Category: Taka tam ja…

Kilka słów o autorce

#MeToo?

Dzisiejszy post może zostać uznany za epigoński, bowiem echa internetowej akcji, mającej uwydatnić skalę molestowania seksualnego, powoli przebrzmiewają. Długo wstrzymywałam się z zabraniem głosu w tej sprawie głównie dlatego, że mój stosunek do powyższego przedsięwzięcia pozostawał ambiwalentny i nieco przypominał sinusoidę.

Otóż w pierwszym odruchu uznałam tagowanie się na Facebooku jako osoby skrzywdzonej za objaw kolejnej mody na szokowanie i postanowiłam w ogóle nie brać w tym udziału. Potem przypomniałam sobie, że ten problem niestety mnie również dotyczy, o czym napiszę niżej. W dalszej kolejności pomyślałam, iż ilość nie przekłada się na jakość, czyli liczba postów z hashtagiem #MeToo jest tak wielka, że cała akcja zwyczajnie przez to powszednieje, bo już nikt nie zwraca na nie uwagi. Moje postrzeganie zmienił jednak szczery i poruszający wpis kolegi ze studiów, który pokazywał, jak ta sprawa może wyglądać z męskiej perspektywy. I wreszcie, kiedy sądziłam, że to całe #MeToo już się zakończyło, uderzyła mnie (niemal dosłownie) nowa fala artykułów z tym oznaczeniem, ale opisująca moim zdaniem sytuacje, którym, mówiąc bez ogródek, do molestowania daleko… Do napisania niniejszego tekstu skłoniła mnie więc nie tyle sama kampania, ile skala paranoi, do jakiej urosła.

Wspomniałam, że też padłam ofiarą molestowania. Przypominam sobie bez trudu przynajmniej trzy takie sytuacje, w których charakter trudno wątpić:

  1. W podstawówce miałam w klasie kolegę, który w wieku dojrzewania notorycznie łapał dziewczyny za piersi i pośladki, wkładał im ręce pod bluzki etc. Oberwał kiedyś za to w twarz – sądzę, że nie tylko ode mnie. Inna sprawa, że chłopak w ogóle był dosyć… hmm… specyficzny, ale mimo tego sympatyczny. I chociaż to jego obmacywanie zdecydowanie powodowało dyskomfort i irytację, to chyba żadna z dziewczyn nie czuła się tym upokorzona. Uznałyśmy widocznie, że „ten typ tak ma” (nie dlatego, że jest facetem i mu wolno, tylko dlatego, że ten konkretny kolega ma po prostu takie „odchyły”, coś w rodzaju niegroźnego wariata). Owe zachowania zresztą przeszły Arkowi wraz z burzą hormonalną.
  2. Pierwszy rok studiów. Wracamy z Anetą z uczelni tramwajem – takim z pojedynczymi siedzeniami. Siadam tuż za nią, rozmawiamy. Na kolejnym przystanku wsiada facet – podstarzały i obleśny. Obejmuje ramionami nasze siedzenia tak, że odcina nam drogę ucieczki. Zaczyna opowiadać, co by z nami zrobił w łóżku. Szczegółowo. Odpowiadam, że nie ma na co liczyć. On na to, że jest bogaty i takie dzi*ki jak my to bez problemu może kupić i żadna mu się nie oprze. „A jednak!” – mruczy Aneta, na co koleś nachyla się i próbuje ją pocałować w usta. Nie udaje mu się chyba tylko dlatego, że tramwaj gwałtownie hamuje. Facet zwalnia uścisk, jakimś cudem wysiadamy. Wiecie, co było w tym wszystkim najgorsze? Nawet nie ten obrzydliwy typ, bo takich jest pewnie na pęczki. W wagonie pełnym ludzi nie znalazł się nikt, żeby zareagować. Przeciwnie, nasi rówieśnicy stojący nieopodal mieli doskonały ubaw z dwóch przerażonych studentek…
  3. Sytuacja najtrudniejsza, najbardziej osobista i tym razem naprawdę traumatyczna, bo sprawcą był mój dobry znajomy. Ba, przez kilka lat uważałam go nawet za przyjaciela, choć teraz, gdy o tym myślę, dociera do mnie, jak bezdennie byłam wtedy głupia. Tym bardziej, że sygnałów, aby trzymać się od niego z daleka, było aż nadto. Do tej pory nie jestem w stanie szczegółowo opisać tej sytuacji. Grunt, że zostaliśmy kiedyś przez chwilę sami i postanowił ten fakt wykorzystać. Na szczęście nie zdążył…

Wiem, że wiele dziewczyn (może nawet większość) ma za sobą podobne wspomnienia, jeśli nie gorsze. Dlatego taka akcja jak #MeToo jest potrzebna choćby po to, aby pokazać, że nie jesteśmy same. I właśnie z tego powodu okropny niesmak budzi we mnie oznaczanie tym hashtagiem wszystkich męskich zachowań z minimalnym choćby podtekstem seksualnym. Nie rozumiem, jak można porównywać np. próbę gwałtu z sytuacją, kiedy obcy mężczyzna mówi napotkanej przypadkiem kobiecie, że ma piękne nogi.

Ot, chociażby taki przykład: oprócz tego nieszczęsnego pktu 3. zdarzyło mi się jeszcze przynajmniej dwa razy otrzymać propozycje seksualne od bliskich znajomych. Nie wiem, czy któraś z nich była wypowiedziana w 100% serio. Prawdopodobnie nie, ponieważ autorem pierwszej był chłopak nieszczęśliwie we mnie zakochany, który od początku wiedział, że nie ma na co liczyć (nawet żal mi się zrobiło biedaka ;) ); druga natomiast wyszła z ust starego kumpla i raczej stanowiła formę żartu, droczenia się, niż rzeczywistej oferty. Być  może jestem dziwna, zdominowana przez patriarchat czy coś w ten deseń, ale wiecie co? Obie te propozycje potraktowałam jako komplementy. Zgadzam się, że nie w każdym kontekście komunikat „chciałbym pójść z tobą do łóżka” jest stosowny i że w określonych okolicznościach (patrz pkt 2. powyżej) jak najbardziej jest przejawem molestowania. No ale właśnie, nie każdy i nie zawsze.

Mam wrażenie, że przesadzając, niektóre uczestniczki akcji wylewają dziecko z kąpielą. Z jednej strony jako kobiety pragniemy męskiego zainteresowania, a z drugiej wszelkie jego przejawy zaczynamy traktować jako atak na naszą godność i cielesność. Już nie mówiąc o tym, jak musi się czuć ofiara gwałtu, która w dobrej wierze wyznaje, co ją spotkało, a potem czyta komentarz innej dziewczyny w stylu: „nie martw się, #JaTeż, bo kumpel z pracy zaśpiewał na mój widok „Baśka miała fajny biust”…”

A może źle rozumuję? Co myślicie o całej tej akcji?

Poranna kawa z kulkami na mole i inne aromaty

Niesamowite, jak ludzki mózg kojarzy i zapamiętuje zapachy. Wystarczy lekka woń czegoś znanego i już myśli wędrują w przeszłość, odkopując spod gruzów przedziwne i pozornie dawno zapomniane sytuacje.

