Matka z wózkiem w przestrzeni publicznej

Mam taką złotą zasadę, że nie angażuję się w żadne internetowe kupoburze czy inne obrzucanie błotem ludzi o odmiennych poglądach. Są ku temu trzy powody:

  1. Poziom tych dyskusji jest najczęściej tak żenujący, że zwyczajnie wstydzę się zabierać w nich głos. Zostawienie po sobie śladu w takiej wymianie zdań wydaje mi się gorsze niż przyznanie się do nieznajomości tabliczki mnożenia, niezmieniania bielizny albo sikania do basenu.
  2. Nigdzie nie jest powiedziane, że to ja mam rację, w końcu nie pozjadałam wszystkich rozumów. Nikt mi nie dał prawa do krytykowania, osądzania czy pouczania innych, zwłaszcza ad personam.
  3. W tych nielicznych wyjątkach, kiedy wiem na 100%, że słuszność jest po mojej stronie, dyskusja najczęściej nie ma sensu, jest jak ta przysłowiowa gra w szachy z gołębiem. Niektórzy ludzie wierzą w takie rzeczy, że strach się bać. Tak jest np. z postami o zarobkach nauczycieli. Najwięcej mają o nich do powiedzenia ci, którzy nigdy nie pracowali w szkole, ale ponieważ znajoma kuzynki sąsiada brata pani z warzywniaka była nauczycielką, to wiedzą na pewno, że przeciętny belfer zarabia 5000 na rękę za etat. Zawsze po przeczytaniu takich rewelacji z błyskiem nadziei w oczach sprawdzam konto, ale niestety jakoś te liczby nie chcą się pozamieniać miejscami. I jak było 40% tej kwoty, tak jest. Na macierzyńskim nawet mniej. Podobno kasjer w Lidlu zarabia więcej (przy całym szacunku dla kasjerów z Lidla,  wcale im pracy nie zazdroszczę)…

Przyznaję, że przedwczoraj korciło mnie, aby wbrew postanowieniom w jednym miejscu zabrać głos. Powstrzymałam się jednak i postanowiłam zrobić to tutaj, bo wiem, że nawet jeśli się ze mną nie zgodzicie, to poziom dyskusji będzie o wiele wyższy, niż pod przypadkowym profilem na Facebooku.

Na pewno część z Was zetknęła się z krążącym po sieci już od miesięcy artykułem o matce z wózkiem, która została wyproszona z tzw. ciucholandu i nasłuchała się od sprzedawczyni wielu przykrych rzeczy. Sprawa trafiła do sądu, obsługę sklepu ukarano mandatem w wysokości… 20 złotych. W komentarzach (facebookowych i nie tylko) większość osób nie tylko nie broni tej mamy, ale wręcz wyzywa ją od „świętych krów”, „madek” i „efektów 500+” (nie do końca popieram ten program, ale nie widzę jego związku z powyższą sytuacją). Przyznam Wam szczerze, że przeraża mnie taki brak empatii… Swoje przemyślenia na ten temat pozwoliłam sobie zawrzeć w punktach poniżej. Jestem bardzo ciekawa Waszych spostrzeżeń.

  1. Zgadzam się, że są przestrzenie handlowe nieprzeznaczone dla wózków dziecięcych: ciasne sklepiki, w których nawet samemu trudno się obrócić albo np. lokalne sklepy ze szkłem i porcelaną, gdzie łatwo coś zahaczyć i stłuc. Pchanie się do takich miejsc z wózkiem, o ile nie zachodzi jakaś paląca konieczność, uważam za wysoce nierozsądne. (Co ciekawe, w moim ulubionym centrum handlowym dwa najciaśniejsze sklepy to akurat te z zabawkami; nawet do jubilera można by było spokojnie wejść z wózkiem, a do Smyka nie ma jak.)
  2. Sama nie zabieram córci na zakupy typowo „ubraniowe” ani tym podobne. Trudno byłoby mi się skupić, dziecko marudziłoby znudzone, a (jak pokazała wspomniana dyskusja) mogłybyśmy się jeszcze nasłuchać od osób postronnych. Nigdy nie przyszłoby mi jednak do głowy, aby kogoś za takie zakupy krytykować. Jeżeli z jakichś powodów musiałabym wejść do sklepu odzieżowego lub obuwniczego z wózkiem, to bym weszła, o ile tylko przestrzeń by na to pozwalała.
  3. Nie mam problemu z tym, że niektóre restauracje zakazują wstępu z dziećmi. Ludzie spotykają się w takich miejscach służbowo, towarzysko i/lub dla relaksu, toteż nie muszą wysłuchiwać wrzasków obcych maluchów. Ważne, żeby powstawały również lokale przyjazne rodzinie, bo jednak w podróży czy na wakacjach też trzeba jeść, a dziecko warto uczyć zachowania w tego typu przestrzeni. Jedzenie w domu to jednak nie to samo, choćby ze względu na liczbę bodźców dookoła.
  4. Nie potrafię natomiast pojąć, dlaczego młodemu, zdrowemu człowiekowi przeszkadza matka (ciekawe, że chyba nikt nie wspomniał o ojcach… oni nie wychodzą z dziećmi z domu czy co?) z wózkiem w sklepie? Naprawdę wielkim problemem jest ominięcie wózka, w ostateczności przejście sąsiednią alejką? Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek jakiś pojazd dziecięcy znacznie utrudnił mi zakupy. Zawsze można też powiedzieć „przepraszam” i poprosić rodzica o przestawienie pociechy. To nie boli.
  5. Argument, że „z dziećmi chodzi się do parku, a nie na zakupy” uważam za chybiony i niesprawiedliwy. Jedno przecież drugiego nie wyklucza. Owszem, pracowałam kiedyś w centrum handlowym i widziałam całe rodziny wędrujące po nim od otwarcia do zamknięcia, ale to były (mam nadzieję) wyjątki. Sama wstępuję do sklepów właśnie podczas spaceru, najczęściej w drodze powrotnej… pamiętając o punkcie 1.
  6. Nagonka na kobiety z wózkami najbardziej uderza w samotne matki albo takie, których partnerzy pracują daleko od domu. Naprawdę nie wszyscy mają z kim zostawić dziecko i nie każdego też stać na nianię – a jeść trzeba, posprzątać i ubrać się również, podobnie jak np. wykupić lekarstwa.
  7. Wzywanie do noszenia dzieci w chustach lub nosidełkach jest logiczne, ale nie można nikogo do tego zmuszać. Co mają powiedzieć matki w kolejnej ciąży, z chorym kręgosłupem albo takie, których dzieci zwyczajnie nie cierpią być noszone? Drące się wniebogłosy niemowlę będzie większym utrudnieniem dla innych niż stojący z boku wózek ze śpiącym maluchem… Nie wszyscy mieszkają tuż obok sklepów, czasem trzeba przebyć do nich długą drogę. Ja na przykład nie wyobrażam sobie pokonania – powiedzmy 4 kilometrów – w 34-stopniowym upale z Księżniczką w nosidle. Przede wszystkim ze względu na jej zdrowie, ale na swoje również.
  8. Nie wyobrażam sobie również zostawienia wózka przed sklepem. Ani pustego, ani tym bardziej z dzieckiem. Mam obawy, że po wyjściu już bym go nie zastała.
  9. Matka z wózkiem nie jest świętą krową, dlatego wchodząc do sklepu powinna przynajmniej starać się nie tarasować całego przejścia i uważać na to, żeby kołami nie poniszczyć towaru. To nie jest takie trudne, wystarczy chcieć.
  10. Nie wiem, czy wywieszenie karteczki „Proszę nie wchodzić z wózkami dziecięcymi” jest w naszym kraju legalne, ale jeśli tak, to chyba ułatwiłoby sprawę. Nie wiem jak Wy, ja nie lubię pchać się tam, gdzie nie jestem mile widziana.

Drodzy Rodzice, a Wy jak rozwiązujecie problem zakupów z dzieckiem?

O co chodzi z tymi ojcami?

Kilka lat temu, tuż przed wprowadzeniem tzw. urlopu tacierzyńskiego, przeczytałam w prasie katolickiej artykuł o tym, iż jest to chory pomysł, prowadzący do nadużyć i wynaturzeń, bowiem to tylko matka posiada naturalne predyspozycje do opieki nad niemowlęciem. Poszłam z tym tekstem do zaprzyjaźnionego księdza, który próbował bronić zawartych w nim tez, chociaż chyba sam nie wydawał się przekonany. Już wspominałam na blogu, że byłam dzieckiem w dużej mierze wychowywanym przez tatę i być może dlatego treść artykułu kompletnie do mnie nie przemówiła. Nie uważam też, żeby sam podział funkcji rodzicielskich był moim domu jakoś szczególnie zaburzony: mama była mamą, tata tatą, ale to nie wykluczało tulenia mnie przez ojca, przewijania, kąpania czy czytania mi bajek na dobranoc.

Gdy byłam starsza, mieliśmy z tatą swoje wspólne rytuały, jak wieczorne spacery z psem,  oglądanie „Nocy zbrodni” na Discovery albo przygotowywanie niedzielnego śniadania. Wiele moich wspomnień z dzieciństwa wiąże się właśnie z tatą, bo chociaż dużo pracował, to zawsze znajdował dla mnie czas.

Ten pozytywny obraz ojca utrwala także M. (który potrafił jednocześnie jedną ręką przewijać córkę, drugą trzymać telefon, przez który gadał, trzecią zmieniać kanały w telewizorze,  czwartą przygotowywać małej mleko, a piątą włączać jej grającą zabawkę, ale to inna para kaloszy ;) ). Powiedziałam mu zresztą już lata temu, że będzie dobrym tatą, bo widziałam, jak opiekował się swoją gromadą zuchową. Chyba nie było granicy śmieszności albo bezpieczeństwa, której by dla podopiecznych nie przekroczył. No i miałam rację.

Jeżeli czytaliście mój tegoroczny wpis z okazji Dnia Ojca, to wiecie, że byłam również świadkiem (choć nie zawsze naocznym) zachowań zupełnie przeciwnych – ojców, którzy znęcali się nad dziećmi lub nie żywili do nich żadnych uczuć. I gdzieś w tym wszystkim chyba zgubiłam środek, co dobitnie mi niektórzy uświadamiają.

