Category: Taka tam rodzina adopcyjna

Wypieki bez lukru

Jechaliście kiedyś w stukilometrowym korku? Znaczy ja wiem, że w korku to się generalnie stoi, a dokładniej porusza w ślimaczym tempie. I że jeśli można jechać przynajmniej 40-50 km na godzinę, to już nie jest korek i właściwie nie ma co narzekać. Chyba że macie obok siebie niemowlę, za sobą wizytę w szpitalu na NFZ, a w sobie końską dawkę Aviomarinu ze względu na chorobę lokomocyjną (tak, mnie też mówili, że z tego się wyrasta. A guzik tam. Nie mogę jeździć jako pasażer i już, chyba że zamarzy mi się, ekhem,  pełny detoks.) Wtedy to już wszystko denerwuje, a niekończąca się kolumna samochodów w obu kierunkach na całej trasie idealnie wieńczy ów jakże emocjonujący dzień.

Po powrocie do domu i doprowadzeniu się do jako takiego porządku znalazłam w skrzynce mailowej wiadomość od redakcji dwumiesięcznika „Dobra Mama” z propozycją współpracy. Miałabym dołączyć do projektu ochrzczonego mianem „Mama nie lukruje”. Być może innego dnia pomyślałabym, że nie jestem dobrą adresatką takiego zaproszenia, bo w końcu Księżniczkę opisuję tutaj w samych superlatywach, ona zresztą jest tak słodka, że ten lukier aż kapie z jej pyzatej buziulki (razem ze śliną i resztkami zupki, ale co tam). Wczoraj jednak nie był „inny dzień”, tylko dzień NFZ.

Gdyby opisywali go twórcy „Ulicy Sezamkowej”, powiedzieliby zapewne, że sponsorami odcinka były literki: N, F i Z. Opisuję go niestety ja, dlatego powiem, że sponsorowały go (również niestety) nasze podatki. Z tego też powodu nasza wczorajsza przygoda zdecydowanie była bez lukru.

Od czego by tu zacząć? Aaa, wiem! Od narodzin Księżniczki, a dokładniej od jej wypisu ze szpitala. Razem z dzieckiem otrzymaliśmy bowiem plik skierowań do przeróżnych specjalistów. Większość wizyt udało nam się odbyć w ciągu pierwszych trzech miesięcy życia małej; część prywatnie, część państwowo, za to wszystkie w naszym mieście lub najbliższych okolicach. Na jednym ze wspomnianych skierowań widniał wielki napis „PILNE” i to właśnie na tę pilną wizytę przyszło nam czekać osiem miesięcy („Pani kochana, my tu już mamy terminy do końca 2018, no ale jak pilne, to trudno, niech będzie koniec listopada”). Pech chciał, że takie poradnie są tylko dwie w całym województwie, więc wybrzydzać nie można.

Sądny dzień nastąpił właśnie wczoraj. Teść zaproponował, że nas zawiezie (pytanie, czy bardziej skłoniła go do tego miłość do wnuczki, czy męska potrzeba zaimponowania nowym autem ;) ). Przystałam na to z ochotą, bo przynajmniej, zamiast pozostawać skupiona na drodze, mogłam spokojnie zająć się dzieckiem. To znaczy w teorii, bo w praktyce wzięłam przecież Aviomarin…

Trasa była nam znana, tata P. zresztą pracował kiedyś w naszym mieście docelowym, co więc mogło pójść nie tak? Wyjechaliśmy dużo wcześniej, wiedząc, że na tej drodze zawsze panuje duży ruch. Tyle tylko, że wczoraj chyba wszyscy mieszkańcy Ziemi postanowili jechać w to samo miejsce, co my… a potem szukać miejsca parkingowego pod tym samym szpitalem. W końcu po prawie trzech godzinach podróży (która powinna zająć półtorej) dotarliśmy do poradni. Znaleźliśmy się pod gabinetem niecałe 20 minut przed czasem, czyli niemal idealnie. Tam czekała nas niespodzianka. Panie z rejestracji anulowały godziny przyjęć i zaczęła obowiązywać stara, dobra kolejka pod tytułem „Kto z państwa ostatni pod siedemnastkę?”. Na początku ostatni byliśmy oczywiście my. Pacjent przed nami ze zbolałą miną poinformował nas, że pani doktor ma dwugodzinne opóźnienie, a w dodatku „wielkość opóźnienia może ulec zmianie”. Kolejarz jak nic!

Opóźnienie istotnie uległo zmianie, oczywiście nie w tę stronę, w którą byśmy sobie życzyli. Czas płynął leniwie, wolno i ciężko (Księżniczka, jak już wiecie, swoje waży). Poza tym było niemożliwie gorąco. Małą rozebraliśmy do bodziaka, a i tak dostała wypieków. W różowym ubranku wyglądała jak zawstydzony Prosiaczek z „Kubusia Puchatka”… albo dorodny donut w różowej polewie, jak kto woli. I kiedy sądziliśmy, że jesteśmy na ostatniej prostej, drzwi gabinetu wydawały tuż na wyciągnięcie ręki, pojawiło się Zamieszanie. Zamieszanie miało blond włosy, elegancką ołówkową sukienkę i na karku wiek, powiedzmy, pobalzakowski. Przyszło i oznajmiło, że według rejestratorek to ona pod siedemnastkę jest pierwsza.

Tłum ożył nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Posypały się pytania i pretensje, że jak to, że niektórzy tu od świtu siedzą, a podobno jedna pani to nawet stacza wynajęła na noc za pół litra żołądkowej gorzkiej, a tu sobie gwiazda przychodzi i chce bez kolejki do doktor X. Zamieszanie stanęło zdziwione, że to pomyłka jakaś jest, bo ona nie do doktor X, tylko do Y, na czternastą, pod siedemnastkę. Powstał więc błyskawicznie Komitet Oburzonych, na czele z Zamieszaniem, jakąś panią w czarnym swetrze i moim teściem (jak na żołnierza przystało, zawsze gotów bronić granic Rzeczypospolitej, konstytucyjnych praw obywateli i miejsca w kolejce swojej wnuczki). Komitet udał się do rejestracji i po dłuższej chwili wrócił z informacją, że lekarki wymieniają się gabinetami, więc ta, co ma dwie już prawie trzy godziny opóźnienia zaraz wyjdzie i jej miejsce o czternastej zajmie dr Y, do której czeka Zamieszanie.

No dobra. Widziałam nie raz, że pacjenci siedzą godzinami w kolejce, aby wejść do odpowiedniego gabinetu. Ale żeby lekarz…? W panice pomyślałam oczywiście, że „nasza” dr X postanowi faktycznie wyjść o czternastej (czyli za pięć minut) i nas nie przyjmie. Otaksowałam wzrokiem teścia. Miał na sobie koszulę, czyli w razie czego nadałby się, żeby odegrać Rejtana i nie wypuścić specjalistki. Moje obawy okazały się na szczęście bezpodstawne. Doczekałyśmy się z córcią swojej kolejki (dwadzieścia po drugiej, kurza jego mać), a pani doktor z gasnącą nadzieją w oczach zapytała, czy może przypadkiem jesteśmy ostatnie. Nie byłyśmy, więc pewnie dlatego mała została przebadana w tempie błyskawicznym i wysłana na pobranie krwi. Tego niestety było już dla Księżniczki zbyt wiele. Popłakała się w końcu z głodu, zmęczenia, strachu i bólu jednocześnie.

Powiem Wam jednak (przepraszam, „Dobra Mamo”, trochę lukru jednak będzie), że i tak jestem dumna z mojej pociechy. Przeczekała z nami grzecznie 2,5 godziny w przegrzanej poczekalni pełnej obcych ludzi, nie mogąc ani nigdzie poraczkować, ani swobodnie się poruszać. Opluła nawet z radości jedną panią i niechcący poderwała półtorarocznego przystojniaka, który głaskał ją po nóżkach, jak tylko zaczynała gaworzyć. Wymiękła równo ze mną, bo po usłyszeniu od lekarki, że mamy czekać w następnej kolejce do laboratorium, sama miałam ochotę się rozpłakać. Tam na szczęście poszło już szybciej i w końcu po trzech godzinach spędzonych w przychodni mogliśmy wracać do domu. Tyle dobrego z tej historii, że Księżniczka padła nam zaraz po włożeniu do wózka i obudziła się dopiero przy wjeździe do rodzinnej miejscowości. Nawet zapomniała, że była głodna.

I tym sposobem dotarłam z powrotem do momentu otrzymania maila od redakcji „Dobrej Mamy”. O macierzyństwie jako takim bez lukru może nie jest łatwo pisać, ale o starciu matki z NFZ-em jak najbardziej!

