Czekanie nasze codzienne. O ośrodku i nie tylko

Jakiś czas temu mieliśmy drugą wizytację z ośrodka. Już dawno miałam o niej napisać, ale na plan pierwszy wysunęły się pieskie sprawy. Tak à propos – Reksio nadal jest z nami i niestety wciąż bez zmian… Od jutra zaczyna brać leki. Jeśli one nie zadziałają, to naprawdę zrobię z niego mielone. Reflektuje ktoś?

O czym to ja… a no tak, wizytacja. Tym razem była u nas inna pani z OA, zresztą przesympatyczna i bardzo przez nas lubiana. Czuliśmy się raczej jak podczas odwiedzin ukochanej cioci albo bliskiej kuzynki, niż formalnego spotkania z urzędnikiem. I tylko skrupulatne notatki odnośnie rytmu dnia Księżniczki, czynione na bieżąco przez naszego gościa, przypominały o rzeczywistym celu wspólnych pogaduszek. Co ciekawe, ważne było nawet to, ile córcia je i czy przyjmuje jakieś lekarstwa. Przy okazji otrzymaliśmy kilka praktycznych porad od bardziej doświadczonej mamy – na przykład taką, żeby witaminę D kupować w kropelkach, a nie wyciskanych kapsułkach. Swoją drogą (że tak sobie pozwolę na dygresję) polecam preparat ze specjalną pompką dozującą; można go podawać dziecku bezpośrednio do buzi, ale bez ryzyka zadławienia się osłonką kapsułki, jeśli ta przypadkiem wypadłaby z ręki któremuś z rodziców.

Poza rozmową o Księżniczce odbyły się oczywiście oględziny mieszkania i, z tego co doszło do moich uszu podczas parzenia kawy, P. po raz kolejny miał okazję opowiedzieć o naszych planach odnośnie remontu pokoiku córeczki. Póki co na planach niestety się kończy, bo oszczędności przelaliśmy – dosłownie i w przenośni – na wyprawkę,  ale mamy już pewien koncept, jak sfinansować metamorfozę Księżniczkowej komnaty. Będzie trzeba troszkę poczekać, jednak cierpliwość ma w tym przypadku wszelkie szanse popłacić.

Wizytacja przebiegła i zakończyła się w miłej atmosferze. Mamy nadzieję, że kolejnym krokiem okaże się już sprawa o przysposobienie, choć na nią z kolei się nie zanosi. Łapię się na tym, że przy każdym wejściu do domu zaglądam do skrzynki pocztowej… ostatnio robiłam tak jeszcze jako nastolatka, czekając na list od ukochanego. Kto wie, czy rozczarowanie z powodu braku upragnionej koperty tym razem nie jest jeszcze gorsze. Dzwoniłam do sądu – wstyd przyznać ile razy (tak właściwie od ilu połączeń w ciągu doby zaczyna się stalking? ;) ) – ale bezskutecznie, ciągle zajęte. Nadal więc nic nie wiemy.

I ciągle czekamy.

Jasne strony początków macierzyństwa

Dzisiaj z okazji mojego pierwszego Dnia Matki robię sobie samej prezent w postaci bardzo optymistycznego wpisu, jak zresztą sam tytuł sugeruje.

- Wiesz co? W zasadzie to niewiele się w naszym życiu zmieniło, odkąd mamy Księżniczkę – skonstatował ostatnio P.

Zapewne nie bez znaczenia pozostaje fakt, że wypowiedział te słowa, siedząc wieczorem na kanapie z pilotem do telewizora w jednej ręce i szklanką tonicu w drugiej ;) . Niemniej doskonale rozumiem, co miał na myśli. Córcia wrosła w naszą rodzinę tak naturalnie, jakby się w niej urodziła (tak, wiem, powtarzam się). Nie oznacza to, że nic nas nie zaskoczyło, przeważnie zresztą na plus.

I właśnie na tych radosnych niespodziankach teraz się skupię.

Po pierwsze – ludzka życzliwość. Spotkaliśmy się z tak pozytywnymi reakcjami otoczenia, że czasami aż trudno w nie uwierzyć. Właściwie nie ma dnia, żeby ktoś do nas nie napisał albo nie zadzwonił z pytaniem, czy czegoś nie potrzebujemy. Propozycje dotyczą zarówno rzeczy materialnych (np. huśtawki albo krzesełka do karmienia), jak i doraźnej pomocy w wyprowadzeniu psa (C., pamiętam!) lub popilnowaniu małej, a nawet… wyciągnięcia któregoś z nas na kawę czy piwo, żebyśmy nie zapomnieli o istnieniu życia pozadzieciowego. Dostaliśmy tyle przepięknych prezentów, że czasami żartujemy z P., iż gdybyśmy otworzyli komis, to bylibyśmy ustawieni do końca życia. To wszystko jest tym wspanialsze, że sami o nic nie prosiliśmy ani niczego nie oczekiwaliśmy.

Po drugie – wysypianie się. Za wszystkie czasy! Przez kilka dób zaraz po przywiezieniu Księżniczki faktycznie chodziłam jak zombie, bo mój organizm nie był przyzwyczajony do nocnych pobudek. Na szczęście bardzo szybko weszłam w rytm, a właściwie wszyscy troje weszliśmy. Nasza pociecha nie jest pod tym względem szczególnie wymagająca, w nocy budzi się raz albo dwa na karmienie i spokojnie zasypia. Dzisiaj – chyba z okazji Dnia Matki – po raz pierwszy przespała całą noc. Poza tym nie muszę codziennie zrywać się rano do pracy, dlatego poranki są po prostu spokojniejsze.

Po trzecie – życie z niemowlakiem. Naprawdę wierzyłam, że noworodek w domu oznacza permanentne zmęczenie i mieszkanie tonące w niepozmywanych garach, tonach ubrań do prania oraz dziecięcej kupie. Tymczasem okazuje się, że na wszystko mam czas. No, może bez przesady – nie jestem jedną z tych idealnych matek-blogerek, co to pracują na pełen etat, chodzą na fitness, yogę, shopping modowy i regularnie do kosmetyczki, ich domy błyszczą jak u Rozenek, a przy tym oczywiście mają zdrowe i szczęśliwe dzieci. Nic z tych rzeczy! Paznokcie malowałam ostatnio dwunastego marca, a fryzjerka pewnie najchętniej ganiałaby mnie z nożycami jak w starej piosence. Karnet na siłownię też poszedł się paść, podobnie jak plany obejrzenia w kinie jednego z ostatnich filmów. Nie zmienia to jednak faktu, że w mieszkaniu dawno nie miałam tak czysto (czytaj: od zeszłego lata; w normalnym roku szkolnym rzadko znajdowałam czas na generalne porządki), ciągle piekę ciasta, widuję się ze znajomymi, a przy tym chodzę na długie spacery z córeczką, biegam z nią po lekarzach i bawię się na ulubionej macie. Korzystam, póki mogę, bo kiedy mała zacznie raczkować, to będę musiała mieć oczy dookoła głowy i zapewne skończy się rumakowanie. Póki co jednak tylko picie ciepłej kawy nadal mi nie wychodzi. Księżniczka jest zresztą jak dotąd dzieckiem idealnym – zdrowym, pięknie się rozwijającym i spokojnym, a jej uśmiech powoduje, że oboje z mężem dosłownie się  roztapiamy. I nie tylko my.

