Kto dostał belfrzego rozumu, a kto się stoi w belfrze piórka

Wczorajszy Dzień Edukacji Narodowej skłonił mnie – choć to mało oryginalne – do przemyśleń na temat nauczycieli, których spotkałam na swojej drodze, jeszcze po tej drugiej stronie biurka.

Uważam, że miałam szczęście do kadry pedagogicznej. Oczywiście nie całej, zdarzali się przecież i tacy, którzy w szkole znaleźli się chyba przez przypadek i nie wiedzieli, jak z tego wybrnąć. Może przyszli tam na przykład naprawiać kaloryfery, zaś chwacki dyrektor postawił ich za katedrą i kazał nauczać fizyki albo innej biologii, a że głupio im było odmówić, to zostali? W każdym razie trafiłam też na edukatorów z powołania, a wśród nich na przynajmniej troje prawdziwych mistrzów, przed którymi chylę czoła i którym nieudolnie próbuję dorównać. To dzięki nim jestem tym, kim jestem, nie tylko pod względem zawodowym. Obiecuję poświęcić im kiedyś osobny wpis, ale póki co celowo się z tym wstrzymuję – w swoim czasie wyjaśnię, dlaczego.

Rocznica powstania KEN, zwana potocznie (a fuj!) Dniem Nauczyciela, kojarzy mi się jakoś tak patetycznie, ze sztucznymi uśmiechami, niepotrzebnymi kwiatkami i wypominaniem pedagogom przez media luksusowych warunków pracy. Czarę goryczy przepełniają ulotki z supermarketów, krzyczące o powinności (sic!) złożenia pedagogom życzeń, ma się rozumieć z materialnym bonusem w postaci P(ta)siego Mleczka, wiązanki różyczek za 7,99 albo długopisu z promocji 3 w cenie 2, żeby od razu obskoczyć wychowawcę, dyrektora i profilaktycznie tę wredną matematyczkę. Wybaczcie sarkazm, ja po prostu walczę  z wiatrakami z panującym wśród niektórych przekonaniem, że z racji samej profesji coś nam się od uczniów należy. Wolę (po stokroć!) szczere słowo „dziękuję” od wymuszonych kwiatków i czekoladek.

Dzisiaj chcę z tym patosem zerwać choć na chwilę, dlatego przedstawię krótkie szkice kilkorga belfrów z przymrużeniem oka… chociaż po głębszym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że w niektórych przypadkach żadne krzywe zwierciadło nie jest konieczne do uzyskania karykatury.

MIEJSCE TRZECIE

„Wszystkie zwierzęta są równe, ale świnie są równiejsze” – zauważył swego czasu Orwell ustami ryjkami bohaterów znanej książki. Wiem z pedagogicznego doświadczenia, że często bardzo trudno jest zachować obiektywizm. Nie zawsze dysponujemy pełnym obrazem sytuacji, czasem z przyzwyczajenia przypisujemy uczniom określone zachowania, które niekoniecznie muszą występować w rzeczywistości. Ostatnie miejsce na belferskim antypodium zajmuje ex aequo troje pedagogów, którzy wykazali się powalającym wręcz subiektywizmem w ocenianiu podopiecznych.

1.      Nic nie umiesz, ale twoja siostra pięć lat temu umiała, więc stawiam bardzo dobry.

Pewna podstarzała nauczycielka z mojej podstawówki miała świetną pamięć do nazwisk i bardzo dobrze orientowała się w koligacjach rodzinnych uczniów kolejnych klas. Wystarczyło, że jedna Nowakówna okazała się wybitnie zdolna z jej przedmiotu, aby całe młodsze rodzeństwo grzało się w blasku chwały starszej siostry. W dodatku rzeczona belferka nie trudziła się zapamiętywaniem imion, więc jeżeli wspomniana Nowakówna nosiła imię Basia, to wszystkie młodsze siostry również były przez nią nazywane Basiami. Genialne w swej prostocie, czyż nie?

2.      Zdolny to zdolny, co z tego, że leniwy?

Na ocenę niedostateczną zasługuje uczeń, który:

a)      Podczas 30-stopniowego upału przyszedł do szkoły w krótkich spodniach

czy

b)      Nie przeczytał zadanej lektury ani nawet jej streszczenia?

Oczywiście, że prawidłowa jest odpowiedź „a”! W końcu pierwszy z wymienionych to tylko ten gburowaty Rafał, w dodatku niezbyt lotny i w ogóle siadaj, pała! Drugi to co innego, bo to przecież Michałek, uroczy i zdolny, jedynie trochę leniwy jak widać. Pikanterii sytuacji dodaje dialog pomiędzy Michałkiem a panią profesor, która zdążyła właśnie całej klasie wstawić jedynki za nieznajomość lektury, zapowiedzianej zaledwie dzień wcześniej i niedostępnej w żadnej bibliotece (o ebookach nikt jeszcze nawet nie marzył). Michałka nauczycielka zostawiła sobie na deser, a rozmowa wyglądała tak:

- Michale, czy ty przeczytałeś lekturę? (doprawdy trudne pytanie, zwłaszcza że jego poprzednicy musieli odpowiadać, jakiego koloru kwiaty stały na stole u drugoplanowego bohatera)

- Nie, he he, no skądże, he he… ale dla pani profesor mogę zaryzykować odpowiedź na każde pytanie!
- Oj, Michale, jakiś ty dowcipny, lubię ten twój pazur.

Koniec dialogu, Michałek jedynki nie dostał.

 

3.      Są plusy dodatnie i plusy ujemne.

Tym razem sytuacja z uczelni. Pamiętacie z wpisu o Puchatku „Sowę Przemądrzałą”, która kazała studentom przeczytać nieistniejącą książkę? Na zajęciach stawiała nam plusy za aktywność jak w podstawówce. Pod koniec semestru zakomunikowała, że osoby z największą liczbą plusów zostaną zwolnione z egzaminu z oceną bardzo dobrą. Takie indywidua były cztery: Matylda, Agata, Anka i ja. Pani doktor wyczytała, że wszystkie mamy po dziewięć plusów, ale z testu zwolni tylko Matyldę i Agatę, bo tak. Po zajęciach poszłyśmy z Anką dopytać, o co chodzi. Usłyszałyśmy, że są plusy większe i mniejsze, a my niestety mamy te mniejsze, więc sorry, Batory; a w ogóle to jej system oceniania jest sprawiedliwy i właściwy, bo jest jej. Po serii pytań (głównie bardziej asertywnej Anki) wykładowczyni łaskawie zgodziła się wpisać nam 4,5 bez konieczności przystępowania do egzaminu. Ustaliłyśmy z nią, że Anka weźmie indeksy od całej czwórki i przyjdzie po wpis.  Owego sądnego dnia odebrałam od Anki telefon: „Houston, we have a problem! Pani doktor jest oburzona, że ty, Agata ani Matylda nie stawiłyście się na egzaminie. Chciała wam wpisać dwóje, ale zagadałam i w końcu obniżyła wam tylko oceny o pół stopnia”. Na początku żałowałam, że zabiegałam o to zwolnienie, bo w sumie przedmiot nie był trudny, mogłam powalczyć o piątkę. Potem jednak okazało się, że 70% roku nie zdało… bo tak. Widocznie też mieli mniejsze plusy.

MIEJSCE DRUGIE

Bardzo państwa przepraszam!

W przeciwieństwie do poprzedników srebrny medalista mojego rankingu jest bardzo sympatyczny. Bardzo, bardzo, bardzo sympatyczny! I bardzo, bardzo, bardzo niepozorny. Jego charakterystykę dedykuję J. – zakładam, że już zgadła, o kogo chodzi. Pozostałym Czytelnikom spieszę z wyjaśnieniem: wykładowca akademicki, jak najbardziej kompetentny i podobno mający szczęście do pięknych kobiet, jednak za czasów naszych studiów mieszkający jeszcze z matką. Co zatem robi w dzisiejszym zestawieniu? Przeprasza! Jego zajęcia, choć merytorycznie prowadzone doskonale, przeplatane były licznymi komunikatami w stylu: „Panie Krzysztofie, bardzo przepraszam, ale naprawdę nie mogę panu zaliczyć tego kolokwium. Uzyskał pan zero punktów na dwadzieścia, przepraszam!” albo „Przepraszam państwa, czy ja poprzednio mówiłem, czym będziemy się dzisiaj zajmowali? Jeżeli nie, to najmocniej przepraszam!”. Żeby nie było – prócz „przepraszam” znał też inne magiczne słowa. Podając mu indeks do wpisu po zdanym egzaminie, usłyszałam: „Uprzejmie pani dziękuję, że przeczytała pani moją publikację i odwołała się pani do niej w swojej pracy”. Prawdziwą truskawkę na torcie (jak mawia złotousty Tomasz Hajto) stanowiła jednak sytuacja, mająca miejsce około dwóch lat po zakończeniu zajęć z bohaterem tej historii. Czwarty albo piąty (?) rok studiów, wykład z dydaktyki. Siedzimy w największej jedynej auli na wydziale, słuchamy wykładowczyni. Nagle otwierają się drzwi, wchodzi właśnie ów doktor Ch. Staje obok katedry, rozgląda się… audytorium zamiera w ciszy… doktor ogarnia salę wzrokiem raz jeszcze, po czym mówi: „Przepraszam!” i po cichutku wychodzi, chociaż niepotrzebnie, bo salwa śmiechu przyszłych magistrów skutecznie zakłóca nawet skrzypienie klamki. Właściwie na tym mogłabym zakończyć, ale dodam jeszcze, że razem z U. doszłyśmy do wniosku, iż nasz wykładowca przeprosił już okno, drzwi i krzesła w swoim gabinecie, aż w końcu postanowił wyjść do ludzi. Efekt tej karkołomnej eskapady jak wyżej.

AND THE WINNER IS…

Dowcip, przy którym Monty Python to pikuś!

Pani magister Sz. prowadziła zajęcia na moich studiach. Jedne z tych „zapchaj-dziur”, które nie służą do niczego poza zapełnianiem rubryk w indeksie. Wyglądała jak dobrotliwa babcia, taka niemal z kreskówki. Trudno powiedzieć, ile naprawdę liczyła sobie wiosen. Być może wcale nie była stara, a lat dodawał jej włóczkowy sweter i dziergana na drutach długa spódnica. Na każde konwersatoria przychodziła ubrana identycznie. Podejrzewaliśmy, że jej garderoba jest równie urozmaicona jak zawartość szafy Batmana:

Całości wizerunku dopełniał beznamiętny, zmęczony i melancholijny ton głosu. Brzmiał tak, że już po kwadransie słuchania go studenci szczegółowo badali wzrokiem sufit w poszukiwaniu jakiegokolwiek ratunku, który niestety nigdy nie nadszedł. Pewnego dnia pani magister postanowiła jednak nas zadziwić. W trakcie zajęć zaproponowała nieśmiało:

- Chciałabym opowiedzieć państwu, hi hi, dowcip. Tylko nie wiem, hi hi, czy mnie tutaj tak wypada…

Bardzo chętnie wyjawiłabym Wam, cóż takiego naprowadziło wykładowczynię na ten trop i skłoniło ją do tak niezwykłego czynu. Niestety nie potrafię, ponieważ przestałam jej słuchać jakieś pół godziny wcześniej, podobnie jak cała reszta grupy. Słowo „dowcip” w jej ustach wraz z nerwowym pohihiwaniem sprowadziły nas jednak natychmiast z różnych wzniosłych marzeń na ziemię, znaczy na obżarte linoleum, a dokładniej na stojące na nim krzesła. Po gorącej i pełnej niedowierzania zachęcie z naszej strony prowadząca w końcu wydusiła z siebie:

- Proszę państwa, mieszkam przy ulicy X. I tam jest niedaleko klub studencki, być może państwu nieobcy. Wieczorem bawi się w nim młodzież akademicka, a potem z niego wychodzi i bardzo hałasuje po nocach… hi hi. I takie różne rzeczy mówi, nie zawsze cenzuralne… no, wiedzą państwo, hi hi. Koniec dowcipu.