Zaczęło się krótko po adopcji. Pani kierownik OA podczas wizytacji pytała P. o to, czy są rzeczy, których przy córce nie zrobi (co znamienne  – w moją stronę takie pytanie nie padło). Ze strony samego ośrodka słyszałam podobne dociekania jeszcze kilka razy.

Moja kochana klasa wychowawcza zaprosiła mnie na bal z okazji zakończenia szkoły. Gdy się na nim pojawiłam, pierwsze pytania koleżanek z pracy dotyczyły właśnie tego, z kim zostawiłam dziecko. I wcale nierzadką reakcją było: „Ale jak to z ojcem? Samym?”. Jedna z dziewczyn, także matka maluchów, powiedziała współczująco: „Oj, to pewnie wracasz na 19.00, żeby wykąpać i położyć spać?”. No nie, nie wróciłam ani na 19.00, ani nawet na 20.00. Co prawda po powrocie zastałam Księżniczkę wbrew oczekiwaniom nie w łóżku, a w leżaczku i to bawiącą się w najlepsze z tatusiem, ale w końcu zasady są od tego, żeby je czasem łamać, prawda? ;)

Kilka moich znajomych – bliższych i dalszych – dzieliło się ze mną historiami o tym, jak to ich mężowie brzydzili się niemowlęcej kupy albo bali się wziąć noworodka na ręce, twierdząc, że na pewno zrobiliby mu krzywdę.

I tak się zastanawiam, czy w takim razie naprawdę nadal pokutuje mit o tym, że to wyłącznie matka jest od opieki nad dzieckiem, a ojciec od okazyjnego zapewniania rozrywki? Być może to ze względu na moje relacje z tatą od początku było dla mnie oczywistym, iż oboje małżonkowie powinni się angażować w pielęgnację i wychowanie. Może niekoniecznie  w równych proporcjach, zwłaszcza kiedy jedno z rodziców pracuje na pełen etat, a drugie zostaje w domu, ale na pewno z takim samym poświęceniem.

A jak jest u Was? Kto kąpie, przewija i wstaje w nocy?

Otworzyć się na dziecko…? Odc. 3 i ostatni

ROZDZIAŁ V – Rewolucja

      Chłopiec przyjął ich pierwszą wizytę zupełnie obojętnie. Obejrzał pluszowy samochodzik, który kupili mu zaraz po wyjściu z kawiarni i wrócił do zabawy blaszanymi pudełkami, wkładając jedno w drugie. Na próby nawiązania kontaktu reagował zwróceniem głowy w stronę osoby mówiącej i czasem uśmiechem, niezdradzającym jednak głębszych emocji. Kindze było przykro, choć sama ganiła się w duchu za to uczucie. Przecież nie spodziewała się, że Krzyś na jej widok – obcej w istocie kobiety -  od razu wtuli się w nią z okrzykiem „Mamo!” na ustach… Patrząc na malucha, z łatwością jednak mogła sobie wyobrazić go na kolorowym dywanie u nich w domu, układającego te swoje pudełka i przekonującego się do nich każdego dnia odrobinkę bardziej… Już po wyjściu z pogotowia rodzinnego dowiedziała się, że Konrad myślał podobnie.

      Wizyta w szpitalu u malutkiej wydawała się tylko formalnością. Kiedy jednak położna przyniosła im zaspaną i kompletnie zdezorientowaną kruszynkę, nie mogli powstrzymać łez. Była taka bezbronna, a przy tym naprawdę urocza. Wydawała im się najpiękniejszym noworodkiem na świecie.  Nie pozostawało więc małżonkom nic innego, jak poinformować najpierw ośrodek adopcyjny, a potem rodzinę i przyjaciół, że oto zostali rodzicami.

       Karolinkę wzięli do domu w ramach preadopcji już po kilku dniach. Jej biologiczna matka rzeczywiście dobrowolnie zrzekła się praw do córki. Krzysia oswajali ze sobą stopniowo, aby zrozumiał, że są i będą stałym punktem w jego życiu. Nieocenieni okazali się „ciocia” i „wujek” z pogotowia, którzy pomagali chłopcu w oswajaniu się z nową sytuacją i cierpliwie odpowiadali na wszystkie pytania przyszłych rodziców. Kindze szczególnie imponowało to, że właściwie rezygnują ze swojej prywatności, otwierając swój dom dla niej i Konrada niemal o każdej porze. Krzyś przeprowadził się do nowej rodziny po ponad dwóch miesiącach od pierwszego spotkania. Kompletnie nie rozumiał relacji międzyludzkich ani hierarchii rodzinnej, nie pojmował znaczenia wielu prozaicznych czynności. Brak głównego opiekuna oraz należytej troski odcisnął na nim widoczne piętno. Świeżo upieczeni rodzice wiedzieli, że czekają ich lata niełatwej pracy, ale po poznaniu Krzysia nie wyobrażali sobie, że mogliby się wycofać.

       Zdarzały się jednak momenty, gdy małżonkowie byli bliscy pożałowania swojej decyzji o podwójnej adopcji. Kiedy Karolinka płakała przez kolki, rozbudzony z drzemki brat zaczynał jej wtórować, błyskawicznie przechodząc do histerii, trwającej godzinami i niemal niemożliwej do opanowania. Gdy Konrad był w pracy, a Kinga zajmowała się małą, chłopiec robił wszystko, żeby skupić jej uwagę na sobie. Młoda mama adopcyjna bała się, że kiedyś go nie upilnuje i dojdzie do jakiejś tragedii.

      Nic takiego się na szczęście nie wydarzyło, zresztą Kinga pocieszała się, że w rodzinach biologicznych rodzice napotykają na podobne trudności. Krzyś powoli robił postępy. U jego siostrzyczki zdiagnozowano niewielkie problemy neurologiczne, ale rozwijała się prawidłowo. Kiedy podczas rozprawy sędzia zapytał, czy podtrzymują chęć przysposobienia, żadne z nich nie miało wątpliwości. W końcu byli rodziną!

EPILOG

      Krzysztof właśnie skończył czwartą klasę szkoły podstawowej. Przyniósł świadectwo z czerwonym paskiem, choć do ostatniej chwili nie było wiadomo, czy wychowawczyni nie obniży mu oceny z zachowania ze względu na niesubordynację. Ostatecznie uznała jednak, że należy nagrodzić jego widoczną pracę nad sobą. Chłopiec mówi, że chce w przyszłości zostać architektem i zaprojektować rodzicom oraz siostrze piękny dom.

      Karolinka idzie do trzeciej klasy. Ma trudności w uczeniu się, wolno przyswaja nowe informacje. Jest to najprawdopodobniej skutek FAE, czyli picia przez matkę biologiczną alkoholu w czasie ciąży. Dzięki staraniom rodziców i samozaparciu stara się jednak nadrabiać braki, dlatego jest szansa, że razem z rówieśnikami ukończy zwyczajną szkołę. Lubi prace plastyczne i manualne. Kinga i Konrad marzą o tym, że ich córeczka zdobędzie kiedyś ciekawy zawód. Może zostanie kucharką albo florystką?

       W salonie na honorowym miejscu wisi wspólne zdjęcie całej czwórki. Uśmiechnięte miny i blask w oczach każdego z członków rodziny nie pozostawia odwiedzającym wątpliwości co do natury ich wzajemnych relacji…

POSŁOWIE AUTORKI

       Dziękuję tym, którzy dobrnęli do końca, a w szczególności mojej kochanej pani krytyk ;) . Celem powyższego opowiadania nie było przekonywanie kogokolwiek na siłę ani do podjęcia decyzji o adopcji, ani tym bardziej do przyjęcia wbrew sobie konkretnego dziecka. Doskonale wiem, że ze strony ośrodków padają również takie propozycje, których po prostu nie da się przyjąć (pisałam już o tym nie raz). Tworzyłam tę historię z myślą o tych, których blokują ich własne lęki; którzy słysząc słowa „alkohol” i „zaniedbanie” od razu myślą „FAS” i „RAD”. Zdradzę Wam coś: karta Księżniczki naprawdę pozostawiała wiele do życzenia. Nie podam szczegółów ze względu na szacunek do prywatności mojego dziecka, ale powiem tyle, że gdybyśmy z P. chcieli znaleźć w jej dokumentach argumenty przeciwko adopcji, to byśmy znaleźli. Nasza córka jest zdrowa, pięknie się rozwija, lecz wcale nie musiało tak być. Nadal nie wiemy, co przyniesie przyszłość… jednak wiemy, że spędzimy ją razem. Nie wyobrażamy sobie dalszego życia bez naszej pociechy!

Otworzyć się na dziecko…? Odc. 2

ROZDZIAŁ TRZECI – Próba sił

- Czy my naprawdę tak wiele chcemy od życia? – wybuchł wreszcie późnym popołudniem Konrad, obracając w dłoni pilot od telewizora.

Kinga oderwała się od własnych myśli. Była przekonana, że jej wybranek po prostu ogląda mecz, zwłaszcza że grał jego ulubiony Arsenal. Tymczasem wewnątrz przeżywał dokładnie to samo, co ona.

- Nie wiem, Kochanie… – westchnęła zrezygnowana – Może ta pani kierowniczka chciała nas tylko nastraszyć? Sprawdzić, czy się zbyt łatwo nie poddamy?

- Od siedmiu lat się nie poddajemy – stwierdził z przekąsem – ale sorry, ja nie jestem Matką Teresą… nie chcę do końca swojego życia opiekować się obcym człowiekiem, który nie będzie w stanie nawet zapamiętać, jak się nazywa…

- Konrad, a gdybym urodziła chore…?

- To nie mielibyśmy wyboru. Teraz mamy.

Kinga westchnęła. Te rozmowy zawsze były trudne. Głównie dlatego, że oboje mieli rację, a właściwie racje – równorzędne i często nie do pogodzenia. Tej nocy znowu prawie nie spali.  Nazajutrz wychodzili do pracy ledwo przytomni, ale decyzja została podjęta: spróbują. Dadzą szansę ośrodkowi, sobie i dziecku. Może nie będzie tak źle…?