Po czwarte – choć chronologicznie pierwsze – tempo. Po październikowej kwalifikacji spodziewaliśmy się półtorarocznego czekania na dwuletniego malucha. Tymczasem pięć miesięcy później zostaliśmy rodzicami kruszynki, która dopiero zaczęła otwierać oczka. Od telefonu do zabrania Księżniczki ze szpitala minęło zaledwie sześć dni. Po kolejnych dwóch miesiącach mamy za sobą prawie wszystkie badania lekarskie i można powiedzieć, że czekamy już tylko na rozprawę. Mam nadzieję, że odbędzie się już wkrótce i że nie wypadnie akurat w te dwa czerwcowe dni, kiedy mój mąż ma wyjechać w delegację.

I wreszcie po piąte – choć nie jestem pewna, czy to rzeczywiście plus – obieg informacji. Często powtarzam uczniom, że świat jest mały, a nasze miasto jeszcze mniejsze. Teraz sama tego bardzo mocno doświadczam. Już przynajmniej kilka razy zdarzyło się, że ktoś z dalekich znajomych zaczepił mnie na ulicy z gratulacjami z powodu adopcji córeczki. A na pytanie, skąd wie, odpowiadał zwykle, że od żony kuzyna szwagra tej Agnieszki, co się rozwiodła z marynarzem – lub coś w tym stylu. Jest to miłe i nieco zatrważające jednocześnie, bo jednak nigdy nie wiadomo, dokąd te informacje zabrną. Blog blogiem, w końcu sama Wam tu to wszystko opisuję, ale mówię teraz o ludziach, którzy znają nasz adres, numery telefonów i widzieli Księżniczkę na żywo. Zresztą póki gratulują, to jeszcze pół biedy, gorzej gdy zaczynają wypytywać. Nie wiem dlaczego, ale mnóstwo osób jest ciekawych, skąd mamy córkę – to znaczy konkretnie z jakiej miejscowości, z którego szpitala i kim była matka biologiczna. Strasznie mnie te pytania krępują, bo zawsze mam wrażenie, że odmowa odpowiedzi jest czymś niegrzecznym, a przecież nie będę całemu światu zdradzać pierwotnej tożsamości mojego dziecka… Sama pamięć o nas i płynące zewsząd gratulacje są jednak naprawdę miłym gestem.

Póki co to tyle, choć pewnie życie (tzn. Księżniczka) jeszcze nie raz nas pozytywnie zaskoczy!

A Wam, Kochane Mamy, życzę radosnego i wzruszającego święta. Pięknych laurek, z serca recytowanych wierszyków, miliona buziaków i przytulasków od Waszych pociech. Pamiętajcie, że wbrew internetowym mądrościom jesteście wspaniałe i dobrze wychowujecie swoje dzieci; żadne z nich nie mogłoby mieć lepszej matki!

O pieskim życiu raz jeszcze

Dzisiejszy tekst miał być lekkostrawny i dotyczyć naszego życia z Księżniczką, ale dostałam od Was tyle różnych wiadomości z pytaniami o Reksia, że nie wypada się do nich nie odnieść.

Przede wszystkim dziękuję za wszystkie porady i słowa wsparcia. Bałam się publikować poprzedni wpis, bo spodziewałam się, że zostanę zjedzona żywcem za sam pomysł oddania psa. Jestem zaskoczona zrozumieniem, z jakim spotkała się nasza sytuacja. To naprawdę wiele dla mnie znaczy.

Jeżeli chodzi o głównego bohatera tej całej historii, to walka trwa. Nie przerobiliśmy jeszcze Reksia na parówki, choć bywa blisko ;) – czasem nawet bardzo, bo dwa dni temu zwierzak przeszedł kastrację. Nie wiem, czy to coś da, ale tak czy siak przed oddaniem go zabieg był konieczny. Jak widać, działamy dwutorowo: szukamy mu domu, ale jednocześnie nad nim pracujemy. Staramy się konsekwentnie stosować rady behawiorystki, chociaż przyznam szczerze, że mam mieszane uczucia. Nasz pies nie jest może wybitnie mądry, ale na pewno nie brakuje mu sprytu i po prostu uodparnia się na przećwiczone sztuczki. To, co raz i drugi zadziała, aby odwrócić jego uwagę, za trzecim już nie poskutkuje, bo ciapek wie, co jest grane.

Pytaliście także o to, jak ja się czuję. Jak schizofreniczka. Kiedy widzę (i niestety słyszę) tego naszego drącego paszczę potwora, to mam najszczerszą ochotę go „temi rencami” udusić na miejscu i pocałować w pychol jednocześnie, bo wiem, jak on się przy tym stresuje i ogromnie mi go żal… Mało tego, cały czas mam przed oczami sytuacje spotkań Reksia z innymi dziećmi; żadna z nich nie dawała nam poważniejszych powodów do niepokoju. Weźmy pierwszy przykład z brzegu i to dosłownie – w bloku naprzeciwko mieszkają nasi dalecy znajomi, którzy mają córeczkę, obecnie pięcioletnią. Dziewczynka, odkąd zaczęła chodzić, upatrzyła sobie naszego psa (prawdopodobnie dlatego, że przypominał jej ulubioną pluszową zabawkę). Piszczała do niego z daleka, podbiegała i rzucała mu się na szyję. Reksio był zachwycony!!! Pilnowaliśmy tylko, żeby jej z tej radości nie przewrócił. Jedyną „krzywdą”, jaką wyrządził małej, było chwycenie w zęby jej maskotki, którą nieopatrznie machała mu przed nosem. Najwyraźniej odebrał to jako sygnał do zabawy. Do dzisiaj bardzo się oboje lubią… Takie przykłady można by mnożyć. W naszym domu Reksio zawsze był trochę bardziej ostrożny wobec dzieci, ale nigdy żadnego nie zaatakował, nawet nie próbował. Jeżeli już, to ostrzegawczo szczekał.