No właśnie, moi drodzy. Koniec dowcipu. Czekam na Wasze szkolne wspomnienia!

Dzień z życia matki pracującej

Trzynasty piątek ma to do siebie, że nie zawsze wypada trzynastego. Ani w piątek. Mnie się na przykład przydarzył w ostatnią niedzielę.

Zaczęło się od tego, że Księżniczka zapomniała obudzić mnie do pracy. Nie to, że zaspałam, czy coś. Mój telefon zagrał Marsz Imperialny dokładnie o czasie. Rzecz w tym, że już dawno przywykłam do wcześniejszych pobudek za sprawą córy, budzik był tylko jak szelki przy spodniach – na SZELKI wypadek. A ów zdarzył się właśnie wczorajszego ranka.

Wyskoczyłam więc z łóżka z radosnym „cholera, miałam umyć głowę!” na ustach i pognałam pod kran… nie myć włosy, rzecz jasna, tylko grzać wodę na Księżniczkowe mleko. Potem gdzieś pomiędzy zakładaniem rajstop a malowaniem rzęs upewniłam się jeszcze, że P. już wstał, żeby zająć się małą i pognałam do szkoły. Piechotą, coby się z rana trochę dotlenić. Jakoś w połowie drogi dotarło do mnie, że owszem, dziecku zrobiłam śniadanie, ale sobie jakimś cudem nie. Wpadłam więc w biegu do mijanej Żabki, myśląc przy okazji, że ja to mam jednak bajkowe życie – w domu księżniczka, za domem żabka, w pracy cała gromada chochlików (a i ogry by się znalazły), tylko mój rumak trochę nie teges, ale może dlatego, że w Dieslu.

Pierwsza lekcja płynęła jak krew z nosa, połowa grupy nie przyszła, druga mentalnie była jeszcze na sobotniej imprezie za miastem. Znudzona monologowaniem do prawie pustej sali i obsypana białym pyłem niczym piekarz albo początkujący dealer kokainy postanowiłam w czasie przerwy skonsumować moje kupione przed godziną „śniadanie”, złożone z wody mineralnej i paczuszki wafelków ryżowych z czekoladą. Chrupnęłam z lubością pierwszy kęs i dokładnie w tym momencie dosiadła się do mnie Marlena. Znacie tę nauczycielską przypadłość, zwaną w skrócie „zawsze-mam-rację-i-muszę-objawić-ją-całemu-światu”? Prawie wszyscy w tym zawodzie na to cierpimy, ale Marlena jest już w IV (nieuleczalnym) stadium, z ostrymi przerzutami na otoczenie. Od początku taksowała wzrokiem mój posiłek, ale wytrzymała w ten sposób tylko kilka sekund.

- Och, Lady Makbet, ty pewnie nie wiesz, jakie to jest niezdrowe, prawda?

Przełknęłam powoli odgryziony kawałek, łudząc się naiwnie, że koleżanka ma na myśli pracę  w niedzielę o ósmej rano, ale nie…

- No niestety, moja droga, niestety. Ja rozumiem, że to jest smaczne, ale ty nie powinnaś tego jeść.

Zabrzmiało co najmniej tak, jak gdybym ważyła 150 kg i w dodatku miała zaawansowaną cukrzycę, a do tego wcinała chrupki, przy których produkcji ucierpiały minimum ze cztery pandy albo przedstawiciele innych zagrożonych gatunków. Marlena niezrażona kontynuowała:

- Nie przejmuj się, też kiedyś sądziłam, że one mają jakieś wartości odżywcze. Dopiero lekarz z Kliniki XYZ mi powiedział, że to śmierć dla organizmu!

- Dziękuję za troskę, ale wiesz… ja i bez lekarza potrafię przeczytać skład wafli ryżowych w polewie czy tam bez. O, zobacz: „ryż brązowy, czekolada deserowa, w tym: cukier, tłuszcz kaka…”

- No to ja nie rozumiem! – wtrąciła zdegustowana – Jesteś świadoma, że to świństwo i mimo tego się trujesz? Równie dobrze mogłabyś palić papierosy!

Mogłabym… – pomyślałam – przynajmniej miałabym pretekst, żeby zakończyć tę dyskusję i jak najszybciej stąd wyjść. W tym momencie mój wzrok padł na dyndający z wieszaczka klucz od pracowniczej toalety, z której natychmiast postanowiłam skorzystać. Niedojedzone wafelki (razem z cukrem, tłuszczem kakaowym, lecytyną sojową i innymi witaminami) zostawiłam na później, kiedy akurat Marleny nie będzie w pobliżu. Chwała niebiosom, że nie widziała, jak dosypuję sobie do kawy (o zgrozo, rozpuszczalnej!) śmietankę w proszku…

Dalsze lekcje minęły całkiem przyjemnie i prędko, aż w końcu pozostało tylko odłożyć książki, założyć kurtkę i można było wracać do domku. Wspominałam, iż przyszłam pieszo, prawda? A pisałam, że bez parasolki? Nie? No, to już wiecie. I jak się słusznie domyślacie, gdy wracałam, lało jak z cebra. W dodatku niosłam prezent dla Księżniczki. Kilka miesięcy temu pomagałam córce znajomej w przygotowaniach do matury. Nie wzięłam od niej pieniędzy, więc wcisnęła mi dla małej sporych rozmiarów pluszowego słonia… w ślicznej, ekologicznej, papierowej torbie. Nawet bardzo ekologicznej, bo w deszczu rozłożyła się w półtorej minuty. W ręku zostały mi tylko kartonowe uszy, no i ten słoń (znaczy słoń też miał uszy, ale pluszowe i na swoim miejscu). I tyle dobrego, że to był słoń, bo słonie lubią się taplać. Taki kot na przykład miałby bardziej przechlapane i to dosłownie. W mieszkaniu znaleźliśmy się więc przemoczeni do suchej nitki. Okazało się, że nie tylko my, bo rozszczelniła się rura pod zlewem i zastałam P. walczącego z kopą zalanych ścierek.

Księżniczka fikała radośnie na dywanie, najwyraźniej pływająca kuchnia i przedpokój nie zrobiły na niej wrażenia. Na szczęście na sąsiadach z dołu też nie, czyli tatuś w porę uratował sytuację. Ku mojej radości popołudnie minęło już bez większych atrakcji. No, może z wyjątkiem tego, że córci wychodzą dwa ząbki, w związku z powyższym wkłada sobie do buzi wszystko, co się nada… a jeszcze chętniej to, co się nie nada. Oznacza to mniej więcej tyle, że moja komunikacja z P. weszła na poziom znany chyba wszystkim rodzicom maluchów:

P: Jaki film chciałabyś wieczorem obejrzeć?

Ja: Nie jedz dywanu!

P: Tego nie znam, a coś innego?

Ja: Jakąś komedię? Na przykład… Kochanie, zostaw to krzesło! Ech, nie wiem, a co mam do wyboru?

P: Czekaj, sprawdzę… Księżniczko, tylko nie kapcie!

I tak dalej…

Jak widać, niedzielny repertuar był bardzo ciekawy. I to nie tylko ten filmowy. A jak Wam minął weekend?

Pół życia pożycia

Nasze dziecko zostanie inżynierem. Na bank. Przyłapaliśmy ją już na rozkręcaniu zaworu grzejnika, włączaniu i wyłączaniu Playstation, rozmontowywaniu listew podłogowych i testowaniu zawiasów bramki bezpieczeństwa w drzwiach swojego pokoju. Ze wszystkich zabawek najbardziej lubi wózek dla lalek, a dokładniej jego kółka, które skręca, toczy i obraca na wszystkie sposoby. Teraz, kiedy piszę, leży przede mną na podłodze i bawi się kółkami krzesła obrotowego, które dopadła zaraz po tym, jak rozłożyła na części pierwsze całą matę puzzlową (24 elementy). Przypominam, że ma 7 miesięcy. Na roczek dostanie chyba Lego Technics… albo nie, po co się szczypać, lepiej od razu skrzynkę z narzędziami i kilka desek, żeby meble i ściany nie ucierpiały w wyniku przeprowadzanych przez nią prób i doświadczeń.

Mgr inż. Księżniczka (Izzy, jeżeli Twoja E. może być Księżniczką Przedszkolaczkiem, to moja może być Księżniczką Inżynierem, czyż nie?) jest jednak tylko wisienką na torcie podczas jutrzejszego przyjęcia – i to niemal dosłownie.

W czym rzecz? Otóż jutro P. i mnie stuknie kolejna rocznica związku i pomimo tego, że nie jest okrągła, to jednak bardzo ważna. Z moich wyliczeń (skomplikowanych niczym równania Sheldona Coopera z „Teorii wielkiego podrywu”, nie myślcie sobie!) wynika, że mój małżonek i ja stanowimy parę równo przez pół naszego życia! Powiem Wam, że brzmi to dla mnie jak jakaś totalna, kosmiczna abstrakcja. Doskonale pamiętam czasy „sprzed P.” i wcale nie wydaje mi się, żeby to było jakoś strasznie dawno. A tu się okazuje, że za chwilę będziemy mieć na koncie więcej czasu spędzonego razem niż osobno.

Jeśli czytaliście historię naszego poznania się, to wiecie, że można ją uznać za romantyczną. Natomiast początek naszego związku nie był ani oryginalny, ani wzruszający. Trudno z niego zrobić ciekawą opowieść, ale spróbuję.

Nadchodziły wakacje. Myśl o nich niezbyt mnie cieszyła. Miałam złamane serce… zostałam podle potraktowana przez chłopaka, którego – jak mi się wówczas wydawało – kochałam. Z P. łączyły mnie wtedy relacje przyjacielskie, chociaż nie wiem, czy to jest dobre określenie. Wiedziałam, że nie jestem mu obojętna, zresztą ja też darzyłam go uczuciem, którego chyba w tamtym czasie po prostu nie chciałam nazywać. Życie (zwłaszcza nastolatka) bywa pokrętne, więc stanęło na tym, że leczyłam rany po byłym (nazwijmy go X.), a P. zaczął się spotykać z naszą wspólną koleżanką. Ich związek od początku nie był udany, ale to temat na odcinek „Trudnych spraw”, a nie na Stożki ;) .

Stopniowo zaczęliśmy się do siebie zbliżać, mimo że uparcie się tego wypierałam. P. był ministrantem, w niedzielę zawsze służył na mszy młodzieżowej, na którą też chodziłam. Wspólne spacery po wyjściu z kościoła stawały się naszą tradycją. Nie umknęło to oczywiście uwadze moich przyjaciółek, zwłaszcza C., która chyba jako pierwsza przewidziała finał tej historii. Pisywaliśmy do siebie listy, rozmawialiśmy godzinami przez telefon. P. rozstał się ze swoją dziewczyną. Wszystko wskazywało na to, że się zejdziemy.