Na przykład jedziecie sobie autobusem do pracy, na przystanku koło ryneczku wsiada kobiecina z torbą truskawek i od razu w głowie otwiera Wam się, powiedzmy, wspomnienie tego durnego Krzyśka z klatki obok, który dłubał w nosie i strasznie się pocił, ale za to jego mama robiła najlepsze ciasto truskawkowe, jakie kiedykolwiek jedliście. O, albo przechodzicie koło czyjegoś okna, czujecie zapach gorącej pomidorówki i mimowolnie zaczynacie wspominać lato sprzed ćwierć wieku, a konkretnie popołudnie, kiedy Baśka zleciała z drzewa i skręciła kostkę. Tak się złożyło, że Nowakowa spod ósemki gotowała akurat wtedy zupę pomidorową, którą czuć było na całym podwórku.

U mnie pierwszym takim zapachem jest aromat kawy. I nie tam żadnej kolumbijskiej bezglutenowej latte machiatto z mlekiem kokosowym i stewią, tylko zwykłej, parzonej w szklance z uchem albo i z koszyczkiem. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ta woń przenosi mnie… w las. Pisałam niedawno w komentarzu u Izzy, że dosyć wcześnie zaczęłam pić kawę. Było to jeszcze pod koniec podstawówki, a wszystko za sprawą Mamuchy, czyli pani T., naszej ukochanej obozowej kucharki. Kiedy bladym świtem wstawałyśmy z zastępem na dyżur w kuchni, w stosownym namiocie czekała już na nas Mamucha z gorącą kawą, żeby dodać nam energii do pracy. Rozumiem, że co niektórych może to oburzać. Dla nas też ta kawa miała posmak zakazanego owocu, może dlatego tak nam smakowała… Razem z rozpalanym właśnie ogniem pod kuchnią polową, kromkami świeżego chleba prosto od piekarza, zapachem drewna i porannej rosy tworzyła klimat, którego po prostu nie da się podrobić.

Drugą nostalgiczną wonią jest właśnie las. Nic na świecie nie pachnie tak, jak leśna flora, zwłaszcza późną wiosną. Możecie się śmiać, ale mnie ten zapach… wzrusza. W pełnym znaczeniu tego słowa. Odejmuje mi lat i przenosi w czasy wolności, przyjaźni, młodzieńczych marzeń i wyzwań. Ech…

Żeby jednak nie było, że ja tu tylko tak ekologicznie i harcersko, to teraz będzie o frytkach. J. nazywa ten zapach (i smak) „frytkami przystankowymi”, bo kojarzy jej się z budą przy  lokalnym PeKaeSie. Chodzi o woń grubo krojonych ziemniaków, smażonych w głębokim oleju (na którym zapewne jeździł później – albo co gorsza wcześniej – wspomniany PKS), parzących palce albo jedzonych tymi małymi plastikowymi widelczykami. Mimo że nie przepadam za fast foodem, to trochę tęsknię za czasami, kiedy wracało się z rodzicami znad jeziora i po drodze wstępowało właśnie na takie rarytasy. Pewnie dlatego w latach studenckich polowałyśmy z J. na „frytki przystankowe” w naszym akademickim mieście i cieszyłyśmy się za każdym razem, kiedy jakaś podejrzana gastrobuda nam nimi zapachniała.

O, i jeszcze kulki na mole! Moja śp. babcia mieszkała w dużej starej kamienicy. Dziś widnieje ona już na liście zabytków (kamienica, nie babcia), ale niestety do niedawna (przez całe lata!) o budynek nikt nie dbał, więc zadomawiały się w nim szczury, mrówki, pluskwy i inne dziadostwa (Dziubasowa, coś dla Ciebie! ;) ). Dziadkowie walczyli z nimi domowymi sposobami, wśród których znajdowały się nieśmiertelne naftalinowe kulki. Babcia dodatkowo starała się zamaskować ich zapach kwiatowym mydłem. Razem tworzyło to mieszankę tyleż mdłą, co intrygującą. Mój ojciec chrzestny, a zarazem syn owej babci, przywiózł mi ostatnio torbę moich własnych ubranek niemowlęcych, przezornie upchniętych przez babcię w czeluściach szafy, w których to przeleżały jakieś trzydzieści osiemnaście lat. Kiedy otworzyłam pakunek, uderzył mnie właśnie ten mydlano-kulkowy aromat. I chociaż większość rzeczy zdecydowanie nie nadaje się do noszenia przez Księżniczkę, to jednak miło było odbyć tę sentymentalną podróż do krainy dzieciństwa.

Listę – przynajmniej tymczasowo, póki sobie czegoś nie przypomnę – zamyka zapach taniej pasty do podłogi. Tym razem akurat nie przywodzi żadnych pozytywnych wspomnień, tylko traumę związaną z przedszkolem. Nie lubiłam do niego chodzić, a posadzki zawsze rano cuchnęły tym ustrojstwem, które w dodatku jakoś nie chciało wywietrzeć. Do tej pory, kiedy czuję gdzieś – na szczęście coraz rzadziej – tę ostrą woń, ściska mi się żołądek. I coś mi mówi, że gdy będę szła zapisać do przedszkola Księżniczkę, to taki aromat od progu może niechcący zdyskwalifikować w moich nozdrzach (czy tam oczach) całą placówkę z personelem włącznie. ;)

Ciekawe, co do tego zestawienia za parę(naście) lat dołoży moja córa, bo póki co nie robi na niej wrażenia nawet zapach własnej kupy, o innych rzeczach nie wspominając. ;)

Niech mi ktoś zrobi sztuczne odpoczywanie i inne rzeczy, które Tygrysy lubią najbardziej

Jeżeli Prosiaczka nie ma tu, to z całą pewnością jest gdzie indziej! – oznajmił Puchatek Tygryskowi podczas poszukiwań przyjaciela.

Tę i inne Kubusiowe mądrości powtarzam bardzo często w różnych codziennych sytuacjach. W pewnym sensie od najmłodszych lat wychowywałam się w lesie – zanim trafiłam do prawdziwego z harcerzami, to wirtualnie dorastałam w Stumilowym. Zarówno książka, jak i kreskówka kojarzą mi się z moim tatą, bowiem to z nim przeżywałam przygody misia i jego bandy. Poprzez analogię do postaw bohaterów ojciec tłumaczył mi rozmaite ludzkie zachowania.

I tak moja mama, która łatwo się wzruszała, zakrywała oczy podczas krwawych scen w filmach i była okropnym zmarzluchem, została przechrzczona na Prosiaczka. Dziadek, słynący w rodzinie z wiecznego niezadowolenia, pedantyzmu i skłonności do pouczania innych, nabył miana Królika. Ja oczywiście funkcjonowałam jako Maleństwo, choć od początku bardziej identyfikowałam się z Tygryskiem… chociaż nie, Tygrysek chyba najpierw przypominał mi mojego tatę: nigdy nie tracił dobrego humoru ani pewności siebie i zawsze znajdował wyjście z trudnych sytuacji.