Z Księżniczką jest inaczej. Nawet po kastracji, kiedy wrócił do domu jeszcze półprzytomny od narkozy – pierwsze co zrobił, to zaczął ujadać na drzwi pokoju małej. Ostatnio niosłam na ręku jej kocyk, pies chyba sądził, że mam w nim dziecko – skoczył i złapał koc zębami. Trafił przy okazji w moją rękę. Ugryzienie nie było Bóg wie jak mocne, nie mam po nim śladu, ale dwumiesięcznemu dziecku mogłoby poważnie zaszkodzić.

I na koniec ciekawostka – może jest tu jakiś psiarz, który rozszyfruje zachowanie czworonoga? Otóż, kiedy szłam zaprowadzić Reksia na kastrację, musiałam zabrać ze sobą córcię w wózku. Pominę całą logistykę i wychodzenie z domu, ale ostatecznie się udało. Początkowo mała spała i wyobraźcie sobie, że pies w ogóle na nią nie reagował. Siedzieliśmy godzinę (!!!) w poczekalni i raz tylko zajrzał do wózka. Ożywił się, gdy Księżniczka zaczęła się budzić; próbował się do niej dostać, ale jego postawa różniła się od tej z domu; był ciekawy, wąchał, ale nie ujadał i nie rzucał się na wózek. Zastanawia mnie, czy to tylko kwestia obcego terenu, czy stresu związanego z wizytą w lecznicy, czy jednego i drugiego? I tak sobie gdybam, że może faktycznie trzeba spróbować na nowo oswoić tych dwoje na neutralnym gruncie. Może poprzednio trwało to za krótko?

Spróbuję zaangażować męża i po weekendzie dam Wam znać, czy jest jakiś rezultat albo chociaż cień nadziei…

Jeszcze raz dziękuję za wszystkie komentarze. Chociaż na pierwszym miejscu jest oczywiście bezpieczeństwo córeczki, to dobro psa nie pozostaje nam obojętne. Próbujemy robić wszystko, żeby w końcu poczuł się dobrze – jeśli nie w naszym domu, to w innym…

DZIECKO i PIES – studium przypadku. Część II

No i stało się, a raczej dzieje. Szukamy domu dla Reksia. Przeżywam to okropnie, dlatego trudno mi zebrać myśli, żeby jakoś logicznie przedstawić Wam całą sytuację. Mimo wszystko czuję, że powinnam to zrobić, więc próbuję.

Nasz pies zawsze kochał dzieci. Właściwie kocha je nadal, bo kiedy na spacerze dopada go jakiś kilkulatek lub nawet gromadka maluchów, bez oporu daje się głaskać, czochrać i przytulać, liżąc przy tym wszystkie części ciała dzieciaków, jakich tylko zdoła dosięgnąć jęzorem. Co prawda spodziewaliśmy się, że naszego potomka może potraktować inaczej, ale niestety rzeczywistość nas przerosła.

Pierwszym sygnałem ostrzegawczym było zachowanie Reksia wobec córeczki M., o którym już gdzieś wcześniej pisałam. Tyle tylko, że pies nie był agresywny, raczej niepewny, na przemian wystraszony i za bardzo natarczywy. Wiedzieliśmy z mężem, że czeka nas sporo pracy i wydawało nam się, że jesteśmy na nią gotowi. Od razu po podjęciu decyzji o adopcji Księżniczki przystąpiliśmy do przygotowywania czworonoga na zmiany. Szczegóły sobie daruję, bo długo by pisać – w każdym razie zastosowaliśmy się do wszystkich książkowych porad dla właścicieli psów i nawet behawioryści uznali, że zrobiliśmy to dobrze. Wystarczyło na jakieś… pół godziny, bo mniej więcej po takim czasie obecności córeczki w domu Reksio zaczął wariować. Początkowo łudziłam się, że pies potrzebuje czasu i naszej uwagi, że się przyzwyczai. Niestety było coraz gorzej… Po kilku dniach musieliśmy całkowicie odciąć zwierzaka od pokoju Księżniczki, bo nie przestawał na nią „polować”.

Wbrew temu, co już od kogoś „życzliwego” usłyszałam, to nie jest tak, że pies nam się znudził albo przestał pasować do koloru zasłon. Nie jest też prawdą, że nie mamy dla niego czasu – przeciwnie, dzięki urlopowi macierzyńskiemu spędzam w domu o wiele więcej godzin niż do tej pory. Kochamy Reksia, jest członkiem naszej rodziny, dotąd był naszym jedynym „dzieckiem”. Fizycznie sobie radzimy, akurat w naszym mieszkaniu odseparowanie psa od maleństwa nie jest trudne.  Tylko co to jest za życie dla takiego aktywnego czworonoga? Przebywanie samemu w pomieszczeniu, daleko od członków rodziny? Nie mówiąc już o tym, że obje z P. boimy się, iż pomimo wszelkich środków ostrożności wystarczy kiedyś chwila nieuwagi, żeby doszło do tragedii… Tak naprawdę nie wiemy, co zrobiłby Reksio, gdyby udało mu się dopaść Księżniczkę – ale jego reakcje wskazują, że nic dobrego.

Nie jest też tak, że decyzję o poszukiwaniu dla niego domu podjęliśmy natychmiast, jednomyślnie i bezboleśnie. Właściwie ona nadal nie jest w 100% podjęta i pewnie nie będzie, zanim ostatecznie nie zamkniemy za futrzakiem drzwi mieszkania. Próbowaliśmy i próbujemy różnych środków – od własnych pomysłów, poprzez korzystanie z porad najbliższych, aż po zatrudnienie behawiorysty i zoopsychologa, a także kontakt z weterynarzem i leczenie farmakologiczne. Jeżeli myślicie teraz „co za zmanierowana baba, najpierw rozpieściła piesiuńcia, a teraz lata z nim po psychologach” – to wcale się Wam nie dziwię, bo sama widzę, że z boku tak to właśnie wygląda. Póki co wszyscy specjaliści zgodnie radzą, żeby oddać Reksia…

Na pewno w całej sytuacji przynajmniej 90% jest naszej winy. Przez 8 lat pies był naszym jedynym pupilem, czworonożnym dzieckiem, któremu na zbyt wiele pozwoliliśmy – choć pierwotnie nie tak to miało wyglądać. Pozostałe 10% zależy zapewne od charakteru zarówno rasy, jak i naszego konkretnego zwierzaka. Reksio od zawsze był niesforny, nawet jeszcze zanim do nas trafił, wyróżniał się indywidualizmem i energią na tle psiego rodzeństwa.