Pod koniec wakacji dostałam list od X. Przepraszał, żałował, obiecywał, chciał się spotkać. Niejednej dorosłej kobiecie takie słowa przewróciłyby w głowie, a co dopiero licealistce. Zgodziłam się na jego przyjazd, ale ku własnemu zaskoczeniu wyszłam z tej pseudorandki silniejsza. Postanowiłam, że nie będę marnować młodości dla faceta, który sam nie wie, czego chce. X. pisywał do mnie jeszcze przez jakiś czas, potem kontakt nam się urwał. Dziś ma żonę i dzieci, chyba jest szczęśliwy… rozmawiałam z nim nawet ostatnio przez chwilę, głównie o sprawach zawodowych. Niech mu się wiedzie.

Od czasu tego spotkania z X. miałam już pewność, z kim chcę się związać… tylko nie umiałam tego odpowiednio rozegrać. Wiedziałam, że P. czeka na sygnał ode mnie, mówił mi to wprost. No ale jak to? Tak paść facetowi w ramiona i powiedzieć „chciałeś, to masz?”. Nieee, co to, to nie ja. Zrobiłam więc to, co każda szanująca się nastolatka, czyli zwierzyłam się ze swoich wątpliwości przyjaciółce. E. odparła, że upadłam na głowę. Nie przepadała wówczas za P. i chyba nie była pewna, czy wyleczyłam się z X. (Tak sobie właśnie czytam te moje wypociny i mam wrażenie, że brzmią trochę jak list do „Bravo”… no niestety, wiele rzeczy potrafię, ale za Chiny Ludowe nie zmienię tego, kim byłam pół życia temu). Zostałam więc z mętlikiem w głowie i jeszcze większymi wątpliwościami.

Pewnej październikowej niedzieli P. siedział u mnie w pokoju, jak zwykle na podłodze. W ogóle wszyscy u mnie siadali na podłodze, co nawet miało swój specyficzny klimat. Rozmowa jakoś się nie kleiła. W pewnym momencie, chyba dla rozładowania atmosfery, mój gość sobie ze mnie zażartował – ot, jakiś koleżeński docinek, już nie pamiętam, co to było. Postanowiłam wykorzystać moment… i powiedziałam, że ma uważać, jak się zwraca do swojej dziewczyny.

I już. Złapał mnie za rękę i tak zostało, a kilka lat później wziął sobie tę rękę i całą resztę na dobre. Oczywiście nie zawsze było różowo czy tam błękitno w jednorożce, bez przesady. Uczniowie podpytują czasami, czy mój mąż mnie denerwuje. Odpowiadam, że osiem razy dziennie, a w weekendy to nawet dwanaście. I pewnie vice versa. Bywa, iż mam go szczerze dosyć, ale nigdy naprawdę nie żałowałam decyzji, której rocznicę będziemy jutro świętować. Nikt nie zna mnie tak dobrze, jak on. Czasem się zastanawiam, czy umiałabym do tego stopnia otworzyć się przed kimkolwiek innym i dochodzę do wniosku, że nie.

Nie da się w jednym wpisie zawrzeć tego, co razem przeżyliśmy… Wspólne podróże, przeprowadzki i starania o dziecko to tylko część doświadczeń. Zwieńczeniem tej współdzielonej połowy życia okazała się Księżniczka, która w trakcie pisania tego tekstu zdążyła się już wybawić i wyspać. Przed chwilą ściągnęła sobie śpioszki i właśnie zaczyna domagać się jedzenia, więc kończę.

Następne kilkanaście lat mojego związku z P. zapowiada się jak widać równie emocjonująco :) .

Niech mi ktoś zrobi sztuczne odpoczywanie i inne rzeczy, które Tygrysy lubią najbardziej

Jeżeli Prosiaczka nie ma tu, to z całą pewnością jest gdzie indziej! – oznajmił Puchatek Tygryskowi podczas poszukiwań przyjaciela.

Tę i inne Kubusiowe mądrości powtarzam bardzo często w różnych codziennych sytuacjach. W pewnym sensie od najmłodszych lat wychowywałam się w lesie – zanim trafiłam do prawdziwego z harcerzami, to wirtualnie dorastałam w Stumilowym. Zarówno książka, jak i kreskówka kojarzą mi się z moim tatą, bowiem to z nim przeżywałam przygody misia i jego bandy. Poprzez analogię do postaw bohaterów ojciec tłumaczył mi rozmaite ludzkie zachowania.

I tak moja mama, która łatwo się wzruszała, zakrywała oczy podczas krwawych scen w filmach i była okropnym zmarzluchem, została przechrzczona na Prosiaczka. Dziadek, słynący w rodzinie z wiecznego niezadowolenia, pedantyzmu i skłonności do pouczania innych, nabył miana Królika. Ja oczywiście funkcjonowałam jako Maleństwo, choć od początku bardziej identyfikowałam się z Tygryskiem… chociaż nie, Tygrysek chyba najpierw przypominał mi mojego tatę: nigdy nie tracił dobrego humoru ani pewności siebie i zawsze znajdował wyjście z trudnych sytuacji.

Ogromną sympatią – Bóg jeden raczy wiedzieć, dlaczego – darzyłam też Gofera (na logikę, czemu nie Gofra???). Może dlatego, że fajnie świszczał i uroczo się jąkał… albo sama miałam jakieś ukryte piromańskie fantazje, kto wie. Ogólnie świstaki kojarzyły mi się pozytywnie nie tylko dzięki bohaterowi Puchatka; lubiłam także słynny film z Billem Murrayem i jeszcze słynniejszą reklamę Milki o zawijaniu w sreberka… a potem w sklepach pojawiły się te wnerwiające maskotki, które świszczały przy każdym otwarciu drzwi przez klienta i czar prysł. Ale to tak na marginesie, bo o reklamach popełnię kiedyś inny wpis.

Wyrosłam zatem na Puchatkowej filozofii, którą zresztą przekładałam na swój stosunek do świata. Wiedziały o tym chociażby moje harcerki, od których raz po raz dostawałam jakieś gadżety z Tygryskiem. Zrobiła się z nich całkiem pokaźna kolekcja i gdyby nie utonęła, to zapewne zdobiłaby dzisiaj pokój Księżniczki. Pamiątek już nie mam, ale złote myśli zostały. Pozwólcie, że podzielę się z Wami moimi ulubionymi (czyli takimi, które, mówiąc może nieco na wyrost, opisują różne aspekty mojego życia i mnie samą).

Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej tam Prosiaczka nie było.

No i powiedzcie tylko, drogie Czytelniczki, że to nie przypomina faceta szukającego plastra w apteczce/serka w lodówce/skarpetek w szufladzie…? Im bardziej zagląda, tym bardziej tego nie ma, a potem przychodzi żona i w ciągu sekundy z wymownym wyrazem twarzy wyciąga tego królika z kapelusza czy tam inny dokument z teczki.

Miałem zamiar zmienić koszulkę, ale zmieniłem zamiar.

O, a to z kolei jest typowo kobiece, czyż nie? I tak bardzo przypomina moje ubieranie się do pracy, że prawie czuję się podglądana przez zdobiące pokój pluszaki. Znaczy, ekhm, nie to, że nie zmieniam koszulek… tylko szykuję sobie coś do założenia, a potem właśnie zmieniam zamiar. I żeby to raz…

– A ty jak się masz? – spytał Puchatek.

– Nie bardzo się mam – odpowiedział Kłapouchy. – Już nie pamiętam czasów, żebym jakoś się miał.

O to, to! I tak co miesiąc, if you know what I mean.

Nie zdziwiłbym się wcale – mówił Kłapouchy – gdyby jutro spadł grad, gdyby rozszalała się zamieć i licho wie co. To, że dziś jest ładnie, to jeszcze nic nie znaczy. Z tego nie można wyciągnąć żadnych wnio… czy jak to się mówi. Ale mniejsza o to. Z tego w ogóle nic nie można wyciągnąć. To jest zaledwie jakiś ślad pogody..

W życiu nie widziałam trafniejszej prognozy. A w odniesieniu do minionego lata – przepraszam, „lata”, to już w ogóle mistrzostwo!

Wypadki to zabawne rzeczy. Nigdy ci się nie przytrafiają, dopóki się nie przytrafią…

Zaczynam od tego cytatu większość klasowych pogadanek o bezpieczeństwie w szkole i poza nią. Mówiąc całkiem poważnie, dzięki swojej prostocie stanowi świetny punkt wyjścia do dyskusji o przewidywaniu i odpowiedzialności. Działa nawet na maturzystów. W końcu wszyscy gdzieś wewnątrz jesteśmy dziećmi…

Albo weźmy Sowę. Sowa właściwie też nie ma wiele Rozumu, ale za to jest Uczona.

Tu się aż prosi o jakiś żart polityczny… ale nie, wyskrobię coś innego. Rozum i wykształcenie niestety nie zawsze idą w parze. Przychodzi mi tu na myśl dwoje dawnych wykładowców akademickich. Najpierw pewna pani doktor, która kazała całej grupie przeczytać nieistniejącą książkę. To znaczy książka istniała, tylko że napisana czterdzieści lat wcześniej w innym języku i nigdy nieprzetłumaczona na polski, mało tego, nawet ta wersja obcojęzyczna była w całym mieście nie do zdobycia. Dwa razy całą grupą prosiliśmy o zmianę lektury, za trzecim wykładowczyni zrobiła niezapowiedziane kolokwium z jej treści. Ta sama kobieta zresztą za aktywność na zajęciach zwolniła mnie z egzaminu końcowego, po czym obniżyła mi ocenę za to, że na owym egzaminie się nie stawiłam. Drugi przykład jest jeszcze ciekawszy, bowiem dotyczy pana profesora zwyczajnego, który dowodził, że kobieta nie może zostać filozofem, ponieważ nie pozwala jej na to budowa mózgu… a także, że osoby stosujące kiedykolwiek jakiekolwiek formy antykoncepcji mają skrzywioną psychikę i nigdy nie będą w stanie stworzyć stałego związku. Dodam, że jest to profesor świeckiej, państwowej uczelni.

Myślenie nie jest łatwe, ale można się do niego przyzwyczaić.

Czyli jest dla mnie nadzieja!

Czasami – powiedział Kubuś – najmniejsze rzeczy zajmują najwięcej miejsca w twoim sercu.

Nie tylko rzeczy. Księżniczki i psy też.

Dzień bez przyjaciela to jak dzbanek, w którym nie została nawet kropelka miodu.

Idę o zakład, że to ten przyjaciel wcześniej zeżarł cały miodek. Nie uważacie, że w pewnym sensie miarą przyjaźni jest swoboda, z jaką druga osoba czuje się u nas w domu? Nie mówię tu rzecz jasna o tych dziwnych i wcale nie tak dobrze znanych jednostkach, które wpadają pierwszy raz w odwiedziny i od razu lustrują zawartość szuflad, bo takich dla własnego spokoju więcej nie zapraszam. Mówię o tych, z którymi łączy nas tak naturalna więź, że sami wyciągają sobie z szafki kapcie dla gości albo wstają na moment od stołu, a po chwili z kuchni dochodzi pytanie: „Gdzie trzymasz kakao?”, względnie: „Dlaczego nie masz zielonej herbaty?”.