      Sprawnie zgromadzili potrzebne dokumenty i przy kolejnej wizycie w OA, podczas zakładania teczki wstępnie zadeklarowali przyjęcie dziecka z tzw. „rodziny alkoholowej”, a także od rodziców chorych psychicznie, uzależnionych od narkotyków lub upośledzonych w stopniu lekkim. Cały czas jednak mieli nadzieję, że żadne z tych obciążeń nie dotknie ICH dziecka – tego, na które czekają. Pod lekkim naciskiem pracownicy ośrodka podnieśli też granicę wieku oczekiwanej pociechy do trzeciego roku życia. Kilka miesięcy później, po serii testów i badań oraz wizycie pani psycholog w ich domu, otrzymali pismo z zaproszeniem na szkolenie dla przyszłych rodziców adopcyjnych.

      Gdyby ktoś zapytał naszych bohaterów, co najbardziej zapamiętali z warsztatów, odpowiedzieliby, że „otwarcie się na dziecko” odmieniane przez wszystkie przypadki. Uczyli się o genezie traum, obciążeniach genetycznych i innych trudnościach, z którymi dzieci adopcyjne muszą borykać się często już od pierwszych chwil życia, nierzadko także płodowego. Kindze utkwiła w pamięci karta informacyjna trzyletniego chłopca, którego mama z dnia na dzień wystawiła za drzwi mieszkania, bo nie spodobał się jej nowemu konkubentowi. Historia może brzmiałaby jak z kiczowatego filmu o „biednych sierotkach”, gdyby nie to, że ów malec przez wcześniejsze zaniedbania matki był znacznie opóźniony w rozwoju. Trafił do domu dziecka, gdzie przez kolejne trzy lata oczekiwał na rodziców adopcyjnych, gotowych podjąć wyzwanie wychowania go. Pani prowadząca spotkanie powiedziała na koniec, że chłopczyk znalazł rodzinę i robi ogromne postępy, choć nadal jeszcze sporo mu brakuje do rówieśników. Natomiast Konradowi zapadło w serce spotkanie z adopcyjnymi rodzicami czteroletniej Agusi, która zresztą przyszła wraz z nimi i brykała radośnie po całej sali. Jej biologiczna matka w dniu rozwiązania była tak pijana, że nawet nie zdawała sobie sprawy z rozpoczynającej się akcji porodowej. Ojciec odsiadywał w więzieniu wyrok za pobicia i rozboje. Karetkę do rodzącej wezwał sąsiad, który wszedł do mieszkania kobiety zaniepokojony krzykami… Dziewczynka przyszła na świat przed terminem, ważąc zaledwie dwa kilogramy i mając ponad dwa promile alkoholu we krwi. Lekarze byli zdziwieni, że w ogóle przeżyła. Rodzice adopcyjni zabrali ją niemal prosto ze szpitala, ale procedura pozbawiania matki praw rodzicielskich ciągnęła się bardzo długo. Do formalnego przysposobienia doszło dopiero przed kilkunastoma miesiącami. Konrad słuchał, jak mama i tata Agusi wyliczali wszystkie niepokojące informacje o dziecku, które wyczytali z jego karty – a jednocześnie patrzył na małą i nie mógł uwierzyć, że wyrosła na takie ufne, energiczne i radosne dziecko. Zaczął marzyć, aby i jego z Kingą spotkała podobna historia…

 

ROZDZIAŁ IV – Decyzje

       Nieco ponad rok po pierwszej wizycie w ośrodku adopcyjnym Kinga i Konrad uzyskali pozytywną opinię, która kwalifikowała ich jako przyszłych rodziców. Rozpoczął się więc dla nich okres oczekiwania. Najgorsze, że nie było wiadomo, jak długo potrwa: kilka tygodni, miesięcy, może nawet lat… Zewsząd dochodziły ich słuchy, że dzieci do adopcji jest coraz mniej, a niemowląt nie ma właściwie wcale. Po początkowej euforii i odmalowaniu pokoiku dziecięcego ich życie wróciło na poprzednie, dobrze znane tory. Starali się tylko więcej oszczędzać, aby mieć pieniądze na wyprawkę dla pociechy. Czas upływał, dookoła rodziły się kolejne maluchy, a oni wciąż byli we dwoje… W chwilach zwątpienia zastanawiali się, czy tak naprawdę adopcja jest im potrzebna do szczęścia. Tak bardzo przyzwyczaili się już do współdzielonej samotności… Wystarczały jednak sporadyczne wizyty siostry Konrada z jego chrześniaczką, aby marzenia o potomstwie odżywały na nowo.

       Telefon z ośrodka zadzwonił po ośmiu miesiącach, kiedy na poboczu szosy czekali w zepsutym samochodzie na przybycie pomocy drogowej. Od domu dzieliło ich prawie 30 km, byli głodni, w dodatku strasznie lało. Mimo deszczu Konrad podniósł maskę auta, jakby spodziewał się od razu znaleźć pod nią odpowiedź na pytanie, dlaczego komputer pokładowy zwariował i wyświetla na ekranie informację o awarii filtra, którego w ich modelu w ogóle nie powinno być. Znudzona i zmęczona Kinga wypatrywała z daleka lawety – i właśnie tę czynność zakłócił sygnał komórki. Serce zabiło jej mocniej, gdy zobaczyła na wyświetlaczu numer OAO.

- Halo?

- Dzień dobry, pani Kingo! Tutaj Ewa Nowicka z ośrodka adopcyjnego. Mamy dla państwa pilną propozycję, zapraszam do mojego biura. Najlepiej zaraz.

- No szlag! – zaklęła Kinga – Przepraszam, pani Ewo, to nie do pani. Samochód nam się zepsuł za miastem, czekamy od godziny na pomoc drogową, trudno mi powiedzieć, kiedy ona się zjawi. Że też akurat teraz…

- Spokojnie, pani Kingo, nerwy tu nic nie pomogą. W takim razie będę państwa oczekiwać jutro od rana.

- Zdradzi pani jakieś szczegóły? Chociaż wiek i płeć? Proszę…

- Mamy taką zasadę, że nie ujawniamy żadnych danych przez telefon. Jutro się państwo wszystkiego dowiedzą. Proszę dzisiaj przedyskutować z mężem, czy byliby państwo gotowi na adopcję rodzeństwa.

- RODZEŃSTWA?

- Tak, tak, ale tylko dwojga. Dobrze, nie zabieram pani czasu, do zobaczenia!

- Ale… ech, nic. Do widzenia… – Kinga w ostatniej chwili zrezygnowała z dalszych pytań, bowiem na horyzoncie zamajaczyła wyczekiwana laweta.

      Zamieszanie związane z transportem auta i powrotem do domu sprawiło, że  dopiero godzinę po telefonie małżonkowie mogli spokojnie porozmawiać.

- Czy one zwariowały? – zapytał retorycznie Konrad – Zgodziliśmy się już na dziecko w wieku niemal przedszkolnym, obciążone ryzykiem wielu chorób. Nie było mowy o rodzeństwie!

- Mnie też to przerasta – przyznała jego żona – nigdy nawet nie myślałam o przysposobieniu dwojga, tym bardziej na raz.

- Dobrze, pojedźmy tam jutro, zobaczmy, o co chodzi, ale jakoś nie czuję się przekonany…
- A ja się czuję przerażona.

       Oboje byli tak przejęci, że nazajutrz dotarli do ośrodka jeszcze przed jego otwarciem. Pani psycholog, która przyszła jako pierwsza, roześmiała się na ich widok i zaprosiła ich do środka. Po chwili dotarła również kierowniczka. Kiedy wszyscy czworo zasiedli przy stole, szefowa OA zaczęła rozmowę:

- Krzyś ma 26 miesięcy, przebywa obecnie w pogotowiu opiekuńczym. Fizycznie nic mu nie dolega. Intelektualnie mieści się w normie rozwojowej, jednak jest pewne „ale”. Matka biologiczna się nim nie zajmowała, trafiał na zmianę do różnych ciotek i sąsiadek, ewentualnie nowych „chłopaków” mamy. Zapewne będzie to miało wpływ na nawiązywanie przez niego więzi. Już teraz widać, że nie rozróżnia osób bliskich i obcych, wszystkich traktuje tak samo.

- Matka miała ograniczone prawa rodzicielskie – wtrąciła druga z pracownic – sąd kilka razy dawał jej szanse na poprawę – do czasu, kiedy policyjny patrol nie znalazł Krzysia błąkającego się w nocy po ulicy w samej piżamce… a był koniec marca, temperatura bliska zera. Przy okazji odbierania chłopca matce okazało się, że jest ona w zaawansowanej ciąży. Pomimo widocznego brzucha nie chciała się do tego przyznać nie tylko pracownikom socjalnym, ale nawet swojemu obecnemu partnerowi, szła w zaparte. Ani razu nie była u lekarza. Wiemy, że paliła papierosy i piła alkohol.

- Cztery dni temu urodziła córeczkę i sama zadeklarowała zrzeczenie się praw rodzicielskich, ale wiedzą państwo, jak to jest… nie wiadomo, czy to zrobi. Być może będzie musiała zostać ich pozbawiona przez sąd. Dziewczynka otrzymała 8/10 w skali Apgar, waży 3100 gramów i mierzy 50 cm. Miała promil alkoholu we krwi, matka dwa razy tyle. Lekarze cały czas badają małą, nie wiemy do końca, jak się będzie rozwijać… – uzupełniła kierowniczka.

- No cóż… jeżeli się państwo zdecydują, to możemy od razu jechać do Krzysia, a potem do jego siostrzyczki. Zadzwonię tylko do pogotowia opiekuńczego, żeby się przygotowali… – psycholog wydawała się gotowa do drogi.

- Moment! – powstrzymała ją Kinga – Chyba powinniśmy to z mężem przedyskutować, prawda? Nie rozmawialiśmy o rodzeństwie, a już na pewno nie z zaburzeniami więzi.

- Rzuciły nas panie na głęboką wodę… – westchnął Konrad.

