Category: Taka tam rodzina adopcyjna

Słowo wylatuje z ust wróblem, a wraca wołem

… mówi stare przysłowie. Dzisiejszy post jest bardzo osobisty i niestety dosyć gorzki. Do jego napisania, oprócz przedstawionej niżej sytuacji, skłoniły mnie również przemyślenia jednej z zaprzyjaźnionych mam adopcyjnych, która w podobnym czasie znalazła się w niemal identycznym położeniu. Bezpośrednimi adresatkami niniejszego tekstu są znajome P. i moje, cierpiące najwidoczniej na brak własnego życia.

Drogie „Koleżanki”, które rozpowiadacie wszem i wobec, że:

- Księżniczka urodziła się chora i zdeformowana, dlatego nie publikujemy jej zdjęć na Facebooku;

- adopcja była wyłącznie moim pomysłem, w związku z czym mąż się ode mnie odsunął, zamyka się tylko w pokoju i gra na komputerze, a ja biedna zostałam sama z tym nieszczęsnym dzieckiem;

Chciałabym Wam oznajmić, co następuje:

  1. Bardzo dziękuję za Waszą troskę o nasze małżeństwo i rodzicielstwo oraz o stan zdrowia córki. Jestem doprawdy wzruszona! Jednocześnie ogromnie ubolewam, że żadna z Was ani razu nie odwiedziła nas po przysposobieniu (przed zresztą też nie…) ani nawet nie widziała Księżniczki na żywo, zatem nie mogłyście ujrzeć na własne oczy, jak się nią zajmujemy.
  2. W związku z powyższym serdecznie zapraszam Was na dobrą kawę i ciasto u nas w domu, w dogodnym dla Was terminie. Będziecie miały możliwość skonfrontowania Waszych obaw z rzeczywistością. Mam nadzieję, że to ukoi Wasz niepokój. Zapewne też (uprzedzam, to może być szok!) przekonacie się, że jedynym pokojem, w którym P. może się ewentualnie zamknąć, aby „grać na komputerze”, jest… pokój córeczki.
  3. Kompletnie nie rozumiem, dlaczego zakładacie, że matki „chorych i zdeformowanych” dzieci mają jakieś powody do wstydu, przez co nie publikują milionów fotek na portalach społecznościowych. Wśród ulubionych stron na Facebooku mam fundację pomagającą upośledzonym maluchom, która często umieszcza tam zdjęcia z różnych wydarzeń. Uwierzcie mi, każdy z tych urwisów jest piękny, a sztuki szczerego uśmiechu mogłybyście się od nich uczyć. To raz. A dwa, że (uwaga, kolejny szok) szanujemy z mężem prywatność naszej córki, w związku z czym nie upubliczniamy jej wizerunku. Sama kiedyś zadecyduje, komu pokazywać swoje zdjęcia. My póki co chwalimy się nimi tylko wąskiemu gronu przyjaciół (czytajcie: ludziom, których uważamy za swoją rodzinę i którym ufamy). Jeżeli tak bardzo zżera Was ciekawość, jak wygląda Księżniczka – patrzcie punkt 2.
  4. Zamiast fotek naszej latorośli, na Facebooku powinien znaleźć się niniejszy post, włącznie z oznaczeniem Waszych nazwisk. Nie wkleiłam go tam tylko z jednego powodu: na prośbę mojego męża (tak, tak! Tego samego podłego samca, który rzekomo zostawił mnie samą z chorym dzieckiem). Jedną z Was do niedawna traktował jak przyjaciółkę i z niewiadomych przyczyn mimo wszystko postanowił dochować lojalności. Niech mu będzie, ale uprzedzam – do czasu.
  5. Mam nadzieję, że podczas bezpośredniego spotkania, na które naprawdę szczerze liczę, zdradzicie mi Wasze sposoby na znajdowanie dostatecznej ilości wolnego czasu, aby interesować się prywatnym życiem takich zwyczajnych ludzi jak P. i ja, tworząc przy okazji i puszczając w świat tak fantastycznie historie, że przebijają po tysiąckroć baśnie Andersena i braci Grimm razem wziętych, o moich bajkach adopcyjnych nie mówiąc! Wszak macie własnych mężów, dzieci, pracę i – jak mniemam – grono przyjaciół, w którym obracacie się na co dzień. Tak na marginesie – mam wrażenie, że ci Wasi przyjaciele jednak nie spełniają swojej roli, skoro musicie się dowartościowywać kosztem innych. Nasi są tak wspaniali i absorbujący, że będąc z nimi nie zastanawiamy się nad relacjami rodzinnymi ludzi, z którymi na co dzień nic nas nie łączy.