Pamiętałem, ale potem, gdy starałem się przypomnieć, to zapomniałem.

Błagam, powiedzcie, że nie tylko my z Puchatkiem tak mamy… Bo ja potrafię czasem wyjść do sklepu po cytrynę, a wrócić z jogurtem, czekoladą, bananami, sokiem żurawinowym i proszkiem z promocji. Bez cytryny rzecz jasna.

I na sam koniec kwintesencja mojego blogowania:

 Kiedy jest się Misiem o Bardzo Małym Rozumku i Myśli się o Rozmaitych Rzeczach, to okazuje się czasami, że rzeczy, które zdawały się bardzo proste, gdy miało się je w głowie, stają się całkiem inne, gdy wychodzą z głowy na świat i inni na nie patrzą.

Zwyczajna niezwyczajna. O mojej bohaterce

Siedzę od dobrych kilkunastu minut nad pustą stroną i nie wiem, jak zacząć. Kursor nieznośnie miga, jak gdyby ponaglając, ale wyjątkowo trudno jest mi znaleźć odpowiednie słowa. Chcę Wam dzisiaj przedstawić osobę, którą podziwiam za to, jakim jest człowiekiem. Nie będzie to historia żadnej Matki Teresy ani Ireny Sendlerowej, ale zwykłej kobiety, która imponuje mi siłą swojego charakteru. 

Anna, bohaterka niniejszej opowieści, będąc młodą, zdolną i ambitną studentką, poznała – jak sądziła – miłość swojego życia. Janusz nie miał konkretnego wykształcenia, pracował w fabryce jako mechanik. Był za to czarujący i wydawał się akceptować Annę pomimo jej licznych (choć w moim mniemaniu w większości niesłusznych) kompleksów. Wzięli szybki ślub, a niedługo później urodziła im się córka Kasia. Był sam środek stanu wojennego, wszystkiego brakowało, a Janusz zaczął coraz częściej znikać z domu. Kiedy się wreszcie pojawiał, nie wykazywał skruchy, a za swoje postępowanie obwiniał żonę, wymyślając coraz to gorsze przykrości, włącznie z wytykaniem jej, że po porodzie stała się nieatrakcyjna. Niedługo później małżeństwo się rozpadło, a Janusz na stałe się wyprowadził. Anna została sama z małą Kasią. Przy niewielkiej pomocy swojej rodziny jakoś sobie radziła, chociaż łatwo nie było…

Janusz jednak zreflektował się po dwóch czy trzech latach i zaczął błagać żonę o przebaczenie. Opiekował się też córką i wspierał je obie finansowo. Anna, walcząc ze sobą, postanowiła dać mu jeszcze jedną szansę. Ponownie ze sobą zamieszkali, czego efektem było pojawienie się na świecie Zosi, ich drugiej pociechy. Malutka urodziła się dzięki cesarskiemu cięciu, niestety, wykonanemu fatalnie. Dziecko wypisano ze szpitala zdrowe, jego matkę już niekoniecznie. Nie chcę pisać, co dokładnie się stało, grunt, że powikłania po zabiegu były dla Anny koszmarne w skutkach, bowiem niestety powodowały przypadłości utrudniające normalne funkcjonowanie i będące szczególnie przykrymi dla kobiety. Jak łatwo się domyślić, Janusz wzgardził „wybrakowaną” żoną i porzucił ją po raz drugi. Tym razem było to wyjątkowe świństwo, ponieważ jako samotna matka Anna straciła prawo do zajmowanego dotychczas mieszkania – wygodnego, nowego i przestronnego (żeby nie wdawać się w zbędne szczegóły, nadmienię tylko, że było to coś w rodzaju lokalu służbowego jej męża, choć w nie do końca standardowym rozumieniu). Musiała zatem przeprowadzić się z dziewczynami w gorsze, ale na szczęście wciąż przyzwoite warunki. Stan zdrowia utrudniał jej podjęcie pracy, poza tym nie miała rodziny na miejscu,  zaś malutkie córki wymagały opieki. W dodatku, ze względu na przemiany ustrojowe, był to czas rosnącego gwałtownie bezrobocia, a i o alimentach na dzieci mogła jedynie pomarzyć…

Kolejne lata nie przyniosły żadnych pozytywnych zmian. Anna w końcu znalazła pracę, a raczej prace, bowiem harowała na dwa etaty, żeby jakoś związać koniec z końcem. W dodatku jedno ze stanowisk miała w swoim mieście, drugie 40 kilometrów dalej… Bywało więc tak, że o szóstej rano wysiadała z pociągu po całej nocy fizycznej pracy, aby o siódmej być już w kolejnym miejscu zatrudnienia i tkwić w nim do piętnastej, a wieczorem od nowa… Rodzice Anny podjęli się stałej opieki nad Zosią, zabierając ją na jakiś czas do swojego domu, co z jednej strony było dla samotnej matki ogromną pomocą, ale z drugiej narażało na szwank jej więzi z zaledwie kilkuletnim maluszkiem.

Piszę dzisiaj o Annie, ponieważ bardzo dobrze pamiętam ją z tamtego okresu, mimo że sama byłam wtedy jeszcze dzieckiem, niewiele zresztą starszym od Zosi. Wiedziałam, że jest w finansowych tarapatach i że ma kłopoty ze zdrowiem. Zawsze jednak emanowała od niej ogromna siła, połączona ze spokojem i pogodą ducha. Mnie, pewnie wówczas szczerbatą smarkulę, traktowała jak równą sobie, bez gombrowiczowskiego upupiania, charakterystycznego dla innych dorosłych. Miała (i ma do tej pory) ogromny talent do wszelkich robótek ręcznych. Przynosiła mi własnoręcznie zrobione ubranka dla lalek, a potem serwetki zdobiące mój pokój tak długo, dopóki go zajmowałam. Kiedy po latach zapraszaliśmy ją z P. na nasz ślub, poprosiłam, aby zamiast kupnego prezentu podarowała nam jakiś zrobiony na szydełku drobiazg. Otrzymaliśmy piękną serwetę, delikatne serwetki i misternie wydzierganą poszewkę na jaśka. Korzystamy z nich do tej pory, dbając jak o największy skarb. Nigdy też nie zapomnę smaku kruchych ciasteczek w kształcie serc, które przynosiła czasem do kawy. Były to jedne z lepszych wypieków tego typu, jakie w ogóle jadłam.

Lata mijały… córki Anny pokończyły szkoły, starsza wyszła za mąż i planowała zostać mamą, młodsza zaczynała pracę zawodową. Ich mamie w międzyczasie udało się zamienić dwa etaty na jeden, dający jako taką stabilizację. Wydawało się, że wszystko idzie ku lepszemu, tym bardziej, że Anna spotkała na swojej drodze mężczyznę, którego jako pierwszego od rozpadu swojego małżeństwa obdarzyła pełnym zaufaniem. Jak na ironię, był imiennikiem jej byłego męża, ale żartowała, że takie jest widocznie jej przeznaczenie. Wspólnie świętowali narodziny Amelki, córki Kasi. Anna zaczęła czuć, że naprawdę żyje.

Nie potrafię sobie przypomnieć, ile czasu trwał jej związek z nowym partnerem. Rok, dwa, może trzy… Janusz zginął w wypadku samochodowym, spowodowanym przez innego kierowcę. Kilka miesięcy przebywał w śpiączce, ale w końcu jego ciało się poddało. Niedługo później śmierć zabrała Annie także przyjaciółkę, na którą zawsze mogła liczyć i z którą przez trzydzieści lat wzajemnie wspierały się w trudnych chwilach. Moją mamę…

Krótko po zakończeniu kursu w OA przypadkiem spotkałam bohaterkę mojej historii w jej obecnym miejscu pracy. Od razu opowiedziałam o naszych adopcyjnych planach. Pogratulowała z całego serca, przy okazji dzieląc się radosną nowiną, że również Zosia spodziewa się dziecka. Jej synek i moja Księżniczka są zatem rówieśnikami. Kiedy zabraliśmy córcię do domu, Anna była jedną z pierwszych osób, którym wysłałam zdjęcie małej… Odkąd pamiętam, jest dla mnie jak rodzina. Może to głupie, ale uśmiecham się za każdym razem, kiedy jej nazwisko miga mi gdzieś w aktualnościach na Facebooku. Od zawsze imponuje mi swoją siłą charakteru, wiarą w ludzi i w lepsze jutro pomimo wszelkich przeciwności. Dlatego Wam o niej napisałam.

Pani Anno, jeżeli dotarła Pani do tego wpisu…

… proszę nie mieć mi za złe, że go popełniłam. Zasługuje Pani na pomnik albo przynajmniej medal, a na pewno coś więcej, niż tylko moją pisaninę. Proszę wybaczyć także drobne faktograficzne nieścisłości. Część z nich zaistniała celowo, przez szacunek dla Pani prywatności, inne być może wynikają z zawodności ludzkiej (zwłaszcza dziecięcej) pamięci.

Dziękuję za wszystkie soboty przy kawie i sweterki dla lalek, ale przede wszystkim za to, że wspierała Pani moją mamę bez względu na wszystko. Życzę, choć to może zabrzmi banalnie, aby choć raz los okazał się naprawdę sprawiedliwy i okazane dobro do Pani wróciło… najlepiej na stałe.

Rodzicielsko-belferska wojenka o Jasia

Pamiętacie, co rodzice Wam mówili, kiedy rozpoczynaliście przedszkole lub podstawówkę? Założę się, że wśród wielu porad znajdowały się między innymi te:

- Zjedz wszystkie kanapki/cały obiad etc.;

- Zakładaj kurtkę przed wyjściem na plac zabaw/boisko;

- Bądź grzeczna/y i słuchaj pani.

Wydawałoby się, że są to zalecenia ponadczasowe, które będzie się powtarzać dzieciom tak długo, jak będą istnieć placówki oświatowe. A jednak nie. Coraz częściej można się spotkać z opiniami negującymi zwłaszcza tę trzecią wskazówkę. Według niektórych rodziców dziecko posłuszne to inaczej bierne, wycofane, zastraszone, niesamodzielne. Ostatnio zetknęłam się z mamą pewnego przedszkolaka, która stwierdziła, że jej czterolatek po usłyszeniu polecenia wychowawczyni sam ma zdecydować, czy je wykona, czy nie. Co prawda nigdy nie pracowałam z tak małymi dziećmi, ale dla mnie, jako bądź co bądź przedstawicielki systemu, takie postawy rodziców są alarmujące i to z trzech powodów.

Salomonowe dziecko, czyli kto jest matką Jasia

http://forumeria.pl/attachment.php?aid=6152

Powyższy obrazek pokonuje już osiemnaste okrążenie w Internecie, ale trudno odmówić mu słuszności. Zastanawiam się, jak doszło do tego, że rodzic i nauczyciel stoją dzisiaj po dwóch stronach barykady, na której ich (jak by nie patrzeć) wspólny wychowanek wymachuje białą flagą, bo znalazł się w krzyżowym ogniu niechcący wywołanej przez siebie wojny… choć bardziej pasuje tu chyba odwołanie do fragmentu Starego Testamentu, w którym dwie kobiety walczyły o niemowlę, a mądry król Salomon zasugerował rozdarcie go na pół. Różnica polega na tym, że w Biblii ustąpiła prawdziwa matka, a w dzisiejszej rzeczywistości prędzej podda się nauczyciel.