- Adopcja zawsze jest rzuceniem się na głęboką wodę, tu się nie da inaczej – skwitowała pani Ewa. Dobrze, niech państwo wyjdą sobie gdzieś na kawę i porozmawiają. Tylko proszę pamiętać, że czas nagli…

            Chwilę później siedzieli w pobliskiej kawiarni. Kinga zawzięcie skubała skraj tekturowego kubka z logiem lokalu.  Jej mąż małymi łyczkami popijał earl greya, jakby chciał opóźnić moment rozpoczęcia rozmowy. Patrzył na żonę i chyba po raz pierwszy w życiu nie był w stanie odgadnąć jej myśli. W końcu jednak zagaił, siląc się na swobodny ton:

- Ten chłopiec ma na imię Krzysztof… na „K”, tak jak miało być. A dziewczynka… panie nie mówiły nic o jej imieniu, to może mogłaby zostać Karolinką…

- Konrad, czy ty się dobrze czujesz? Za co my kupimy wyprawkę dla dwojga dzieci? Już nie mówiąc o tym, z czego będziemy tych brzdąców utrzymywać. A jeśli ten starszy ma RAD? Jeżeli nigdy nas nie pokocha, nigdy nie będzie nas słuchał… chcesz tak żyć? I jeszcze dziewczynka z możliwym FAS do kompletu.

- A jeśli – przedrzeźniał ją – to jest po prostu dwoje skrzywdzonych przez los maluchów, dla których właśnie otworzyły się drzwi do normalności? Chciałabyś im te drzwi zamknąć?

- Przestań mi tu wjeżdżać na sumienie. Jeśli nie my, to na pewno inni ich adoptują…

- … pomyślało piętnaście par – dokończył sarkastycznie.

- Przecież ja nie mówię, że nie chcę tych dzieci. Po prostu się boję.

- Ja też! Ale myślę, że one bardziej.

- To co proponujesz?

- Poznajmy je, co nam szkodzi. Porozmawiajmy z lekarzami, z opiekunami z pogotowia rodzinnego. Może wiedzą o nich więcej niż ośrodek. Dowiemy się, czy to nasze dzieci.

- I co, będziemy je oglądać? Jak towar jakiś?

- Nie przesadzaj, to przecież nie konkurs piękności. Tak czy inaczej będziemy musieli poznać nasze dziecko przed adopcją, prawda?

- Ok, wygrałeś. Jedziemy – potwierdziła, choć w jej głosie nie było słychać przekonania.

Otworzyć się na dziecko…? Odc.1

WSTĘP

      Bardzo długo myślałam nad formą tego tekstu. Pierwotnie miał być pisany – jak większość – w pierwszej osobie, jednak uznałam, że nie chcę ograniczać się w nim do własnego doświadczenia. Pomyślałam więc o liście do przyszłych rodziców adopcyjnych, ale tu z kolei łatwo by mi było niechcący przyjąć ton mentorski, czego za wszelką cenę pragnę uniknąć, ponieważ nie czuję się żadnym autorytetem, aby kogokolwiek pouczać w zakresie przysposobienia. Wybrałam więc trzecie wyjście i stworzyłam opowiadanie (uprzedzam, że tendencyjne). Jego bohaterowie są fikcyjni, ale zależało mi, aby Czytelnicy – zwłaszcza ci, których adopcja w jakiś sposób dotyczy – odnaleźli w nich cząstkę siebie. Fabułę oparłam na prawdziwej historii, a raczej wielu historiach, posiadających pewien wspólny mianownik…

Tekst jest długi, dlatego opublikuję go w trzech częściach – codziennie po jednej.

ROZDZIAŁ PIERWSZY – Ona i On

           Kinga i Konrad poznali się na osiemnastce u wspólnego znajomego. Od razu przypadli sobie do gustu, a po kilku spotkaniach we dwoje zostali parą. Połączyły ich identyczne inicjały (K.K.), miłość do kuchni włoskiej oraz pragnienie zobaczenia Nowego Jorku, a wkrótce także wynajęta razem kawalerka i kupiony pod wpływem impulsu królik Klapek. Zaraz po studiach wzięli ślub i przeprowadzili się do własnego mieszkania. Oboje już wtedy pracowali, zresztą za całkiem przyzwoite pensje. Uznali więc, że nie ma co zwlekać z powiększeniem rodziny. Imiona dla dzieci mieli powybierane jeszcze w liceum: Karolina i Kacper, ewentualnie Kamila albo Klemens – ważne, żeby na „K”, tak jak rodzice. Niestety – czas mijał, a Kinga nie zachodziła w ciążę. Małżonkowie zdążyli zobaczyć nie tylko Nowy Jork, ale także Waszyngton, Los Angeles oraz kilkanaście europejskich stolic, miejsce Klapka zajął czarny kot Kawior, ale największe pragnienie pozostawało niezaspokojone.

      Diagnozy lekarzy nie dawały wielkich nadziei, tym bardziej, że okazało się, iż oboje mają problem z płodnością. Próby leczenia różnymi metodami nie przyniosły żadnych efektów. Kiedy młodsza siostra Konrada urodziła już drugie dziecko, kolejne koleżanki z pracy Kingi zaczęły odchodzić na urlopy macierzyńskie, a oni sami zdążyli przekroczyć trzydziestkę, powiedzieli „dość!”. Po kilku długich dyskusjach i nieprzespanych nocach podjęli decyzję o adopcji. Rozważali taką opcję już zresztą wcześniej, myśleli o przysposobieniu maluszka po odchowaniu pociech biologicznych. Los bywa jednak przewrotny i w pewnym sensie przyspieszył ten moment za nich…

ROZDZIAŁ DRUGI – Zimny prysznic

      Żadne z nich chyba nigdy nie zapomni pierwszej wizyty w ośrodku adopcyjnym. Kiedy przekraczali próg, wydawało im się, że wiedzą, czego chcą, jednak z każdym zdaniem pani kierowniczki czuli się coraz mniej pewnie. Gdy już przedstawili całą swoją historię, z drugiej strony ogromnego biurka padło pytanie o to, jakie dziecko chcieliby przysposobić.

- Malutkie! – wypaliła od razu Kinga – Takiego niemowlaczka, który jeszcze niczego nie pamięta. Chcielibyśmy przejść przez wszystkie etapy rodzicielstwa, od pieluszek aż po wnuki…

- Płeć obojętna, ale żeby było zdrowe – dodał z przekonaniem Konrad.

- Co to znaczy zdrowe pana zdaniem? – dociekała pani kierownik, jak im się wydawało, znudzonym głosem. Nie pomyśleli wtedy, że takie pytanie stawia niemal wszystkim kandydatom.

- Nooo… zdrowe… – mężczyzna wyraźnie tracił rezon – żeby nie było… upośledzone.

Ostatni wyraz wymówił półszeptem.

- A jeśli rodzice biologiczni byliby upośledzeni? Albo przynajmniej jedno z nich?

Małżonkowie spojrzeli po sobie. Nie wiedzieli, co odpowiedzieć. Nie myśleli o tym wcześniej. Pragnęli zostać rodzicami, tak po prostu. Owszem, czytali w książkach i w sieci, że do adopcji trafiają dzieci chore, obciążone traumą… ale literatura literaturą, a życie życiem. Nie dopuszczali do siebie myśli, że ich to dotknie, a już tym bardziej na pierwszym spotkaniu. Tymczasem ich rozmówczyni (nazwijmy ją panią Ewą) dopytywała dalej:

- Czy słyszeli państwo o FAS?

Pokiwali głowami.

- Czy w takim razie zdecydowaliby się państwo przyjąć dziecko z rodziny dotkniętej alkoholizmem? Albo takiej, gdzie matka dodatkowo paliła papierosy i brała narkotyki, będąc w ciąży?

Kinga pobladła. Czuła, że robi jej się słabo… nie była pewna, czy bardziej z powodu lipcowego upału, czy natłoku myśli i gęstniejącej atmosfery.

- To chyba zależy, jakie dziecko… – odparł nieśmiało Konrad.

- Skąd według państwa biorą się dzieci do adopcji? – drążyła dalej pani Ewa.

- Są porzucane przez matki biologiczne, które ich nie chcą lub nie mają pieniędzy na utrzymanie…? – odpowiedziała Kinga, choć brzmiało to bardziej jak pytanie. Sama już nie wiedziała, w jakim kierunku zmierza ta rozmowa.

- Nie, proszę pani. To, o czym pani mówi, to nieliczne wyjątki. Nasze dzieci przeważnie są odbierane dysfunkcyjnym rodzicom. Niezaradnym życiowo, niedostosowanym społecznie, uzależnionym od substancji psychoaktywnych. Takim, którzy nie rokują żadnej poprawy. I nie ma w tym kraju jasnowidza, który dałby komukolwiek gwarancję, że te dzieci będą – jak to pan przed chwilą określił – zdrowe. Ze wspomnianego powodu również właściwie nie ma noworodków, co najwyżej dzieci kilkunastomiesięczne, częściej – kilkuletnie. Takie są obecnie adopcyjne realia, drodzy państwo.

      Pół godziny później, po kolejnej serii trudnych pytań, opuszczali ośrodek. W czasie drogi powrotnej do domu żadne z nich nie odezwało się ani słowem. Kindze szkliły się oczy. Jej mąż czuł taką suchość w gardle, że co chwilę przełykał ślinę. Drażnił ją ten odgłos, podobnie jak szarawy zaciek na bocznej szybie samochodu i burzowe chmury na horyzoncie. Czuła, że ma wszystkiego dosyć.

CDN

Co wkurza matkę adopcyjną?

Dwa dni temu odebrałam akt urodzenia Księżniczki. Chyba żadne pismo urzędowe nie wywołało u mnie takiego wzruszenia… Można więc powiedzieć, że zaczynamy nowy rozdział, stąd też nowa kategoria na blogu. Od jutra zaczynam rajd z tym aktem po różnych placówkach – chociażby przychodni i kancelarii parafialnej, bo już od dawna jesteśmy „ścigani” za jego brak.

Nadszedł chyba dobry moment, żeby napisać, co mnie najbardziej denerwuje w naszym krótkim życiu poadopcyjnym.