Ogromną sympatią – Bóg jeden raczy wiedzieć, dlaczego – darzyłam też Gofera (na logikę, czemu nie Gofra???). Może dlatego, że fajnie świszczał i uroczo się jąkał… albo sama miałam jakieś ukryte piromańskie fantazje, kto wie. Ogólnie świstaki kojarzyły mi się pozytywnie nie tylko dzięki bohaterowi Puchatka; lubiłam także słynny film z Billem Murrayem i jeszcze słynniejszą reklamę Milki o zawijaniu w sreberka… a potem w sklepach pojawiły się te wnerwiające maskotki, które świszczały przy każdym otwarciu drzwi przez klienta i czar prysł. Ale to tak na marginesie, bo o reklamach popełnię kiedyś inny wpis.

Wyrosłam zatem na Puchatkowej filozofii, którą zresztą przekładałam na swój stosunek do świata. Wiedziały o tym chociażby moje harcerki, od których raz po raz dostawałam jakieś gadżety z Tygryskiem. Zrobiła się z nich całkiem pokaźna kolekcja i gdyby nie utonęła, to zapewne zdobiłaby dzisiaj pokój Księżniczki. Pamiątek już nie mam, ale złote myśli zostały. Pozwólcie, że podzielę się z Wami moimi ulubionymi (czyli takimi, które, mówiąc może nieco na wyrost, opisują różne aspekty mojego życia i mnie samą).

Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej tam Prosiaczka nie było.

No i powiedzcie tylko, drogie Czytelniczki, że to nie przypomina faceta szukającego plastra w apteczce/serka w lodówce/skarpetek w szufladzie…? Im bardziej zagląda, tym bardziej tego nie ma, a potem przychodzi żona i w ciągu sekundy z wymownym wyrazem twarzy wyciąga tego królika z kapelusza czy tam inny dokument z teczki.

Miałem zamiar zmienić koszulkę, ale zmieniłem zamiar.

O, a to z kolei jest typowo kobiece, czyż nie? I tak bardzo przypomina moje ubieranie się do pracy, że prawie czuję się podglądana przez zdobiące pokój pluszaki. Znaczy, ekhm, nie to, że nie zmieniam koszulek… tylko szykuję sobie coś do założenia, a potem właśnie zmieniam zamiar. I żeby to raz…

– A ty jak się masz? – spytał Puchatek.

– Nie bardzo się mam – odpowiedział Kłapouchy. – Już nie pamiętam czasów, żebym jakoś się miał.

O to, to! I tak co miesiąc, if you know what I mean.

Nie zdziwiłbym się wcale – mówił Kłapouchy – gdyby jutro spadł grad, gdyby rozszalała się zamieć i licho wie co. To, że dziś jest ładnie, to jeszcze nic nie znaczy. Z tego nie można wyciągnąć żadnych wnio… czy jak to się mówi. Ale mniejsza o to. Z tego w ogóle nic nie można wyciągnąć. To jest zaledwie jakiś ślad pogody..

W życiu nie widziałam trafniejszej prognozy. A w odniesieniu do minionego lata – przepraszam, „lata”, to już w ogóle mistrzostwo!

Wypadki to zabawne rzeczy. Nigdy ci się nie przytrafiają, dopóki się nie przytrafią…

Zaczynam od tego cytatu większość klasowych pogadanek o bezpieczeństwie w szkole i poza nią. Mówiąc całkiem poważnie, dzięki swojej prostocie stanowi świetny punkt wyjścia do dyskusji o przewidywaniu i odpowiedzialności. Działa nawet na maturzystów. W końcu wszyscy gdzieś wewnątrz jesteśmy dziećmi…

Albo weźmy Sowę. Sowa właściwie też nie ma wiele Rozumu, ale za to jest Uczona.

Tu się aż prosi o jakiś żart polityczny… ale nie, wyskrobię coś innego. Rozum i wykształcenie niestety nie zawsze idą w parze. Przychodzi mi tu na myśl dwoje dawnych wykładowców akademickich. Najpierw pewna pani doktor, która kazała całej grupie przeczytać nieistniejącą książkę. To znaczy książka istniała, tylko że napisana czterdzieści lat wcześniej w innym języku i nigdy nieprzetłumaczona na polski, mało tego, nawet ta wersja obcojęzyczna była w całym mieście nie do zdobycia. Dwa razy całą grupą prosiliśmy o zmianę lektury, za trzecim wykładowczyni zrobiła niezapowiedziane kolokwium z jej treści. Ta sama kobieta zresztą za aktywność na zajęciach zwolniła mnie z egzaminu końcowego, po czym obniżyła mi ocenę za to, że na owym egzaminie się nie stawiłam. Drugi przykład jest jeszcze ciekawszy, bowiem dotyczy pana profesora zwyczajnego, który dowodził, że kobieta nie może zostać filozofem, ponieważ nie pozwala jej na to budowa mózgu… a także, że osoby stosujące kiedykolwiek jakiekolwiek formy antykoncepcji mają skrzywioną psychikę i nigdy nie będą w stanie stworzyć stałego związku. Dodam, że jest to profesor świeckiej, państwowej uczelni.

Myślenie nie jest łatwe, ale można się do niego przyzwyczaić.

Czyli jest dla mnie nadzieja!

Czasami – powiedział Kubuś – najmniejsze rzeczy zajmują najwięcej miejsca w twoim sercu.

Nie tylko rzeczy. Księżniczki i psy też.

Dzień bez przyjaciela to jak dzbanek, w którym nie została nawet kropelka miodu.

Idę o zakład, że to ten przyjaciel wcześniej zeżarł cały miodek. Nie uważacie, że w pewnym sensie miarą przyjaźni jest swoboda, z jaką druga osoba czuje się u nas w domu? Nie mówię tu rzecz jasna o tych dziwnych i wcale nie tak dobrze znanych jednostkach, które wpadają pierwszy raz w odwiedziny i od razu lustrują zawartość szuflad, bo takich dla własnego spokoju więcej nie zapraszam. Mówię o tych, z którymi łączy nas tak naturalna więź, że sami wyciągają sobie z szafki kapcie dla gości albo wstają na moment od stołu, a po chwili z kuchni dochodzi pytanie: „Gdzie trzymasz kakao?”, względnie: „Dlaczego nie masz zielonej herbaty?”.

Pamiętałem, ale potem, gdy starałem się przypomnieć, to zapomniałem.

Błagam, powiedzcie, że nie tylko my z Puchatkiem tak mamy… Bo ja potrafię czasem wyjść do sklepu po cytrynę, a wrócić z jogurtem, czekoladą, bananami, sokiem żurawinowym i proszkiem z promocji. Bez cytryny rzecz jasna.

I na sam koniec kwintesencja mojego blogowania:

 Kiedy jest się Misiem o Bardzo Małym Rozumku i Myśli się o Rozmaitych Rzeczach, to okazuje się czasami, że rzeczy, które zdawały się bardzo proste, gdy miało się je w głowie, stają się całkiem inne, gdy wychodzą z głowy na świat i inni na nie patrzą.