Moja edukacja przypadła mniej więcej na przełom stuleci. Bardzo dużo opowiadałam rodzicom o szkole i nauczycielach, także tych nielubianych. Oboje wpajali mi, że mam prawo nie lubić swoich pedagogów, ale jestem im winna szacunek. Słuchali mnie uważnie, kiedy na któregoś się skarżyłam. Czasem przyznawali mi rację, a czasem tłumaczyli, że prawdopodobnie to ja postąpiłam źle. W każdym razie wiedziałam, że w razie poważniejszych problemów mogę liczyć na ich interwencję, ale… nigdy nie było takiej potrzeby. Sama radziłam sobie ze szkolnymi przeciwnościami. Niektórych spośród negatywnie odbieranych belfrów doceniłam po czasie, do innych nadal mam zastrzeżenia, nawet (a może zwłaszcza) znając już ten zawód od wewnątrz. Wydaje mi się, że to, co robili moi rodzice, było właściwe. Nie bagatelizowali moich przeżyć, ale też nie szukali na siłę nieprawidłowości. Podobnie postępowano chyba w większości domów, roszczeniowi opiekunowie byli wówczas niechlubnymi wyjątkami.

Mam wrażenie, iż dzisiaj rodzice coraz mniej ufają wychowawcom swoich dzieci. Uważają ich za osoby niekompetentne, leniwe i autorytarne. Nie wierzą, że zależy im na podopiecznych. Nie potrafię wskazać źródła tego zjawiska. Na pewno zdarzają się nauczyciele bez powołania, nienadający się w istocie do pracy z młodym pokoleniem. Sama też na takich trafiałam… no właśnie. Oni istnieli przecież od zawsze, a jednak postrzeganie zawodu nauczyciela było zupełnie inne. Prawda jest taka, że pedagogom, poza wspomnianymi wyjątkami, zależy przede wszystkim na dobru dziecka, na jego bezpieczeństwie i harmonijnym rozwoju. Nauczyciel i rodzic mają więc wspólny cel, a moim zdaniem mur pomiędzy nimi jest po prostu sztuczny. Nie mam niestety pomysłu, jak go zburzyć (indywidualnie, w kontakcie z konkretnymi rodzicami – owszem, staram się to robić i nawet widzę efekty, ale globalnie… nie mam pojęcia, jak można to zmienić).

Grzeczny, czyli jaki?

Nieufność wobec nauczycieli powoduje, że część rodziców, chyba nie do końca świadomie, obarcza dzieci ogromną odpowiedzialnością za ich własny rozwój. Wracam do mamy tego czterolatka, która upiera się, że jej synek może sam decydować, czy posłucha pani w przedszkolu. Dopóki jego wybór będzie dotyczył tego, w co się bawić albo ile zjeść kanapek, to nie ma o czym mówić. Wyobraźmy sobie jednak sytuację, że wychowawczyni zabroni dziecku na przykład podchodzić pod huśtawkę, na której buja się kolega z grupy. Chłopiec nie posłucha, czego efektem będzie w najlepszym wypadku wstrząśnienie mózgu. Jak myślicie, kogo rodzice będą winili za to zdarzenie i kto może z tego powodu stracić pracę? A jeżeli mały wbiegnie na jezdnię prosto pod samochód, bo zignoruje polecenie pani, każącej stać grzecznie w dwuszeregu i trzymać się za rączki? Wspomniana mama trwa w przekonaniu, że jej potomek jest na tyle mądry, iż zawsze będzie umiał wybierać racjonalnie. Powiem tak… wielu gimnazjalistów i licealistów nie potrafi podejmować właściwych decyzji, a co dopiero taki maluch?

Sama nie lubiłam chodzić do przedszkola właśnie dlatego, że nie odpowiadały mi panujące tam zasady: przymusowe leżakowanie, zmuszanie do jedzenia obrzydliwych posiłków czy kary za każde uchybienie. Poniekąd rozumiem frustrację rodziców, którzy mają podobne wspomnienia i przenoszą je na obecny stosunek do tego typu placówek. Nie wiem, jak wiele się zmieniło od początku lat 90., ale zakładam, że sporo. Jestem natomiast pewna, że znaczna większość przedszkolnych czy wczesnoszkolnych reguł wynika z troski o bezpieczeństwo maluchów. Dzieci w grupie i bez obecności mamy czy taty zachowują się zupełnie inaczej niż w domu pod ich opieką. Ten sam Jaś, który potrafi spędzić całe popołudnie w swoim pokoju, grzecznie układając klocki, może następnego ranka zdejmować dziewczynkom majtki i rzucać w kolegów kamieniami. Maluchy niewiele się w tym różnią od dorosłych – w końcu my też przybieramy różne maski w zależności od tego, gdzie jesteśmy i z kim mamy do czynienia.

Dziecko grzeczne (wedle mojej prywatnej definicji) to nie dziecko bez charakteru i zdolności do refleksji, tylko takie, które potrafi odnaleźć się w grupie i dostosować do otaczających je warunków. Nigdzie nie jest powiedziane, że owa grzeczność ma być rezygnacją z własnego zdania i prowadzić do zbytniej uległości.

Aby reforma nie była deformą

Rodzicielskie ataki na system jako całość nie są jednak do końca pozbawione sensu. Polska oświata zdecydowanie wymaga reform, przede wszystkim takich, dzięki którym dostosuje się do potrzeb i trybu życia współczesnej młodzieży i dzieci. O ile nie wyobrażam sobie przyzwolenia na to, aby przedszkolak miał w głębokim poważaniu to, co mówi wychowawczyni, o tyle jak najbardziej jestem za większą dowolnością w kwestii udziału w różnego typu zajęciach (czyli popieram elementy metody Montessori).

Świat się zmienia, a wraz z nim metody i trendy wychowawcze. Myślę, że w dzisiejszej szkole nie ma już miejsca dla nauczycieli, budujących swój autorytet poprzez wzbudzanie strachu albo całkowitą bezkompromisowość. Musimy, mówiąc potocznie, spuścić trochę powietrza, otworzyć się na bliższy kontakt z podopiecznymi i to tym bardziej, że coraz rzadziej mają ku temu warunki w domu. Niekoniecznie wynika to z winy czy złej woli rodziców – funkcjonujemy w takiej rzeczywistości, że dorośli pracują albo całymi dniami, albo daleko od miejsca zamieszkania. Nawet belfrzy, którym złośliwi wypominają „ciągłe wolne”, bardzo często siedzą w pracy od świtu do nocy, więcej czasu poświęcając obcym pociechom, niźli własnym. A dziecko bez względu na to, czy ma lat 5 czy 15, potrzebuje troski i zainteresowania najbliższych…

Reforma oświaty, zamiast na nowo mieszać elementy tej samej układanki, według mnie powinna się skupić na tym, jak stworzyć uczniom przyjazną przestrzeń do szeroko pojętego rozwoju, ale na to chyba póki co nikt „na górze” nie wpadł.

Marzenia, marzenia, marzenia…

Jako nauczycielka i świeżo upieczona mama marzę o szkole, w jakiej sama chciałabym pracować i do jakiej z chęcią za kilka lat posłałabym Księżniczkę. Gdyby było mi dane zrealizować własną wizję, to przede wszystkim zrezygnowałabym z ławek w części sal. Wiadomo, że podczas wielu zajęć są one niezbędne, ale przecież nie zawsze. Bardzo chętnie pozwoliłabym uczniom przyjmować dowolne pozycje podczas nauki: niech siedzą po turecku, leżą na kanapie albo bujają się w hamaku, jeżeli to stymuluje pracę ich młodych mózgów. Zamiast klasycznych lekcji wychowawczych na z góry narzucone tematy wprowadziłabym inny typ zajęć z wychowawcą: raz niech to będzie wspólna Zumba, kiedy indziej wizyta w schronisku dla zwierząt, a kolejnym razem np. granie w planszówki, w zależności od zainteresowań podopiecznych. Oczywiście obecnie system dopuszcza tego typu aktywności, ale pytanie, kto z tego korzysta częściej niż (maksymalnie) kilka razy w roku? Powywalałabym też połowę ministerialno-kuratoryjnych wymysłów dotyczących biurokracji, ograniczając ją do niezbędnego minimum. Nie raz i nie dwa zdarzyło mi się, że jedno wyjście do pobliskiej galerii sztuki, trwające wraz z pokonaniem trasy godzinę zegarową, musiałam raportować na cztery różne sposoby, co zajęło mi trzy razy tyle, ile sama wycieczka. Zdecydowanie wolałabym wykorzystać ten czas np. na wykonanie ciekawej prezentacji na lekcję albo dodatkowe konsultacje dla uczniów, przygotowujących się do konkursów przedmiotowych.

Warte przemyślenia są też relacje rodziców z nauczycielami. Większość szkół korzysta dzisiaj z dzienników elektronicznych, opiekunowie nie mają już potrzeby kontaktować się z wychowawcą, żeby poznać postępy pociechy w nauce. Część placówek próbuje podnosić atrakcyjność wywiadówek, zapraszając na nie wszelkiej maści ekspertów od wychowania w celu wygłoszenia prelekcji. Skutki są różne – niektórzy rodzice chętnie w takich wydarzeniach uczestniczą, innych frustruje niepotrzebne zabieranie czasu, którego przecież nam wszystkim brakuje. Nie mam tutaj jakiegoś konkretnego, przemyślanego pomysłu, do głowy przychodzą mi różne koncepcje. Może na przykład zamiast klasycznych zebrań organizować wspólne zajęcia dla całych rodzin, 1-2 razy w semestrze? Byłaby to szansa na wzajemne poznanie się, a dla rodziców dodatkowo okazja do spędzenia czasu z dziećmi i rozejrzenie się w ich środowisku. Być może mówię tak, ponieważ jako wychowawczyni w większości miałam szczęście do rodziców moich podopiecznych. Owszem, zdarzali się opiekunowie przewrażliwieni i roszczeniowi, ale na szczęście udawało się z nimi porozumieć, a w najgorszym wypadku ginęli w tłumie tych sympatycznych i zdroworozsądkowych.

A o jakiej szkole Wy marzycie dla swoich dzieci?

O psożegnaniu i psięsknocie

- Przywiozłem pani tego pieska. Czekam pod Teskiem! – głos w słuchawce sprawił, że serca zaczęły nam bić znacznie mocniej.

Było niedzielne, upalne sierpniowe popołudnie. Zerwaliśmy się z poweselnych poprawin u bliskich znajomych i wprost z parkietu, w imprezowych kreacjach, pobiegliśmy na parking pobliskiego supermarketu, gdzie z otwartego bagażnika auta wystawał śmieszny, kudłaty łeb. Para ciekawskich oczu dokonała błyskawicznej lustracji dwojga nowych „człowieków”, której wynikiem było energiczne merdanie ogonem. Jeszcze tylko rozliczenie, książeczka zdrowia, kilka pytań o pielęgnację – i włochata kulka wylądowała na rękach P. A raczej na ręku, bo Reksio mieścił się wtedy prawie cały na jednej męskiej dłoni. Ilekroć ktoś pytał, skąd mamy psa, zawsze odpowiadaliśmy, że z Tesco. P. dodawał zwykle, że z promocji – demolkę mieszkania otrzymaliśmy gratis.