Conceptual image of exhausted mom with her misbehaving child

5 typowych błędów wychowawczych, których chciałabym uniknąć

M. powiedział ostatnio, że moją pisaninę da się czytać, bo nie wymądrzam się  na temat wychowania. Po dzisiejszym poście chyba więcej tu nie zajrzy… albo po prostu przestanie się do tego przyznawać. ;)

Księżniczka jest jeszcze malutka, dlatego chyba za wcześnie – nawet dla mnie samej – na ocenianie tego, jaką jestem matką. Wiem, że brakuje mi organizacji. Chociaż całkiem nieźle łączę pracę z opieką nad córką, to jednak daleko mi do idealnie zorganizowanych koleżanek, które potrafią trzymać się codziennej rutyny z dokładnością do milisekundy. Na pewno wiele rzeczy zaskoczy mnie w trakcie dorastania pociechy. Potrafię jednak wskazać (z lekkim przymrużeniem oka) znane mi z bliższego lub dalszego doświadczenia błędy wychowawcze, których za wszelką cenę będę się starała unikać. Co oczywiście nie znaczy, że mi się to uda…

  1. Brak dbałości o dietę pociechy

                                                         https://i.imgflip.com/1mya4x.jpg

U ciotki Grażyny na obiad zawsze był bigos i gotowane parówki (tzw. „serdelki”) z musztardą. ZAWSZE. Na Wszystkich Świętych, Nowy Rok, z okazji imienin wujka, odwiedzin dalekiej rodziny, nawet na komunii i urodzinach jej jedynej córki. Jako dziecko zastanawiałam się, czy oni w ogóle jedzą coś poza tym zestawem. Byłam gotowa założyć się  z każdym, że nie. Z kolei u mojej koleżanki ze szkoły, Magdy, królowała sałata. Jej mama postanowiła, że Magda będzie modelką, dlatego nawet w wieku dojrzewania na obiad dostawała suchego ziemniaka i sporą garść endywii czy innego zielska. Kiedyś zaprosiła mnie do siebie na lody, po czym podała w miseczce…  kostki zamrożonej wody z dodatkiem soku owocowego. Na tym tle kuchnia moich rodziców wydawała mi się prawdziwym Eldorado, ale nim nie była. Mama i tata gotowali smacznie, tylko okropnie niezdrowo. Nie wyniosłam z domu żadnych nawyków, dotyczących właściwego żywienia… i konsekwencje tego ponoszę do dzisiaj, choć to o wiele bardziej złożony problem. Wszystko oczywiście jest dla ludzi, chciałabym, żeby moja córka znała smak coli, Big Maca i czekolady, ale przede wszystkim pragnę ją nauczyć podstaw racjonalnego odżywiania.

 2. Wyręczanie pociechy ze wszystkim

                                                       https://img8.demotywatoryfb.pl//uploads/201606/1466442690_6dhjoh_600.jpg

Jeżeli będę umiała tego dotrzymać, to sama sobie przyznam Nobla, Pulitzera i Oscara jednocześnie. Ja niestety z tych, którzy wolą zrobić wszystko osobiście, choćby za kogoś, ale po swojemu. Mając zdecydowanie zbyt często do czynienia z nastolatkami, którzy nie potrafią nawet umyć po sobie kubka, mam jednak mocne postanowienie nauczenia Księżniczki samodzielności. Już w tej chwili oboje staramy się pozwalać jej na  jak największą autonomię w poznawaniu świata. Zobaczymy, na ile wystarczy nam energii. :)

3. Idealizowanie swojego dziecka

                                                         Podobny obraz

Oho, za późno. Przecież to oczywiste, że Księżniczka jest najśliczniejszym, najmądrzejszym i najbardziej uroczym bobasem, jaki kiedykolwiek się narodził. A kto twierdzi inaczej, ten się nie zna… i nas też równie dobrze może już nie znać, o! Nie no, żartuję. Pewnie, że dla nas malutka jest dzieckiem idealnym, ale to nie znaczy, że musi budzić zachwyt w całym otoczeniu (chociaż mogłaby… :D ). Obiektywizm wychowawczy to niestety oksymoron, ale chciałabym przynajmniej umieć pozwolić córce ponosić konsekwencje swojego zachowania. Nie uważam też, że musi być we wszystkim najlepsza. Znoszenie porażek to cenna, a przede wszystkim przydatna umiejętność.

4. Dostrzeganie w dziecku samych negatywnych cech

                                                    http://resources2.news.com.au/images/2011/01/18/1225990/557806-granny.jpg

Przeciwieństwo punktu poprzedniego. Są rodzice, którzy wiecznie wytykają potomkom ich słabości. Jeżeli Jasio od małego słyszy, że ma za duży nos i krzywe nogi, a do tego brakuje mu zdolności matematycznych, własnego zdania i w ogóle piątej klepki, to raczej nie wyrośnie z niego szczęśliwy i pewny siebie młody człowiek. Takie zachowania opiekunów – choć w nieco innej odmianie – często widać też w trakcie edukacji pociech. Kiedy nauczyciel mówi na wywiadówce, że w szkole doszło do kradzieży, rodzic-czarnowidz od razu krzyczy: „To na pewno mój Franek! Zabiję gnojka!”. Nie traci rezonu nawet wtedy, gdy zdziwiony wychowawca dopowiada, że skradzionym dobrem było mięso ze stołówki, a złodziejem okazał się kulawy jamnik pani woźnej.

5. Przelewanie na pociechę własnych ambicji

                                          http://i.dailymail.co.uk/i/pix/2014/01/10/article-2537207-009026A3000004B0-652_634x765.jpg

Wydaje mi się, że z tym akurat nie powinnam mieć problemu (ewentualnie przeczytam ten wpis za kilkanaście lat i po cichu go wykasuję, żeby zatrzeć ślady własnej naiwności). Chcielibyśmy z P. pokazać Księżniczce wiele różnych możliwości rozwijania swoich zainteresowań. Pewnie, że chętnie zobaczyłabym ją w mundurze harcerskim, dodatkowo najlepiej z dobrą książką w ręku. Mąż ucieszyłby się, gdyby pojechała z nim na mecz piłki nożnej do jednej z europejskich stolic albo przynajmniej ograła go w coś na konsoli. Jeżeli jednak zamiast tego mała wybierze balet albo kółko origami, a po podstawówce postanowi pójść na przykład do szkoły plastycznej, to też dobrze. W końcu ma szukać własnego miejsca na ziemi, my już swoje znaleźliśmy.

Czas pokaże, na ile udało mi się uniknąć powyższych pułapek!

https://www.turborotfl.com/system/pics/20120723/106886/Heartbroken_Mickey_Mouse.jpg

„Nie bądź pewny, że czas masz, bo pewność niepewna”

Tytułowy cytat pochodzi z wiersza ks. Jana Twardowskiego i odnosi się do przemijania. Pozwolę sobie jednak wyrwać go z macierzystego kontekstu, bo świetnie ilustruje to, o czym chcę teraz pisać.

Kilka dni temu minął nam rok od uzyskania kwalifikacji w ośrodku adopcyjnym. Panie z oceniającej nas komisji powiedziały, że okres oczekiwania na TEN telefon w naszym OA wynosi około półtora roku. I mimo iż wiedzieliśmy, że ten termin ma charakter orientacyjny, w związku z czym nie może być w jakikolwiek sposób wiążący, to jakoś wbiliśmy sobie do głowy te osiemnaście miesięcy i właściwie aż do TEGO dnia żyliśmy tak, jakbyśmy jeszcze mieli czas…

Pisałam już wcześniej, że na sam moment odebrania wiadomości o tym, że jest dziecko, nie da się przygotować. Bez względu na to, ile się czeka, on zawsze przychodzi niespodziewanie i przeważnie w najmniej odpowiedniej chwili; bo końcu większość kandydatów na rodziców adopcyjnych pracuje, ma jakieś zobowiązania rodzinne lub jeszcze inne pootwierane sprawy. Jak to w codziennym życiu – zawsze jesteśmy „w środku czegoś”. Tak było i w naszym przypadku, choć oczywiście udało się (z mniejszym lub większym trudem) wszystko pogodzić.

Ostatnio wspominaliśmy z P. tę zeszłoroczną kwalifikację i doszliśmy do wniosku, że właściwie dopiero teraz powinniśmy zacząć spodziewać się telefonu z propozycją dziecka – a tymczasem nasza „propozycja” nosi już ubranka na 74/80 i zasuwa po domu ruchem, którego rodzaju chyba żaden fizyk nie potrafiłby określić. Największą radochę ma z tego mój teść, bądź co bądź zawodowy żołnierz, który woła do Księżniczki: „czołganiem przez pełzanie – naprzód!” i sam cieszy się jak dziecko, że mała z roześmianą buzią wykonuje rozkaz. ;) Wniosek z tego taki, że nasza pociecha będzie owszem, inżynierem, ale wojskowym.  Jest to tym bardziej prawdopodobne, że opanowała już:

-  technikę kamuflażu poprzez błyskawiczne okrycie się kocem/ręcznikiem/spodniami ojca/nie-chcecie-wiedzieć-czym-jeszcze;

- umiejętność okopywania się w łóżku i ostrzeliwania rodzica przeciwnika amunicją złożoną ze smoczka oraz pomniejszych zabawek;

- skuteczny sposób wysyłania sygnału S.O.S na wszystkich częstotliwościach jednocześnie;

- mechanizm produkcji własnej broni biologicznej o dużej skali rażenia.