Strasznie nam na nim zależy. Gościłam niedawno przecudowną panią z fundacji pośredniczącej w znajdowaniu psom nowych właścicieli – i przez większość wizyty rozmawiał z nią mój tata, bo ja nie byłam w stanie. Zrobilibyśmy wiele, żeby Reksio z nami został. Obecnie musimy się jednak przyznać do porażki, bo sytuacja nas po prostu przerosła…

Czy ktoś z Was miał podobny problem? Jak sobie poradziliście? Będę wdzięczna za wszelkie wskazówki (może poza kontaktami do behawiorystów, bo tych mam w nadmiarze – chyba że znacie prawdziwego cudotwórcę, wówczas chętnie).

Za hejt również podziękuję, czujemy się z P. już wystarczająco paskudnie…

Lista prezentów dla (rodziców) niemowlęcia

Powoli kończymy etap pierwszych odwiedzin Wszystkich Krewnych i Znajomych Królika. Pisałam już, że bardzo lubimy gości – i dotyczy to całej naszej czwórki; my z mężem jesteśmy mocno związani z naszymi bliskimi, Księżniczka z zaciekawieniem przygląda się nowym twarzom, a Reksio w ogóle kocha człowieki (choć, jak się okazuje, tylko te powyżej metra wzrostu). Nigdy też nie oczekiwaliśmy żadnych podarunków, po prostu cieszyliśmy się, że ktoś znalazł czas, aby do nas przyjechać, często z daleka. M. powiedział niedawno, że jesteśmy takimi ludźmi, których zadowoli nawet pięć złotych w kopercie. Szczerze mówiąc, zadowala nas nawet brak jakiejkolwiek koperty, wolimy obecność jej właścicieli.

Jednak z drugiej strony rozumiem, że niektórym po prostu głupio jest przyjść z pustymi rękami. Sama do takiej grupy należę, tak zostałam wychowana. Wiadomo, że chodzi tu o gest, a nie o cenę podarunku. Właśnie z myślą o takich osobach stworzyłam listę przydatnych upominków, które można ofiarować świeżo upieczonym rodzicom. Jest ona oczywiście subiektywna, ale mam nadzieję, że w komentarzach pomożecie mi ją uzupełnić na bazie Waszych doświadczeń. Do dzieła!

  1. MLEKO! – dotyczy to oczywiście dzieci, które nie są karmione piersią. W naszym przypadku mleko jest jedyną rzeczą, która notorycznie się kończy; Księżniczka ma apetyt po swoim adopcyjnym tatusiu i pochłania jedzenie w takim tempie, że wróżę jej kiedyś sukces w konkursie jedzenia pączków na czas lub podobnych zawodach. W każdym razie mleko cieszy nas bardziej niż tuzin ubranek, o czym za chwilę.
  2. MLEKO!
  3. MLEKO!
  4. PIELUCHY – tak, wiem. E. powiedziała mi ostatnio, że wolałaby kupić „coś takiego fajnego” – czyli pewnie trwałego, co zostanie jako pamiątka. Szczerze? Niemowlak ma w nosie pamiątki, a w przyszłości i tak najbardziej wartościowe pod tym względem okażą się zdjęcia. Natomiast paczka pieluch zawsze się przyda i nie tylko pomoże lekko odciążyć domowy budżet, ale i na pewno zapewni maluszkowi realną przyjemność.  W końcu każdy lubi mieć sucho pod pupą :)
  5. ZMIANA POŚCIELI DO ŁÓŻECZKA – w ferworze błyskawicznych „dzieciowych” zakupów o tym akurat nie pomyśleliśmy. A że niemowlę wymaga częstej wymiany przede wszystkim prześcieradeł, to taki prezent bardzo nam się przydał. Obecnie mamy trzy komplety i na pewno kupimy jeszcze przynajmniej jeden.
  6. TORBA DO WÓZKA Z GADŻETAMI – to pewnie zależy od modelu wózka, ale w naszym oryginalna torba była mało pojemna, brakowało w niej wewnętrznych kieszeni i miała bardzo niewygodne zapięcie. W prezencie od P. dostałam zestaw, w skład którego wchodzą dwie torby, etui na butelkę, mały pojemniczek na pieluchy (mogący też służyć np. jako kosmetyczka albo pudełko na jedzenie) i składana mata do przewijania. Póki co komplet sprawdza się rewelacyjnie, a co ciekawe – wcale nie był drogi.
  7. PIELUCHY TETROWE LUB FLANELOWE – jak pewnie większości niemowlaków, tetra służy Księżniczce do wszystkiego (i to dosłownie, bo próbuje ją nawet jeść). Jest więc ręcznikiem, kocykiem, podkładem do przewijania u lekarza, ochroną przed wiatrem, brudem i jednocześnie zabawką. Akurat nasza mała nie ma kolek (tfu, odpukać!), ale podgrzana żelazkiem tetrowa pielucha może służyć też jako ciepły kompres na bolący brzuszek. Cztery takie pieluchy kupiłam sama, dwie kolejne dostaliśmy od Siostry – i bez przerwy są w użyciu.
  8. ALBUM DO ZDJĘĆ – nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale uważam, że wywołane i uporządkowane w albumie fotografie mają większą wartość, niż setki fotek poupychanych po folderach na komputerze czy w smartfonie. Taki solidny album zmotywuje rodziców do selekcji i wywołania zdjęć, a co za tym idzie – stworzenia pięknego i trwałego zapisu rodzinnej historii. W przypadku Księżniczki, która jest przecież dzieckiem adoptowanym, wydaje mi się to szczególnie ważne. Zamówiłam jej kronikę, w której chcę opisywać najważniejsze momenty naszego wspólnego życia. Niestety kronika idzie do nas pocztą już od miesiąca, więc póki co nie mam się czym pochwalić. Pewnie za jakiś czas wrzucę kilka zdjęć już uzupełnionego albumu.
  9. KSIĄŻECZKA – tu pełna dowolność: z baśniami, życiowymi historyjkami dla najmłodszych, zadaniami do wykonania, efektami dźwiękowymi i czym dusza zapragnie. Wiadomo, że noworodek z niej nie skorzysta, ale kiedy odrobinkę podrośnie, warto mieć przynajmniej częściowo uzupełnioną biblioteczkę. Książeczka z dedykacją będzie jednocześnie trwałą pamiątką i trafionym prezentem, który pomoże maluchowi poznawać świat.
  10. KARTA PREZENTOWA do Rossmanna, Smyka lub sieciówki odzieżowej. Kiedyś wyczytałam, że wręczanie kart prezentowych jest w złym tonie, świadczy o braku kreatywności i gustu oraz o wygodnictwie obdarowującego. Nie wiem, jak Wy, ale ja się z tym nie zgadzam. Rodzice są najlepiej zorientowani, co się przyda ich dziecku. Czasem potrzeby pojawiają się z dnia na dzień (u nas tak było z inhalatorem). Warto mieć wtedy pod ręką dodatkowe fundusze np. w postaci takiej właśnie karty. Zresztą można dzięki temu kupić  maluszkowi również jakiś gadżet, w który pewnie normalnie by się nie zainwestowało.
  11. GOTÓWKA – do niedawna miałam ogromne opory przed wręczaniem pieniędzy, zwłaszcza jeśli nie mogłam ofiarować większej kwoty. Dopiero M. mnie tego oduczył przy okazji roczku ich córeczki. Myślę, że nie zawsze i nie każdemu wypada dać przysłowiową kopertę, ale wśród najbliższych – dlaczego nie? Rodzice chętnie często dołożą parę groszy i kupią dziecku coś, na co sami nie mogliby sobie pozwolić. Zresztą ostatnio wpadł do nas mój tata, położył na stole banknot i powiedział: „Babcia dała, żebym kupił ci kwiaty, ale pomyślałem, że to wam się bardziej przyda”. Miał rację… Wspominałam już, że bez przerwy kupujemy mleko? ;)