Nie umiem kochać za nic, czyli co myślę o moim mężu

„Kocha się nie za cokolwiek, ale pomimo wszystko. Kocha się za nic.”

To akurat cytat z ks. Twardowskiego, ale podobne myśli wychodziły spod piór bardzo wielu pisarzy, włącznie z cieszącym się ostatnio nie najlepszą opinią Paulem Coelho. Bez wątpienia są to piękne słowa, ale ja się z nimi nie zgadzam. Miłość bezwarunkowa może według mnie dotyczyć relacji dzieci z rodzicami i vice versa, ale nie związku partnerskiego ani przyjaźni.

Gdybym kochała mojego męża za nic, to równie dobrze mogłabym kochać każdego napotkanego mężczyznę (zdaje się, że istnieją określenia dla takich kobiet, w większości nieparlamentarne). Gdybym kochała go pomimo wszystko, to znaczy, że byłabym z nim również gdyby na przykład znęcał się nade mną i dzieckiem lub odwrotnie – w ogóle się nami nie interesował. Ani jedno, ani drugie mnie nie przekonuje.

Niedawno świętowaliśmy z P. dziesiątą rocznicę naszego ślubu. Spędziliśmy ten dzień z przyjaciółmi, więc bardziej rodzinnie, niż romantycznie. Nie przeszkadzało to jednak w uświadomieniu sobie 10 powodów, dla których kocham mojego męża.

1. Potrafi mówić o uczuciach

Robi to często i szczerze, bez skrępowania ani nadmiernej egzaltacji. Nigdy nie uważał, że powiedzenie kobiecie „kocham cię” jest jakąś ujmą dla męskiej dumy. Po raz pierwszy wyznał mi miłość… po angielsku, w jednym z listów wysłanych do mnie chyba w wieku 10 lat. Nie potrafię policzyć, ile razy to do dzisiaj powtórzył w naszym ojczystym języku. Na pewno tysiące.

2. Odgaduje moje potrzeby jeszcze zanim je sobie uświadomię

Serio. Nie wiem, jak on to robi. Skąd wie, jakiej części garderoby mi brakuje, jak chciałabym spędzić wieczór albo dokąd pójść na spacer. Nigdy nie zabrał mnie w miejsce, które mi się nie podobało, podobnie jak nigdy nie kupił mi nietrafionego prezentu. Szósty zmysł, czy coś.

 3. Wspiera wszystkie moje przedsięwzięcia

… bez względu na to, czy chodzi o podjęcie dodatkowych studiów, pisanie bloga, przemeblowanie pokoju czy eksperymenty kulinarne. Zawsze mi kibicuje i nieustannie we mnie wierzy.

 4. Dogaduje się z moimi przyjaciółmi

Ja jestem dosyć trudna w bezpośrednich relacjach. M. napisał kiedyś, że zachowuję się jak typowa nauczycielka (wiem, co miał na myśli, ale samej sobie oszczędzę wdawania się w szczegóły). Mam wrażenie, że trudno mnie lubić, chociaż bardzo się staram. Przez to nie zawsze udaje mi się nawiązać przyjacielskie stosunki ze znajomymi męża, choć oczywiście nie jest to regułą. W drugą stronę działa to jednak niemal bez zarzutu. P. potrafi godzinami rozmawiać z J. o filmach, z kolei gdy zaprzyjaźniłam się z A., to mój mąż zakumplował się z jej ślubnym i teraz spotykamy się we czworo. Kiedy Siostra odwiedza mnie z synkami, stara się być dla nich jak najlepszym wujkiem. Nawet z M. się porozumiał, chociaż ich początki były dosyć skomplikowane. Dzięki temu mamy wielu wspólnych przyjaciół, z którymi oboje dobrze się czujemy.

5. Ma silne ramiona i głębokie spojrzenie

Czuję się bezpieczna, kiedy mnie przytula. Czuję się wyjątkowa, kiedy patrzy mi w oczy. Lubię jego bliskość w jak najbardziej dosłownym znaczeniu tego wyrazu.

6. Zachowuje zimną krew w najtrudniejszych sytuacjach

Gdy ja mam wrażenie, że właśnie nadchodzi apokalipsa i lada chwila cały mój świat legnie w gruzach, P. przychodzi z odsieczą. Mogę na niego liczyć w najbardziej dramatycznych chwilach. Jest tak od zawsze. Na przykład kiedy byłam w drugiej czy trzeciej klasie liceum i oboje z tatą złapaliśmy ostrą anginę, a mama wyjechała do rodziny, P. przychodził codziennie, żeby zrobić nam zakupy i wyprowadzić psa. Albo kiedy zemdlałam w szkole, zaniósł mnie na rękach do domu (fakt, że mieszkałam blisko, niczego tu nie zmienia), przebrał i zorganizował mi lekarstwa. Potem, już w życiu dorosłym, zdarzały się o wiele trudniejsze czy bardziej niebezpiecznie sytuacje, ale nigdy nie zostałam z nimi sama.

7. Nie boi się partnerstwa w małżeństwie

Pisałam o tym trochę w niedawnym poście o ojcach. Wielu mężczyznom odpowiada bardzo konserwatywny podział ról  w związku (czyli, upraszczając, kobieta do garów i do pieluch, facet do pracy i na piwo). P. jest jednak inny. Większością obowiązków dzielimy się po równo. Zdarza mi się wymienić uszczelkę, wywiercić dziurę albo wbić gwóźdź, ale mój mąż także nie boi się patelni ani żelazka.

 8. Pozwala mi mieć własne życie

Może niektórych Czytelników to zaszokuje, bo pewnie są wśród Was i takie pary, które dosłownie wszystko robią razem. Oczywiście nie ma w tym nic złego, o ile odpowiada to obu stronom. My natomiast powstaliśmy z innej gliny. Każde z nas potrzebuje kawałka prywatnej przestrzeni, do której druga połówka nie ma potrzeby zaglądać. Mamy osobne hobby, co nie oznacza, że nie spędzamy razem wolnego czasu. Po prostu sprawiedliwie go dzielimy. Być może dlatego mimo upływu lat żadne z nas się w tym małżeństwie nie dusi – a przynajmniej mam taką nadzieję ;)

 9. Zna mnie jak nikt inny

… nie tylko dlatego, że jest obecny w moim życiu od 23 lat. Nie muszę przed nim nikogo udawać, akceptuje mnie taką, jaką jestem. W wieku „nastu” lat byłam zakochana w chłopaku, który wówczas wydawał mi się ideałem i dlatego sama starałam się w jego oczach uchodzić za ideał (głupie, co nie?). Potem się okazało, że udawaliśmy oboje. Koszmarnie długo leczyłam się z tego zauroczenia, a jeszcze dłużej goiłam zranione ego. Z P. jest inaczej. Nie muszę niczego ukrywać i niczego się wstydzić, bo wiem, że mnie nie osądza.