Póki co ma niestety zdecydowany problem z karnością, zwłaszcza z komendami nakazującymi szeroko rozumiany odwrót, ale pracujemy i nad tym. :)

No cóż… gdyby rok temu ktoś nam powiedział, że w naszym salonie wyląduje dywan w gwiazdki, a na nim dmuchane klocki, grająca małpka i pluszowy miś w bawarskich spodenkach, to pewnie uznalibyśmy, że ma bujną fantazję albo po prostu myśli życzeniowo. Tymczasem po tym obślinionym dywanie w gwiazdki tarza się nasze największe szczęście. :)

Dzień z życia matki pracującej

Trzynasty piątek ma to do siebie, że nie zawsze wypada trzynastego. Ani w piątek. Mnie się na przykład przydarzył w ostatnią niedzielę.

Zaczęło się od tego, że Księżniczka zapomniała obudzić mnie do pracy. Nie to, że zaspałam, czy coś. Mój telefon zagrał Marsz Imperialny dokładnie o czasie. Rzecz w tym, że już dawno przywykłam do wcześniejszych pobudek za sprawą córy, budzik był tylko jak szelki przy spodniach – na SZELKI wypadek. A ów zdarzył się właśnie wczorajszego ranka.

Wyskoczyłam więc z łóżka z radosnym „cholera, miałam umyć głowę!” na ustach i pognałam pod kran… nie myć włosy, rzecz jasna, tylko grzać wodę na Księżniczkowe mleko. Potem gdzieś pomiędzy zakładaniem rajstop a malowaniem rzęs upewniłam się jeszcze, że P. już wstał, żeby zająć się małą i pognałam do szkoły. Piechotą, coby się z rana trochę dotlenić. Jakoś w połowie drogi dotarło do mnie, że owszem, dziecku zrobiłam śniadanie, ale sobie jakimś cudem nie. Wpadłam więc w biegu do mijanej Żabki, myśląc przy okazji, że ja to mam jednak bajkowe życie – w domu księżniczka, za domem żabka, w pracy cała gromada chochlików (a i ogry by się znalazły), tylko mój rumak trochę nie teges, ale może dlatego, że w Dieslu.

Pierwsza lekcja płynęła jak krew z nosa, połowa grupy nie przyszła, druga mentalnie była jeszcze na sobotniej imprezie za miastem. Znudzona monologowaniem do prawie pustej sali i obsypana białym pyłem niczym piekarz albo początkujący dealer kokainy postanowiłam w czasie przerwy skonsumować moje kupione przed godziną „śniadanie”, złożone z wody mineralnej i paczuszki wafelków ryżowych z czekoladą. Chrupnęłam z lubością pierwszy kęs i dokładnie w tym momencie dosiadła się do mnie Marlena. Znacie tę nauczycielską przypadłość, zwaną w skrócie „zawsze-mam-rację-i-muszę-objawić-ją-całemu-światu”? Prawie wszyscy w tym zawodzie na to cierpimy, ale Marlena jest już w IV (nieuleczalnym) stadium, z ostrymi przerzutami na otoczenie. Od początku taksowała wzrokiem mój posiłek, ale wytrzymała w ten sposób tylko kilka sekund.

- Och, Lady Makbet, ty pewnie nie wiesz, jakie to jest niezdrowe, prawda?

Przełknęłam powoli odgryziony kawałek, łudząc się naiwnie, że koleżanka ma na myśli pracę  w niedzielę o ósmej rano, ale nie…

- No niestety, moja droga, niestety. Ja rozumiem, że to jest smaczne, ale ty nie powinnaś tego jeść.

Zabrzmiało co najmniej tak, jak gdybym ważyła 150 kg i w dodatku miała zaawansowaną cukrzycę, a do tego wcinała chrupki, przy których produkcji ucierpiały minimum ze cztery pandy albo przedstawiciele innych zagrożonych gatunków. Marlena niezrażona kontynuowała:

- Nie przejmuj się, też kiedyś sądziłam, że one mają jakieś wartości odżywcze. Dopiero lekarz z Kliniki XYZ mi powiedział, że to śmierć dla organizmu!

- Dziękuję za troskę, ale wiesz… ja i bez lekarza potrafię przeczytać skład wafli ryżowych w polewie czy tam bez. O, zobacz: „ryż brązowy, czekolada deserowa, w tym: cukier, tłuszcz kaka…”

- No to ja nie rozumiem! – wtrąciła zdegustowana – Jesteś świadoma, że to świństwo i mimo tego się trujesz? Równie dobrze mogłabyś palić papierosy!

Mogłabym… – pomyślałam – przynajmniej miałabym pretekst, żeby zakończyć tę dyskusję i jak najszybciej stąd wyjść. W tym momencie mój wzrok padł na dyndający z wieszaczka klucz od pracowniczej toalety, z której natychmiast postanowiłam skorzystać. Niedojedzone wafelki (razem z cukrem, tłuszczem kakaowym, lecytyną sojową i innymi witaminami) zostawiłam na później, kiedy akurat Marleny nie będzie w pobliżu. Chwała niebiosom, że nie widziała, jak dosypuję sobie do kawy (o zgrozo, rozpuszczalnej!) śmietankę w proszku…

Dalsze lekcje minęły całkiem przyjemnie i prędko, aż w końcu pozostało tylko odłożyć książki, założyć kurtkę i można było wracać do domku. Wspominałam, iż przyszłam pieszo, prawda? A pisałam, że bez parasolki? Nie? No, to już wiecie. I jak się słusznie domyślacie, gdy wracałam, lało jak z cebra. W dodatku niosłam prezent dla Księżniczki. Kilka miesięcy temu pomagałam córce znajomej w przygotowaniach do matury. Nie wzięłam od niej pieniędzy, więc wcisnęła mi dla małej sporych rozmiarów pluszowego słonia… w ślicznej, ekologicznej, papierowej torbie. Nawet bardzo ekologicznej, bo w deszczu rozłożyła się w półtorej minuty. W ręku zostały mi tylko kartonowe uszy, no i ten słoń (znaczy słoń też miał uszy, ale pluszowe i na swoim miejscu). I tyle dobrego, że to był słoń, bo słonie lubią się taplać. Taki kot na przykład miałby bardziej przechlapane i to dosłownie. W mieszkaniu znaleźliśmy się więc przemoczeni do suchej nitki. Okazało się, że nie tylko my, bo rozszczelniła się rura pod zlewem i zastałam P. walczącego z kopą zalanych ścierek.

Księżniczka fikała radośnie na dywanie, najwyraźniej pływająca kuchnia i przedpokój nie zrobiły na niej wrażenia. Na szczęście na sąsiadach z dołu też nie, czyli tatuś w porę uratował sytuację. Ku mojej radości popołudnie minęło już bez większych atrakcji. No, może z wyjątkiem tego, że córci wychodzą dwa ząbki, w związku z powyższym wkłada sobie do buzi wszystko, co się nada… a jeszcze chętniej to, co się nie nada. Oznacza to mniej więcej tyle, że moja komunikacja z P. weszła na poziom znany chyba wszystkim rodzicom maluchów:

P: Jaki film chciałabyś wieczorem obejrzeć?

Ja: Nie jedz dywanu!

P: Tego nie znam, a coś innego?

Ja: Jakąś komedię? Na przykład… Kochanie, zostaw to krzesło! Ech, nie wiem, a co mam do wyboru?

P: Czekaj, sprawdzę… Księżniczko, tylko nie kapcie!

I tak dalej…

Jak widać, niedzielny repertuar był bardzo ciekawy. I to nie tylko ten filmowy. A jak Wam minął weekend?

Dziecko Idealne, Bąbel Statystyczny czy Zwykłe Bobo? Kto wygra Wielką Gonitwę Niemowlaków?

Znajoma z pracy, mama niespełna półtorarocznej dziewczynki, zapytała ostatnio, czy nie chciałabym ubranek po jej córeczce. Zgodziłam się ochoczo, zaznaczając przy okazji, jaki rozmiar nosi obecnie moja pociecha. Niestety, okazało się, że ten sam, co latorośl owej znajomej, a dzieli je prawie rok!