Zaraz po wejściu do domu maluch z prędkością błyskawicy obiegł wszystkie kąty, po czym wzgardził przygotowanym legowiskiem, moszcząc się na dolnej półce starej etażerki, zrzuciwszy z niej uprzednio jakieś moje szpargały. Zdobył nasze serca całkowicie i natychmiast. Z jego pierwszych chwil w naszym domu nie mamy żadnego przyzwoitego zdjęcia, bo nie dało się uchwycić go w bezruchu. Od początku reprezentował wszystkie typowe cechy swojej rasy, z niespożytą energią i psotnym usposobieniem na czele.

Szybko okazało się, że niestety psiaka kupiliśmy z pseudohodowli. Szczerze mówiąc, nie mieliśmy wcześniej pojęcia, że takie istnieją, zwłaszcza w naszej okolicy… tym bardziej, że Reksio nie należał do żadnej z modnych odmian psów. Trafił do nas jednak zapchlony, zarobaczony i chory. Podczas pierwszej wizyty w lecznicy zabrakło skali na termometrze, tak wysoką miał gorączkę. Weterynarz popatrzył mi w oczy i zasugerował, że najlepszym wyjściem będzie uśpienie zwierzaka. Nie pozwoliłam na to. Przez kolejne tygodnie na zmianę, dwa razy dziennie jeździliśmy z P. do kliniki, gdzie Reksio dostawał zastrzyki i tony lekarstw. Na szczęście moja ówczesna praca pozwalała na tego typu kombinacje.  Kosztowało nas to wiele poświęcenia – i, co tu ukrywać, pieniędzy – ale piesio dochodził do siebie.

Wkrótce wyzdrowiał zupełnie – i tak zaczęła się ośmioletnia, nieustająca przygoda. Reksio jako szczeniak był uroczym urwisem, choć momentami nieznośnym. Pogryzł nam mnóstwo butów (jednego klapka do tej pory nie znalazłam i to bynajmniej nie przez bałagan… nasz pies najwyraźniej miał w paszczy Trójkąt Bermudzki). Chyba wydawało mu się, że jest kornikiem albo innym bobrem, bo kiedyś przyłapałam go na podżeraniu drewnianego filaru, który podtrzymywał strop. Łóżko smarowaliśmy chrzanem, żeby rano przypadkiem nie obudzić się na podłodze. Jeden z licealistów otrzymał piątkę za darmo, bo Reksio tak przeżuł jego pracę domową, że nie dało się jej odczytać. Pozbawił mnie jedynego w domu kwiatka doniczkowego, próbując podczas naszej nieobecności przesadzić go do swojej miski. Pewnego dnia nauczył się otwierać szuflady w sypialni i po powrocie z pracy zastałam go oplątanego moją biżuterią do tego stopnia, że biedny nie mógł się ruszać.

Wiek szczenięcy jednak wreszcie minął i nasz mały terrorysta zaczął się uspokajać. Towarzyszył nam niemal wszędzie: mieszkaliśmy razem w dwóch miastach i łącznie trzech mieszkaniach. Pokochał z wzajemnością naszych rodziców i najbliższych przyjaciół. W międzyczasie rozpoczęliśmy starania o dziecko – wiecie już, że bezskuteczne. I jak to zwykle bywa, choć nie powinno – niespełnione rodzicielskie uczucia przelewaliśmy na psa. Zależało nam, żeby był dobrze zsocjalizowany. Chętnie zapraszaliśmy gości, pozwalaliśmy na kontakty Reksia z innymi psami, a także z dziećmi.

Nic nie wskazywało na to, że tuż po pojawieniu się Księżniczki dojdzie do apokalipsy. Nasz pies lubił maluchy. Na czas letnich urlopów odwoziliśmy go do krewnych, mających kilkuletnią córkę. Dokazywał wraz z nią i jej kolegami, a jedyną zbrodnią, której się dopuścił, była kradzież pluszowego misia – którego to misia zresztą używał jako przynęty, bo wiedział, że skłoni tym jego właścicielkę do zabawy w ganianego. Zaledwie rok przed adopcją małej oddaliśmy Reksia na dwa tygodnie do hotelu dla zwierząt, którego kierowniczka miała malutkiego synka. Bawili się razem w aportowanie, chłopiec cierpliwie, choć jeszcze niezgrabnie rzucał mu piłkę, a futrzak równie niezmordowanie ją przynosił.

Niestety, ostatnie pół roku było równią pochyłą. Pomimo naszej pracy nad psem jego zachowanie wciąż się pogarszało. Cierpieli na tym wszyscy, a najbardziej chyba on sam, bowiem konieczność izolowania go od córeczki była dla niego niemal równoznaczna z samotnością. Agresję z Księżniczki zaczął przenosić na nas, ale tylko wtedy, kiedy ona była w pobliżu. Wystarczyło, że poszła spać – pies z powrotem zmieniał się w kudłatego aniołka, do rany przyłóż, nic tylko głaskać i karmić „mięskami”. Jednak kiedy tylko słyszał jej głos albo dostrzegał ruchy w sąsiednim pokoju, wstępował w niego diabeł… Stanęliśmy przed bardzo trudnym wyborem: albo nowy dom, albo… sami sobie dopowiedzcie.

Wiem, że ani P., ani ja nie wybaczylibyśmy sobie, gdybyśmy… jak wyżej. Na szczęście – o ile tu o jakimkolwiek szczęściu można mówić – znaleźli się państwo gotowi przygarnąć naszego łobuza. Bez dzieci, za to z dużym terenem do biegania. Widać, że nowy właściciel zna się na psach, kudłacz go polubił. Odjeżdżał na przednim siedzeniu samochodu, z pycholem uśmiechniętym od ucha do ucha. Takiego go widzę przez łzy, kiedy piszę ten post… i takiego go zapamiętam.

………………………………………………………………………………………………….

Reksio, Ty Kochana, Łaciata Paskudo…

Niech Ci się tam wiedzie. Miej zawsze pełną miskę, mnóstwo piszczących zabawek i zielonej trawy do tarzania się. Niech nowi państwo kochają Cię tak mocno, jak my, ale rozsądniej. Niech wyznaczą Ci granice, dzięki którym będziesz czuł się bezpieczny. Niech drapią Cię za uchem i pozwalają na zabawy z innymi psami. Niech nikt nigdy nie waży się Ciebie uderzyć, bo go znajdę i mu oddam, słowo! Nie myśl o nas za dużo i bądź szczęśliwy.

Do zobaczenia na tym lub tamtym świecie…
Kocham Cię, Wstręciuchu!
Wiesz kto…

Dziecko Idealne, Bąbel Statystyczny czy Zwykłe Bobo? Kto wygra Wielką Gonitwę Niemowlaków?

Znajoma z pracy, mama niespełna półtorarocznej dziewczynki, zapytała ostatnio, czy nie chciałabym ubranek po jej córeczce. Zgodziłam się ochoczo, zaznaczając przy okazji, jaki rozmiar nosi obecnie moja pociecha. Niestety, okazało się, że ten sam, co latorośl owej znajomej, a dzieli je prawie rok!

Niedługo minie sześć miesięcy, odkąd Księżniczka jest z nami. Domowy bilans tego wspólnego półrocza wypada zacząć właśnie od wzrostu, który jest – jak zgrabnie zauważyła Ahaja – iście królewski. Przedwczoraj przesiadłyśmy się do spacerówki (z Księżniczką, nie z Ahają), bowiem wożenie młodej w naszym kombajnie 2w1 zaczęło mijać się z celem. Nawet po rozłożeniu siedziska na płasko urocze stópki naszej gwiazdy dyndały radośnie poza linią podnóżka… W związku z powyższym jak bumerang powraca pytanie o jej rodziców biologicznych. Zastanawiamy się, czy byli wysocy, postawni? Oboje z P. jesteśmy raczej przeciętnego wzrostu (ja to nawet niskiego), będzie śmiesznie, jeśli za kilkanaście lat stanie obok nas Marcin Gortat albo inny Michael Jordan w spódnicy  :lol: . Szczerze mówiąc, po cichu liczę, że to gwałtowne rozciąganie się Księżniczki we wszystkie strony niedługo się zatrzyma na jakiś czas albo przynajmniej wytraci prędkość nadświetlną, bo córa zwyczajnie nie mieści się w sprzęty przeznaczone dla swojego etapu rozwoju. I żeby nie było, nie podajemy Księżniczce miksowanych Big Maców ani nie karmimy jej na siłę „za mamusię”, „za tatusia”, „za wujka Cyngla” ani za inne potwory. Odżywia się właściwie całkiem normalnie, zgodnie z Mądrymi Tabelkami i wskazaniami pediatry.

O, i właśnie o tych Mądrych Tabelkach chciałam napisać. Żyjemy w zaiste cudownych czasach, kiedy wszystko da się zmierzyć, zważyć, policzyć i dopasować do norm unijnych. Nawet dziecko. Nie wiem jeszcze, co należy zrobić, kiedy maluch nijak nie chce się w tych widełkach zmieścić… macie jakiś pomysł? Może trzeba zapłacić podatek? Żyrafowe od za wysokich, mrówkowe od za niskich, pączkowe od zbyt okrągłych, a szczypiorkowe od tych z niedowagą?

Nie żebym miała coś przeciwko istnieniu norm rozwojowych. Świetnie, że one są – rodzic, zwłaszcza niedoświadczony, ma przynajmniej wskazówki, kiedy reagować i czy już rwać włosy z głowy, czy jeszcze troszkę poczekać (a jeżeli dodatkowo szuka podpowiedzi w internecie, to na pewno znajdzie powody do paniki). Mądre Tabelki generują jednak wśród młodych matek (ojców chyba w mniejszym stopniu, chociaż kto wie?) potrzebę posiadania Dziecka Idealnego. Ideały, jak wiadomo, nie istnieją – i w tym cały ambaras. Istnieje natomiast niewyidealizowany, za to uśredniony Bąbel Statystyczny, czyli przyczyna nieszczęść wszelakich.

Kim jest Bąbel Statystyczny? Maluchem, który od szóstego miesiąca życia ząbkuje, w siódmym siada, w ósmym pełza, a przed ukończeniem dziesiątego raczkuje. Je regularnie, przesypia 14 godzin na dobę, a w dniu, gdy stuka mu pół roku, mierzy pomiędzy 65 a 70 cm i waży 6,5 – 8,5 kilograma, jeżeli jest Statystyczną Dziewczynką i ewentualnie ciut więcej, jeżeli Chłopcem.