 10. Jest dobrym ojcem

Takim, który bez oporów zostaje  z dzieckiem sam w domu; karmi, przewija, organizuje zabawę. Wynajduje w sklepach (bądź też u znajomych albo w Internecie) gadżety wspierające rozwój malucha, studiuje ich recenzje, planuje zakupy dla Księżniczki. Ostatnio pewnego deszczowego popołudnia wyszedł do supermarketu po pieczywo, a wrócił przemoczony do suchej nitki z dwoma ogromnymi kartonami pieluch na rękach – bo akurat zauważył, że małej się kończą pampersy, więc kupił na zapas. Oprócz tego powtarza, że na wiele rzeczy może nam zabraknąć, ale na lekarza dla Księżniczki zawsze znajdzie pieniądze (nie mówię tu tylko o wizytach niezbędnych, ale także o kontrolnych i profilaktycznych). Na każdym kroku pokazuje, że jest dumny z córki.

To już koniec listy, ale tylko tymczasowo. Jestem przekonana, że w kolejnych latach będę umiała dopisywać do niej kolejne powody… :)

Kim powinien być ojciec w życiu córki?

Ojciec Agaty pewnego dnia przyłożył jej nóż do policzka i oznajmił, że jeżeli mu się sprzeciwi, to w każdej chwili może ją oszpecić na resztę życia. Kiedy już jako dorosła kobieta umówiła się ze znajomym, usłyszała w domu, że najwidoczniej swędzi ją krocze. Rodzina miała założoną niebieską kartę, ale przed pracownikami MOPSu czy policji tatuś udawał idealnego, dumnego ze swojej córki. Ponieważ nie bił, trudno było mu cokolwiek udowodnić.

Milena pochodzi z małej wioski. Ojciec nigdy nie zaakceptował jej decyzji o pójściu na studia. Oczekiwał od niej poślubienia chłopaka z sąsiedztwa i podjęcia pracy w lokalnym spożywczaku. Przez pięć lat studiów nie dostała od niego ani grosza; był przekonany, że bez jego pieniędzy szybko porzuci marzenia i wróci do domu. Tak się jednak nie stało. Milena zdobyła wyższe wykształcenie, pracuje w zawodzie, a z ojcem nie utrzymuje żadnych kontaktów, podobnie zresztą jak jej młodsza siostra.

Podczas wesela Pauliny ojciec wziął ją na stronę i zakomunikował, że teraz, kiedy się w pełni usamodzielniła i założyła własną rodzinę, może w końcu odejść od jej matki i zacząć nowe życie u boku o połowę młodszej kochanki. Następnego dnia się wyprowadził. Rodzice Pauliny byli małżeństwem od 30 lat; przez cały czas wierzyła, że udanym. Świeżo upieczona żona, zamiast cieszyć się miesiącem miodowym, musiała wyciągać mamę z depresji.

Wszystkie powyższe historie są autentyczne, zmieniłam tylko imiona bohaterek. Znam te dziewczyny, widziałam, co przeżywały. I kiedy myślę dzisiaj o swoim tacie, tylko upewniam się w przekonaniu, że urodziłam się we właściwej rodzinie. Mój ojciec był (i jest) dla mnie tym, kim powinien, a nawet więcej:

- opiekunem,

- towarzyszem zabaw,

- przyjacielem i powiernikiem sekretów,

- nauczycielem (matematyki, fizyki, literatury, muzyki, gotowania, pływania, jazdy na rowerze, obsługi komputera i miliona innych rzeczy!)

- lekarzem (jako dziecko wierzyłam, że potrafi wyleczyć wszystkie choroby świata, nie tylko stłuczone kolano),

- osobistym szoferem (mieliśmy kupione za grosze zabytkowe volvo; uwielbiałam nim jeździć!),

- sponsorem (do tej pory zachodzę w głowę, skąd brał pieniądze na moje zachcianki…),

- adwokatem,

- głosem rozsądku, co tym trudniejsze, że sam jest roztrzepany.

Od urodzenia prowadził mnie za rękę i czasem mam wrażenie, że wciąż to robi. Pisałam o tym zresztą rok temu przy okazji tego samego święta. Owszem, bywa, że mnie strasznie wkurza. Nie denerwuje, tylko właśnie wkurza. Podejmuje pochopne decyzje. Kiedy coś sobie wymyśli, to nie ma siły, która odwiedzie go od realizacji tej koncepcji bez względu na to, czy ona w ogóle jest logiczna. Idę o zakład, że gdyby postanowił na przykład za kilka miesięcy polecieć w kosmos, to by to zrobił. W zeszłym roku udał się w podróż na drugi koniec Europy, będąc w takim stanie zdrowia, że normalny człowiek leżałby w domu i czekał na śmierć, więc wiem, co mówię. Bywa, iż nie liczy się z moimi planami, oczekując, że rzucę dla niego wszystko tu i teraz. Ma do tego pełne prawo, w końcu przez ponad 30 lat on robił to samo dla mnie; po prostu z trzymiesięcznym dzieckiem w domu nie jest to takie łatwe, jak mu się wydaje. Mimo tego wiem, że nie mogłabym mieć lepszego ojca. Zawdzięczam mu to, kim dzisiaj jestem. Wszystko.

Mój mąż nie miał tyle szczęścia. Przez wiele lat brakowało mu wzorca, dlatego bał się, czy sam będzie dobrym tatą. Sądzę, że Księżniczka nie ma co do tego wątpliwości. Robi przy niej wszystko, zauważa każdy krok rozwojowy, bez przerwy ją fotografuje lub filmuje. Stał się specjalistą od dziecięcych gadżetów i metod wychowawczych. Kiedy wczoraj wróciłam z zakończenia roku szkolnego i beczałam jak bóbr, czytając liściki od mojej – pożegnanej właśnie na zawsze – ukochanej klasy, ochrzanił mnie, że płaczę za cudzymi dziećmi, zamiast zająć się własnym :).

Znajomi czasem pytają, czy nie boję się zostawiać małej z ojcem, kiedy wychodzę np. do pracy. Koleżanki opowiadają, jak ich mężowie brzydzili się zmieniania pieluch albo bali się przebrać malucha. Nawet pani z ośrodka podczas ostatniej wizytacji nazwała P. nowoczesnym tatą, gdy usłyszała, jak zajmuje się Księżniczką. „Nie nowoczesny, tylko normalny” – skomentował później sam zainteresowany. Taka normalność zdecydowanie nam obu z córcią odpowiada. Malutka śmieje się do swojego ojca, szarpie go za brodę i zasypia w jego ramionach. Cudowny obrazek…

Obu Tatusiom – mojemu i Księżniczkowemu – życzę miłego Dnia Ojca. Wam, drodzy Czytelnicy bloga, również. Obyście zawsze mogli być dumni z Waszych dzieci: biologicznych, adopcyjnych i zastępczych, a nawet tych na czterech łapach, jeśli takowe posiadacie.