Niedługo minie sześć miesięcy, odkąd Księżniczka jest z nami. Domowy bilans tego wspólnego półrocza wypada zacząć właśnie od wzrostu, który jest – jak zgrabnie zauważyła Ahaja – iście królewski. Przedwczoraj przesiadłyśmy się do spacerówki (z Księżniczką, nie z Ahają), bowiem wożenie młodej w naszym kombajnie 2w1 zaczęło mijać się z celem. Nawet po rozłożeniu siedziska na płasko urocze stópki naszej gwiazdy dyndały radośnie poza linią podnóżka… W związku z powyższym jak bumerang powraca pytanie o jej rodziców biologicznych. Zastanawiamy się, czy byli wysocy, postawni? Oboje z P. jesteśmy raczej przeciętnego wzrostu (ja to nawet niskiego), będzie śmiesznie, jeśli za kilkanaście lat stanie obok nas Marcin Gortat albo inny Michael Jordan w spódnicy  :lol: . Szczerze mówiąc, po cichu liczę, że to gwałtowne rozciąganie się Księżniczki we wszystkie strony niedługo się zatrzyma na jakiś czas albo przynajmniej wytraci prędkość nadświetlną, bo córa zwyczajnie nie mieści się w sprzęty przeznaczone dla swojego etapu rozwoju. I żeby nie było, nie podajemy Księżniczce miksowanych Big Maców ani nie karmimy jej na siłę „za mamusię”, „za tatusia”, „za wujka Cyngla” ani za inne potwory. Odżywia się właściwie całkiem normalnie, zgodnie z Mądrymi Tabelkami i wskazaniami pediatry.

O, i właśnie o tych Mądrych Tabelkach chciałam napisać. Żyjemy w zaiste cudownych czasach, kiedy wszystko da się zmierzyć, zważyć, policzyć i dopasować do norm unijnych. Nawet dziecko. Nie wiem jeszcze, co należy zrobić, kiedy maluch nijak nie chce się w tych widełkach zmieścić… macie jakiś pomysł? Może trzeba zapłacić podatek? Żyrafowe od za wysokich, mrówkowe od za niskich, pączkowe od zbyt okrągłych, a szczypiorkowe od tych z niedowagą?

Nie żebym miała coś przeciwko istnieniu norm rozwojowych. Świetnie, że one są – rodzic, zwłaszcza niedoświadczony, ma przynajmniej wskazówki, kiedy reagować i czy już rwać włosy z głowy, czy jeszcze troszkę poczekać (a jeżeli dodatkowo szuka podpowiedzi w internecie, to na pewno znajdzie powody do paniki). Mądre Tabelki generują jednak wśród młodych matek (ojców chyba w mniejszym stopniu, chociaż kto wie?) potrzebę posiadania Dziecka Idealnego. Ideały, jak wiadomo, nie istnieją – i w tym cały ambaras. Istnieje natomiast niewyidealizowany, za to uśredniony Bąbel Statystyczny, czyli przyczyna nieszczęść wszelakich.

Kim jest Bąbel Statystyczny? Maluchem, który od szóstego miesiąca życia ząbkuje, w siódmym siada, w ósmym pełza, a przed ukończeniem dziesiątego raczkuje. Je regularnie, przesypia 14 godzin na dobę, a w dniu, gdy stuka mu pół roku, mierzy pomiędzy 65 a 70 cm i waży 6,5 – 8,5 kilograma, jeżeli jest Statystyczną Dziewczynką i ewentualnie ciut więcej, jeżeli Chłopcem.

Młode mamy, nauczywszy się Mądrych Tabelek na pamięć, lubią porównywać swoje dziecko z opisanym wyżej Bąblem. Oczywiście chodzi o to, aby ich pociecha Bąbla wyprzedziła, ewentualnie rozwijała się równo z nim, ale broń Panie wolniej choć o dzień! Wtedy zaczynają się podejrzenia, że trafił im się egzemplarz wadliwy bądź popsuł się w międzyczasie. Niestety karty gwarancyjnej brak, a instrukcja obsługi okazuje się mało precyzyjna (do tego zawiera napisaną małym druczkiem informację, że każdy bobas rozwija się we własnym tempie!). Co wówczas robić? Najlepiej przenieść porównania z Bąbla Statystycznego na dziecko siostry, sąsiadki, koleżanki z pracy albo tej zielonowłosej fryzjerki, co zawsze krzywo przycina grzywkę. Jeżeli którekolwiek z powyższych doświadczało skoków rozwojowych później, to uff, można odetchnąć z ulgą. Gorzej, jeśli żadne! Wówczas pozostaje tylko dzwonić po egzorcystę czy innego odczyniacza uroków.

Żarty żartami, ale czasem ta potrzeba porównywania rozwoju maleństw przybiera formę koszmarnie irytującą i po prostu niezdrową. Dla przykładu dwie sytuacje. Opis pierwszej kopiuję żywcem z lipcowego maila do Izzy (Nasz Mały Światek) – mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone przez Nią i przez Was.

Sytuacja pierwsza
„Rzecz miała miejsce na terenie otwartej siłowni w pobliskim parku.
Młoda spała smacznie, toteż ustawiłam wózek w cieniu, wcisnęłam hamulce, założyłam moskitierę i dawaj na pierwsze wolne urządzenie. Chwilę później pojawili się młodzi dziadkowie z wnusią, na oko 1,5 roczną. Takim słodkim, ledwo chodzącym, ryżym bobo. Nigdy nie mogłam pojąć, po co ludzie chodzą z takimi szkrabami na tę siłownię, skoro w pobliżu jest mnóstwo placów zabaw, ale niech tam. Dziewczynka siadała na urządzeniach i udawała, że ćwiczy, przy głośnych zachwytach babci. Aż tu nagle babcia wpadła na „genialny” pomysł: „Kornelka, chodź, OBEJRZYMY DZIDZIĘ!”. Moją dzidzię, znaczy się. Może jestem jakaś dziwna, ale nie zaglądam obcym ludziom do wózków, a znajomych zawsze pytam, czy mogę. No ale ok, nic nie mówię, obserwuję. A babcia podchodzi do wózka Księżniczki, ściąga moskitierę, wkłada głowę pod budkę i zaczyna gadać do małej! I to teksty w stylu „No chodź tutaj do mnie!” (eeee… że co?). Po czym odwraca się w moją stronę i oburzonym tonem oznajmia: „Ona już nie śpi!” No raczej, skoro obcy ludzie naruszają jej przestrzeń. Złażę więc z urządzenia (mojego ulubionego, psia kość) i podchodzę do wózka. A kobieta do mnie: „Dlaczego ona jeszcze nie siada?” Grzecznie informuję, że ma dopiero 4 miesiące, na co słyszę: „A to dlaczego taka duża?”„No nie wiem, bo rośnie?” – burczę ironicznie, bo już mnie sytuacja wkurza. I wtedy następuje punkt kulminacyjny: Kornelka tymi łapkami brudnymi od miliona urządzeń na siłowni smyra moją córę po twarzy, a babcia ją jeszcze zachęca! „Zobacz, jakie dzidzia ma oczka, a jakie włoski, a jaki nosek…” No kurczę! Nie mam fioła na punkcie sterylności, w domu Księżniczka się tarza po podłodze (na której przed chwilą pies lizał sobie… nie tylko łapy) i nie latam za nią z odkażaczem, ale serio? Przecież tam na tej siłowni w nocy siedzą bezdomni albo inne żule! Proszę więc małą, żeby zabrała rączkę (i przy okazji nogi, bo chcę odjechać z wózkiem). Babcia stęka coś pod nosem, że zabieram Kornelce dzidzię (a co to, lalka jakaś?). Potem każe wnuczce zrobić „papa” i się dziwi, że moja jej nie odmachałaZapewne Kornelka w wieku 4 miesięcy już siedziała, machała i czytała eposy Homera w oryginale, a potem przekładała je na łacinę. Trudno, Księżniczka póki co mówi „leee”, „li” oraz „aaa!” i potrafi uroczo przekręcać się na brzuszek podczas przewijania. Każdy ma jakieś talenty jak widać.”