Wszechobecny nacisk na karmienie piersią

Nie zrozumcie mnie źle… doskonale zdaję sobie sprawę, że mleko matki jest dla noworodka najlepsze. Gdybym urodziła naszą córcię, to zrobiłabym wszystko, aby karmić ją naturalnie. Z wiadomych przyczyn niestety jesteśmy skazane na substytut. Kupujemy dobry, polecany przez naszego lekarza. Jednak za każdym razem, gdy po niego sięgam, uderza mnie napis na opakowaniu, przestrzegający, że zaleca się wyłączne karmienie mlekiem matki przynajmniej do szóstego miesiąca życia dziecka. Z podobnych względów mleko początkowe nigdy nie łapie się w sklepach na żadne promocje, więc nie ma mowy o oszczędzaniu. Nie twierdzę, że sama ta  kampania edukacyjna jest zła, może przekona kogoś, kto ma wybór. Ja nie mam. (I tak, wiem o istnieniu różnej maści doradców oraz o sztucznym wywoływaniu laktacji, ale nie spotkałam nikogo, kto byłby zadowolony z jej efektów…).

Luki w systemie

Konkretnie dwie. Pierwsza dotyczy opieki prawnej. W przypadku preadopcji (czyli zabrania dziecka do domu jeszcze przed oficjalnym orzeczeniem przysposobienia) przyszli rodzice nie są formalnie opiekunami prawnymi swojego maleństwa. O ile pociecha jest zdrowa i nigdzie daleko się z nią nie wyjeżdża, ma to małe znaczenie. A co w momencie, kiedy szkrabowi coś się stanie? Albo, w przypadku dziecka starszego, kiedy zachodzi potrzeba podpisania jakichś dokumentów związanych chociażby z edukacją? Wtedy trzeba szukać rzeczywistego opiekuna prawnego, który przecież niekoniecznie musi być na miejscu. Nie jest to oczywiście sytuacja nie do przejścia, ale na pewno stresująca i uciążliwa.

Druga dziura w prawie dotyczy nadawaniu dziecku nowej tożsamości. Otóż po przysposobieniu, które prawomocnie następuje 21 dni po rozprawie (a na tę z kolei niektórzy czekają miesiącami), oprócz nowego nazwiska (i ewentualnie imion, jeśli taka jest wola rodziców) maluch otrzymuje również świeżutki numer PESEL, bez którego, jak wiadomo, dla państwa człowiek nie istnieje. Księżniczka trafiła do nas w połowie marca, akt urodzenia i PESEL otrzymaliśmy ponad 4 miesiące później… przez ten czas zdążyliśmy już odwiedzić siedmiu lekarzy i za każdym razem był ten sam problem: jak zarejestrować dziecko, które nie ma dokumentów? Z jednej przychodni rejestratorka nas wyrzuciła, na szczęście wstawił się za nami lekarz rodzinny. Teoretycznie można się przez ten czas oczekiwania posługiwać starymi danymi dziecka, ale to jest z kolei ryzykowne i stanowi w pewnym sensie złamanie tajemnicy adopcji. Może rozwiązaniem byłoby umożliwienie rejestrowania takiego dziecka na nr PESEL przyszłego rodzica? Obecnie jest to dopuszczalne przez pierwsze 3 miesiące życia maluszka (biologicznego też), więc dlaczego by nie przedłużyć takiej możliwości dla rodzin adopcyjnych?

Pytania o ciążę

Nie jestem naiwna. Adoptując noworodka, byłam świadoma, że takie pytania będą padać. Nie przewidziałam jednak ich natężenia. O ile nie robię tajemnicy z samego faktu przysposobienia, o tyle niekoniecznie chcę dawać powód do plotek osobom z dalszego otoczenia. Ostatnio jakaś obca babka u fryzjera wypytywała mnie o przebieg porodu! Ucięłam grzecznie dyskusję, bo nienawidzę kłamać, a nie miałam jakoś chęci się jej zwierzać… Niektórzy znajomi zresztą także bywają wybitnie nietaktowni. Przykład z zeszłego tygodnia:

Wracamy z P. z zakupów w centrum handlowym. W pewnym momencie dopada nas daleka koleżanka, wołając z dystansu przez tłum klientów:

- O, macie dziecko! Lady Makbet, to ja nawet nie wiedziałam, kiedy ty w ciąży byłaś!

(A dlaczego miałaś wiedzieć, skoro nie utrzymujemy kontaktów? – myślę, ale odpowiadam dyplomatycznie:)

- Księżniczka ma cztery miesiące.

- No widzicie? Doczekaliście się! A my (czyli ona z mężem i szwagrem) już się zastanawialiśmy, co jest z wami nie tak, hehe, że tyle lat, no wiecie… hehe. Już myśleliśmy, że wy jacyś bezpłodni jesteście, czy coś.

P: Zdecydowanie jesteśmy „czy coś”. A to jest nasza córeczka. Podobna do mnie, prawda?

(rzekomo wszystkie koleżanki w pracy męża tak twierdzą… uhm, z której niby strony? Przecież to jest Księżniczka mamusi, a kto nie dostrzega podobieństwa, to się nie zna  :lol: )

Na szczęście wspomniana koleżanka jest takim typem, który mówi niemal wyłącznie o sobie, więc bardzo szybko porzuciła temat naszego rodzicielstwa i zaczęła opowiadać o własnym. Nie zawsze się jednak udaje tak sprawnie zmienić przedmiot dyskusji… I wtedy trzeba kombinować – albo czynić ze swojej prywatności temat do żarcików na rodzinnych imprezach dalekich znajomych (Cynglu drogi, dlatego Cię właśnie prosiliśmy, żebyś w razie czego nie wtajemniczał D. w pochodzenie swojej chrześniaczki).

Sformułowanie „prawdziwi rodzice” w odniesieniu do biologicznych

Nie mam oporów, żeby w przyszłości powiedzieć Księżniczce prawdę o jej korzeniach. Ba! Oboje z P. liczymy się z tym, że córka będzie kiedyś chciała poznać swoich krewnych i zamierzamy jej w tym pomóc, choć na pewno trochę to nas zaboli. Irytują mnie jednak pytania o to, kim była PRAWDZIWA mama naszej małej. Mówię wtedy, że prawdziwą mamę pytający ma przed sobą. Bo jeżeli „prawdziwą” jest matka biologiczna, to znaczy, że ja jestem jaka? Fałszywa? Zdecydowanie nie czuję się żadną uzurpatorką. Nasze szczęście poznaliśmy w piątej dobie życia, zaś ono nie zna innych rodziców.

Wiadomo, że za każdą adopcją kryje się inna historia. Jeżeli przysposobienie następuje w późniejszym wieku, a dziecko doskonale pamięta mamę biologiczną, która np. zmarła, to pewnie w jego świadomości ona pozostanie tą prawdziwą albo będzie miało dwie prawdziwe… Chociaż też niekoniecznie, bo znam wiele osób, które, mówiąc o rodzicach, mają na myśli właśnie macochę lub ojczyma, a nie rodziców biologicznych, mimo iż doskonale ich pamiętają. Za to nazwanie „prawdziwym ojcem” faceta, który (za przeproszeniem) zrobił przypadkiem dzieciaka, nawet nie przedstawiając się przygodnej partnerce z imienia i nie utrzymując z nią później żadnych kontaktów (o owocu tej upojnej nocy nie mówiąc), wydaje mi się grubą pomyłką. Podobnie jak określenie „prawdziwą matką” kobiety, która była tak zajęta imprezowaniem, iż przez 9 miesięcy nie miała czasu zauważyć, że jest w ciąży, a po porodzie nawet dziecka nie przytuliła… I takie przypadki przecież się zdarzają.

A co Was, drodzy Rodzice (nie tylko adopcyjni) najbardziej denerwuje?

J. jak „łooo”*, czyli charakterystyka pewnej ciotki

- Zobaczyłam, że coś leci, więc złapałam. A to welon! – relacjonowała J. moje oczepiny, podczas których została „drugą panną młodą”. Ten welon zresztą sama pomagała mi wybierać… Powyższa scenka jest kwintesencją całej J.: zawsze znajduje się tam, gdzie jest potrzebna… i od razu działa.

Poznałyśmy się trzy lata wcześniej, na samym początku studiów. Byliśmy licznym rocznikiem, podzielonym chyba na 6 albo 7 grup. Pewnie każdy w swojej intuicyjnie szukał osób podobnych do siebie. Ja znalazłam J., a potem jeszcze pięć innych koleżanek, z którymi przez ponad połowę pobytu na uczelni tworzyłyśmy zgraną grupę, zwaną przez złośliwych „kółkiem różańcowym”. Z radością przejęłyśmy tę nazwę i uczyniłyśmy ją niemal oficjalną, a twórczyni tego przezwiska doczekała się od nas własnego. Nazywałyśmy ją Reklamacją, bowiem każdy dzień na uczelni zaczynała od opowieści o tym, jaki bubel kupiła za jakąś niebotyczną kwotę i musiała oddać go – do reklamacji właśnie. Reklamacja była zresztą niezmordowana i arcykonsekwentna, bowiem już podczas pierwszego roku studiów reklamowała cztery torebki, piętnaście par butów, pięćdziesiąt dwie inne części garderoby, trzech wykładowców, jamnika sąsiadki, wodę w kranie i Pałac Kultury (nie zauważyła, bidna, że okres gwarancji skończył się wraz z ustrojem politycznym). Szkoda tylko, że nie wpadła na pomysł zareklamowania sygnalizacji świetlnej przed naszym wydziałem, bowiem na zielone czekało się tyle, że można było zjeść dwudaniowy obiad, przeczytać całą Encyklopedię Powszechną i wydziergać na drutach szalik o długości kwalifikującej się do Księgi Rekordów Guinessa. Ciekawa postać z tej Reklamacji, ale to nie o niej miało być. Zresztą zostawiła nas po dwóch latach, widocznie studia też nie spełniły jej oczekiwań konsumenckich.

 Z J. połączyło nas podobne poczucie humoru i zbieżny charakter relacji z naszymi tatusiami. Po pewnym czasie dorobiłyśmy się jeszcze wraz z A. i M. wspólnych rytuałów, wśród których znajdowały się dziwactwa pokroju picia moczopędnej herbatki z fafołami, zakańczanego wyścigiem do toalety w centrum handlowym, a także kupowanie ciastek w Netto, układanie satyrycznych wierszyków i piosenek oraz oczywiście kolektywna nauka do wszelkiej maści zaliczeń i egzaminów, rozkładana zawsze na dwie raty, bo pierwsza upływała nam na plotach i piciu rzeczonej herbatki… (A., skąd Ty ją brałaś???)