CZEGO NIE KUPOWAĆ?

  1. UBRANEK

Po pierwsze większość znanych mi młodych rodziców otrzymuje lub kupuje za grosze całe torby używanych dziecięcych fatałaszków. My dostaliśmy łącznie chyba z 10 worków, w których mnóstwo rzeczy było zupełnie nowych, jeszcze z metkami. I na pewno przekażemy je dalej, bo Księżniczka nawet ich wszystkich nie założy, o zniszczeniu nie mówiąc.

Po drugie rozmiarówki w sklepach są przedziwne i trudno kupić odpowiednią wielkość. Na przykład „ulubiony” pajacyk Księżniczki teoretycznie jest dla noworodka o wzroście 50 cm, a idealnie na nią pasuje. Z kolei w sukienkę na 68 cm córcia już się nie mieści. Zresztą nie ma się co rozpisywać, z ubraniami dla dorosłych jest podobnie.

Po trzecie wiele z tych ślicznych ubranek jest zwyczajnie niepraktycznych. Przeciętny niemowlak nie wytrzyma długo w obcisłych spodenkach ani sztywnej tiulowej sukienusi. Nie dość, że te rzeczy krępują ruchy, to jeszcze przewijanie i przebieranie dziecka ubranego w to ustrojstwo jest torturą zarówno dla niego, jak i dla rodzica.

 2. KOSMETYKÓW

W tym przypadku nacięłam się sama. Nakupowałam oliwek, zasypek, kremików, balsamików, a używam tylko Bepanthenu i czasem oliwki Johnsona, choć podobno lepsza jest zwykła oliwa z oliwek. Skóra niemowlaka zwykle nie potrzebuje aż tak specjalnego traktowania, poza tym wiele kosmetyków uczula maluszki, choć etykiety mówią co innego.

Ode mnie to tyle, ale z chęcią poczytam, co Wam się przydało, co nie,  a co chcielibyście dostać w prezencie dla dziecka. :)

PS. Wspomniane ostatnio dwa wpisy nadal się tworzą, jakby co.

Rodzicielskie prawa Murphy’ego

W mojej głowie kiełkują dwa poważne wpisy. Jeden niestety bardzo smutny, drugi na szczęście wręcz przeciwnie. Dzisiaj jednak pozwolę sobie na małą odskocznię i opiszę rodzicielskie zmagania w krzywym zwierciadle.

Na początek błyskawiczny i bardzo łatwy quiz.

  1. Największe prawdopodobieństwo awarii odkurzacza występuje:

a)      W czasie rutynowych porządków;

b)      Przy okazji doraźnego sprzątania np. pokruszonej psiej karmy albo rozsypanego cukru;

c)      Podczas generalnego odkurzania tuż przed wizytą pani z OAO.

Kto zaznaczył odpowiedź C? Brawo! Wygraliście darmowy dostęp do dalszej części wpisu ;) Znajdziecie w niej listę rodzicielskich praw Murphy’ego – czyli tego, co zawsze idzie źle, jeżeli tylko może nie pójść dobrze.

  1. Kiedy po oporządzeniu dziecka i posprzątaniu mieszkania zaparzysz sobie kawę i wreszcie usiądziesz, maleństwo na pewno wyrazi palącą potrzebę dolewki mleka, zmiany pieluchy, przytulenia, przeniesienia w inne miejsce albo po prostu Twojego towarzystwa. Bez kawy rzecz jasna.
  2. Jeżeli odkładasz pieniądze na jakiś drogi gadżet lub inny potrzebny sprzęt dla potomka i wreszcie udaje Ci się go kupić, możesz mieć pewność, że kilka dni później stanieje o 50% albo koleżanka zaproponuje Ci identyczny po swojej pociesze, prawie nieużywany – za darmo.
  3. Myśli w rodzaju „o, córcia usnęła, mogę umyć okna w salonie” działają jak telepatyczna pobudka. Serio.
  4. Liczysz na to, że dziadkowie podczas odwiedzin troszkę rozładują maluchowi baterie, żeby potem dłużej spał? Pozbądź się złudzeń. Dziecko prześpi całą wizytę krewnych i obudzi się tuż po ich wyjściu. Na dobre.
  5. Reguła znana chyba każdej matce: prawdopodobieństwo zrobienia kupy przez niemowlaka wzrasta o 50% zaraz po założeniu świeżutkiej pieluszki i o kolejne 40% tuż po ubraniu po zęby na spacer w zimny dzień.
  6. Gdy rejestrujesz dziecko do kilkorga lekarzy specjalistów, do których są strasznie długie kolejki, licz się z tym, że oni wszyscy będą mieli wolny termin tego samego dnia i to o zbliżonej porze. A następny za kolejne pół roku.
  7. Jeśli kupiłeś łóżeczko z wyjmowanymi szczebelkami i cieszysz się, że tak wygodnie można je wyciągnąć, to znaczy, że Twoje dwumiesięczne dziecko bez trudu wykopie te szczebelki nóżką, więc i tak będzie trzeba je przytwierdzić na stałe.
  8. Jeżeli reklama jakiegoś produktu dziecięcego głosi, że sprawdza się u 99% maluchów, to Twoje dziecko na bank należy do tego 1%.
  9.  Kiedy jesteś niewyspany/a i przeziębiony/a jednocześnie i wracasz właśnie do domu obładowany/a zakupami jak wielbłąd, marząc tylko o gorącej herbacie i ciepłej kąpieli, na pewno spotkasz po drodze tę wścibską babę z bloku obok, która koniecznie będzie musiała się dowiedzieć, jakim cudem macie dziecko bez ciąży i czy to aby na pewno Wasze. W wersji dla rodziców biologicznych sąsiadka zapyta pewnie, czy maleństwo jest karmione piersią i niezależnie od odpowiedzi będzie chciała wiedzieć, dlaczego robicie mu taką krzywdę.
  10. Jeżeli nadchodzi jakaś ważna uroczystość i od tygodnia planujesz, w co ubierzesz dziecko, a potem pieczołowicie przygotowujesz i zakładasz cały strój – maluch właśnie wtedy zwymiotuje całą zawartość butelki na swoje nowe ciuchy, Twoje nowe ciuchy… i nową narzutę też.