Sytuacja druga

W przeciwieństwie do pierwszej niestety rozciągnięta w czasie. Otóż koleżanka została mamą kilka tygodni przede mną. Wcześniej nie byłyśmy blisko, jednak odkąd dowiedziała się o Księżniczce, zasypuje mnie zdjęciami i szczegółowymi opisami postępów swojej córeczki. Ogólnie rzecz ujmując, nie mam nic przeciwko, urocza ta jej mała, a i fajnie mieć wśród znajomych kolejną młodą mamę, zawsze można się wymieniać doświadczeniami. Problem dotyczy formy, jaką ta wymiana doświadczeń przybiera. Wiadomości od rzeczonej znajomej brzmią mniej więcej tak: „Ile razy wstajesz w nocy? Bo Lucynka to już od miesiąca śpi do rana” – i zdjęcie śpiącej Lucynki jako dowód, gdybym miała wątpliwości. Zanim zdążę odpisać, przychodzi następny MMS: „Lucynka ma już 2 ząbki, po jednym na górze i na dole! A Wasza ile ma?”. „Żadnego” – odpowiadam zgodnie z prawdą. Następuje niewróżąca niczego dobrego cisza, a po niej elaborat: „A byliście z tym problemem u dentysty? Neurologa? Albo chociaż pediatry? Bo to chyba nienormalne, żeby pięciomiesięczne dziecko nie miało zębów! No wiesz, ja nie chcę nic sugerować [taaa, jasne, tak samo jak ja nie chcę jeść słodyczy do filmu, same się jedzą], ale żeby Księżniczka potem nie miała problemów ortodontycznych albo żeby się nie okazało, że jest opóźniona w rozwoju! No bo Lucynka to już ma dwa ząbki, po jednym na górze i na dole! [nie, to nie jest błąd Matrixa, naprawdę napisała to dwa razy]”. Próbowałam, a jakże, poprosić koleżankę, żeby nieco przystopowała. Trochę żartem, jak to ja, że nie mamy o co się ścigać, bo obie nasze córy zasługują na podium… i takie tam. Niestety, ona ma chyba potrzebę… chciałam napisać „bycia lepszą”, ale byłabym niesprawiedliwa. Raczej „bycia równą”. Myślę, że ta potrzeba wynika z wszechpanującego poczucia, że nasze dzieci muszą dzisiaj spełniać oczekiwania świata. Tego, który wszystko, z uczuciami włącznie, próbuje upchnąć w sztywne ramy. I to obsesyjne porównywanie ma po prostu upewnić nas, rodziców, że z naszymi dziećmi jest wszystko ok. Że – jakkolwiek to nie zabrzmi – pasują do systemu.

Patrzę teraz na śpiącą w bujaku Księżniczkę, która pomimo skończonych sześciu miesięcy nie siedzi i nie ma zębów, za to ubranka nosi na 9m+, a siłę w rękach ma taką, że jak cisnęła dzisiaj smoczkiem, to szukałyśmy go z Siostrą przez kilka godzin. I wiecie co? Dla mnie tę chorą w istocie Wielką Gonitwę Niemowlaków wygrywa Zwykłe Bobo. Moje Bobo.

——————————————————————————————————————————–

EDIT: Bardzo przepraszam osoby, które mogły poczuć się urażone przytoczoną powyżej historią. Gwarantuję, że nie dotyczyła żadnej ze znanych mi Czytelniczek bloga. Poza tym starałam się ją przedstawić tak, aby trudno było zidentyfikować jej bohaterkę. Moim celem było przedstawienie pewnego zjawiska, a nie dokuczenie komukolwiek personalnie. Dziękuję za wszystkie spostrzeżenia i komentarze, także te poza blogiem. Wasze zdanie jest dla mnie bardzo ważne.

Rozgrzeszam rodziców Kevina, czyli Kopciuszek dla średnio zaawansowanych

Chrzciny Księżniczki uważamy za udane… nawet bardzo, zważywszy, że od początku ciążyło nad nimi jakieś fatum.

Zaczęło się od sukienki. Blisko cztery miesiące temu moja babcia wręczyła mi torbę z prezentem dla swojej prawnusi. Wyznam Wam, że z początku ucieszyłam się na pokaz. Nestorka rodu słynie niestety z nietrafionych upominków i nie mam tu na myśli kwestii gustu… Otóż potrafi obdarować kogoś na przykład niedomytym, wyszczerbionym talerzem, znalezionym gdzieś w czeluściach kredensu… albo torebką, co prawda jeszcze z metkami, ale za to nabytą na bazarze w czasach babcinej młodości, a więc dawno wyblakłą i zeżartą przez mole. Jakie było więc moje zdziwienie, gdy odkryłam wewnątrz paczuszki śliczną, skromną, białą sukienusię, takież buciki, rajstopki i przepaskę, w dodatku wszystko zakupione w jednym z „lepsiejszych” sklepów dla dzieci. Babcia żyje tylko z emerytury, zatem taki podarunek musiał ją naprawdę wiele kosztować. Postanowiłam więc, że zrobię wszystko, aby Księżniczka została w tych rzeczach ochrzczona. Diabeł tkwi jednak w szczegółach, a konkretnie w rozmiarze. Nasze dziecko przybiera na masie jak mięśnie Hardkorowego Koksa, więc napis na ubranku „3-6 miesięcy” należy raczej traktować jak pobożne życzenie niż rzeczywistą wskazówkę. W ciągu czasu dzielącego otrzymanie prezentu od chrztu mierzyłam córci tę kieckę kilkakrotnie, za każdym razem z równym zdumieniem odkrywając, że jednak nie rośnie razem z dzieckiem. Dzień przed uroczystością nastąpiła próba generalna, podczas której okazało się, że owszem, sukienka jeszcze jako tako pasuje, za to buciki już jakby nieco mniej. I tu tragedii nie było, bowiem dysponowaliśmy zapasowymi, ale prezentującymi się niestety gorzej niż te od babci. Koniec końców ustaliliśmy, że na sesję zdjęciową założymy te mniejsze, a już na sam chrzest i przyjęcie parę luźniejszych.

No właśnie, sesja fotograficzna. Moja dobra znajoma zajmuje się zawodowo fotografowaniem dzieci. Umówiliśmy się z nią na zdjęcia tuż po sakramencie. Przyjęcie mieliśmy w bardzo malowniczym budynku, położonym na terenie parku. I tam też planowaliśmy plener, tym bardziej, że goście mogliby nam towarzyszyć. Problem w tym, że podczas nawałnic ów park poważnie ucierpiał, dlatego został zamknięty. Akurat na nasze chrzciny, kocia jego mać. Ustaliliśmy więc z naszą panią fotograf, że spotkamy się z samego rana w innym, równie nęcącym zielenią miejscu. I wszystko byłoby pięknie, gdyby o świcie nie obudziła nas burza z gradem. Czekaliśmy do ostatniej chwili, w końcu przenieśliśmy sesję na wczesny wieczór. Pół godziny potem przestało padać… zaczęło ponownie późnym popołudniem, tuż przed tym, jak mieliśmy wyjeżdżać na zdjęcia. Sesja się więc nie odbyła, a raczej została przeniesiona na bliżej nieokreślony termin. Tyle tylko, że za tydzień lub dwa Księżniczka już naprawdę przestanie się mieścić w tę kieckę…

Chyba nigdy wcześniej nie pisałam, że jestem chorobliwie punktualna. Jeżeli się dokądś spóźniam, to znaczy, że naprawdę nastąpił atak kosmitów albo inne nieszczęście, które nie pozwoliło mi dotrzeć na czas. Dla innych to pewnie zaleta, dla mnie niekoniecznie. Spóźniona nie potrafię się zorganizować, zżera mnie stres. Sprawdza się tutaj powiedzenie, że pośpiech jest złym doradcą. Rano w dniu chrztu przygotowałam sobie wszystkie rzeczy, które mieliśmy zabrać do kościoła (biały kocyk do wózka, przebranie dla małej, aparat fotograficzny i mnóstwo innych pierdół). Księżniczkę udało się nakarmić (a nawet przewinąć z „dwójki”) o idealnej porze, więc teoretycznie powinniśmy ze wszystkim zdążyć. TE-O-RE-TYCZ-NIE, podkreślam. Bo w praktyce nie przewidziałam, że kiedy w naszym mieszkaniu będzie siedem osób, z których każda zacznie się przebierać, korzystać z toalety i pakować, to łatwo w tym chaosie coś przeoczyć. Przestałam się dziwić McCallisterom, że zapomnieli zabrać ze sobą Kevina na święta. Serio. Rozgrzeszam ich w pełni. Cud, iż sami nie zapomnieli pojechać. My na szczęście o dziecku pamiętaliśmy, ale o kocyku i tetrze już nie. Zresztą, pal sześć tę tetrę. Wyjechaliśmy z domu za późno. Pod kościół podjechaliśmy co prawda na czas, ale już przy samochodzie dopadła nas rodzinka – przyjezdna i miejscowa, z obu stron. I nie dało się wytłumaczyć, że chrzest za 10 minut, a my od pięciu powinniśmy być w zakrystii i podpisywać księgę sakramentu. W końcu załapali, że te kwiatki to jednak można dać później. Uff. No to biegiem. Dziecko z bagażnika, wózek z fotelika  czy tam odwrotnie – i w te pędy na tyły świątyni. No dobra, zdążyliśmy. Siedzimy w pierwszej ławce, zaczyna się msza. Słyszę szept chrzestnego: „Ej, a macie przypadkiem ten okapnik do świecy? Żebym sobie palców nie poparzył?” No pewnie, kurde, że mamy. „W samochodzie, na półce z tyłu, w tej szarej torbie, tam jest taki woreczek, a w nim pudełeczko…” Po minie Cyngla widziałam, że jednak nie ma sensu dawać mu kluczyków. Poradził sobie bez okapnika, dzielnie walcząc ze świecą, która przy okazji dwa razy zgasła.