 

Z poważaniem

Lady Makbet,
Wasza nieszczęśliwa koleżanka, opuszczona przez męża matka zdeformowanego dziecka, które adoptowała pod wpływem fanaberii

Kochani Czytelnicy, przepraszam tych z Was, którym powyższy wpis wydał się żenujący. Chyba jest taki w istocie, czyli stanowi odpowiedź na poziomie rewelacji, o których traktuje.

Wiem, że ludzie zawsze będą gadać. Zresztą – kto nigdy nie plotkował, niech pierwszy rzuci kamieniem. Sama nie jestem oczywiście bez winy. Rozumiem też, że adopcja jest w Polsce jeszcze na tyle nieoswojonym tematem, iż może powodować niezdrowe zainteresowanie osób postronnych. Kwestią, której nie potrafię pojąć i do której się tutaj odnoszę, jest całkowite zmyślanie. Każde kolejne słowo puszczane w świat przez wspomniane „Koleżanki” jest większą bzdurą od poprzedniego, po prostu ma się nijak do rzeczywistości.  Dopóki takie pomówienia dotyczą wyłącznie mnie, puszczam je mimo uszu – niech się martwią ci, którzy w nie wierzą. Nie potrafię jednak przejść obojętnie obok krzywdzenia (choćby tylko słownego) moich najbliższych, a zwłaszcza dziecka, stąd ten post.

O co chodzi z tymi ojcami?

Kilka lat temu, tuż przed wprowadzeniem tzw. urlopu tacierzyńskiego, przeczytałam w prasie katolickiej artykuł o tym, iż jest to chory pomysł, prowadzący do nadużyć i wynaturzeń, bowiem to tylko matka posiada naturalne predyspozycje do opieki nad niemowlęciem. Poszłam z tym tekstem do zaprzyjaźnionego księdza, który próbował bronić zawartych w nim tez, chociaż chyba sam nie wydawał się przekonany. Już wspominałam na blogu, że byłam dzieckiem w dużej mierze wychowywanym przez tatę i być może dlatego treść artykułu kompletnie do mnie nie przemówiła. Nie uważam też, żeby sam podział funkcji rodzicielskich był moim domu jakoś szczególnie zaburzony: mama była mamą, tata tatą, ale to nie wykluczało tulenia mnie przez ojca, przewijania, kąpania czy czytania mi bajek na dobranoc.

Gdy byłam starsza, mieliśmy z tatą swoje wspólne rytuały, jak wieczorne spacery z psem,  oglądanie „Nocy zbrodni” na Discovery albo przygotowywanie niedzielnego śniadania. Wiele moich wspomnień z dzieciństwa wiąże się właśnie z tatą, bo chociaż dużo pracował, to zawsze znajdował dla mnie czas.

Ten pozytywny obraz ojca utrwala także M. (który potrafił jednocześnie jedną ręką przewijać córkę, drugą trzymać telefon, przez który gadał, trzecią zmieniać kanały w telewizorze,  czwartą przygotowywać małej mleko, a piątą włączać jej grającą zabawkę, ale to inna para kaloszy ;) ). Powiedziałam mu zresztą już lata temu, że będzie dobrym tatą, bo widziałam, jak opiekował się swoją gromadą zuchową. Chyba nie było granicy śmieszności albo bezpieczeństwa, której by dla podopiecznych nie przekroczył. No i miałam rację.

Jeżeli czytaliście mój tegoroczny wpis z okazji Dnia Ojca, to wiecie, że byłam również świadkiem (choć nie zawsze naocznym) zachowań zupełnie przeciwnych – ojców, którzy znęcali się nad dziećmi lub nie żywili do nich żadnych uczuć. I gdzieś w tym wszystkim chyba zgubiłam środek, co dobitnie mi niektórzy uświadamiają.

Zaczęło się krótko po adopcji. Pani kierownik OA podczas wizytacji pytała P. o to, czy są rzeczy, których przy córce nie zrobi (co znamienne  – w moją stronę takie pytanie nie padło). Ze strony samego ośrodka słyszałam podobne dociekania jeszcze kilka razy.

Moja kochana klasa wychowawcza zaprosiła mnie na bal z okazji zakończenia szkoły. Gdy się na nim pojawiłam, pierwsze pytania koleżanek z pracy dotyczyły właśnie tego, z kim zostawiłam dziecko. I wcale nierzadką reakcją było: „Ale jak to z ojcem? Samym?”. Jedna z dziewczyn, także matka maluchów, powiedziała współczująco: „Oj, to pewnie wracasz na 19.00, żeby wykąpać i położyć spać?”. No nie, nie wróciłam ani na 19.00, ani nawet na 20.00. Co prawda po powrocie zastałam Księżniczkę wbrew oczekiwaniom nie w łóżku, a w leżaczku i to bawiącą się w najlepsze z tatusiem, ale w końcu zasady są od tego, żeby je czasem łamać, prawda? ;)

Kilka moich znajomych – bliższych i dalszych – dzieliło się ze mną historiami o tym, jak to ich mężowie brzydzili się niemowlęcej kupy albo bali się wziąć noworodka na ręce, twierdząc, że na pewno zrobiliby mu krzywdę.