Jestem ciekawa, czego według Was brakuje na powyższej liście :)

Rodzeństwo bez więzów krwi. Panie i Panowie, przedstawiam moją Siostrę!

Rozbierałam Księżniczkę z zimowego okrycia. Okazało się to nie lada wyzwaniem, ponieważ po pierwsze nie chciałam przerywać jej błogiego snu, po drugie kombinezonik, w którym jeszcze niedawno się topiła, pasował już na nią na styk i od dwóch dni obiecywałam sobie, że zakładam jej go naprawdę ostatni raz. Gdzieś w połowie tej szamotaniny usłyszałam głośne parsknięcie śmiechem.

- Daj ją – zakomenderowała Siostra – pokażę ci, jak to robi doświadczona matka.

Wzięła małą na ręce i trzema wprawnymi ruchami ściągnęła z niej kombinezon. Księżniczka mruknęła tylko, wyrażając niezadowolenie z powodu nagłej zmiany pozycji ciała i natychmiast znowu zapadła w sen.

Moja Siostra jest typem zadaniowym. Kiedy trzeba coś zrobić, po prostu to robi, bez zbędnego filozofowania i rozkładania wszystkiego na czynniki pierwsze. Od dawna ją za to podziwiam. Znamy się od wieków i choć różni nas prawie wszystko (od wykształcenia – u niej technicznego, u mnie humanistycznego – poprzez wygląd, styl ubierania i bycia aż po stosunki rodzinne), to połączone niegdyś przez wspólne nocne warty i miętową czekoladę zżyłyśmy się chyba na zawsze.

Kiedyś pisałam, że siostrami ochrzcił nas wędrowny sprzedawca noży i tak już zostało. A że był to czas, kiedy K. przebywała u mnie niemal codziennie, to określenie bardzo pasowało do naszej relacji.

Pamiętam taką scenkę z czasów szkoły średniej, kiedy Siostra przyszła do mnie i dosyć długo dzwoniła domofonem. Otworzył jej mój tata, zwykle nieco zachowawczy wobec moich znajomych. Powitał ją słowami:

- Dlaczego dzwoniłaś? Zapomniałaś kluczy?

K. została więc potraktowana jak swoja i trudno o lepszy dowód, że już wtedy należała do rodziny. Do dziś zresztą podczas odwiedzin u mnie sama robi sobie herbatę i denerwuje się, że brakuje cukru (oboje z P. nie słodzimy napojów i czasem zapominamy uzupełnić zapasy w cukierniczce) albo wyciąga garnek, w którym następnie gotuje synkowi parówki i żadna z nas nie widzi w tym nic dziwnego.

Kiedyś, gdy do niej wpadłam, W. skrzywił się, że w domu bałagan, a ona zaprasza gości. Siostra popatrzyła na niego z politowaniem i poinformowała, iż przeżyłyśmy razem już tyle, że kilka śmieci na podłodze nie jest w stanie mnie wystraszyć. I vice versa zresztą.

W naszej przyjaźni przeszłość świetnie komponuje się z teraźniejszością. Wciąż mówimy do siebie tekstami z dawnych harcerskich wypadów (osławione „zimna woda w niebieskim wiaderku, a czerwona w ciepłym”  albo „miałem szczęśliwe dzieciństwo, a potem poznałem Olkę”[C., pamiętasz to?] ;) ) i wspominamy co ciekawsze przygody, z których kilka już tu opisywałam. Siostra była świadkową na naszym ślubie, jest jedną z pierwszych czytelniczek tego bloga i obecnie moim guru w świecie macierzyństwa. Bo ma tę cudowną właściwość, że konkretnie doradza, a się nie wtrąca. Moje wątpliwości co do opieki nad Księżniczką kwituje zwykle krótkim „głupia jesteś”, które natychmiast sprowadza mnie na ziemię i uspokaja.

K. jest osobą, której prawie od samych narodzin życie nie rozpieszcza. Trochę jak w bajce o Kopciuszku, tylko póki co bez happy endu. Dlatego życzę jej, żeby Wróżka Chrzestna w końcu sobie o niej przypomniała i uruchomiła nieco magii, na którą i ona, i jej cudowne chłopaki w pełni zasługują.

Dzięki, Siostra. Ty wiesz, za co.

O krasnoludkach i małej dziewczynce

Pierwszy rok studiów. Wykład jednego z tych profesorów, z którymi dla własnego bezpieczeństwa lepiej nie zadzierać. W sali zupełna cisza. Prowadzący (jak zwykle poważny) staje za pulpitem i zaczyna od pytania: Kto z państwa widział krasnoludki? Audytorium w szoku, nikt albo prawie nikt się nie odzywa. Tak myślałem – wzdycha wykładowca i kontynuuje zajęcia. Półtorej godziny później, po ich zakończeniu, niespodziewanie dopowiada: Bo krasnoludki mogą zobaczyć tylko dobrzy ludzie.

Dzisiejsza bajka adopcyjna jest zatem przeznaczona dla dobrych ludzi, bo traktuje właśnie o krasnoludkach.