Jeśli myślicie, że nie wzięłam z auta tylko tej jednej rzeczy, to jesteście optymistami. Kiedy P. wyciągał Księżniczkę z wózka już do samego chrztu, zorientowałam się, że mała nie ma… bucika! Lewego konkretnie. Było już za późno, żeby dla niepoznaki ściągnąć jej prawy. Nasz Kopciuszek został ochrzczony w jednym bucie. Drugi, a jakże, odnalazł się później na tylnym siedzeniu samochodu.

Na szczęście potem poszło już z górki. Sakramentu udzielał bardzo sympatyczny ksiądz z dużym poczuciem humoru, a sama msza była na tyle krótka, że maluchy nie zdążyły się za bardzo zniecierpliwić. Przyjęcie się udało, goście dopisali, jedzenie było pyszne. Jest nam niesamowicie miło, że prawie wszyscy odpowiedzieli na nasze zaproszenie. Niektórzy pokonali naprawdę długą drogę, aby uczestniczyć w chrzcie Księżniczki i zjeść z nami obiad. To ogromnie cieszy! Jedyne, czego żałujemy, to tego, że nie porozstawialiśmy winietek z imionami gości. Na naszym weselu ten sposób się świetnie sprawdził, ale teraz uznaliśmy, że przy tak małej uroczystości nie ma sensu tego robić. I to był jednak błąd, bo niektórzy usiedli tak, iż nie za bardzo mieli z kim rozmawiać. No i szkoda, że ten park był zamknięty – dzieciaki nawet nie mogły wyjść na plac zabaw, dlatego z nudów biegały po lokalu, gdzie nie było dla nich zbyt wielu atrakcji.

I to właśnie dzięki ludziom: chrzestnym, gościom, księdzu oraz obsłudze w lokalu, dzień chrztu córeczki uważamy za udany. Już planujemy powtórkę przy okazji roczku ;)

Lato pierwszych razów

Wakacje dobiegają końca, a wraz z nimi bardzo intensywny etap w życiu Księżniczki. Staraliśmy się wykorzystać niedawny urlop męża maksymalnie, jak się dało (czytaj: szanując rezerwy w portfelu, żeby gościom na chrzcinach podać coś więcej niż suchy chleb). Pierwszy tydzień spędziliśmy u rodziców jego chrześniaczki nad morzem, drugi co prawda na miejscu, ale też spotykając się z rodziną i przyjaciółmi. Jako tata i mama jesteśmy bogatsi o wiele doświadczeń, będących jednak niczym wobec przeżyć córeczki.

Przede wszystkim Księżniczka pierwszy raz spała poza domem. Sami nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać, braliśmy więc pod uwagę najrozmaitsze możliwości, włącznie z nocnym wrzaskiem na pół osiedla i naszymi walizkami wystawionymi rano za drzwi przez gospodarzy. Na szczęście poza jedną wieczorną awanturą mała nie zgłaszała sprzeciwu wobec warunków pobytu, na które zresztą i my nie mogliśmy narzekać. Zaprzyjaźniła się nie tylko z kuzynką i jej bliskimi, ale nawet z ciekawskim rudym kocurem, który asystował nam przy każdym karmieniu i usypianiu. Na pamiątkę wyrwała mu chyba kilka wąsów, ale ciii…. ;)

Po raz pierwszy także jechała pociągiem i po raz pierwszy widziała morze. W obu tych miejscach największe wrażenie zrobili na niej ludzie. Koleją podróżowaliśmy króciutko, zaś Bałtyk podczas naszej wizyty był wyjątkowo spokojny. Księżniczka ani na jedno, ani na drugie nie zwróciła uwagi. Za to współpasażerowie w wagonie, a potem tłumy turystów – o, to było coś! Córa przez cały dzień nie spała, przyglądając się z zainteresowaniem twarzom mijanych osób. Dla nas było to o tyle wygodne, że mogliśmy spokojnie przycupnąć sobie na kawę czy obiad w ogródku którejś nadmorskiej knajpki bez obawy, że nasz bobas będzie swoim zachowaniem przeszkadzał innym gościom. Dzięki uprzejmości M. i K. tymczasowo wymieniliśmy nasz ciężki wózek na lekką spacerówkę, w której Księżniczka podróżowała co prawda na leżąco, ale przodem do świata – i to był strzał w dziesiątkę! Podziwianie otoczenia zdecydowanie przypadło jej do gustu.

Oprócz tego zaliczyliśmy też pierwsze przewijanie dziecka na tylnej kanapie samochodu. Zważywszy, że mamy zwykłą osobówkę (na tyle wysłużoną, że pewnie niedługo na trasie zaczną nas wyprzedzać traktory, walce drogowe i babcie na składakach typu Wigry 3), było to zadanie karkołomne – w  najbardziej dosłownym znaczeniu tego wyrazu. Trudno bowiem uważać na swój czerep, kiedy trzeba jednocześnie trzymać wszystkie cztery kończyny fikającego bobasa, wymieniać pieluchę i wyciągać chusteczki, mając do dyspozycji 2/3 trzyosobowego siedzenia. Ku naszemu zdziwieniu (wynikającemu może z braku doświadczenia) na żadnej z dwóch kolejnych stacji benzynowych (znanych sieci, żeby nie było) nie zastaliśmy ani przewijaka, ani nawet kawałka miejsca do położenia dziecka… przy czym na drugiej z nich nie działała żadna z toalet, wszystkie więc zamknięto na cztery spusty. I radźcie sobie, kierowcy. No to sobie poradziliśmy. Przynajmniej już wiemy, że się da i to nawet bez ofiar w ludziach tapicerce.

Księżniczka uczestniczyła także w dwóch pierwszych w swoim życiu spotkaniach przy grillu. Pomimo zapału chłopaków do wrzucania na ruszt wszystkiego, co żyje, udało się nie upiec ani malutkiej, ani żadnego z piętnastu kotów Cyngla, więc grillowanie można chyba uznać za udane. Rybki z oczka wodnego drugiego z gospodarzy też ocalały. Może dlatego, że tam akurat nie było kotów Cyngla….

Mężowski urlop zakończyliśmy wizytą u jego dziadków. Co prawda córa widziała ich już wcześniej, ale na swoim terenie. U nich była pierwszy raz. Chyba niewiele jest na świecie bardziej rozczulających widoków niż sędziwy pradziadek tarzający się po dywanie z pięciomiesięcznym klopsem na rękach. Nie mogłam oderwać od nich wzroku. P. natomiast robił zdjęcia na przemian trzema telefonami, tosterem, słuchawką prysznicową i dekoderem Polsatu (żałując pewnie, że sztuczna szczęka nestora rodu nie ma zainstalowanego aparatu). Jestem przekonana, że w razie braku zajęcia też by się wzruszył – a tak mógł przynajmniej udawać, że nie ma na to czasu.

Do letnich „pierwszych razów” Księżniczki można zaliczyć ponadto rozszerzanie diety, które praktykujemy od czerwca. Póki co mała uwielbia nowe smaki – od marchewki i dyni, poprzez jabłuszka i morele aż do łososia. Na czarnej liście jak na razie znalazły się jedynie brokuły i banany (te ostatnie to akurat ze słoiczka pewnej rozpoznawalnej firmy z niemowlakiem w logo, ale nawet jak dla mnie smakowały dziwnie). Dzisiaj startujemy z czerwonymi owocami i tak sobie myślę, żeby na wszelki wypadek karmić ją na tle czerwonej ściany, bo szczęśliwym trafem jedną taką posiadamy. Niunia uwielbia kichać przy jedzeniu, także tego…

A jak Wy wspominacie pierwsze doświadczenia z Waszymi pociechami?

Słowo wylatuje z ust wróblem, a wraca wołem

… mówi stare przysłowie. Dzisiejszy post jest bardzo osobisty i niestety dosyć gorzki. Do jego napisania, oprócz przedstawionej niżej sytuacji, skłoniły mnie również przemyślenia jednej z zaprzyjaźnionych mam adopcyjnych, która w podobnym czasie znalazła się w niemal identycznym położeniu. Bezpośrednimi adresatkami niniejszego tekstu są znajome P. i moje, cierpiące najwidoczniej na brak własnego życia.