Historia (nie)jednej znajomości

Było to pewnej niezbyt mroźnej, ale za to paskudnie deszczowej i wietrznej zimy. Miałam 15 lat i właśnie przechodziłam ostre zapalenie krtani. Kiedy zadzwoniła moja drużynowa, nie byłam w stanie wydobyć z siebie głosu. Przyjęłam więc tylko pokornie i w ciszy informację, że na nadchodzącym zimowisku zostanie mi powierzona funkcja zastępowej najstarszych harcerek. Po tym telefonie opadłam z sił jeszcze bardziej. Wyobraźcie sobie sytuację, kiedy przełożony w pracy mianuje Was nieoczekiwanie liderami projektu, który znacząco różni się od Waszych codziennych obowiązków, a do tego podległa Wam grupa składa się z samych doświadczonych ekspertów i to niezbyt życzliwie do Was nastawionych. U mnie było podobnie. Ze wspomnianego zastępu tylko C. miała mniej lat niż ja, pozostałe dziewczyny były starsze. Ponadto nie  przepadałyśmy za sobą, a na domiar złego moja nieodłączna Siostra została przydzielona do innej jednostki, choć zapewniano mnie, że będzie nam towarzyszyć w niektórych wyprawach.

Już pierwszego dnia wyjazdu zrozumiałam, że budowanie klasycznie rozumianego autorytetu zupełnie mija się z celem. Padający deszcz jeszcze tylko potęgował i tak już przygnębiający nastrój. Wszystko zmieniło się pewnej nocy, kiedy otrzymałyśmy polecenie, żeby udać się zastępem na cmentarz do oddalonej o kilka kilometrów miejscowości i wykonać tam powierzone zadania. (Ogromnie tęsknię za czasami, kiedy takie rzeczy były możliwe… dzisiaj za wysłanie nieletnich druhen samych w nocy na jakąkolwiek wyprawę groziłyby kadrze poważne konsekwencje prawne). Nie za bardzo uśmiechała się nam ta wędrówka; E. z racji przykrych doświadczeń odczuwała strach, który i pozostałym zaczął się udzielać, poza tym wiało, było zimno i strasznie ciemno. Poprosiłyśmy drużynowego chłopaków o jakieś wsparcie, ale D. w ramach typowego dla siebie kpiącego żartu przydzielił nam „do ochrony” największego tchórza wśród swoich podopiecznych. Dostałyśmy też krótkofalówki, które jak na ironię zaczęły działać dopiero po przekroczeniu bramy nekropolii. Tak więc szłyśmy w piątkę: E., C., P., Siostra i ja, pocieszając trzęsącego portkami chłopaczka i bezskutecznie próbując połączyć się z „bazą”, w której chłopcy czekali na nasz powrót z herbatą zalewaną wodą ze starego czajnika, dzwoniącego po zagotowaniu niczym zdezelowany tramwaj. Próbując „zagadać” mróz i niepokój, wpadałyśmy na coraz bardziej absurdalne pomysły, z których nie wszystkie nadają się tutaj do powtórzenia. Trudno powiedzieć, co konkretnie wydarzyło się na tym małomiasteczkowym cmentarzu, ale wróciłyśmy stamtąd jako najlepsze przyjaciółki.

Pół roku później znowu było deszczowo. E. siedziała po turecku na materacu w zawilgoconym namiocie i próbowała telepatycznie przywołać rodziców, mających przywieźć jej kurczaka i schabowe. C. nurkowała pod stertą ubrań, które po zawaleniu się półki leżały gdzie bądź, to znaczy wszędzie. Szukała pluszowego misia, któremu dorobiła chustę harcerską w barwach naszej blisko zaprzyjaźnionej męskiej drużyny. Wszystkie cztery wyszywałyśmy sobie na obozowych beretach nowe, spokrewnione ze sobą imiona harcerskie, które zostały z nami na długie lata (a właściwie do tej pory). Z tego też wyjazdu pochodzi moje ukochane wspomnienie, opisywane już wcześniej na tym blogu. Pomimo wielu wspaniałych historii (niekoniecznie nawet związanych z harcerstwem) przyjaźń do dziś kojarzy mi się z mundurem: nocnymi wartami, przekręconym „od zakochania” Krzyżem Harcerskim na piersi, nowymi wyzwaniami, którym wspólnie stawiało się czoła i poczuciem, że to wszystko zostało nam dane „na zawsze”.

I tak jest w istocie. Kiedy podczas obchodów moich 30. urodzin przyjrzałam się gościom, z niejakim zdumieniem (bo wcześniej tego nie liczyłam) odkryłam, że znaczna większość z nich to towarzysze dawnych (?) harcerskich wędrówek. Moja Siostra nadal jest moją Siostrą. C., choć dziś poważna Pani Dyrektor, wciąż ma to bezpośrednie poczucie humoru. E. wyjechała z Polski, ale i tak dowiaduję się, co u niej słychać. A przecież jest jeszcze M. – nawet nie pamiętam, że kiedyś go nie znałam. G. i B. – moje cudowne wychowanki, a dziś także bratnie dusze. Te – jak to kiedyś określił Pikuś Incognito – „literki” mogłabym wymieniać jeszcze długo, a z każdą wiąże się historia pięknej znajomości.

Zbliża się Dzień Myśli Braterskiej, dla harcerzy jedno z najważniejszych świąt w roku. Pewnie jeszcze coś o nim napiszę. A dzisiaj Wam wszystkim, spotkanym kiedyś na harcerskim szlaku (lub w gąszczach internetu), życzę… „Przy innym ogniu, w inną noc, do zobaczenia znów!”

CZUWAJ!

Ps. M. – jak widzisz, nie tylko Ciebie „wzięło na sentymenty”. :)

Ciemna Strona Mocy

Bywasz okropna – zarzucił mi P. po ostatnich warsztatach w ośrodku – nawrzeszczałaś na Bogu ducha winną koleżankę z kursu, a ona tylko wyraziła swoje zdanie.

Stanęłam jak wryta w przedpokoju z jednym butem w ręce, patrząc tępo, jak drugiego porywa pies. Nie miałam bladego pojęcia, o czym mój ślubny do mnie mówi. Dopiero po wyczerpującym wyjaśnieniu przypomniałam sobie sytuację, którą miał na myśli. Rzecz w tym, że z mojej perspektywy wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Całkiem niewinnie. Ot, dziewczyna – nazwijmy ją Magda – powiedziała coś, z czym się nie zgodziłam. Nic istotnego, o co warto by było rozdzierać szaty. Zwykła, luźna myśl. Odpowiedziałam, wysuwając przeciwny argument. Ktoś tam coś dodał, nie pamiętam kto i co. Koniec historii. Okazało się, że z punktu widzenia mojego męża (a więc pewnie i innych uczestników spotkania), wyglądałam na przemądrzałą jędzę, która zawsze musi mieć rację.

(Reksio, oddaj tego buta, bo jak cię…)

Zmieszałam się okropnie. Tak, kurde, mam taką manierę. Chciałabym powiedzieć, że to skrzywienie zawodowe, nauczycielska potrzeba autorytetu. Ale to nie to… Chyba jestem taka od zawsze. I pies z trampkiem w pysku mi świadkiem, że nie robię tego celowo. Parcie na bycie najlepszą we wszystkim przeszło mi wraz z ukończeniem podstawówki, potem po prostu chciałam być dobra w tym, co było dla mnie ważne, bez niepotrzebnej rywalizacji. Za to na pewno szybciej mówię, niż myślę. I czasem zdarza mi się coś bezrefleksyjnie palnąć, nawet bez świadomości, że ktoś mógł się z tym źle poczuć.