Krasnoludki żyją wśród ludzi od tak dawna, że świetnie znają ich zwyczaje. Rzadko mieszkają w ludzkich domach, ale chętnie zadomawiają się w przedszkolach, szkołach, urzędach, szpitalach, sklepach, teatrach i innych miejscach, gdzie wiele się dzieje. Nauczyły się więc dzielić nasze społeczeństwo na trzy kategorie:

- Nieskazitelnych – czyli osoby o idealnie czystych sercach; im jako jedynym krasnale mają odwagę się pokazać. Nie istnieje ich zbyt wielu i zwykle nikomu nie mówią o takich spotkaniach, żeby nie zostać uznanymi za szalonych.

- Zwyczajnych – to znaczy przeciętnych, mających sporo wad, ale i mnóstwo zalet. Do tej grupy należy większość ludzi. Nie mogą co prawda zobaczyć krasnoludków, jednak bardzo często doświadczają ich działania.

- Zagubionych – tych, którzy pobłądzili w życiu, przez co zatracili zdolność odróżniania dobra i zła; krzywdzą innych i samych siebie, nie chcąc otworzyć się na piękno świata. Krasnoludki trzymają się od nich z daleka.

Historia, którą tu opowiadam, zdarzyła się u progu wiosny. Po mroźnej zimie świat ponownie odżywał, dlatego skrzaty miały pełne ręce roboty: budziły ze snu cebulki kwiatów i pąki na drzewach, odkurzały skrzydła pszczół i woskowały pióra ptaków. Jedną z najbardziej zajętych społeczności krasnoludków była ta zamieszkująca pewien regionalny szpital. Oprócz zwyczajnego dbania o ogródek krasnale musiały też często malować na niebie naprzeciwko okien tęczę, która dawała pacjentom nadzieję na szybkie wyzdrowienie, zjadać okruszki niedobrego szpitalnego jedzenia, żeby wokół łóżek było czysto, podnosić z podłogi upuszczone tabletki i wreszcie – naciskać na dzwonek wzywający pielęgniarki, kiedy któryś z chorych nagle poczuł się źle.

Krasnoludki jednak słyną z pracowitości i zwykle bardzo lubią swoje obowiązki. Tak było i w tym przypadku. Skrzaty dobrze znały cały personel i szybko przyzwyczajały się do nowych pacjentów, od razu wiedząc, do której kategorii ludzi należą. Miały więc swoją codzienną rutynę, z którą było im bardzo dobrze. Aż nagle pewnego dnia stało się coś niezwykłego. Witek Korleonek, szef wszystkich szpitalnych krasnali, przyjmował właśnie raport o liczbie pacjentów na oddziale położniczym.

- Mamy siedemnaścioro noworodków! – zameldował Rozsądiusz, stukając małym ołóweczkiem w notesik.

- Musiałeś się pomylić! – zaprotestował Skrupulatek, przejeżdżając palcem po równiutko wypełnionej tabelce – Doliczyłem się tylko szesnastu mam, a żadna nie urodziła bliźniaków.

- Sam się pomyliłeś! – odpowiedział niezbyt grzecznie Rozsądiusz.

I pewnie doszłoby do kłótni,  gdyby nie Witek Korleonek, który uspokoił obu podwładnych. Postanowił, że osobiście zweryfikuje liczbę mam i dzieci. Tak też zrobił. Okazało się, że jego pomocnicy mieli rację: na oddziale leżało siedemnaścioro maluszków, a wraz z nimi tylko szesnaście mamuś. Wniosek był prosty w sformułowaniu, ale bardzo trudny do przyjęcia: jeden noworodek nie miał swojej mamy! Błyskawiczne śledztwo przeprowadzone przez Watsonka pozwoliło odkryć, że była to śliczna malutka dziewczynka. Watsonkowi aż ściskało się serduszko, kiedy na nią patrzył. Od razu postanowił więc, że trzeba koniecznie znaleźć jej mamę, a najlepiej oboje rodziców. Gdzieś przecież muszą być!

Krasnoludki oprócz pracowitości słyną też ze świetnej organizacji i doskonałej współpracy, czego dały dowód i tym razem. Zwołały wszystkie ptaki siedzące na szpitalnym dachu, wszystkie motylki obudzone tchnieniem wiosny, wszystkie pszczółki zbierające nektar w pobliskich ogródkach – słowem, wszystko, co żyje i lata. Opowiedziały o swoim odkryciu i poprosiły o pomoc. Ptaki i owady krążyły więc po okolicy, machając ze wszystkich sił skrzydełkami i szukały zagubionych rodziców. Pierwszy dzień wytężonej pracy nie przyniósł rezultatów, dlatego drugiego dnia obudziły się jeszcze przed świtem i postanowiły rozszerzyć obszar poszukiwań. Długo, długo nie przynosiły krasnoludkom żadnych wieści…

Wśród skrzydlatych pomocników krasnali była także pewna młodziutka jaskółka. Bardzo wzruszyła ją historia tej małej dziewczynki. Latała więc niestrudzenie nad pobliskimi miastami, przyglądając się wszystkim napotkanym ludziom. Nagle, zagapiwszy się na jakąś kobietę idącą chodnikiem, nie zauważyła budynku i wleciała wprost w otwarte okno jednego z mieszkań. Co gorsza, zaplątała się w firankę i nie umiała wylecieć. Była przerażona! Okazało się jednak, że niepotrzebnie. Trafiła do domu bardzo życzliwych ludzi, którzy wyplątali ją z firanki, posadzili na parapecie, napoili wodą, nakarmili ziarenkami i dali czas na dojście do siebie, pokazując także drogę, którą będzie mogła swobodnie opuścić ich mieszkanie, nie robiąc sobie przy tym krzywdy. Uspokajając skołatane nerwy, jaskółka usłyszała, jak pani domu mówi do pana: Ciekawe, kiedy odnajdzie się nasze dziecko. Tak długo już czekamy i tęsknimy… Pan przytulił ją i powiedział: Nie martw się. Tyle czasu szukamy, że w końcu znajdziemy nasze małe szczęście. Zobaczysz, będziemy wspaniałą rodziną! Usłyszawszy to, jaskółka zrozumiała, że niechcący wpadła we właściwe okno! Nie dokończyła nawet jedzenia ziarenek. Otrzepała tylko skrzydełka i natychmiast udała się w drogę powrotną do szpitala.