J. do pewnego czasu twierdziła, że nie lubi dzieci. Między innymi dlatego w przeciwieństwie do reszty „kółka różańcowego” uciekła przed specjalnością nauczycielską, a w efekcie zmieniła kierunek studiów. Któregoś dnia robiłyśmy razem zakupy w H&M (zakupy, taaa… znając nasz ówczesny budżet, pewnie kupowałyśmy gumkę do włosów i parę majtek – tyle dobrego, że nie na spółkę) i w dziale dziecięcym dostrzegłyśmy coś a’la przebranie (wróżki? motylka? uczestnika parady równości albo innego Tap Madl?), którego elementem były paskudne, świecące z daleka różowe skrzydełka. Na ich widok dopadła nas głupawka, zakończona niespodziewanym odnalezieniem związku tychże skrzydełek z popularnym wówczas programem „Superniania”. Nie wiem, czy pamiętacie – prowadząca odsyłała niegrzeczne dzieci na tzw. „karnego jeżyka”, na którym miały spędzić określony czas, aby się uspokoić. J. uznała, że moja córka (skąd ona wiedziała, że będę miała córkę?) zamiast jeżyka będzie miała właśnie „karne skrzydełka” – czyli jak nabroi, to będzie musiała popylać w tym czymś po domu aż do skutku. Pozytywnym efektem ubocznym tego zabiegu miało być zniechęcenie malutkiej do wszechobecnego różu, ku uciesze męża i mojej, a rozpaczy twórców Barbie oraz Hello Kitty. Zabawne, że jedną z pierwszych myśli podczas powiadamiania świata, iż zostaliśmy rodzicami, była właśnie ta o różowych skrzydełkach od cioci J. Ona sama odwiedziła nas kilka tygodni po adopcyjnym porodzie, zamiast rzeczonego narzędzia tortur przywożąc mleko (i jak tu jej nie kochać?) oraz inne cuda.

Jechała do nas zresztą już ze świadomością, że zostanie matką chrzestną Księżniczki. Nie potrafię powiedzieć, kiedy i dlaczego zmienił się jej stosunek do dzieci, ale od dawna była dla nas jedną z niewielu oczywistych kandydatek do tej roli. Podczas jej zeszłotygodniowej wizyty córcia wyraźnie dała znać, iż akceptuje nasz wybór, bo szczerzyła się do J. całym swoim bezzębnym uśmiechem aż do końca jej pobytu. Dobrze mieć taką przyjaciółkę… i taką ciotkę J.

*Tytuł wpisu pochodzi od refrenu pewnej piosenki zasłyszanej na wydziale, której dzieje są jeszcze bardziej skomplikowane niż historia swetra Gruchy.

Okołochrzcielne rozważania o rodzicach chrzestnych i nie tylko

Większość sakramentów świętych ma w naszej kulturze podwójny, a nawet potrójny wymiar: oprócz aspektu religijnego są elementem tradycji scalającej rodzinę (czyli prawie świeckiej), a także niestety okazją do wręczania coraz droższych prezentów.

O pierwszym z tych aspektów trudno mi się wypowiadać, ponieważ uważam, że wiara zawsze jest kwestią indywidualną. Każdy człowiek relacje z Bogiem (bądź ich brak) przeżywa inaczej. Jestem wierząca, swoją drużynę harcerską prowadziłam przy jednej z lokalnych parafii. Mój mąż przez wiele lat był ministrantem. Dla nas, jako osób związanych z Kościołem, chrzest dziecka jest ważnym przeżyciem duchowym, prawdziwym włączeniem córki do wspólnoty Dzieci Bożych. Czujemy też, że nadanie maleństwu imienia podczas chrztu ma większą moc, jest jakieś takie „pełniejsze”, niż zrobienie tego w urzędzie lub – jak w przypadku Księżniczki – sądownie. Nie zamierzam jednak nikogo w tym miejscu do niczego przekonywać ani nawracać, a już tym bardziej nie na blogu.

Wiele osób niewierzących także chrzci swoje dzieci. I tutaj na plan pierwszy wysuwa się ten drugi aspekt sakramentu – rodzinny. Przyjęcie po uroczystości jest dobrą okazją do spotkania dawno niewidzianych krewnych, odnowienia więzi z tymi, którzy mieszkają daleko, a przede wszystkim razem z samym chrztem pełni funkcję inicjacyjną, jest momentem oficjalnego wprowadzenia dziecka do rodziny. Zanim to jednak nastąpi, młodzi rodzice muszą się nieźle nagłowić (choć pewnie nie we wszystkich przypadkach) nad wyborem rodziców chrzestnych. Próbuję sobie przypomnieć, kim byli chrzestni mojej mamy i mojego taty. Przychodzi mi to z trudem, stąd wnioskuję, że nie byli z nimi bardzo związani. Wiem, że i dla niektórych moich znajomych ich chrzestni (zna ktoś synonim tego słowa? Denerwuje mnie to powtarzanie, a nie umiem go zastąpić…) to tylko figury, nic nieznaczące nazwiska w akcie chrztu. Mnie się jednak udało. Można powiedzieć, że moi rodzice dokonali dosyć typowego wyboru: na matkę chrzestną wybrali siostrę taty, na ojca brata mamy. Do dziś mam z obojgiem świetny kontakt. Nie mają własnych dzieci, ale zapewne nie tylko dlatego zawsze o mnie pamiętają, choć dzieli nas naprawdę wiele kilometrów. Zresztą z wzajemnością. U mojego męża sytuacja jest nieco bardziej złożona. Byliśmy jednak zgodni, że rodzicami chrzestnymi Księżniczki powinny zostać osoby, które zechcą być ważną częścią jej życia jeszcze przez długie lata, nie tylko w dniu sakramentu.

Wybór od początku był trudny, ponieważ nie mamy ani rodzeństwa, ani kuzynostwa. Posiadamy za to wielu sprawdzonych przyjaciół. Od początku było wiadomo, że to spośród nich będziemy wyłaniać „drugą parę rodziców” dla naszego potomstwa. Na jakiej podstawie jednak zdecydować, że X będzie lepszym kandydatem od Y? Czy tak się w ogóle da? Braliśmy pod uwagę kilka kryteriów, oczywiście w formie dyskusji, a nie castingu  8-) . Oto one:

  1. Osobowość. Jeżeli ktoś nie lubi dzieci, nie chce ich mieć i nie znosi spotkań rodzinnych, to obarczanie go taką funkcją po prostu mija się z celem. Uszczęśliwianie kogoś na siłę zwykle nie kończy się dobrze.
  2. Status związku. Kandydaci na rodziców chrzestnych muszą dostarczyć zaświadczenie z parafii o braku przeciwwskazań do podjęcia tej roli. Nie dostaną go np. osoby rozwiedzione i/lub żyjące w związkach niesakramentalnych (przyznaję, że nie do końca się zgadzam z tą polityką, ale cóż). Mogą co prawda zostać tzw. świadkami chrztu, ale to jednak nie to samo… a szkoda.
  3. Sytuacja rodzinna i materialna. Nie, nie, nie jesteśmy cyniczni ani wyrachowani. Nie patrzymy na to, że X zarabia więcej od Y, dlatego będzie ją czy go stać na droższe prezenty. Moja wyobraźnia nie sięga nawet w tej chwili tak daleko, żeby się zastanawiać, co i kiedy mała od kogo dostanie.  Działa to natomiast w drugą stronę: jeżeli X (przykład czysto teoretyczny, zmyślony na poczekaniu) ma troje swoich dzieci, dwoje chrześniaków i w dodatku zarabia najniższą krajową, to obarczanie jej dodatkowym (choć przecież dobrowolnym) zobowiązaniem wydaje nam się nie w porządku. Czy się to komuś podoba, czy nie, bycie chrzestnym wiąże się przecież z wydatkami – nawet jeśli niewielkimi i w istocie przyjemnymi, to jednak regularnymi. Patrzyliśmy też na to, czy ktoś nie ma już dziecka lub chrześniaka w wieku bardzo zbliżonym do naszej córy, żeby nie zbiegły się np. dwie komunie w jednym roku albo, co gorsza, w tym samym dniu.
  4. Nasze wzajemne relacje. Ten punkt właściwie powinien być na początku. Nie chcieliśmy dla Księżniczki chrzestnego (chrzestnej), który(a) jest naszym przyjacielem tylko z nazwy, a wspólne kontakty ograniczają się do smsów na święta. Mój tata dał się kiedyś namówić jednemu z kolegów z pracy na bycie ojcem chrzestnym jego syna. Od początku czuł, że to kiepski pomysł, ale chyba głupio mu było odmówić; bądź co bądź, jest to w pewnym sensie zaszczyt. Jako taki kontakt z rodzicami chrześniaka mieli przez pierwszy rok. Potem tamci przestali odbierać telefony albo odwoływali umówione spotkania. Nigdy nie mieli czasu. Tata w końcu dał za wygraną – nie wiem, może niesłusznie. Kilka lat później otrzymał zaproszenie na komunię z żądaniem (tak to brzmiało!) kupna roweru górskiego. Pamiętam, że zamiast niego kupił zegarek i zaproponował, że do roweru się dorzuci. Nie mam pojęcia, jak to się skończyło, sama na tę uroczystość nie pojechałam. Oczywiście od tamtej pory znowu nie mają kontaktu. Nie chcę takich chrzestnych dla mojego dziecka, jak również nie chcę być rodzicem, który będzie ich traktował jak bankomat.