Stałam więc dalej w tym przedpokoju, ściskając nieszczęsny trampek, aż zdziwiony i znudzony brakiem zainteresowania Reksio przyniósł z powrotem drugi, stawiając go równiutko przy szafce (teraz to potrafi, skubany, a jak mu powiesz „oddaj!”, to będzie uciekał do upadłego). Ale ja nie o tym… Od razu sobie przypomniałam, jak jedna z kursowych koleżanek napisała mi niedawno, że jestem sympatyczna. Przeszło mi przez myśl, że teraz na pewno zmieniła zdanie… No i masz babo placek. Ciemna strona Lady Makbet została oficjalnie odsłonięta.

Pomyślałam też, że powinnam jakoś dać do zrozumienia, że nie czuję się ani najmądrzejsza, ani najważniejsza i w ogóle nie mam potrzeby być w centrum uwagi. Za to na pewno za dużo gadam.

Ktoś ma pomysł, jak mogę zatrzeć złe wrażenie? Zapytany o to P. dał mi radę, która w języku mistrza Yody brzmiałaby: spróbować wyluzować musisz. Pies kichnął, puścił bąka i uciekł. Zostałam ja, z czarnym trampkiem w dłoni i „Marszem imperialnym” w głowie…

Any ideas?

Ja, BELFER

Ci z Was, którzy znają mnie osobiście, od dawna wiedzą, czym się zajmuję zawodowo. Początkowo wzbraniałam się przed ujawnianiem tego na blogu – głównie z tej przyczyny, że potrzebowałam jakiejkolwiek przestrzeni wolnej od pracy. Dom niestety się do niej nie zalicza ze względu na wszechobecne konspekty, karty pracy, książki metodyczne i kartkówki, o innych papierach nie mówiąc. Ponieważ temat mojego zarabiania na chleb wypłynął ostatnio podczas kilku dyskusji na różnych forach i blogach, czas skończyć z tą tajemnicą Poliszynela i wyznać otwarcie: jestem nauczycielką. Z powołania. Jest to zawód, który zawsze chciałam wykonywać i chociaż pierwsza otrzymana przeze mnie oferta zatrudnienia w szkole była obarczona dość dużym ryzykiem, przyjęłam ją i nie żałuję.

W mojej pracy najbardziej kocham…

Młodzież. Serio. Uwielbiam moich uczniów. Wcale nie widzę w nich rozpieszczonych, niesamodzielnych bachorów, które potrafią jedynie obsługiwać dotykowy ekran iPhone’a i których nie interesuje nic poza grą w CS-a. Przeciwnie. Codziennie mam przed sobą grono pełnych pasji, ciekawych świata, wrażliwych młodych ludzi, potrzebujących jedynie mądrego przewodnika. Staram się takim być, choć do ideału zapewne mi daleko.

Swoje przedmioty (a uczę dwóch). Stanowią moją pasję, którą wykonywana praca pozwala mi rozwijać i doskonalić umiejętności w ich zakresie. Motywują mnie do coraz to nowych poszukiwań, pogłębiania wiedzy, ciągłego poznawania i odkrywania.

Nieustanny rozwój. Osoby spoza kręgu oświatowego nie wiedzą na ogół (co zrozumiałe, bo niby skąd i po co miałyby?), ile godzin szkoleń, konferencji, warsztatów, kursów i studiów podyplomowych odbywają rocznie nauczyciele. (Szkoda tylko, że za własne pieniądze, ale kto by się tam przejmował ;) ). Jasne, część z nich (jak zapewne w każdej firmie) jest nudna i powoduje frustrację z powodu zmarnowanego czasu. Większość jednak nie tylko realnie wpływa na wzrost jakości pracy, ale jest zwyczajnie ciekawa, rozwijająca i stanowi źródło przeróżnych inspiracji.

W mojej pracy nie cierpię…

Papierologii stosowanej. Opisywania tego samego dwugodzinnego wyjścia do kina w czterech różnych dokumentach. Wypełniania dziesiątek stron danymi, które w każdej chwili można znaleźć gdzieś indziej. Raportowania wszystkich podejmowanych działań – czasem nawet najbardziej oczywistych – tylko po to, żeby „papiery się zgadzały”.

Przewrażliwionych rodziców. Nie, nie tych, którzy regularnie się ze mną kontaktują, żeby zapytać o dziecko. Również nie tych, którzy mają wątpliwości, proszą o wyjaśnienia lub konstruktywnie krytykują. Ich akurat bardzo lubię i sądzę, że z wzajemnością. Mam na myśli takich, którzy po każdym zwróceniu uwagi na problem z uczniem odpowiadają: „bzdura! JA ZNAM SWOJE DZIECKO!”. Otóż nie, drogi rodzicu, nie znasz. Jasio w domu i Jasio w szkole to często dwaj różni Jasiowie. A zasygnalizowanie jakichś nieprawidłowości przez nauczyciela najczęściej służy temu, żeby pomóc podopiecznemu, a nie oskarżyć go, oczernić i zostawić samemu sobie. Od razu zaznaczam – takich rodziców jest naprawdę garstka, ale czasem wystarczy jeden na klasę, żeby skutecznie popsuć atmosferę.

Stereotypów. Nie wiem, czy zauważyliście, ale w medialnym dyskursie (tym zupełnie oficjalnym i tym nieco mniej) krążą dwie obiegowe opinie o nauczycielach. I jakoś nikomu nie przeszkadza, że one się wzajemnie wykluczają.

1. Belfer to sfrustrowany przeciętniak, któremu w życiu nie wyszło, więc poszedł do szkoły wyżywać się na słabszych. Leń i cwaniak, który pracuje 2-3 godziny dziennie, zarabia 5000 złotych netto i jeszcze ma dwa miesiące wakacji na koszt podatnika. W dodatku nie można go, nieroba jednego, zwolnić z pracy, bo Karta Nauczyciela gwarantuje całkowitą nietykalność, skuteczniejszą nawet niż odpowiednie zaklęcie Hermiony Granger.

2. Nauczyciel to taki ciapowaty, zahukany naiwniak, który poświęca się w pracy z niewdzięcznymi bachorami i jeszcze gorszymi rodzicami. Haruje od rana do wieczora, sprawdzając testy, układając kartkówki, przygotowując lekcje i ucząc do konkursów. Otrzymuje za to miesięcznie marne grosze, za które stać go jedynie na wytarty sweter z second-handu i paliwo do skody starszej niż on sam. Na studiach wierzył, że może zmienić świat, a okazało się, że nie może nic, bo prawo związuje mu ręce. Nawet zabranie uczniowi komórki, przez którą rozmawia sobie na lekcji, jest nielegalne.