Ależ się wszyscy cieszyli, kiedy usłyszeli jej historię! Krasnoludki zadziałały ekspresowo: Arnoldek, największy twardziel wśród nich, poszedł osobiście do Pani Położnej. Była to kobieta Nieskazitelna, której krasnale mogły się ujawniać, ale zawsze towarzyszył temu pewien stres; w końcu rzadko rozmawiały z ludźmi. Arnoldek jednak zdobył się na odwagę i opowiedział Pani Położnej wszystko od początku: o liczeniu dzieci, poszukiwaniach i odkryciu dokonanym przez jaskółkę. Jego rozmówczyni była zachwycona, bowiem sama też chciała szukać rodziców dla tej małej dziewczynki. Zadzwoniła więc w kilka ważnych miejsc i już niebawem do szpitala zawitali Mama i Tata. Najbardziej cieszyła się jaskółka, która poznała w nich swoich niedawnych wybawicieli: panią i pana z przypadkowo odwiedzonego mieszkania.

Oboje byli bardzo wzruszeni i przejęci, że odnalazła się ich córeczka. Dziewczynka za to czuła się szczęśliwa i bezpieczna, czego dowodzi fakt, że słodko spała, kiedy Mama i Tata zabierali ją do swojego samochodu. Otworzyła tylko na chwilę oczka i szeroko się uśmiechnęła, bowiem zobaczyła cały sztab krasnoludków, który przyszedł ją pożegnać. Emocje były tak wielkie, że nawet Arnoldek i Witek Korleonek ukradkiem ocierali łzy wzruszenia, choć żaden z nich potem nie chciał się do tego przyznać. Pewne jest natomiast, że dziewczynka ich widziała i to do nich się uśmiechała. Wszystkie dzieci rodzą się z nieskazitelnie czystymi serduszkami – i tylko od nich i ich rodziców zależy, czy takie pozostaną.

Mała bohaterka tej historii żyje wraz z Mamą i Tatą w tym samym mieszkaniu, do którego kiedyś wpadła przestraszona jaskółka. Ona sama zresztą czasami zagląda w okna i zanosi krasnoludkom wiadomości o rodzinnym szczęściu, które z radością obserwuje.

KONIEC.

A teraz przyznać się: kto z Was widział krasnoludki?

Rodzinka przy świątecznym stole

Znacie to powiedzenie, że goście sprawiają radość dwa razy: kiedy przychodzą i kiedy wychodzą? Coś w tym jest, chociaż ten pierwszy element cieszy nas o niebo bardziej. Od adopcyjnych narodzin Księżniczki bez przerwy ktoś nas odwiedza i co chwilę zapowiadają się nowe osoby. Oczywiście, jest to nieco męczące (bo przecież trzeba posprzątać, upiec ciasto, a jeśli przybysze są z daleka, to i podać obiad), ale radość ze spotkania wynagradza wszystko z nawiązką. Tym bardziej, że nasza córcia ma taką moc przyciągania, iż przywiodła do nas dawno niewidzianych przyjaciół z różnych zakątków kraju, od Bałtyku po stolicę.

Również w Święta nie obyło się bez gości, tym razem tych z najbliższej rodziny. Trochę się obawialiśmy o logistykę – no bo wiadomo: szczekający na wszystko pies, absorbujące dziecko, przygotowywanie i podawanie jedzenia, a do tego jeszcze rodzice obojga z nas – co prawda nastawieni wobec siebie życzliwie, ale też żyjący na co dzień w zupełnie innych światach i, co gorsza, mający całkowicie przeciwne poglądy polityczne, więc o punkt zapalny bardzo łatwo. Dziś już mogę powiedzieć, że zdaliśmy ten egzamin śpiewająco. Jedzenie było pyszne, rodzinka się dogadywała, Reksio połknął na raz upuszczony przeze mnie kawał ciasta i nie zdechł, czyli cud, miód i orzeszki. Tylko Księżniczka na złość odwiedzającym przespała dokładnie cały wielkanocny obiad. Dziadkowie byli nieco rozczarowani, ale aż miło się patrzyło, kiedy stali wokół jej leżaczka, nie mogąc oderwać od niej wzroku. Specjalnie wymieniliśmy baterie w aparacie, żeby uwiecznić pierwsze wspólne Święta, a tymczasem na zdjęciach widać grono przejętych dorosłych i drzemiącego w najlepsze bobasa. :) Tak czy inaczej będzie o czym opowiadać dziecku, a przecież o to w tym chodzi.

Zresztą nasza córa zdecydowanie jest księżniczką – i tak, jak niedawno sugerowała Izzy w komentarzu, jeśli mała zacznie marudzić, będę chyba musiała sprawdzać, czy pod materacyk nie zaplątało się ziarnko grochu. ;) Ma bowiem swoją czterokołową karocę, własną komnatę, królewskie łoże i służbę na każde zawołanie. Ostatnio oprócz „nakarm!” i „przewiń!” praktykuje również rozkaz „baw mnie!”, którego wykonanie potrafi nastręczać pewnych trudności, ale za to ile daje obopólnej satysfakcji, kiedy już się uda!

Korzystając z okazji, we czworo (P., Księżniczka, Reksio i ja) życzymy Wam radosnego świętowania w gronie najbliższych lub własnym… i ładniejszej pogody za oknem, bo póki co mamy Śnieganoc. Wesołego Alleluja!

WIZYTACJA Z OAO – czego się spodziewać?

Dzisiaj krótko i rzeczowo, z myślą o tych, którzy jeszcze czekają na TEN telefon lub są na innym z wcześniejszych etapów procedury.

Powierzając nam pieczę, sąd zaznaczył, że opiekę nad Księżniczką ma nadzorować ośrodek adopcyjny. W związku z powyższym personel OA umówił się z nami na wizytację. Odwiedziła nas pani kierowniczka. Obejrzała i pochwaliła pokoik małej i wypytała, jak się nią zajmujemy. Pytania były dosyć typowe: czym karmimy, gdzie śpimy, kto kąpie córeczkę. Mąż musiał też odpowiedzieć, czy jest jakaś czynność pielęgnacyjna, której by się nie podjął. Na szczęście takiej nie ma :) .

Spotkanie było też okazją do wyjaśnienia sobie nawzajem ewentualnych wątpliwości związanych ze współpracą z ośrodkiem. Muszę uczciwie przyznać, że pojawiło się tu po obu stronach kilka zgrzytów, ale wizyta zakończyła się w miłej atmosferze, więc jest nadzieja, że opinia o nas jednak będzie pozytywna ;) .

Uspokajam zatem czekających, że wizytację da się przeżyć. A my tymczasem czekamy na upływ magicznych 6 tygodni i dalszą część naszej procedury. Trzymajcie kciuki, żeby Księżniczka jak najszybciej była nasza również formalnie!