I wreszcie aspekt materialny. Wiecie co? Wkurza mnie ten przerost formy nad treścią, zwłaszcza jeśli chodzi o przyjęcia i prezenty komunijne. O ile lubię same imprezy związane z sakramentami lub np. czyimiś okrągłymi urodzinami, to uważam, że ich organizacja leży wyłącznie w gestii rodziców lub w przypadku dorosłych – samych zainteresowanych. Nigdy nie miewam za złe, jeśli ktoś mnie nie zaprosił – to jego sprawa. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie rozliczać moich gości z tego, jakie prezenty wręczyli. Nawet głupio mi cokolwiek im sugerować, kiedy pytają (choć to akurat robię, bo jeśli już mają wydać pieniądze, to faktycznie czasem lepiej coś podpowiedzieć, żeby wszyscy mieli z tego satysfakcję). Ostatnio wyczytałam w Internecie, że np. gość weselny powinien włożyć w kopertę przynajmniej tyle, żeby się zwróciło „za talerzyk”. My braliśmy ślub 10 lat temu, wtedy chyba się o tym nie mówiło, a przynajmniej nie tak głośno. Naszymi gośćmi w połowie byli rówieśnicy w wieku studenckim, dla których już sam przyjazd z różnych krańców kraju stanowił nie lada wydatek. Nie wyobrażałam sobie żądać od nich jakiejkolwiek kwoty, a już tym bardziej wyliczonej. Brr… Do tej pory uważam, że jeśli kogoś zapraszam (na chrzest, urodziny, ślub albo niedzielną kawkę u mnie w domu), to po prostu chcę, żebyśmy razem miło spędzili czas; pragnę pokazać, że ta osoba jest kimś ważnym w życiu naszej rodziny. Nigdy nie zastanawiam się, czy ktoś w ogóle coś przyniesie, a tym bardziej co to będzie. (Chyba że ciotka J. przyjeżdża z paczką większą od niej samej, wtedy ciekawość bierze górę ;) ). Kiedy sami z P. gościmy na cudzych imprezach, dajemy tyle, ile możemy. Nie skąpimy, ale też nie przekraczamy znacznie domowego budżetu, bo zwyczajnie nas na to nie stać. Nie potrafilibyśmy się zadłużyć tylko po to, żeby pokazać niewidzianej od dekady gałęzi rodziny, że ciotka z wujkiem mają gest. Na dłuższą metę nie płyną z tego żadne korzyści…

Jeżeli ktoś z Was wybiera się na chrzciny Księżniczki, to mam prośbę: kupcie ładną pamiątkę. Albo zróbcie sami. Napiszcie od siebie kilka słów. Myślę, że w przyszłości będzie to dla niej ważniejsze od setek gadżetów. Jeśli chcecie włożyć coś w kopertę – pewnie, przyjmiemy. I na pewno wydamy na dziecko. Nie jest to jednak dla nas najważniejsze i nikogo z niczego nie będziemy rozliczać… no, może poza Waszą obecnością, na którą szczerze liczymy :) .

Siedem grzechów głównych blogerów parentingowych

Zakładając moje „Stożki”, nie sądziłam, że w ogóle ktoś poza mną będzie to czytał. Liczba wyświetleń jednak nie kłamie – naprawdę mam Czytelników! Sama również zaglądam do wielu z Was, posiadam swoje ulubione blogi – takie do porannej kawy, do głębszej refleksji albo obu jednocześnie. Pisałam o większości z nich w poprzednim poście. Ponieważ podobne witryny mnożą się jak grzyby po deszczu, trafiam czasem i na takie teksty, które wybitnie mnie irytują – najczęściej z tych samych powodów. Co więcej, sama nie jestem tu bez winy. Również czasami popełniam grzechy główne rodzicielskiego blogowania…

1. Udawanie eksperta od wszystkiego

Nie oszukujmy się – nasza blogerska wiedza o wychowaniu dzieci bierze się głównie z własnego (i to często pojedynczego!) doświadczenia, zaprzyjaźnionych blogów oraz innych czeluści Internetu, o wiele rzadziej z publikacji naukowych czy szerszej perspektywy, jaką daje np. praca w przedszkolu albo domu dziecka. Mimo tego czasem jesteśmy święcie przekonani, że znamy się na wszystkich aspektach rodzicielstwa – od jakości pieluch poszczególnych marek aż po najskuteczniejsze metody dyscyplinujące.

2. Generalizowanie

Punkt pierwszy bierze się stąd, że (często nieświadomie) rozszerzamy jednostkowe doświadczenia na ogół rodziców; ergo, jeżeli nasze dziecko nie toleruje mleka marki X, to zakładamy, że mleko X jest złe i szczerze odradzamy jego zakup. I odwrotnie – skoro nasza pociecha uwielbia zasypiać przy dźwiękach (załóżmy) Disco Polo, to polecamy Zenka Martyniuka jako panaceum na wszystkie problemy ze snem, dziecięcym i nie tylko. Wynika to oczywiście z dobrej woli: chcemy doradzić i ustrzec innych przed błędami, ale stąd już tylko krok do grzechu numer 3.

3. Pouczanie innych rodziców (i reszty świata)

Do napisania dzisiejszego tekstu skłoniło mnie przede wszystkim kilka linków do popularnych blogów, atakujących moją tablicę na Facebooku nagłówkami w stylu: „Nie rób tego swojemu dziecku!”, „Sprawdź, czy nie rujnujesz córce dzieciństwa!” etc. Pół biedy, kiedy po kliknięciu w taki tytuł trafia się na naprawdę wartościowy i/lub odkrywczy tekst (na przykład na temat tego, jak dziecko tonie – ostatnio poruszany przez wielu autorów, moim zdaniem słusznie). Gorzej, że często rzekomą krzywdą dla malucha okazuje się każda metoda wychowawcza, która nie pasuje autorce lub autorowi podlinkowanego wpisu. Niedawno zirytował mnie pewien post o tym, że dobre matki śpią ze swoimi dziećmi, a pozostałe są złe, bowiem zmuszają dziecko do przebywania samotnie w ciemnościach. Przyznaję, odebrałam to w pewien sposób personalnie. Księżniczka od pierwszej doby u nas usypia w swoim łóżeczku i nie widzę powodu, żeby to na siłę zmieniać. Do tej pory dwa razy obudziła się w nocy niespokojna i nie chciała zasnąć – wtedy oczywiście wzięliśmy ją do siebie bez żadnego „ale”. I będziemy to robić za każdym razem, kiedy zajdzie potrzeba. Nie uważam jednak, żebym robiła córce krzywdę, pozwalając jej spać samodzielnie, skoro ona nie ma nic przeciwko temu. Oczywiście jednak są blogerzy, którzy wiedzą lepiej, co jest dobre dla mojego dziecka. I żeby nie było: ja też pewnie mam na koncie takie teksty, chociaż staram się tego grzechu nie popełniać.

 4. Pochopne ocenianie

O, w tym to ja niestety jestem mistrzynią. Bardzo często wpisy na blogach (nie tylko moim) powstają pod wpływem impulsu, wywołanego jakąś jednostkową sytuacją. Ot, widzieliśmy gdzieś matkę krzyczącą na dziecko, więc napiszmy o tym, jak to dorośli wykorzystują swoją przewagę fizyczną i symboliczną, wrzeszcząc, zamiast rozmawiać i tłumaczyć. I oczywiście obsmarujmy tę matkę, a co tam. Nieważne, że kontekst spostrzeżonej sytuacji może być zupełnie inny, niż sobie wyobrażamy. Ocenianie efektu przychodzi nam świetnie, kto by się tam przejmował przyczyną. My przecież jesteśmy idealni, nie popełniamy błędów wychowawczych, więc niech to inni się martwią.

 5. Lokowanie produktu w każdym zdaniu

Nie mam nic przeciwko artykułom sponsorowanym, zawierającym np. recenzje jakichś gadżetów dla dzieci. Chętnie korzystam z doświadczeń innych blogerów, planując zakupy dla Księżniczki. Wiele z tych tekstów jest napisanych ciekawie, z humorem, dobrze się je czyta. Nawet trochę zazdroszczę autorom, bo też bym coś chętnie zrecenzowała, a nie wiem, jak się do tego zabrać. Problem zaczyna się wówczas, kiedy nazwa produktu (opatrzona milionem hashtagów i hiperlinków) pojawia się w każdym wersie. Mam na myśli wpisy w takim stylu:

Obudziłam się w puszystej i hipoalergicznej pościeli firmy Stary Baran #StaryBaran, #Pościel, #Kołdra, #Poduszka, #ZdrowySen, #BioEkoNatural, #WcaleNieŚmierdziZagrodą. Wstałam, wsunęłam stopy w ekstrasupermegahiperdupermiękkie kapcie z najnowszej kolekcji SeSeSe #SeSeSe, #Kapcie, #Miękko, #Wygodnie, #WymarzoneObuwie, #NieMamGrzybicyHurra. Podeszłam do synka, śpiącego w niebieskiej piżamce z Ą&Ę #Ą&Ę, #Piżama, #KidsCollection, #Instakid (koniecznie!), #BawełnaZPólElizejskichAlboZSamegoRaju i stwierdziłam, że czas sprawdzić stan jego super chłonnej ekstra miękkiej i niezastąpionej pieluszki, oczywiście tylko firmy Bamber #BamberSensitive, #Pieluszka, #Instababy, #Instakid (drugi raz nie zaszkodzi dla pewności), #Instaboy, #Siku, #Kupa, #Hashtag na wszelki wypadek.

Przecież przez to się nie da przebrnąć!!!

6. Brak dbałości o język

Wiadomo, że nie każdy musi być Mickiewiczem ani pisać pentametrem jambicznym. Nie mówię też o sporadycznych literówkach, nielicznych powtórzeniach czy drobnych potknięciach interpunkcyjnych, bo te zdarzają się każdemu, pewnie z szanow(a)nym prof. Miodkiem włącznie. Sporo jest jednak blogów, straszących ortografią porównywalną z dyktandem niezbyt pracowitego pierwszoklasisty i składnią na poziomie początkującego cudzoziemca, dopiero zgłębiającego tajniki polszczyzny. Mamy dzisiaj tyle pomocnych i łatwo dostępnych narzędzi (choćby zwykła autokorekta w Wordzie, o tradycyjnym słowniku nie mówiąc!), że językowe niechlujstwo świadczy moim zdaniem o braku szacunku do Czytelnika. Jego zresztą dotyczy także siódmy, ostatni grzech główny.