Chyba nie muszę mówić, że obie te opinie są nieprawdziwe i krzywdzące. Może nieco bliższa faktom jest ta druga, bo ani 5000 wypłaty, ani dwumiesięcznych wakacji jakoś nigdy nie uświadczyłam, natomiast pracę 24 na dobę przez kilka dni z rzędu to i owszem.

Oczywiście, zawód nauczyciela ma swoje minusy jak każdy. Zdarzają się również takie dni, kiedy mam ochotę wyjść z klasy i już nie wracać. Jest ich jednak niewiele, a w głębi duszy wiem, że nie zamieniłabym swojej pracy na żadną inną.

Lady Makbet, Moi Drodzy, kiedy akurat nie pisze bloga, to jest belfrem.

O doświadczanych emocjach – podejście drugie

Ostatnio skończyło się na autoanalizie własnej uczuciowości, więc może tym razem się uda i wykonywanie (chyba przedostatniego) kursowego zadania pójdzie łatwiej. Polecenie każe wpisać w odpowiedni schemat emocje, z którymi przyszło mi się w życiu zmierzyć, uwzględniając przy tym ich intensywność. Na górze strony mają się zatem znaleźć uczucia pozytywne, niżej neutralne i negatywne; po lewej słabe, po prawej najsilniejsze.

O ile ze skrajnymi odczuciami nie ma raczej problemu (bo przecież euforia może być tylko silnym i dobrym przeżyciem, niby jak inaczej?), o tyle pozostałe to temat śliski jak świeżo umyta podłoga w McDonaldzie. Weźmy na przykład taki smutek… Inaczej doświadcza się go w momencie, kiedy skończyło się czytać ostatni rozdział ulubionej książki, a inaczej, gdy traci się przyjaciela. Analogicznie radość z awansu zawodowego ma inną moc niż radość z powodu tego, że wreszcie przestał padać deszcz. Pewnie, akurat w tym drugim przypadku można użyć słowa „zadowolenie”, ale nie zawsze tak się da. To tak jak z bólem. Ten po ugryzieniu się w język nie może się równać z migreną, a przecież jedno i drugie boli. Segregatorowe polecenie mówi :„wykonując to zadanie, postaraj się zaufać sobie”. Brzmi to co najmniej jak rada dla bohatera baśni, zawarta w jakiejś magicznej księdze zaklęć. I wszystko byłoby fajnie, gdybym nie była mugolem…

Pomarudziłam, ponarzekałam. Wystarczy. Robię. Piszę więc różnymi kolorami nazwy uczuć: pozytywnych – jasnymi i żywymi, negatywnych – ponurymi. I odkrywam coś, co jednak każe mi twierdzić, że to zadanie w gruncie rzeczy ma sens. Najwięcej zdają się o mnie mówić dwa przeciwne rogi kartki, zawierające uczucia skrajnie dobre i skrajnie złe. Przy tych pierwszych zaskoczenie jest mniejsze, bo tuż pod wspomnianą euforią znalazły się: duma, szczęście i bycie kochaną.  Lubię widzieć efekty swojej pracy, stąd duma. Szczęścia tłumaczyć nie trzeba. „Największą potrzebą emocjonalną człowieka jest potrzeba akceptacji” – pisał H. Jackson Brown Jr (ten od „Małego poradnika życia” – polecam!). Bycie kochaną, a więc akceptowaną i pożądaną, jak najbardziej się w to wpisuje. Po ciemnej stronie mocy umieściłam za to porażkę i wstyd, a kawałek dalej poczucie krzywdy. Gdybym wcześniej miała tak całkiem spontanicznie i z zaskoczenia odpowiedzieć, jakich najgorszych uczuć w życiu doświadczyłam, pewnie bez zbędnego wahania odpowiedziałabym, że przerażenia, może niezrozumienia. Skupienie nad zadaniem uświadomiło mi, że niekoniecznie. Porażka i wstyd… Jak nic wiążą się one z moimi ambicjami. Może nie chorymi, ale często wygórowanymi. Takie ambicje niestety wiodą czasem ku naiwności, bo kiedy człowiek bardzo chce zmienić świat, to zaczyna mu się wydawać, że faktycznie może.

Szczerze mówiąc, jest to dla mnie gorzka lekcja… Wychodzi na to, że radzę sobie z lękiem, odrzuceniem, smutkiem i tęsknotą, a wysiadam w konfrontacji z własnym ego. „Najgorszym zaś wrogiem, jakiego możesz spotkać, będziesz zawsze ty sam” – rzekł Nietzsche…

Uczuciowy rachunek sumienia

Miałam dzisiaj pisać o sile różnych doznawanych uczuć, bo tego wymaga ode mnie magiczny kursowy segregator. Zamiast tego wyszedł mi krótki rachunek sumienia.

Otóż nie za bardzo potrafię mówić o uczuciach. Z ich okazywaniem bywa bardzo różnie, zwłaszcza w kwestii kontaktu fizycznego. Bo o ile nie mam żadnych oporów, żeby wyznać mężowi miłość, o tyle przytulania musiałam się od niego nauczyć. Podobnie działo się w liceum, kiedy modne było całowanie przyjaciółek w policzek na przywitanie i pożegnanie. Gdyby nie E., która jakimś cudem przełamała tę moją blokadę, chyba nigdy bym się nie przemogła. Do tej pory wydaje mi się to sztuczne, choć akceptowalne.

Będąc w związku z P., na początku wstydziłam się publicznie okazywać uczucia. I nie, nie mówię tu o wiszeniu na sobie w autobusie albo wzajemnym wysysaniu sobie wnętrzności przez usta na osiedlowej ławce. Mam na myśli zwyczajne chodzenie za rękę, obejmowanie się. Chyba tylko cierpliwość i konsekwencja mojej drugiej połówki sprawiły, że przestało mnie to krępować.

Nie mam pojęcia, skąd mi się to wzięło… A nie. Moment. Jednak mam. Wszystko wynika z kwestii wychowania, choć nie wprost. Moja mama okazywała mi uczucia i słownie, i fizycznie – tyle, że te komunikaty były często sprzeczne. Tata z kolei niewiele o tych sprawach mówił, rzadziej przytulał, ale za to był przy mnie zawsze, kiedy go potrzebowałam, zapewniając stałość i bezpieczeństwo. Do tego dochodziła jeszcze ś.p. babcia ze strony mamy, która relacje z jedyną wnuczką wykorzystywała do rywalizacji z „tą drugą”. Jako dziecko często słyszałam od niej: „tamta babcia to cię nie kocha, bo tak cię nie tuli na kolankach” i tym podobne. To wszystko chyba sprawiło, iż (nawet nie do końca świadomie) czuję, że miłość udowadnia się codziennym postępowaniem, a nie gadaniem i głaskaniem po główce. Większym dowodem miłości jest według mnie codzienne wstawanie rano i robienie mężowi kanapek do pracy niż przytulanie i patrzenie w oczka. Prawda jest jednak taka, że obie te sfery są ważne. Czas najwyższy zacząć nad tym pracować, bo bardzo bym chciała, żeby moje dziecko było w tej materii bardziej otwarte niż ja…