Drogie „Koleżanki”, które rozpowiadacie wszem i wobec, że:

- Księżniczka urodziła się chora i zdeformowana, dlatego nie publikujemy jej zdjęć na Facebooku;

- adopcja była wyłącznie moim pomysłem, w związku z czym mąż się ode mnie odsunął, zamyka się tylko w pokoju i gra na komputerze, a ja biedna zostałam sama z tym nieszczęsnym dzieckiem;

Chciałabym Wam oznajmić, co następuje:

  1. Bardzo dziękuję za Waszą troskę o nasze małżeństwo i rodzicielstwo oraz o stan zdrowia córki. Jestem doprawdy wzruszona! Jednocześnie ogromnie ubolewam, że żadna z Was ani razu nie odwiedziła nas po przysposobieniu (przed zresztą też nie…) ani nawet nie widziała Księżniczki na żywo, zatem nie mogłyście ujrzeć na własne oczy, jak się nią zajmujemy.
  2. W związku z powyższym serdecznie zapraszam Was na dobrą kawę i ciasto u nas w domu, w dogodnym dla Was terminie. Będziecie miały możliwość skonfrontowania Waszych obaw z rzeczywistością. Mam nadzieję, że to ukoi Wasz niepokój. Zapewne też (uprzedzam, to może być szok!) przekonacie się, że jedynym pokojem, w którym P. może się ewentualnie zamknąć, aby „grać na komputerze”, jest… pokój córeczki.
  3. Kompletnie nie rozumiem, dlaczego zakładacie, że matki „chorych i zdeformowanych” dzieci mają jakieś powody do wstydu, przez co nie publikują milionów fotek na portalach społecznościowych. Wśród ulubionych stron na Facebooku mam fundację pomagającą upośledzonym maluchom, która często umieszcza tam zdjęcia z różnych wydarzeń. Uwierzcie mi, każdy z tych urwisów jest piękny, a sztuki szczerego uśmiechu mogłybyście się od nich uczyć. To raz. A dwa, że (uwaga, kolejny szok) szanujemy z mężem prywatność naszej córki, w związku z czym nie upubliczniamy jej wizerunku. Sama kiedyś zadecyduje, komu pokazywać swoje zdjęcia. My póki co chwalimy się nimi tylko wąskiemu gronu przyjaciół (czytajcie: ludziom, których uważamy za swoją rodzinę i którym ufamy). Jeżeli tak bardzo zżera Was ciekawość, jak wygląda Księżniczka – patrzcie punkt 2.
  4. Zamiast fotek naszej latorośli, na Facebooku powinien znaleźć się niniejszy post, włącznie z oznaczeniem Waszych nazwisk. Nie wkleiłam go tam tylko z jednego powodu: na prośbę mojego męża (tak, tak! Tego samego podłego samca, który rzekomo zostawił mnie samą z chorym dzieckiem). Jedną z Was do niedawna traktował jak przyjaciółkę i z niewiadomych przyczyn mimo wszystko postanowił dochować lojalności. Niech mu będzie, ale uprzedzam – do czasu.
  5. Mam nadzieję, że podczas bezpośredniego spotkania, na które naprawdę szczerze liczę, zdradzicie mi Wasze sposoby na znajdowanie dostatecznej ilości wolnego czasu, aby interesować się prywatnym życiem takich zwyczajnych ludzi jak P. i ja, tworząc przy okazji i puszczając w świat tak fantastycznie historie, że przebijają po tysiąckroć baśnie Andersena i braci Grimm razem wziętych, o moich bajkach adopcyjnych nie mówiąc! Wszak macie własnych mężów, dzieci, pracę i – jak mniemam – grono przyjaciół, w którym obracacie się na co dzień. Tak na marginesie – mam wrażenie, że ci Wasi przyjaciele jednak nie spełniają swojej roli, skoro musicie się dowartościowywać kosztem innych. Nasi są tak wspaniali i absorbujący, że będąc z nimi nie zastanawiamy się nad relacjami rodzinnymi ludzi, z którymi na co dzień nic nas nie łączy.

 

Z poważaniem

Lady Makbet,
Wasza nieszczęśliwa koleżanka, opuszczona przez męża matka zdeformowanego dziecka, które adoptowała pod wpływem fanaberii

Kochani Czytelnicy, przepraszam tych z Was, którym powyższy wpis wydał się żenujący. Chyba jest taki w istocie, czyli stanowi odpowiedź na poziomie rewelacji, o których traktuje.

Wiem, że ludzie zawsze będą gadać. Zresztą – kto nigdy nie plotkował, niech pierwszy rzuci kamieniem. Sama nie jestem oczywiście bez winy. Rozumiem też, że adopcja jest w Polsce jeszcze na tyle nieoswojonym tematem, iż może powodować niezdrowe zainteresowanie osób postronnych. Kwestią, której nie potrafię pojąć i do której się tutaj odnoszę, jest całkowite zmyślanie. Każde kolejne słowo puszczane w świat przez wspomniane „Koleżanki” jest większą bzdurą od poprzedniego, po prostu ma się nijak do rzeczywistości.  Dopóki takie pomówienia dotyczą wyłącznie mnie, puszczam je mimo uszu – niech się martwią ci, którzy w nie wierzą. Nie potrafię jednak przejść obojętnie obok krzywdzenia (choćby tylko słownego) moich najbliższych, a zwłaszcza dziecka, stąd ten post.

O co chodzi z tymi ojcami?

Kilka lat temu, tuż przed wprowadzeniem tzw. urlopu tacierzyńskiego, przeczytałam w prasie katolickiej artykuł o tym, iż jest to chory pomysł, prowadzący do nadużyć i wynaturzeń, bowiem to tylko matka posiada naturalne predyspozycje do opieki nad niemowlęciem. Poszłam z tym tekstem do zaprzyjaźnionego księdza, który próbował bronić zawartych w nim tez, chociaż chyba sam nie wydawał się przekonany. Już wspominałam na blogu, że byłam dzieckiem w dużej mierze wychowywanym przez tatę i być może dlatego treść artykułu kompletnie do mnie nie przemówiła. Nie uważam też, żeby sam podział funkcji rodzicielskich był moim domu jakoś szczególnie zaburzony: mama była mamą, tata tatą, ale to nie wykluczało tulenia mnie przez ojca, przewijania, kąpania czy czytania mi bajek na dobranoc.

Gdy byłam starsza, mieliśmy z tatą swoje wspólne rytuały, jak wieczorne spacery z psem,  oglądanie „Nocy zbrodni” na Discovery albo przygotowywanie niedzielnego śniadania. Wiele moich wspomnień z dzieciństwa wiąże się właśnie z tatą, bo chociaż dużo pracował, to zawsze znajdował dla mnie czas.

Ten pozytywny obraz ojca utrwala także M. (który potrafił jednocześnie jedną ręką przewijać córkę, drugą trzymać telefon, przez który gadał, trzecią zmieniać kanały w telewizorze,  czwartą przygotowywać małej mleko, a piątą włączać jej grającą zabawkę, ale to inna para kaloszy ;) ). Powiedziałam mu zresztą już lata temu, że będzie dobrym tatą, bo widziałam, jak opiekował się swoją gromadą zuchową. Chyba nie było granicy śmieszności albo bezpieczeństwa, której by dla podopiecznych nie przekroczył. No i miałam rację.

Jeżeli czytaliście mój tegoroczny wpis z okazji Dnia Ojca, to wiecie, że byłam również świadkiem (choć nie zawsze naocznym) zachowań zupełnie przeciwnych – ojców, którzy znęcali się nad dziećmi lub nie żywili do nich żadnych uczuć. I gdzieś w tym wszystkim chyba zgubiłam środek, co dobitnie mi niektórzy uświadamiają.

Zaczęło się krótko po adopcji. Pani kierownik OA podczas wizytacji pytała P. o to, czy są rzeczy, których przy córce nie zrobi (co znamienne  – w moją stronę takie pytanie nie padło). Ze strony samego ośrodka słyszałam podobne dociekania jeszcze kilka razy.

Moja kochana klasa wychowawcza zaprosiła mnie na bal z okazji zakończenia szkoły. Gdy się na nim pojawiłam, pierwsze pytania koleżanek z pracy dotyczyły właśnie tego, z kim zostawiłam dziecko. I wcale nierzadką reakcją było: „Ale jak to z ojcem? Samym?”. Jedna z dziewczyn, także matka maluchów, powiedziała współczująco: „Oj, to pewnie wracasz na 19.00, żeby wykąpać i położyć spać?”. No nie, nie wróciłam ani na 19.00, ani nawet na 20.00. Co prawda po powrocie zastałam Księżniczkę wbrew oczekiwaniom nie w łóżku, a w leżaczku i to bawiącą się w najlepsze z tatusiem, ale w końcu zasady są od tego, żeby je czasem łamać, prawda? ;)

Kilka moich znajomych – bliższych i dalszych – dzieliło się ze mną historiami o tym, jak to ich mężowie brzydzili się niemowlęcej kupy albo bali się wziąć noworodka na ręce, twierdząc, że na pewno zrobiliby mu krzywdę.