I tak się zastanawiam, czy w takim razie naprawdę nadal pokutuje mit o tym, że to wyłącznie matka jest od opieki nad dzieckiem, a ojciec od okazyjnego zapewniania rozrywki? Być może to ze względu na moje relacje z tatą od początku było dla mnie oczywistym, iż oboje małżonkowie powinni się angażować w pielęgnację i wychowanie. Może niekoniecznie  w równych proporcjach, zwłaszcza kiedy jedno z rodziców pracuje na pełen etat, a drugie zostaje w domu, ale na pewno z takim samym poświęceniem.

A jak jest u Was? Kto kąpie, przewija i wstaje w nocy?

Co wkurza matkę adopcyjną?

Dwa dni temu odebrałam akt urodzenia Księżniczki. Chyba żadne pismo urzędowe nie wywołało u mnie takiego wzruszenia… Można więc powiedzieć, że zaczynamy nowy rozdział, stąd też nowa kategoria na blogu. Od jutra zaczynam rajd z tym aktem po różnych placówkach – chociażby przychodni i kancelarii parafialnej, bo już od dawna jesteśmy „ścigani” za jego brak.

Nadszedł chyba dobry moment, żeby napisać, co mnie najbardziej denerwuje w naszym krótkim życiu poadopcyjnym.

Wszechobecny nacisk na karmienie piersią

Nie zrozumcie mnie źle… doskonale zdaję sobie sprawę, że mleko matki jest dla noworodka najlepsze. Gdybym urodziła naszą córcię, to zrobiłabym wszystko, aby karmić ją naturalnie. Z wiadomych przyczyn niestety jesteśmy skazane na substytut. Kupujemy dobry, polecany przez naszego lekarza. Jednak za każdym razem, gdy po niego sięgam, uderza mnie napis na opakowaniu, przestrzegający, że zaleca się wyłączne karmienie mlekiem matki przynajmniej do szóstego miesiąca życia dziecka. Z podobnych względów mleko początkowe nigdy nie łapie się w sklepach na żadne promocje, więc nie ma mowy o oszczędzaniu. Nie twierdzę, że sama ta  kampania edukacyjna jest zła, może przekona kogoś, kto ma wybór. Ja nie mam. (I tak, wiem o istnieniu różnej maści doradców oraz o sztucznym wywoływaniu laktacji, ale nie spotkałam nikogo, kto byłby zadowolony z jej efektów…).

Luki w systemie

Konkretnie dwie. Pierwsza dotyczy opieki prawnej. W przypadku preadopcji (czyli zabrania dziecka do domu jeszcze przed oficjalnym orzeczeniem przysposobienia) przyszli rodzice nie są formalnie opiekunami prawnymi swojego maleństwa. O ile pociecha jest zdrowa i nigdzie daleko się z nią nie wyjeżdża, ma to małe znaczenie. A co w momencie, kiedy szkrabowi coś się stanie? Albo, w przypadku dziecka starszego, kiedy zachodzi potrzeba podpisania jakichś dokumentów związanych chociażby z edukacją? Wtedy trzeba szukać rzeczywistego opiekuna prawnego, który przecież niekoniecznie musi być na miejscu. Nie jest to oczywiście sytuacja nie do przejścia, ale na pewno stresująca i uciążliwa.

Druga dziura w prawie dotyczy nadawaniu dziecku nowej tożsamości. Otóż po przysposobieniu, które prawomocnie następuje 21 dni po rozprawie (a na tę z kolei niektórzy czekają miesiącami), oprócz nowego nazwiska (i ewentualnie imion, jeśli taka jest wola rodziców) maluch otrzymuje również świeżutki numer PESEL, bez którego, jak wiadomo, dla państwa człowiek nie istnieje. Księżniczka trafiła do nas w połowie marca, akt urodzenia i PESEL otrzymaliśmy ponad 4 miesiące później… przez ten czas zdążyliśmy już odwiedzić siedmiu lekarzy i za każdym razem był ten sam problem: jak zarejestrować dziecko, które nie ma dokumentów? Z jednej przychodni rejestratorka nas wyrzuciła, na szczęście wstawił się za nami lekarz rodzinny. Teoretycznie można się przez ten czas oczekiwania posługiwać starymi danymi dziecka, ale to jest z kolei ryzykowne i stanowi w pewnym sensie złamanie tajemnicy adopcji. Może rozwiązaniem byłoby umożliwienie rejestrowania takiego dziecka na nr PESEL przyszłego rodzica? Obecnie jest to dopuszczalne przez pierwsze 3 miesiące życia maluszka (biologicznego też), więc dlaczego by nie przedłużyć takiej możliwości dla rodzin adopcyjnych?