Młode mamy, nauczywszy się Mądrych Tabelek na pamięć, lubią porównywać swoje dziecko z opisanym wyżej Bąblem. Oczywiście chodzi o to, aby ich pociecha Bąbla wyprzedziła, ewentualnie rozwijała się równo z nim, ale broń Panie wolniej choć o dzień! Wtedy zaczynają się podejrzenia, że trafił im się egzemplarz wadliwy bądź popsuł się w międzyczasie. Niestety karty gwarancyjnej brak, a instrukcja obsługi okazuje się mało precyzyjna (do tego zawiera napisaną małym druczkiem informację, że każdy bobas rozwija się we własnym tempie!). Co wówczas robić? Najlepiej przenieść porównania z Bąbla Statystycznego na dziecko siostry, sąsiadki, koleżanki z pracy albo tej zielonowłosej fryzjerki, co zawsze krzywo przycina grzywkę. Jeżeli którekolwiek z powyższych doświadczało skoków rozwojowych później, to uff, można odetchnąć z ulgą. Gorzej, jeśli żadne! Wówczas pozostaje tylko dzwonić po egzorcystę czy innego odczyniacza uroków.

Żarty żartami, ale czasem ta potrzeba porównywania rozwoju maleństw przybiera formę koszmarnie irytującą i po prostu niezdrową. Dla przykładu dwie sytuacje. Opis pierwszej kopiuję żywcem z lipcowego maila do Izzy (Nasz Mały Światek) – mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone przez Nią i przez Was.

Sytuacja pierwsza
„Rzecz miała miejsce na terenie otwartej siłowni w pobliskim parku.
Młoda spała smacznie, toteż ustawiłam wózek w cieniu, wcisnęłam hamulce, założyłam moskitierę i dawaj na pierwsze wolne urządzenie. Chwilę później pojawili się młodzi dziadkowie z wnusią, na oko 1,5 roczną. Takim słodkim, ledwo chodzącym, ryżym bobo. Nigdy nie mogłam pojąć, po co ludzie chodzą z takimi szkrabami na tę siłownię, skoro w pobliżu jest mnóstwo placów zabaw, ale niech tam. Dziewczynka siadała na urządzeniach i udawała, że ćwiczy, przy głośnych zachwytach babci. Aż tu nagle babcia wpadła na „genialny” pomysł: „Kornelka, chodź, OBEJRZYMY DZIDZIĘ!”. Moją dzidzię, znaczy się. Może jestem jakaś dziwna, ale nie zaglądam obcym ludziom do wózków, a znajomych zawsze pytam, czy mogę. No ale ok, nic nie mówię, obserwuję. A babcia podchodzi do wózka Księżniczki, ściąga moskitierę, wkłada głowę pod budkę i zaczyna gadać do małej! I to teksty w stylu „No chodź tutaj do mnie!” (eeee… że co?). Po czym odwraca się w moją stronę i oburzonym tonem oznajmia: „Ona już nie śpi!” No raczej, skoro obcy ludzie naruszają jej przestrzeń. Złażę więc z urządzenia (mojego ulubionego, psia kość) i podchodzę do wózka. A kobieta do mnie: „Dlaczego ona jeszcze nie siada?” Grzecznie informuję, że ma dopiero 4 miesiące, na co słyszę: „A to dlaczego taka duża?”„No nie wiem, bo rośnie?” – burczę ironicznie, bo już mnie sytuacja wkurza. I wtedy następuje punkt kulminacyjny: Kornelka tymi łapkami brudnymi od miliona urządzeń na siłowni smyra moją córę po twarzy, a babcia ją jeszcze zachęca! „Zobacz, jakie dzidzia ma oczka, a jakie włoski, a jaki nosek…” No kurczę! Nie mam fioła na punkcie sterylności, w domu Księżniczka się tarza po podłodze (na której przed chwilą pies lizał sobie… nie tylko łapy) i nie latam za nią z odkażaczem, ale serio? Przecież tam na tej siłowni w nocy siedzą bezdomni albo inne żule! Proszę więc małą, żeby zabrała rączkę (i przy okazji nogi, bo chcę odjechać z wózkiem). Babcia stęka coś pod nosem, że zabieram Kornelce dzidzię (a co to, lalka jakaś?). Potem każe wnuczce zrobić „papa” i się dziwi, że moja jej nie odmachałaZapewne Kornelka w wieku 4 miesięcy już siedziała, machała i czytała eposy Homera w oryginale, a potem przekładała je na łacinę. Trudno, Księżniczka póki co mówi „leee”, „li” oraz „aaa!” i potrafi uroczo przekręcać się na brzuszek podczas przewijania. Każdy ma jakieś talenty jak widać.”

Sytuacja druga

W przeciwieństwie do pierwszej niestety rozciągnięta w czasie. Otóż koleżanka została mamą kilka tygodni przede mną. Wcześniej nie byłyśmy blisko, jednak odkąd dowiedziała się o Księżniczce, zasypuje mnie zdjęciami i szczegółowymi opisami postępów swojej córeczki. Ogólnie rzecz ujmując, nie mam nic przeciwko, urocza ta jej mała, a i fajnie mieć wśród znajomych kolejną młodą mamę, zawsze można się wymieniać doświadczeniami. Problem dotyczy formy, jaką ta wymiana doświadczeń przybiera. Wiadomości od rzeczonej znajomej brzmią mniej więcej tak: „Ile razy wstajesz w nocy? Bo Lucynka to już od miesiąca śpi do rana” – i zdjęcie śpiącej Lucynki jako dowód, gdybym miała wątpliwości. Zanim zdążę odpisać, przychodzi następny MMS: „Lucynka ma już 2 ząbki, po jednym na górze i na dole! A Wasza ile ma?”. „Żadnego” – odpowiadam zgodnie z prawdą. Następuje niewróżąca niczego dobrego cisza, a po niej elaborat: „A byliście z tym problemem u dentysty? Neurologa? Albo chociaż pediatry? Bo to chyba nienormalne, żeby pięciomiesięczne dziecko nie miało zębów! No wiesz, ja nie chcę nic sugerować [taaa, jasne, tak samo jak ja nie chcę jeść słodyczy do filmu, same się jedzą], ale żeby Księżniczka potem nie miała problemów ortodontycznych albo żeby się nie okazało, że jest opóźniona w rozwoju! No bo Lucynka to już ma dwa ząbki, po jednym na górze i na dole! [nie, to nie jest błąd Matrixa, naprawdę napisała to dwa razy]”. Próbowałam, a jakże, poprosić koleżankę, żeby nieco przystopowała. Trochę żartem, jak to ja, że nie mamy o co się ścigać, bo obie nasze córy zasługują na podium… i takie tam. Niestety, ona ma chyba potrzebę… chciałam napisać „bycia lepszą”, ale byłabym niesprawiedliwa. Raczej „bycia równą”. Myślę, że ta potrzeba wynika z wszechpanującego poczucia, że nasze dzieci muszą dzisiaj spełniać oczekiwania świata. Tego, który wszystko, z uczuciami włącznie, próbuje upchnąć w sztywne ramy. I to obsesyjne porównywanie ma po prostu upewnić nas, rodziców, że z naszymi dziećmi jest wszystko ok. Że – jakkolwiek to nie zabrzmi – pasują do systemu.

Patrzę teraz na śpiącą w bujaku Księżniczkę, która pomimo skończonych sześciu miesięcy nie siedzi i nie ma zębów, za to ubranka nosi na 9m+, a siłę w rękach ma taką, że jak cisnęła dzisiaj smoczkiem, to szukałyśmy go z Siostrą przez kilka godzin. I wiecie co? Dla mnie tę chorą w istocie Wielką Gonitwę Niemowlaków wygrywa Zwykłe Bobo. Moje Bobo.

——————————————————————————————————————————–

EDIT: Bardzo przepraszam osoby, które mogły poczuć się urażone przytoczoną powyżej historią. Gwarantuję, że nie dotyczyła żadnej ze znanych mi Czytelniczek bloga. Poza tym starałam się ją przedstawić tak, aby trudno było zidentyfikować jej bohaterkę. Moim celem było przedstawienie pewnego zjawiska, a nie dokuczenie komukolwiek personalnie. Dziękuję za wszystkie spostrzeżenia i komentarze, także te poza blogiem. Wasze zdanie jest dla mnie bardzo ważne.

BESTIARIUSZ, czyli kto jest kim na Stożkach – aktualizacja

Nowy wpis się tworzy, a dzisiaj odświeżam Spis Ludzi Ważnych, bo trzeba go było troszkę zaktualizować.


POZNANI W REALU (P. każe mi usunąć ostanie słowo, bo on całym sercem za Barcą, a ja mu tu nielojalnie z jakimś Realem wyjeżdżam). Zatem jeszcze raz:


POZNANI W RZECZYWISTOŚCI


Lady Makbet
– ja, znaczy się. Urodzona w połowie lat 80. Szczęśliwa żona niejakiego P. Jeszcze przez czas jakiś właścicielka zwierzęcia marki pies, który niestety w obecności Księżniczki przemienia się w smoka. Na co dzień pracująca z młodzieżą i kochająca to zajęcie (to o mnie, nie o psie). Lubiąca gotować, gadać i pisać, co też tutaj uskutecznia. Po latach starań o dziecko została adopcyjną mamą wspomnianej wyżej Księżniczki.

P. – miłość mojego życia, zaślubiona mi przed Bogiem, Teściową i Bankiem dającym kredyt hipoteczny, a więc forever. Pierwszy i jedyny normalny facet, który ze mną wytrzymał, co też wykorzystałam, przywiązując go do kanapy świętym węzłem małżeńskim i uniemożliwiając ewentualną ucieczkę. Introwertyk, dzielący swój czas pomiędzy pracę, dziecko, żonę, psa, Mamusię, PS4 i Cyngla – dokładnie w tej kolejności.

Reksio - Koniec Świata na czterech łapach. Łaciaty pies o całkiem praktycznych gabarytach. Nie trzeba go składać w kostkę, żeby zmieścić do auta, ale też trudno go przypadkiem nadepnąć. Kocha człowieki, ale ostatnio tylko te wyższe od niego przynajmniej o głowę. Jako szczeniak zjadł nam pół mieszkania, obecnie jedynie okazjonalnie obgryza gościom buty, najwyraźniej jako wyraz hołdu dla ich właścicieli. Prowadzi wojnę podjazdową z kotem sąsiadów i otwartą walkę na śmierć i życie z odkurzaczem. Próbujemy znaleźć mu nowy dom – bez dzieci, za to z dobrymi dorosłymi, ale kiepsko nam idzie.

J. – przyjaciółka z okresu studiów, która mogłaby być krewną pewnej filmowej gwiazdy i zapewne dlatego pracuje w tej właśnie branży. Miłośniczka „Gwiezdnych wojen”, potrafiąca podobno wytresować smoka. Kontaminacja Meridy Walecznej z Lois Lane i przy okazji pomysłodawczyni eksperymentalnych metod wychowawczych, które zamierza testować na moim dziecku. Podróżniczka z uporem maniaka zamagnesowująca naszą lodówkę. Od niedawna matka chrzestna Księżniczki.

M. – przyjaciel, człowiek-zagadka, bratnia dusza. Mistrz w sprowadzaniu mnie na ziemię, choć sam równie często buja w obłokach. Facet, u którego droga od słów do czynów jest krótsza, niż walka Popka z Pudzianem. Jego najwierniejszym towarzyszem pozostaje samochód, którym wyprawia się nawet całe 150 metrów do sklepu za rogiem, łamiąc przy tym wszystkie możliwe przepisy ruchu drogowego. Pozornie cynik, jak sam o sobie mówi „cham i prostak”, ale kiedy już niechcący da się komuś poznać od wewnątrz… to staje się jego przyjacielem. Prywatnie odpowiedzialny partner Bardzo Fajnej Dziewczyny (w skrócie K.) i kochający ojciec.