I tak się zastanawiam, czy w takim razie naprawdę nadal pokutuje mit o tym, że to wyłącznie matka jest od opieki nad dzieckiem, a ojciec od okazyjnego zapewniania rozrywki? Być może to ze względu na moje relacje z tatą od początku było dla mnie oczywistym, iż oboje małżonkowie powinni się angażować w pielęgnację i wychowanie. Może niekoniecznie  w równych proporcjach, zwłaszcza kiedy jedno z rodziców pracuje na pełen etat, a drugie zostaje w domu, ale na pewno z takim samym poświęceniem.

A jak jest u Was? Kto kąpie, przewija i wstaje w nocy?

Co wkurza matkę adopcyjną?

Dwa dni temu odebrałam akt urodzenia Księżniczki. Chyba żadne pismo urzędowe nie wywołało u mnie takiego wzruszenia… Można więc powiedzieć, że zaczynamy nowy rozdział, stąd też nowa kategoria na blogu. Od jutra zaczynam rajd z tym aktem po różnych placówkach – chociażby przychodni i kancelarii parafialnej, bo już od dawna jesteśmy „ścigani” za jego brak.

Nadszedł chyba dobry moment, żeby napisać, co mnie najbardziej denerwuje w naszym krótkim życiu poadopcyjnym.

Wszechobecny nacisk na karmienie piersią

Nie zrozumcie mnie źle… doskonale zdaję sobie sprawę, że mleko matki jest dla noworodka najlepsze. Gdybym urodziła naszą córcię, to zrobiłabym wszystko, aby karmić ją naturalnie. Z wiadomych przyczyn niestety jesteśmy skazane na substytut. Kupujemy dobry, polecany przez naszego lekarza. Jednak za każdym razem, gdy po niego sięgam, uderza mnie napis na opakowaniu, przestrzegający, że zaleca się wyłączne karmienie mlekiem matki przynajmniej do szóstego miesiąca życia dziecka. Z podobnych względów mleko początkowe nigdy nie łapie się w sklepach na żadne promocje, więc nie ma mowy o oszczędzaniu. Nie twierdzę, że sama ta  kampania edukacyjna jest zła, może przekona kogoś, kto ma wybór. Ja nie mam. (I tak, wiem o istnieniu różnej maści doradców oraz o sztucznym wywoływaniu laktacji, ale nie spotkałam nikogo, kto byłby zadowolony z jej efektów…).

Luki w systemie

Konkretnie dwie. Pierwsza dotyczy opieki prawnej. W przypadku preadopcji (czyli zabrania dziecka do domu jeszcze przed oficjalnym orzeczeniem przysposobienia) przyszli rodzice nie są formalnie opiekunami prawnymi swojego maleństwa. O ile pociecha jest zdrowa i nigdzie daleko się z nią nie wyjeżdża, ma to małe znaczenie. A co w momencie, kiedy szkrabowi coś się stanie? Albo, w przypadku dziecka starszego, kiedy zachodzi potrzeba podpisania jakichś dokumentów związanych chociażby z edukacją? Wtedy trzeba szukać rzeczywistego opiekuna prawnego, który przecież niekoniecznie musi być na miejscu. Nie jest to oczywiście sytuacja nie do przejścia, ale na pewno stresująca i uciążliwa.

Druga dziura w prawie dotyczy nadawaniu dziecku nowej tożsamości. Otóż po przysposobieniu, które prawomocnie następuje 21 dni po rozprawie (a na tę z kolei niektórzy czekają miesiącami), oprócz nowego nazwiska (i ewentualnie imion, jeśli taka jest wola rodziców) maluch otrzymuje również świeżutki numer PESEL, bez którego, jak wiadomo, dla państwa człowiek nie istnieje. Księżniczka trafiła do nas w połowie marca, akt urodzenia i PESEL otrzymaliśmy ponad 4 miesiące później… przez ten czas zdążyliśmy już odwiedzić siedmiu lekarzy i za każdym razem był ten sam problem: jak zarejestrować dziecko, które nie ma dokumentów? Z jednej przychodni rejestratorka nas wyrzuciła, na szczęście wstawił się za nami lekarz rodzinny. Teoretycznie można się przez ten czas oczekiwania posługiwać starymi danymi dziecka, ale to jest z kolei ryzykowne i stanowi w pewnym sensie złamanie tajemnicy adopcji. Może rozwiązaniem byłoby umożliwienie rejestrowania takiego dziecka na nr PESEL przyszłego rodzica? Obecnie jest to dopuszczalne przez pierwsze 3 miesiące życia maluszka (biologicznego też), więc dlaczego by nie przedłużyć takiej możliwości dla rodzin adopcyjnych?

Pytania o ciążę

Nie jestem naiwna. Adoptując noworodka, byłam świadoma, że takie pytania będą padać. Nie przewidziałam jednak ich natężenia. O ile nie robię tajemnicy z samego faktu przysposobienia, o tyle niekoniecznie chcę dawać powód do plotek osobom z dalszego otoczenia. Ostatnio jakaś obca babka u fryzjera wypytywała mnie o przebieg porodu! Ucięłam grzecznie dyskusję, bo nienawidzę kłamać, a nie miałam jakoś chęci się jej zwierzać… Niektórzy znajomi zresztą także bywają wybitnie nietaktowni. Przykład z zeszłego tygodnia:

Wracamy z P. z zakupów w centrum handlowym. W pewnym momencie dopada nas daleka koleżanka, wołając z dystansu przez tłum klientów:

- O, macie dziecko! Lady Makbet, to ja nawet nie wiedziałam, kiedy ty w ciąży byłaś!

(A dlaczego miałaś wiedzieć, skoro nie utrzymujemy kontaktów? – myślę, ale odpowiadam dyplomatycznie:)

- Księżniczka ma cztery miesiące.

- No widzicie? Doczekaliście się! A my (czyli ona z mężem i szwagrem) już się zastanawialiśmy, co jest z wami nie tak, hehe, że tyle lat, no wiecie… hehe. Już myśleliśmy, że wy jacyś bezpłodni jesteście, czy coś.

P: Zdecydowanie jesteśmy „czy coś”. A to jest nasza córeczka. Podobna do mnie, prawda?

(rzekomo wszystkie koleżanki w pracy męża tak twierdzą… uhm, z której niby strony? Przecież to jest Księżniczka mamusi, a kto nie dostrzega podobieństwa, to się nie zna  :lol: )

Na szczęście wspomniana koleżanka jest takim typem, który mówi niemal wyłącznie o sobie, więc bardzo szybko porzuciła temat naszego rodzicielstwa i zaczęła opowiadać o własnym. Nie zawsze się jednak udaje tak sprawnie zmienić przedmiot dyskusji… I wtedy trzeba kombinować – albo czynić ze swojej prywatności temat do żarcików na rodzinnych imprezach dalekich znajomych (Cynglu drogi, dlatego Cię właśnie prosiliśmy, żebyś w razie czego nie wtajemniczał D. w pochodzenie swojej chrześniaczki).

Sformułowanie „prawdziwi rodzice” w odniesieniu do biologicznych

Nie mam oporów, żeby w przyszłości powiedzieć Księżniczce prawdę o jej korzeniach. Ba! Oboje z P. liczymy się z tym, że córka będzie kiedyś chciała poznać swoich krewnych i zamierzamy jej w tym pomóc, choć na pewno trochę to nas zaboli. Irytują mnie jednak pytania o to, kim była PRAWDZIWA mama naszej małej. Mówię wtedy, że prawdziwą mamę pytający ma przed sobą. Bo jeżeli „prawdziwą” jest matka biologiczna, to znaczy, że ja jestem jaka? Fałszywa? Zdecydowanie nie czuję się żadną uzurpatorką. Nasze szczęście poznaliśmy w piątej dobie życia, zaś ono nie zna innych rodziców.

Wiadomo, że za każdą adopcją kryje się inna historia. Jeżeli przysposobienie następuje w późniejszym wieku, a dziecko doskonale pamięta mamę biologiczną, która np. zmarła, to pewnie w jego świadomości ona pozostanie tą prawdziwą albo będzie miało dwie prawdziwe… Chociaż też niekoniecznie, bo znam wiele osób, które, mówiąc o rodzicach, mają na myśli właśnie macochę lub ojczyma, a nie rodziców biologicznych, mimo iż doskonale ich pamiętają. Za to nazwanie „prawdziwym ojcem” faceta, który (za przeproszeniem) zrobił przypadkiem dzieciaka, nawet nie przedstawiając się przygodnej partnerce z imienia i nie utrzymując z nią później żadnych kontaktów (o owocu tej upojnej nocy nie mówiąc), wydaje mi się grubą pomyłką. Podobnie jak określenie „prawdziwą matką” kobiety, która była tak zajęta imprezowaniem, iż przez 9 miesięcy nie miała czasu zauważyć, że jest w ciąży, a po porodzie nawet dziecka nie przytuliła… I takie przypadki przecież się zdarzają.

A co Was, drodzy Rodzice (nie tylko adopcyjni) najbardziej denerwuje?