Pytania o ciążę

Nie jestem naiwna. Adoptując noworodka, byłam świadoma, że takie pytania będą padać. Nie przewidziałam jednak ich natężenia. O ile nie robię tajemnicy z samego faktu przysposobienia, o tyle niekoniecznie chcę dawać powód do plotek osobom z dalszego otoczenia. Ostatnio jakaś obca babka u fryzjera wypytywała mnie o przebieg porodu! Ucięłam grzecznie dyskusję, bo nienawidzę kłamać, a nie miałam jakoś chęci się jej zwierzać… Niektórzy znajomi zresztą także bywają wybitnie nietaktowni. Przykład z zeszłego tygodnia:

Wracamy z P. z zakupów w centrum handlowym. W pewnym momencie dopada nas daleka koleżanka, wołając z dystansu przez tłum klientów:

- O, macie dziecko! Lady Makbet, to ja nawet nie wiedziałam, kiedy ty w ciąży byłaś!

(A dlaczego miałaś wiedzieć, skoro nie utrzymujemy kontaktów? – myślę, ale odpowiadam dyplomatycznie:)

- Księżniczka ma cztery miesiące.

- No widzicie? Doczekaliście się! A my (czyli ona z mężem i szwagrem) już się zastanawialiśmy, co jest z wami nie tak, hehe, że tyle lat, no wiecie… hehe. Już myśleliśmy, że wy jacyś bezpłodni jesteście, czy coś.

P: Zdecydowanie jesteśmy „czy coś”. A to jest nasza córeczka. Podobna do mnie, prawda?

(rzekomo wszystkie koleżanki w pracy męża tak twierdzą… uhm, z której niby strony? Przecież to jest Księżniczka mamusi, a kto nie dostrzega podobieństwa, to się nie zna  :lol: )

Na szczęście wspomniana koleżanka jest takim typem, który mówi niemal wyłącznie o sobie, więc bardzo szybko porzuciła temat naszego rodzicielstwa i zaczęła opowiadać o własnym. Nie zawsze się jednak udaje tak sprawnie zmienić przedmiot dyskusji… I wtedy trzeba kombinować – albo czynić ze swojej prywatności temat do żarcików na rodzinnych imprezach dalekich znajomych (Cynglu drogi, dlatego Cię właśnie prosiliśmy, żebyś w razie czego nie wtajemniczał D. w pochodzenie swojej chrześniaczki).

Sformułowanie „prawdziwi rodzice” w odniesieniu do biologicznych

Nie mam oporów, żeby w przyszłości powiedzieć Księżniczce prawdę o jej korzeniach. Ba! Oboje z P. liczymy się z tym, że córka będzie kiedyś chciała poznać swoich krewnych i zamierzamy jej w tym pomóc, choć na pewno trochę to nas zaboli. Irytują mnie jednak pytania o to, kim była PRAWDZIWA mama naszej małej. Mówię wtedy, że prawdziwą mamę pytający ma przed sobą. Bo jeżeli „prawdziwą” jest matka biologiczna, to znaczy, że ja jestem jaka? Fałszywa? Zdecydowanie nie czuję się żadną uzurpatorką. Nasze szczęście poznaliśmy w piątej dobie życia, zaś ono nie zna innych rodziców.

Wiadomo, że za każdą adopcją kryje się inna historia. Jeżeli przysposobienie następuje w późniejszym wieku, a dziecko doskonale pamięta mamę biologiczną, która np. zmarła, to pewnie w jego świadomości ona pozostanie tą prawdziwą albo będzie miało dwie prawdziwe… Chociaż też niekoniecznie, bo znam wiele osób, które, mówiąc o rodzicach, mają na myśli właśnie macochę lub ojczyma, a nie rodziców biologicznych, mimo iż doskonale ich pamiętają. Za to nazwanie „prawdziwym ojcem” faceta, który (za przeproszeniem) zrobił przypadkiem dzieciaka, nawet nie przedstawiając się przygodnej partnerce z imienia i nie utrzymując z nią później żadnych kontaktów (o owocu tej upojnej nocy nie mówiąc), wydaje mi się grubą pomyłką. Podobnie jak określenie „prawdziwą matką” kobiety, która była tak zajęta imprezowaniem, iż przez 9 miesięcy nie miała czasu zauważyć, że jest w ciąży, a po porodzie nawet dziecka nie przytuliła… I takie przypadki przecież się zdarzają.

A co Was, drodzy Rodzice (nie tylko adopcyjni) najbardziej denerwuje?