7. Nieliczenie się z Czytelnikiem

Zdradzę coś tym z Was, którzy nie prowadzą swoich blogów. O wiele łatwiej (co nie znaczy, że przyjemniej!) pisało mi się na początku, kiedy zaglądało tu tylko kilka osób poza mną. Pisałam, co chcę, w mniejszym stopniu myśląc o tym, co ktoś po drugiej stronie ekranu chce przeczytać. Teraz przed każdym postem zastanawiam się, co właściwie mam zamiar przekazać, w jakim celu i czy to w ogóle jest potrzebne. Pozwalam sobie również na osobiste historie lub dłuższe dygresje, zresztą bardzo lubię je czytać także u innych. Trudno jednak zachować równowagę pomiędzy byciem sobą, a byciem autorem. Niektórym blogerom ta sztuka kompletnie się nie udaje. Są tak bardzo przekonani o swoim geniuszu i własnej nieomylności, że piszą chaotycznie, nie na temat, stosują niezrozumiałe dla odbiorcy skróty myślowe albo nie biorą pod uwagę, że mogą kogoś nieświadomie urazić. Być może mój dzisiejszy tekst też jest tego przykładem, choć mam na myśli kwestię nieco odmienną. Ostatnio wyczytałam na jednym z blogów, że (wybaczcie, pominę kontekst, aby nie przedłużać – okoliczności tej wypowiedzi są nieistotne dla zrozumienia sedna sprawy) żony mogłyby wytykać mężom, iż zarabiają tylko „cztery tysie” na rękę i od roku nie dostali podwyżki. Wiecie… mieszkam w niewielkim mieście, w którym te „cztery tysie” na rękę to niedoścignione marzenie większości mieszkańców, bez względu na zawód, wykształcenie i doświadczenie. Po lekturze takiego tekstu mam wrażenie, że ktoś właśnie przyłożył mi w twarz.

Co o tym myślicie? Jestem otwarta na krytykę! :oops:

Co mi dało blogowanie?

Zaczęłam pisać post o grzechach głównych blogerów parentingowych (tak, tak, o swoich też). Właściwie już jest prawie gotowy, ale nie mam odwagi go opublikować; raz, że nikt nie lubi przyznawać się do błędów, dwa, że boję się, iż co niektórzy przestaną mnie czytać po jego lekturze. Odwlekam więc dokańczanie go, znajdując coraz to nowe tematy.

Okazją do zamieszczenia dzisiejszego tekstu jest fakt, że za dwa dni minie półtora roku istnienia tego bloga. Kiedy zaczynałam, nie przypuszczałam, że ktoś poza mną i garstką znajomych w ogóle będzie tu zaglądał, a już tym bardziej nie marzyłam, że zostanie na dłużej. Okazało się jednak, że dzięki moim Stożkom nie tylko ugruntowałam istniejące już znajomości, ale także zawarłam nowe, choć głównie wirtualne.

W związku z powyższym macie przed sobą post zawierający wielokrotne lokowanie produktu, ale niebędący w żaden sposób artykułem sponsorowanym :lol: . Chciałabym Wam przedstawić autorów innych blogów o podobnej tematyce, które okazały się dla mnie ważne i pomocne w drodze do adopcji, a także w początkach rodzicielstwa. Kolejność prawie przypadkowa ;-) .

1. PIKUŚ INCOGNITO – POGOTOWIE RODZINNE – CO TO TAKIEGO?

Blog Pikusia był pierwszym, na który trafiłam po rozpoczęciu przygody z adopcją. Jego autor wraz z żoną prowadzą pogotowie rodzinne, więc mają zawsze pełną chatę w dosłownym znaczeniu tego sformułowania. Pikuś szczegółowo opisuje perypetie kolejnych dzieci, którymi się opiekują – i czyni to z bardzo szerokiej perspektywy: nie tylko własnej, ale również rodziców biologicznych i adopcyjnych. Polecam tę witrynę wszystkim, którzy myślą o przysposobieniu lub o zostaniu rodziną zastępczą. Naprawdę otwiera oczy! A przy tym teksty pisane są z humorem, polotem i nierzadko… ułańską fantazją!

2. KAROLINA – NASZE BĄBELKOWO

Pozycja obowiązkowa (znaczy się blog, nie Karolina…) dla rodziców, moim zdaniem nie tylko adopcyjnych. Mama Bąbla jest osobą o artystycznej duszy, niesamowicie wrażliwą (nie mylić z przewrażliwioną), kreatywną i… rozpoznawalną w blogosferze. Opisuje blaski i cienie (chociaż głównie blaski) życia rodzinnego z adoptowanym synkiem. Recenzuje również różne produkty dla dzieci, dzięki czemu świeżo upieczeni rodzice mogą poznać wady i zalety rozmaitych gadżetów, przydatnych bądź nie w codziennych zmaganiach z pociechami.

3. IZZY – NASZ MAŁY ŚWIATEK

Piszę tu o niej, bo mi kazała. Nie no, żartuję oczywiście. Po prostu wczoraj rozmawiałyśmy na temat promowania naszych blogów i tak jakoś wyszło  8-) . A tak już całkiem poważnie – Izzy jest mamą dwóch adoptowanych córeczek o anielskiej urodzie i małych diabełkach za skórą, czyli dzieci niemal idealnych. Poza tym jest też osobą, z którą aż chce się zaprzyjaźnić: kontaktową i mającą bardzo racjonalne (jeśli wolno mi ocenić) podejście do rodzicielstwa. Zaglądam na jej blog, bo… jeju, od czego by tu zacząć? O, wiem. Bo w przejrzysty i zrozumiały sposób opisuje swoje matczyne doświadczenia, oszczędzając dzięki temu choć trochę stresu tym, którzy dopiero podążają jej śladem. I jeszcze dlatego, że w wielu kwestiach się z nią zgadzam, dzięki czemu łatwo mi się utożsamić z jej podejściem. I w ogóle fajnie pisze.

4. MAMA i TATA TYGRYSA – TYGRYS i MY

Tygrys jest adoptowanym szczęściem swoich rodziców, mającym obecnie niecałe cztery latka. Mama i Tata razem prowadzą blog (choć niekoniecznie w równych proporcjach), na którym oprócz tygrysich przygód recenzują książki dla dzieci i dzielą się doświadczeniami z budowy domu. Zamieszczane przez nich teksty są pełne takiego ciepła i serdeczności, że aż chce się do nich przytulić (do rodziców, nie tekstów… chociaż…?).

5. LITERMATKA – OD ŚRODKA

Autorka tego bloga przez dłuższy czas milczała, ale zachęcam do pogrzebania w archiwum. Na stałe mieszka w Wielkiej Brytanii i tam też zostali z mężem adopcyjnymi rodzicami. Warto poczytać, jak wygląda przysposobienie na Wyspach i jak się żyje polskiej rodzinie za granicą. Poprzednie zdanie brzmi może banalnie, ale pełen niesamowitego humoru język bloga Litermatki sprawia, że każdy wpis czyta się jak rozdział pasjonującej powieści!

6. BEATA – CZARODZIEJ NASZ

Beata została mamą adopcyjną… trzy razy. I to powinno wystarczyć za najlepszą rekomendację. Polecam jej blog każdemu, kto myśli o przysposobieniu drugiego dziecka, bo bardzo szczegółowo opisuje przezwyciężanie przeróżnych trudności – zarówno tych formalnych, jak i emocjonalnych.

7. HEPHALUMP – PRZYSPOSOBIENIE DO ŻYCIA

Hephalumpa pokochałam bezkrytycznie za sam nick – ale o tym, że jestem fanką Kubusia Puchatka, to już pewnie wiecie. Jako blogujący tata jest w mniejszości wśród całej rzeszy matek-blogerek, co czyni jego stronę jeszcze bardziej wartościową. Wraz z żoną przysposobili dwie starsze dziewczynki. „Przysposobienie do życia” to wciąż rosnący zbiór wartościowych tekstów o budowaniu więzi, ale także o samym procesie adopcji, który nie zawsze w naszym kraju wygląda różowo. Hephalump jest też wnikliwym i krytycznym komentatorem, za co bardzo go cenię.

8. T.VIK – PRAGNIENIE DZIECKA

Podtytuł bloga brzmi: „Historia blisko dwudziestoletnich starań o dziecko” i to w zasadzie mogłoby zastąpić dalszy opis. Autor – człowiek doświadczony i mądry życiowo – porusza tematy trudne i bolesne, ale dzieli się również radościami związanymi z rodzicielstwem. Wpisów jest bardzo dużo, ale polecam przeczytać od deski do deski. Naprawdę warto.

9. UCZUCIOWA – UCZUCIA NIECHCIANE

Teraz to już w większości chciane, prawda, Uczuciowa? Blog jest wzruszającym pamiętnikiem kobiety pragnącej zostać matką, opisującej wzloty i upadki w nierównej – ale w końcu wygranej – walce z niepłodnością. Jeżeli czytają to osoby starające się o dziecko biologiczne, to bloga uczuciowej nie wypada pominąć. Podtrzymuje na duchu, daje nadzieję, ale i uprzedza, że nie zawsze będzie łatwo.

10. AHAJA – TATAMARA

Blog Ahai jest moim najnowszym odkryciem, chociaż chyba nie powinnam się do tego przyznawać, gdyż ona zagląda do mnie już od dłuższego czasu. Zaczęłam czytać niedawno i wsiąkłam, bo chociaż pochodzimy z innych bajek (m.in. dlatego, że ona jest potrójną mamą biologiczną), to uwielbiam takie lekkie, sarkastyczne poczucie humoru, jakim przesiąknięte są jej wpisy. Wszystko jedno, czy pisze o szkolnej wywiadówce, czy o awarii odkurzacza (tu akurat mamy taką wspólnotę doświadczeń, że ho ho!), robi to w taki sposób, że można boki zrywać.

11. PAULINA - DOKĄD TUPTA NOCĄ JEŻ?

Mea culpa! Nie napisałam wczoraj o blogu Pauliny, a przecież także na niego zaglądam! Autorka jest krok za mną w adopcyjnej procedurze – od kilku miesięcy czeka na ten najważniejszy w życiu telefon. Z wdziękiem i optymizmem opisuje życie rodzinne i przygotowania do przyjęcia nowego członka rodziny. A jak ślicznie urządzili z mężem pokoik dziecięcy! Zresztą… sami zobaczcie :)

Zaglądam również na inne blogi, także te niezwiązane z rodzicielstwem, ale o nich innym razem… Będzie mi miło, jeżeli podzielicie się w komentarzach informacją, dokąd Wy najczęściej zaglądacie :oops: . I wiecie co? Dziękuję, że jesteście!