej rocznicy istnienia naszej podstawówki. Odbyliśmy wtedy pierwszą wspólną przechadzkę i tym sposobem staliśmy się szkolną sensacją – bo skoro dziewczyna z klasy x idzie sobie obok chłopaka z klasy y i jeszcze z nim rozmawia, to na pewno zaraz wezmą ślub i będą mieli dzieci ;) .

Kawałek kolejnych wakacji spędziliśmy razem w tej samej miejscowości co poprzednio. Kiedyś podczas spaceru mijaliśmy miejsce nazywane lokalnie „drzewem zakochanych”. Kolega wskazał na nie i powiedział całkiem poważnym tonem: „Jak będę miał osiemnaście lat, to ci się tu oświadczę”.

Dotrzymał słowa, choć stało się to rok później, niż obiecał, a droga do tego dnia była o wiele bardziej stroma i kręta, niźli przypuszczało dwoje dziesięciolatków. Cóż… do dziś, gdy ktoś mnie pyta, jak poznałam mojego męża, odpowiadam, że przez żywopłot. :) Jest za to najlepszym mężem na świecie.

Pisząc różne, mniej lub bardziej ciekawe i intymne historie dla ośrodka adopcyjnego, chyba trzeba wyraźnie zaakcentować, że nasza zaczęła się właśnie tamtego lata…