K.kalos kagathos, jak mawiali starożytni Grecy. Piękna i mądra. Serio. Życiowa partnerka M. i matka chrześniaczki mojego męża (czyli że M. jest owej chrześniaczki ojcem, gdyby ktoś się pogubił). Sympatyczna dziewczyna o bardzo racjonalnym podejściu do życia – taka, w której towarzystwie po prostu lubi się przebywać.

Siostra – towarzyszka harcerskich przygód, z którą dzieliłam większość nocnych wart, miejsca w szałasie i uczuciowych sekretów. Wielbicielka zielonego koloru, wafelków „Familijnych” i miętowej czekolady. Moją Siostrą została przez przypadek za sprawą pewnego sprzedawcy noży… no cóż, człowiekowi z nożem się nie odmawia, więc tak jest do dziś. Obecnie Matka Polka x2, która żadnej pracy się nie boi.

Cyngiel – sam sobie kiedyś wybrał ten pseudonim, więc niech mu będzie. Gdyby P. miał się jeszcze raz ożenić, poślubiłby Cyngla. Podczas jego częstych wizyt u nas mam wrażenie, że ktoś sklonował mi męża. Identycznie się wysławiają, piją to samo piwo, jedzą tę samą pizzę i noszą podobne koszulki. A poza tym Cyngiel to taki brat-łata, człowiek od wszystkiego. Zaufany kierowca, DJ i „złota rączka”, a jak trzeba to i fotograf. Właściwie można powiedzieć, że należy do rodziny – teraz to już nawet formalnie, bowiem został ojcem chrzestnym Księżniczki.

Żuczek – mądry i poukładany życiowo facet, który naszym przyjacielem został trochę przy okazji, a różne poplątane okoliczności sprawiły, że zagościł w życiu P. i moim na stałe. Człowiek inteligentny, błyskotliwy, o ciętym dowcipie i zdrowej dawce życiowego realizmu. To taki typ, na którym można polegać, bo prędzej wbije ci ostrą szpilę w cztery litery, niż okłamie albo zawiedzie.

Mamusia – jak nie wiadomo, o kogo chodzi, to chodzi o Teściową. Moja to jest równa babka, całkowicie przecząca stereotypom. No dobra, może nie wszystkim, bo ma chruścianą miotłę i podobno na niej lata, jak nikt nie widzi. Uwielbia ironiczne żarty i sport ekstremalny w postaci wielogodzinnych zakupów. W wolnych chwilach łazi po górach i robi zdjęcia. Poza górami też. Kochana babcia Księżniczki i w ogóle kobieta do rany przyłóż.

A.  - przyjaciółka z pracy, a przy okazji rówieśniczka. Mamy sporo wspólnych doświadczeń i zbliżonych poglądów na wiele spraw. A. jest piękną kobietą o wrażliwej duszy i dobrym sercu. Szczerze mówiąc, za dobrym. Zawsze można na nią liczyć, a cudze szczęście potrafi bez problemu przedłożyć nad własne. Mam wobec niej dług wdzięczności, który mam nadzieję dane mi będzie kiedyś spłacić, a póki co bardzo jej kibicuję w spełnianiu pewnego skrywanego marzenia… :)

POZNANI W WIRTUALU zostali już opisani o, TUTAJ. :)

Rozgrzeszam rodziców Kevina, czyli Kopciuszek dla średnio zaawansowanych

Chrzciny Księżniczki uważamy za udane… nawet bardzo, zważywszy, że od początku ciążyło nad nimi jakieś fatum.

Zaczęło się od sukienki. Blisko cztery miesiące temu moja babcia wręczyła mi torbę z prezentem dla swojej prawnusi. Wyznam Wam, że z początku ucieszyłam się na pokaz. Nestorka rodu słynie niestety z nietrafionych upominków i nie mam tu na myśli kwestii gustu… Otóż potrafi obdarować kogoś na przykład niedomytym, wyszczerbionym talerzem, znalezionym gdzieś w czeluściach kredensu… albo torebką, co prawda jeszcze z metkami, ale za to nabytą na bazarze w czasach babcinej młodości, a więc dawno wyblakłą i zeżartą przez mole. Jakie było więc moje zdziwienie, gdy odkryłam wewnątrz paczuszki śliczną, skromną, białą sukienusię, takież buciki, rajstopki i przepaskę, w dodatku wszystko zakupione w jednym z „lepsiejszych” sklepów dla dzieci. Babcia żyje tylko z emerytury, zatem taki podarunek musiał ją naprawdę wiele kosztować. Postanowiłam więc, że zrobię wszystko, aby Księżniczka została w tych rzeczach ochrzczona. Diabeł tkwi jednak w szczegółach, a konkretnie w rozmiarze. Nasze dziecko przybiera na masie jak mięśnie Hardkorowego Koksa, więc napis na ubranku „3-6 miesięcy” należy raczej traktować jak pobożne życzenie niż rzeczywistą wskazówkę. W ciągu czasu dzielącego otrzymanie prezentu od chrztu mierzyłam córci tę kieckę kilkakrotnie, za każdym razem z równym zdumieniem odkrywając, że jednak nie rośnie razem z dzieckiem. Dzień przed uroczystością nastąpiła próba generalna, podczas której okazało się, że owszem, sukienka jeszcze jako tako pasuje, za to buciki już jakby nieco mniej. I tu tragedii nie było, bowiem dysponowaliśmy zapasowymi, ale prezentującymi się niestety gorzej niż te od babci. Koniec końców ustaliliśmy, że na sesję zdjęciową założymy te mniejsze, a już na sam chrzest i przyjęcie parę luźniejszych.

No właśnie, sesja fotograficzna. Moja dobra znajoma zajmuje się zawodowo fotografowaniem dzieci. Umówiliśmy się z nią na zdjęcia tuż po sakramencie. Przyjęcie mieliśmy w bardzo malowniczym budynku, położonym na terenie parku. I tam też planowaliśmy plener, tym bardziej, że goście mogliby nam towarzyszyć. Problem w tym, że podczas nawałnic ów park poważnie ucierpiał, dlatego został zamknięty. Akurat na nasze chrzciny, kocia jego mać. Ustaliliśmy więc z naszą panią fotograf, że spotkamy się z samego rana w innym, równie nęcącym zielenią miejscu. I wszystko byłoby pięknie, gdyby o świcie nie obudziła nas burza z gradem. Czekaliśmy do ostatniej chwili, w końcu przenieśliśmy sesję na wczesny wieczór. Pół godziny potem przestało padać… zaczęło ponownie późnym popołudniem, tuż przed tym, jak mieliśmy wyjeżdżać na zdjęcia. Sesja się więc nie odbyła, a raczej została przeniesiona na bliżej nieokreślony termin. Tyle tylko, że za tydzień lub dwa Księżniczka już naprawdę przestanie się mieścić w tę kieckę…

Chyba nigdy wcześniej nie pisałam, że jestem chorobliwie punktualna. Jeżeli się dokądś spóźniam, to znaczy, że naprawdę nastąpił atak kosmitów albo inne nieszczęście, które nie pozwoliło mi dotrzeć na czas. Dla innych to pewnie zaleta, dla mnie niekoniecznie. Spóźniona nie potrafię się zorganizować, zżera mnie stres. Sprawdza się tutaj powiedzenie, że pośpiech jest złym doradcą. Rano w dniu chrztu przygotowałam sobie wszystkie rzeczy, które mieliśmy zabrać do kościoła (biały kocyk do wózka, przebranie dla małej, aparat fotograficzny i mnóstwo innych pierdół). Księżniczkę udało się nakarmić (a nawet przewinąć z „dwójki”) o idealnej porze, więc teoretycznie powinniśmy ze wszystkim zdążyć. TE-O-RE-TYCZ-NIE, podkreślam. Bo w praktyce nie przewidziałam, że kiedy w naszym mieszkaniu będzie siedem osób, z których każda zacznie się przebierać, korzystać z toalety i pakować, to łatwo w tym chaosie coś przeoczyć. Przestałam się dziwić McCallisterom, że zapomnieli zabrać ze sobą Kevina na święta. Serio. Rozgrzeszam ich w pełni. Cud, iż sami nie zapomnieli pojechać. My na szczęście o dziecku pamiętaliśmy, ale o kocyku i tetrze już nie. Zresztą, pal sześć tę tetrę. Wyjechaliśmy z domu za późno. Pod kościół podjechaliśmy co prawda na czas, ale już przy samochodzie dopadła nas rodzinka – przyjezdna i miejscowa, z obu stron. I nie dało się wytłumaczyć, że chrzest za 10 minut, a my od pięciu powinniśmy być w zakrystii i podpisywać księgę sakramentu. W końcu załapali, że te kwiatki to jednak można dać później. Uff. No to biegiem. Dziecko z bagażnika, wózek z fotelika  czy tam odwrotnie – i w te pędy na tyły świątyni. No dobra, zdążyliśmy. Siedzimy w pierwszej ławce, zaczyna się msza. Słyszę szept chrzestnego: „Ej, a macie przypadkiem ten okapnik do świecy? Żebym sobie palców nie poparzył?” No pewnie, kurde, że mamy. „W samochodzie, na półce z tyłu, w tej szarej torbie, tam jest taki woreczek, a w nim pudełeczko…” Po minie Cyngla widziałam, że jednak nie ma sensu dawać mu kluczyków. Poradził sobie bez okapnika, dzielnie walcząc ze świecą, która przy okazji dwa razy zgasła.

Jeśli myślicie, że nie wzięłam z auta tylko tej jednej rzeczy, to jesteście optymistami. Kiedy P. wyciągał Księżniczkę z wózka już do samego chrztu, zorientowałam się, że mała nie ma… bucika! Lewego konkretnie. Było już za późno, żeby dla niepoznaki ściągnąć jej prawy. Nasz Kopciuszek został ochrzczony w jednym bucie. Drugi, a jakże, odnalazł się później na tylnym siedzeniu samochodu.

Na szczęście potem poszło już z górki. Sakramentu udzielał bardzo sympatyczny ksiądz z dużym poczuciem humoru, a sama msza była na tyle krótka, że maluchy nie zdążyły się za bardzo zniecierpliwić. Przyjęcie się udało, goście dopisali, jedzenie było pyszne. Jest nam niesamowicie miło, że prawie wszyscy odpowiedzieli na nasze zaproszenie. Niektórzy pokonali naprawdę długą drogę, aby uczestniczyć w chrzcie Księżniczki i zjeść z nami obiad. To ogromnie cieszy! Jedyne, czego żałujemy, to tego, że nie porozstawialiśmy winietek z imionami gości. Na naszym weselu ten sposób się świetnie sprawdził, ale teraz uznaliśmy, że przy tak małej uroczystości nie ma sensu tego robić. I to był jednak błąd, bo niektórzy usiedli tak, iż nie za bardzo mieli z kim rozmawiać. No i szkoda, że ten park był zamknięty – dzieciaki nawet nie mogły wyjść na plac zabaw, dlatego z nudów biegały po lokalu, gdzie nie było dla nich zbyt wielu atrakcji.

I to właśnie dzięki ludziom: chrzestnym, gościom, księdzu oraz obsłudze w lokalu, dzień chrztu córeczki uważamy za udany. Już planujemy powtórkę przy okazji roczku ;)